Teatr Słowacki w Krakowie
EN | PL
Rabacja
Zemsta
Z_biegiem lat_z_biegiem_dni
szklanepaciorki
dom_dzwieku
Teatr w Krakowie. Prolog
Wyzwolenie
Plastiki
In Dreams
Strona główna Projekt Teatr XXI wieku Aktualności teatralne O nas w mediach Administracyjne Dla prasy Małopolski Ogród Sztuki Cyfrowe Dziedzictwo Partnerzy
 
Aktualności Repertuar Spektakle Zespół Teatr Galeria Bilety

O nas w mediach

12.02.2016  
ZASP, Korespondencja Prezesa ZASP i Marszałka Małopolskiego wokół Konkursu na Dyrektora Teatru, /ZASP/
...

Gorąco zachęcamy do zapoznania się z korespondencją pomiędzy Prezesem Związku Artystów Scen Polskich Olgierdem Łukaszewiczem a Marszałkiem Województwa Małopolskiego Jackiem Krupą, dotyczącą kontrowers[...]

Gorąco zachęcamy do zapoznania się z korespondencją pomiędzy Prezesem Związku Artystów Scen Polskich Olgierdem Łukaszewiczem a Marszałkiem Województwa Małopolskiego Jackiem Krupą, dotyczącą kontrowersji wokół powołania konkursu na nowego Dyrektora Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Treść pisma Prezesa ZASP do Marszałka Województwa Małopolskiego dostępna TUTAJ.

Odpowiedź Marszałka dostępna TUTAJ.

 
15.05.2015  
Edward Chudziński, W teatrze dobrze jest obejrzeć się za siebie, /Miesięcznik Społeczno-Kulturalny KRAKÓW/
...

Rozmowy o teatrze„W teatrze dobrze jest obejrzeć się za siebie”Z Krzysztofem Orzechowskim, dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, rozmawia Edward Chudziński– Zbliża się koniec sezonu t[...]

Rozmowy o teatrze

„W teatrze dobrze jest obejrzeć się za siebie”

Z Krzysztofem Orzechowskim, dyrektorem Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, rozmawia Edward Chudziński

– Zbliża się koniec sezonu teatralnego. Jak go pan jako dyrektor ocenia w swoim teatrze?

– Problem w tym, że ja nie wiem, co to jest sezon. Bo w teatrze wszystko obraca się w kręgu roku budżetowego: sprawozdawczość, budżet, księgowość, a nawet planowanie repertuaru.

– I to jest rok kalendarzowy.

– Tak, to się zamyka w przedziale czasowym od stycznia do grudnia. Natomiast niektórzy przedstawiciele mojego środowiska próbują utrzymać bądź przywrócić rangę sezonu teatralnego w dawnym znaczeniu, kiedy zaczynał się on we wrześniu i trwał do czerwca, jeśli wyłączymy wakacje. To trochę zakrawa na schizofrenię, gdyż pociąga za sobą dublowanie teatralnej biurokracji. Dla mnie „sezon” zamknął się 31 grudnia wraz z końcem 2014 roku.

– No to jakie sukcesy zanotował Teatr im. Juliusza Słowackiego w ubiegłym roku?

– Przytoczę trochę danych. Nasze spektakle obejrzało 104 932 widzów, średnia frekwencja wyniosła 93,05 proc. Warto do tego dodać policzalnych widzów Małopolskiego Ogrodu Sztuki czyli 47 773 osób. Teatr uczestniczył w wielu festiwalach i przeglądach oraz występował gościnnie m.in. w Warszawie, Lublinie, Poznaniu, Katowicach i Gdyni. I wiadomość z ostatniej chwili: w plebiscycie publiczności najlepszym przedstawieniem 2014 roku uznani zostali Bracia Dalcz i S-ka wg T. Dołęgi-Mostowicza w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, który za nią też otrzymał pierwszą nagrodę reżyserską. Miano najlepszej aktorki przyznano Dominice Bednarczyk (za rolę w Narodzinach Fryderyka Demuth), zaś najlepszego aktora Radkowi Krzyżowskiemu (za główną rolę w Dalczach…). Nasi aktorzy byli nagradzani i odznaczani, na przykład Grzegorz Mielczarek otrzymał wielce prestiżową Nagrodę Teatralną Miasta Krakowa im. Stanisława Wyspiańskiego. Mnie za 15 lat kierowania teatrem samorząd województwa małopolskiego przyznał medal Polonia Minor. I na tych wyliczeniach może poprzestaniemy.

– A w tym roku co się ważnego wydarzyło lub jeszcze wydarzy?

– W maju, kiedy ukaże się „Kraków”, będziemy po premierze Pinokia. Parę lat temu wystawiliśmy Czarnoksiężnika z Krainy Oz, nawiązując do pięknej tradycji naszego teatru, który miał w repertuarze także przedstawienia adresowane do młodej widowni. Chodziło o to, żeby rodzice przychodzili ze swoimi pociechami, aby pokazać im prawdziwy teatr. Po latach, kiedy ci mali widzowie dorosną, przyprowadzą swoje dzieci na Pinokia. Taką mamy nadzieję… Poza tym zobaczymy Romeo i Julię Szekspira i parę jeszcze mniejszych, ale chyba ciekawych realizacji.

– W innych dziedzinach używa się w takich razach przymiotnika „familijny”, w połączeniu z kinem, telewizją itp.

– Przyszło mi kierować teatrem, który pełni różne funkcje, także edukacyjne. Z tego powodu przykleja mu się często etykietę teatru tradycyjnego. Dla mnie to nie jest żadna ujma. Obok propozycji nowatorskich, przewartościowujących tradycję, jakich jest pełno na innych scenach, potrzebny jest „teatr środka”, zwany niekiedy mieszczańskim. Dla wielu to jest pejoratywne określenie…

– Zwłaszcza dla tzw. nowej krytyki, która kształtuje obraz współczesnego teatru w Polsce.

– Na całym świecie, a zwłaszcza w Europie, tradycyjny teatr jest solą życia teatralnego. Reszta to jego obudowa, off albo off off.

– Rzecz w tym, że ten naturalny układ, funkcjonujący w krajach o wysokiej kulturze teatralnej, w Polsce został w wyniku transformacji ustrojowej wywrócony do góry nogami. To, co w PRL-u było offem, teraz robi się za państwowe pieniądze na scenach zawodowych, a nawet w teatrze narodowym.

– Widz preferujący „teatr środka” jest jego sponsorem, bo płaci za bilety i wypełnia widownię niemal w stu procentach! Tymczasem w teatrach eksperymentujących bywa z tym różnie.

– Przy okazji dotknął pan pewnego – przynajmniej dla mnie – fenomenu. Chodzi o te wypełnione niemal do ostatniego miejsca widownie. Takiej koniunktury frekwencyjnej teatr dawno nie miał. W PRL-u nawet do renomowanych teatrów i na świetne spektakle przywożono widzów, związki zawodowe organizowały wyjścia zbiorowe dla pracowników, wojsko przysyłało żołnierzy, szkoły prowadziły młodzież. Czym pan przyciąga widzów?

– Myślę, że repertuarem, podejściem do tekstu i do jego autora. Widz, przychodząc do nas, może być pewien, że nie zobaczy harakiri dokonanego na utworze i autorze. A sam repertuar, ze względu na misję, jaką teatr pełni, jest siłą rzeczy eklektyczny. I inny być nie może, bo Teatr im. Słowackiego nie jest – i nie powinien być – teatrem autorskim (jednego reżysera) lub pokoleniowym (grupy koleżeńskiej). Repertuar zatem jest tak skonstruowany, żeby uczył, bawił i wzruszał. Ale to dotyczy dużej sceny. Miniatura pozwala nam na poszukiwania i eksperymenty. Tutaj więcej wolno i widownia to akceptuje. Jest jeszcze trzecia scena – Małopolski Ogród Sztuki (MOS), który poszerzył możliwości naszego oddziaływania. Ta nowa przestrzeń szuka dopiero swojego profilu i jest na dobrej drodze, żeby go wypracować.

– Jakie inne czynniki bierze pan pod uwagę, konstruując repertuar dla poszczególnych scen?

– Ja już długo jestem w teatrze jako aktor, reżyser i dyrektor. Klasykę znam bardzo dobrze, a w wyborze sztuk współczesnych pomagają mi doradcy, zwłaszcza kierownik literacki. A poza tym drzwi do mnie są otwarte. Przychodzą autorzy, reżyserzy, scenografowie z propozycjami i pomysłami. Mam duże możliwości wyboru.

– A nie ma pan ambicji nadać mu piętno autorskie, właśnie poprzez odpowiednią selekcję i wybór zgodny z własnymi gustami i preferencjami?

– Mam takie możliwości, m.in. dzięki temu, że jestem profesorem sztuk teatralnych i prowadzę zajęcia na Wydziale Reżyserii Dramatu Akademii Teatralnej w Warszawie. Kiedyś wymyśliłem projekt pod nazwą Wylęgarnia, żeby dać szansę raz w roku jednemu z moich studentów na scenie Miniatura. I to konsekwentnie realizuję, bo uważam, że przyszły reżyser jeszcze na studiach powinien zmierzyć się ze sceną zawodową. Za MOS jest odpowiedzialna moja zastępczyni, pani Iwona Kempa, której pozostawiam dużą swobodę w prowadzeniu tej placówki.

– Skoro wywołał pan ten temat, to zapytam: czy prawdą jest, że coś się dzieje wokół MOS-u?

– Wokół statusu MOS-u trwa dyskusja od początku powołania tej instytucji. Czy ma być samodzielna, czy funkcjonować w strukturze Teatru Słowackiego? MOS był moim pomysłem, zrealizowanym w dużej części za pieniądze unijne. Dlatego zawsze traktowałem go jako integralną część teatru, którym kieruję. W tym sensie MOS był zaprojektowany jako placówka niesamodzielna, gdyż całe zaplecze techniczne (pracownie, obsługa sceny, transport) i obsługę administracyjną zabezpiecza instytucja matka. Jeśli jej córka, trzymając się tego nazewnictwa, miałaby się usamodzielnić, to trzeba by wydać dużo pieniędzy na rozbudowę infrastruktury. Uważam, że lepiej je przeznaczyć na działalność artystyczną.

– Czy po ewentualnym usamodzielnieniu się MOS pozostałby nadal instytucją kultury podległą samorządowi województwa małopolskiego?

– Tak, choć w podległości samorządu wojewódzkiego jest blisko 30 jednostek, dlatego nie wydaje się potrzebne, a tym bardziej konieczne, dodawanie kolejnej. Poza tym MOS jest składnikiem majątku teatru. Podczas mojej 15-letniej dyrekcji nie wyzbyłem się ani jednego składnika tego majątku, żeby na przykład ratować budżet, spłacać zadłużenie itp. A mimo to udało mi się dokończyć bądź poprawić inwestycje i remonty zaczęte jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku, rozpocząć nowe, skonsolidować zespół i podnieść frekwencję z 50 do ponad 90 procent.

– Przykłada pan w tym bilansie swoich dokonań dużą wagę do spraw materialnych.

– Bo one są wymierne, a repertuar i konkretne przedstawienia mogą być – i na ogół są – przedmiotem sporów i zróżnicowanych ocen. Za mojej dyrekcji odbyło się ponad 100 premier, spośród których w pamięci widzów pozostanie zapewne Idiota Dostojewskiego, Ziemia obiecana i wiele innych przedstawień. Z najnowszych wyróżniłbym Maskaradę, musical Bracia Dalcz i S-ka oraz Narodziny Fryderyka Demuth. Wcześniej na naszych scenach realizowali spektakle lub zaczynali swoje kariery uznani dziś reżyserzy, m.in. Maja Kleczewska, Piotr Kruszczyński, Agnieszka Olsten, Agata Duda-Gracz, Magdalena Łazarkiewicz, Magdalena Piekorz – o czym się zapomina.

– Zapomina się o wielu rzeczach, jakie zdarzyły się w polskim teatrze w ostatnich kilkudziesięciu latach. Pół biedy, gdyby tylko zapominano, ale nierzadko mamy do czynienia ze świadomym przemilczaniem dorobku artystów, którzy są nadal w pełni sił twórczych. Pana też podobny los dotyka.

– Najgorsze jest to, że owo swoiste dyskryminowanie wielu twórców teatralnych, nienależących do pupilów krytyki, rozciąga się na zespoły aktorskie, bo przecież teatr jest sztuką zespołową. Moi studenci to widzą, ale choćby z racji młodego wieku i braku pozycji w środowisku nie mogą się obowiązującej tendencji przeciwstawić. Zabiegają więc o przyjęcie do teatrów, które są na topie i chcą grać w przedstawieniach bądź je reżyserować, żeby zostać zauważonym przez opiniotwórczą krytykę.

– Joanna Szczepkowska ujawniła mechanizm swoistego ubezwłasnowolniania młodych aktorów, m.in. poprzez ich rozbieranie na scenie bez jakiejkolwiek merytorycznej potrzeby. I spotkała się z ostracyzmem części środowiska.

– Młodzi twórcy, którzy dopiero startują, będą za parę lat rzeczywistą alternatywą dla obecnego establishmentu teatralnego, czyli 30- i 40-latków. Nie my, ale ci najmłodsi, dlatego nas można nie zauważać, a nawet lekceważyć. Zarówno publiczność, jak i adepci sztuki teatru, poddawani są manipulacji. Lekceważy się, ba nawet deprecjonuje teatr tradycyjny, a preferuje i docenia tylko to, co nowatorskie, najczęściej zwrócone przeciwko tradycji. Otóż w krajach o wysokiej kulturze teatralnej te dwa modele teatru współistnieją ze sobą. To publiczność decyduje o tym, że ten „mieszczański” teatr ma się dobrze, a krytyka musi to respektować.

– W Polsce – w przeciwieństwie do wielu innych krajów – krytyka teatralna miała i ma nadal bardzo ograniczony wpływ na wybory i zachowania potencjalnych widzów. Obecny boom frekwencyjny w teatrach też nie jest jej zasługą.

– Co gorsza, to co się w ostatnich 20 latach lansuje u nas pod nazwą „nowego teatru”, takie nowe – przynajmniej dla tych, którzy śledzą awangardowe tendencje w teatrze światowym – wcale nie jest. Na ogół jest wtórne i spóźnione.

– Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, kiedy dotarły do nas awangardowe izmy z Europy, Karol Irzykowski opublikował głośny podówczas tekst o „plagiatowości przełomów literackich w Polsce”, a można to było rozciągnąć na sztukę w ogóle.

– Młodzi mają prawo się buntować, poszukiwać nowych form w sztuce, kwestionować dorobek poprzedników, ale to nie zwalnia mojego pokolenia z obowiązków edukacyjnych, z obrony autorytetów, które w wyniku przewartościowań politycznych zostały zanegowane, a nierzadko sponiewierane, z pokazywania błędów, hucpiarskich zachowań i pseudoodkryć artystycznych.

– Na swoją obronę reprezentanci nowego teatru mają argument, że właśnie za granicą ich przedstawienia są doceniane, a nawet fetowane, a oni sami są zapraszani, by mogli realizować tam swoje projekty artystyczne.

– Nikt nie ma zamiaru podważać rzeczywistych osiągnięć i sukcesów, także za granicą. Wycinka mistrza Krystiana Lupy, choć odwołuje się do estetyki kampu, jest mocno osadzona w naszym kontekście kulturowym i jest świetnym przedstawieniem. Zapewne posypią się zagraniczne zaproszenia i z tego należy się tylko cieszyć. Natomiast w niektórych przypadkach mamy do czynienia z różnymi manipulacjami. Nie chciałbym się w to zagłębiać.

– W wydanej w 2010 roku książce zbiorowej Dwudziestolecie. Teatr polski po 1989 spośród znanych twórców tworzących w PRL uhonorowano Jarockiego, Grzegorzewskiego i Lupę, o Kantorze i Wajdzie wspomniano przy różnych okazjach, innych pominięto, choć są nadal czynni w teatrze. Za ikony teatru polskiego w okresie transformacji uznano Klatę, Jarzynę, Warlikowskiego i Zadarę. Może za 20 lat, jeśli podobna książka się ukaże, dowiemy się z niej, które ikony przetrwały próbę czasu.

– W teatrze dobrze jest obejrzeć się za siebie. Jak się o tym zapomni, to łatwo można dojść do przekonania, że wszystko co ważne w tej dziedzinie zaczyna się ode mnie, od nas jako grupy pokoleniowej czy formacji ideowo-artystycznej mającej – m.in. dzięki mediom i rówieśnikom-krytykom – siłę przebicia.

– Na przykład nie dostrzega się, z różnych powodów, zjawiska kontrkultury, nieprzypadkowo łączonego z tzw. trzecią reformą teatru. Dziś jest to już epoka zamknięta, ale w niczym nie zmienia to faktu, że dla teatru była ona wstrząsem o wiele większym niż to, co proponują nowatorzy z początku tego wieku.

– Pan jest z tej formacji i to na was ciąży obowiązek przypominania o tym, co teatr zawdzięcza kontrkulturze. Bo w przeciwnym razie tych nieświadomych bądź nieuświadomionych „odkrywców” będzie przybywać. Zmiana pokoleniowa jest w kulturze rzeczą normalną. Wśród tych, co przejęli ster w wielu teatrach, są artyści utalentowani, może nawet wybitni. Ale nie widzę powodu, żeby ich indywidualne sukcesy i dowody uznania rozciągać na całe zjawisko nowego teatru, jeśli trzymać się tego umownego określenia.

– Twórcy nowego teatru po 1989 roku, przy wsparciu towarzyszącej im krytyki, są tak pewni tego, co robią, że żadna edukacja ani przywracanie pamięci na niewiele się zda, tym bardziej że żywego kontaktu z przeszłością nie mają i mieć nie mogą. Opisy i rejestracje spektakli nie zastąpią bezpośredniego w nich uczestnictwa.

– To, o czym pan mówi, znajduje odzwierciedlenie na festiwalach, na które typuje się przedstawienia według określonego klucza. W tym sensie one nie są reprezentatywne, bo dzień powszedni teatru w Polsce wygląda całkiem inaczej.

– Jakie kompetencje trzeba mieć, żeby kierować teatrem?

– Przede wszystkim trzeba mieć wiedzę i doświadczenie w zarządzaniu instytucją kultury. Liczba przepisów, zarządzeń i dyrektyw unijnych, jeśli się z tych funduszy chce skorzystać, ciągle rośnie. Żeby dać sobie radę z tą machiną biurokratyczną, potrzebny jest zespół fachowych doradców. Natomiast jeśli chodzi o kierownictwo artystyczne, to dyrektor powinien ograniczyć własne ego. W teatrze repertuarowym nie może obsadzić się w roli głównego reżysera. Samo zaś kierowanie teatrem przyjęło dwie formy: 2 w 1, czyli dyrektor naczelny i artystyczny w jednej osobie lub rozdział tych funkcji. Niestety, nie uczy się w naszych szkołach wyższych zarządzania teatrem. Pomysł uruchomienia takiej specjalności w krakowskiej PWST nie został zrealizowany.

– Dla przypomnienia: największe sukcesy Stary Teatr odnosił za dyrekcji Jana Pawła Gawlika, który potrafił przyciągnąć wybitne indywidualności artystyczne (Swinarski, Jarocki, Wajda), bo sam ograniczył się do roli menedżera, mającego wszakże pełne kompetencje teatralne, tzn. był dla nich partnerem w rozmowie o teatrze.

– Ja też próbuję łączyć te dwie role. Jako praktyk i nauczyciel zawodu mogę porozumieć się z reżyserem i aktorami na płaszczyźnie merytorycznej. A w sprawach repertuaru doradza mi pani prof. Anna Burzyńska.

– Teatr im. Słowackiego – chyba jako jedyny w Polsce – w zakresie spraw artystycznych ma kierownictwo profesorskie.

– Rzeczywiście, Pani Profesor jest teoretykiem literatury i wykłada na Uniwersytecie Jagiellońskim.

– Nie ma pan zamiaru zamienić kierownika literackiego na dramaturga?

– Nie, choć taki jest dzisiaj trend. Ale nasz kierownik literacki jest jednocześnie dramatopisarzem, autorką kilkudziesięciu sztuk, będących m.in. w repertuarze naszego teatru. Właśnie w ubiegłym sezonie pożegnaliśmy jej Tango Piazzolla po ośmiu latach eksploatacji.

– Jak pan ocenia szerzącą się plagę dopisywania się do tekstu sztuk nawet szacownych autorów, jak Szekspir czy Mrożek?

– Była kiedyś i jest nadal stosowana praktyka zwana „przepisywaniem” klasyka. Tak kiedyś zrobiła Kleczewska w Śnie nocy letniej, która pewne sceny z Szekspira „przepisała” po swojemu.

U pana Agata Duda-Gracz z dwóch sztuk Szekspira zrobiła własny tekst o wojnie trojańskiej, w którym z klasyka ocalały cztery wersy.

– Umawiałem się z nią na Troilusa i Kresydę, ale wyszło co innego.

– Ale nie w tym jest problem, że reżyser napisał własny tekst zainspirowany dramatami Szekspira, tylko że tym tekstem i jego sceniczną realizacją wygrał Festiwal Sztuk Szekspirowskich. To jednak jest pytanie do jury – co ono rozumie przez „sztuki szekspirowskie”?

– Jako dyrektor bardzo cieszę się z nagrody. A problem, że przedstawienie jest realizacją autorskiego scenariusza, któremu Szekspir patronował, a nie realizacją konkretnej sztuki, pozostawiam twórcom festiwalu.

– Jak pan sądzi, w którą stronę pójdzie teatr w Polsce?

– Wiele inicjatyw w teatrze wywodzi się ze środowiska „Krytyki Politycznej”. To jest ciekawa grupa lewicowo zorientowanych intelektualistów i artystów, która ciągnie teatr w stronę polityki. A w polityce musi pojawić się wróg. Teatr upolityczniony w skali masowej to jest ryzykowny wybór.

– Kontestacja w teatrze zachodnim, zwłaszcza amerykańskim, od tego się zaczęła. Oni gwałtownie zaatakowali kapitalizm i fascynowali się rewolucją kulturalną w Chinach. A myśmy mieli inne doświadczenia, zdobyte w realnym socjalizmie i na czerwoną książeczkę towarzysza Mao nie daliśmy się nabrać.

– Teraz jest modny temat wykluczenia. Także w teatrze. Młodzi twórcy porozumiewają się kodami kulturowymi, których widzowie nienależący do społeczeństwa sieci nie rozumieją. A to też jest wykluczenie!

– Za przykład może posłużyć inscenizacja Akropolis w Starym Teatrze.

– Nie widziałem tego spektaklu, dlatego powiem o innej bolączce teatru. Swoistą jego plagą jest festiwalomania. Życie teatralne w Polsce koncentruje się wokół festiwali i przeglądów. W sumie jest ich ponad 3000! Tymczasem być albo nie być teatru rozstrzyga się w codziennym kontakcie z widzem. Obraz teatru zrekonstruowany na podstawie festiwali daleko odbiega od rzeczywistości. Bo teatr powinien być różny. Ja jestem za pluralizmem. Jakkolwiek to zabrzmi – w PRL tego pluralizmu było więcej.

– Moim zdaniem prawidłowy model życia teatralnego opiera się na teatrze instytucjonalnym, na ogół hojnie subsydiowanym z kieszeni podatników i dlatego od niego mamy prawo wymagać odpowiedniego poziomu i realizacji misji społecznej. Jego uzupełnieniem, ale na prawach opozycji, powinien być szeroko rozumiany off, czyli teatr alternatywny, niezależny. Jemu o wiele więcej wolno, także wolno się mylić i błądzić. Tymczasem transformacja w polskim teatrze po 1989 roku polega głównie na upaństwowieniu offu. W rezultacie w renomowanych teatrach oglądamy spektakle zrobione za duże pieniądze, z udziałem zawodowych aktorów, ale nierzadko na żenującym poziomie. Ale tych klęsk artystycznych i wstydów nie bardzo można wytknąć twórcom, bo się zostanie zaliczonym do krytyków atakujących nowy teatr z pozycji okopów Świętej Trójcy.

– Chyba tak jest, jak pan to przedstawił. Mnie optymizmem napawa fakt, że moi studenci już inaczej myślą o teatrze niż ich starsi koledzy, którzy dzisiaj nadają mu taki, a nie inny wyraz.

– Czy wydziały reżyserii dramatu szkół teatralnych czują się współodpowiedzialne za to, co robią ich absolwenci w teatrach?

– Powinny, choć nie tylko one kształcą twórców teatralnych. Na wielu uniwersytetach są takie kierunki studiów jak teatrologia, performatyka, wiedza o teatrze, kulturoznawstwo i tam rodzi się w większym stopniu wizja nowego teatru niż na warsztatowych zajęciach w szkołach teatralnych. Dlatego w pracach młodych reżyserów często widać rozdźwięk pomiędzy teorią a praktyką.

– Dziękuję panu za udział w rozmowie.

Edward Chudziński

 
11.10.2014  
Jolanta Ciosek, Musicalu nie da się zamordować. Ja jedynie szukam jego polskiej drogi, /Dziennik Polski/
...

Podążając własną drogą, stworzyłem coś pomiędzy europejską operą i operetką a amerykańskim musicalem - mówi WOJCIECH KOŚCIELNIAK, reżyser, który przygotował premierę spektaklu "Bracia Dalcz i S-ka"[...]

Podążając własną drogą, stworzyłem coś pomiędzy europejską operą i operetką a amerykańskim musicalem - mówi WOJCIECH KOŚCIELNIAK, reżyser, który przygotował premierę spektaklu "Bracia Dalcz i S-ka" w Teatrze im. J. Słowackiego.

Proszę się pochwalić, jak Panu poszła przed kilkoma dniami warszawska premiera "Kariery Nikodema Dyzmy"?

- Tfu, tfu, odpukać, chyba dobrze, skoro publiczność zgotowała nam owację na stojąco. Były uśmiechy i gratulacje.

Czyli znowu sukces?

- Nie mnie to oceniać, ale mam wrażenie, że się udało.

W Teatrze "Syrena" zrobił Pan musical wg Tadeusza Dołęgi -Mostowicza, dzisiaj [11.10] w Krakowie pokaże Pan premierę wg jego zapomnianej powieści "Bracia Dalcz i S-ka". Co spowodowało miłość do tej literatury?

- Przede wszystkim uważam, że proza Dołęgi-Mostowicza jest świetnym materiałem na scenariusz spektaklu muzycznego, bo jest to literatura przyjazna czytelnikowi, lekka, a jednocześnie mądra. Ten nośny tekst obliczony był na dużą liczbę czytelników, podobnie jak musical adresowany jest do większej ilości widzów. Tak jak "Kariera Nikodema Dyzmy" wydaje się materiałem oczywistym do przeniesienia na scenę muzyczną, bo też i Dyzmów nam nie brakuje, tak "Bracia Dalcz" idealnie wpisują się zarówno w formę musicalową, jak i w nasz świat zawładnięty przez pieniądze, szwindle ipo-dejrzane kariery.

Czy ta powieść brzmi aż tak współcześnie, że zechciał ją Pan przenieść na scenę?

- Niestety, tak. Mówię, niestety, bo sporo w niej bezpardonowej walki o schedę w rodzinnym biznesie, sporo malwersacji, nieuczciwości. Jak już kiedyś powiedziałem, w tej historii można się dopatrzyć historii o współczesnym człowieku. Człowieku, który zdecydował się na świat bez Boga, unieważniając dawne wartości w myśl zasady, że cel uświęca środki. Bohaterowie nowych czasów walczą o władzę bez skrupułów. Jednocześnie Dołęga-Mostowicz przełamuje schemat polskich bohaterów, którzy są szlachetni, ajed-nak na dłuższą metę nieskuteczni. Leczy polskie kompleksy i zaspokaja apetyt na krajowego supermana w światowej skali. Leczy, bo choć Dalcz jest gangsterem, to jednak trochę lepszym niż zagraniczni. Z jednej strony robi rzeczy, które każą stanąć przeciwko niemu, ale z drugiej - zaskarbia sobie sympatię in-teligencją, błyskotliwością i wdziękiem. Uwodzi też swoim tłumaczeniem mechanizmów rządzących światem. Myślę, że czas międzywojenny w polskiej literaturze jest niezwykle nośny, bo bardzo koresponduje z czasami współczesnymi.

Dlaczego?

- Wówczas odzyskaliśmy niepodległość, uwolniona została gospodarka, ale jednocześnie nadchodziło zagrożenie ze strony faszyzmu i komunizmu. My, dziś, też jesteśmy po odzyskaniu niepodległości po PRL-u, mamy rozmaite kryzysy gospodarcze i polityczne, a przyszłość nie jest taka bezpieczna, jak byśmy chcieli. Przemysłowiec tamtego czasu Paweł Dalcz rządzący się prawem brutalnego kapitalizmu odrzuca moralność jako sposób funkcjonowania we współczesnym świecie. Dalcz, podobnie jak Dyzma, obnaża brutalne mechanizmy światowej ekonomii i walki o władzę.

I już jesteśmy w domu.

- Motto naszego bohatera brzmi przewrotnie: "Świat chce być oszukiwany, niechże więc będzie, niech się łudzi".

Czy jest to także motto Pańskiego spektaklu?

- Zdecydowanie tak. To jest wręcz oś naszego przedstawienia. Bez zaufania do ludzi trudno byłoby żyć. Kiedy tracimy zaufanie, świat zaczyna nam się walić. Niedawnym przykładem jest choćby afera z Amber Gold. Ale ktoś, kto uderza w społeczne zaufanie, może też zrobić na tym karierę. Bycie imitacją doskonałości i perfekcji jest pomysłem na życie Pawła Dalcza. Niemal diabelską imitacją. A świat bez zaufania nie jest w stanie funkcjonować. I o tym jest między innymi opowieść Dołęgi-Mostowicza.

Ponoć zapowiada się wielki muzyczny fajerwerk?

- Oby tak było. Teksty piosenek napisał Rafał Dziwisz, muzykę skomponował znany krakowianom z "Ziemi obiecanej" Piotr Dziubek, choreografię przygotował Jarosław Staniek a scenografię i kostiumy Damian Styrna i Katarzyna Paciorek. Mam nadzieję, że publiczność dostrzeże w tym spektaklu i mroczne i jasne kolory. Że usłyszy znakomitą muzykę i zobaczy wspaniałe tańce.

Zamienił Pan Reymontowskich "Chłopów" w brawurowy musical, rozśpiewaną "Lalką" przypomniał, że żyjemy w świecie marionetek, a krakowską "Ziemię obiecaną" roztańczył i rozśpiewał, aż tchu brakowało - wciąż po głowie snuje się Panu musical, a nie dramat?

- To jest mój żywioł. Zostałem wychowany przez piosenkę aktorską - przez te drzwi wchodziłem. Nigdy jako aktor nie występowałem w prawdziwym musicalu, gdzie chociażby sposób śpiewu jest bardzo amerykański, inne jest podejście do muzyki.

Otrzymał Pan niedawno nagrodę specjalną miesięcznika "Teatr" w uznaniu dla stworzenia w Polsce nowej formuły musicalu. Czyżby zrewolucjonizował Pan musical?

- Nie, absolutnie nie czuję się rewolucjonistą, natomiast mam świadomość, że podążając własną drogą, stworzyłem coś pomiędzy europejską operą i operetką a amerykańskim musicalem. Formę, która jest oryginalna, polska.

Każdym spektaklem odnosi Pan sukces, czyli zna Pan przepis na dobry musical?

- Nie, nie znam. Na szczęście. Natomiast wiem, że na każdym materiale pracuje się inaczej i wciąż trzeba zaczynać odnowa. Rutyna w tej materii jest naszym wrogiem. Moje korzenie, z których wyrosłem, to teatr muzyczny i dramatyczny - staram się uczciwie robić to, co choć trochę potrafię i czego choć trochę się nauczyłem.

Nie tak trochę, Szanowny Panie, bo 15 lat bycia amantem wrocławskich scen, współpraca z Grzegorzewskim, Wajdą, Lupą czy Jarockim to było duże wyróżnienie...

- Czy ja aby na pewno byłem amantem? A mówiąc serio: od mistrzów brałem, ile się da i podglądając ich, zawsze chciałem być reżyserem. Zadebiutowałem "Hair" w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Do naszej debiutanckiej trójki należał też Leszek Możdżer i Jarek Staniek. Praca była mordercza, ale my byliśmy jej zgłodniali.

Reżyser, który nawet z książki telefonicznej zrobi musical - tak mówią o Panu życzliwi, nie zawistni...

- Jeśli człowiek kocha to, co robi, robi to nie najgorzej. W aktorstwie nie czułem się spełniony, choć grałem bardzo interesujące role. Kiedy oglądałem kolegów na scenie, zawsze podobali mi się bardziej od tego, co ja na tejże scenie robiłem. Od kiedy pojawiła się szansa reżyserowania, poczułem, że to jest mój świat, że tak chcę czytać jego barwy poprzez własny reżyserski charakter pisma. Teatr muzyczny to moje zabawki, moje klocki.

Mógł Pan mieć "własny" teatr, gdyby nie odrzucił Pan niedawnej propozycji objęcia dyrekcji Teatru Muzycznego w Gdyni...

- To prawda. Przez kilka lat byłem dyrektorem Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu, a więc znam smak sukcesu i porażki. Znam swoje zalety, ale też wady. Noszono mnie na rękach i dostawałem tęgie lanie. Jedno i drugie mnie wzbogaciło, ale sądzę, że porażki uczą więcej, szybciej się po nich dojrzewa. I łatwiej zobaczyć u siebie pychę czy butę. Wierzę, że mam jej zdecydowanie mniej. Krótko mówiąc: nie sądzę, by dyrektorowanie było tym, co lubię i potrafię robić najlepiej.

Na szczęście nie sprawdziło się podejrzenie, że jest Pan mordercą musicalu!

- Nie byłem, nie jestem i nie będę. Mam nadzieję. Musicalu nie da się zamordować, jest zbyt wielkim, wspaniałym zjawiskiem, a ja jedynie szukam jego polskiej drogi.

Którą powieść rozśpiewa Pan w najbliższym czasie?

- Po odpoczynku szykuje się moja krótka przygoda z łódzką "filmówką", a dużym projektem będzie "Zły" wg Tyrmanda i być może "Zaklęte rewiry". Najbliższe dwa sezony mam zaplanowane.

Za co Pan kocha teatr, w którym z taką miłością Pan pracuje?

- Poprzez teatr najłatwiej komunikuję się ze światem: bardziej wnikliwie. Ale to, co jest w nim najbardziej fascynujące, to fakt, że nigdy się go nie nauczę. Powiedzieć, że nauczyłem się teatru, to powiedzieć: nauczyłem się żyć. Magia życia i magia teatru są nie do nauczenia.

***

"BRACIA DALCZ I S-KA"

Premiera spektaklu "Bracia Dalcz i S-ka" odbędzie się dzisiaj (11 października) o godz. 19 w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Wojciech Kościelniak-reżyser, pedagog, aktor. Absolwent PWST im. L. Solskiego w Krakowie -wydziały zamiejscowe we Wrocławiu. Od IV roku studiów występował na scenach teatralnych. Od 1995 roku zajmuje się reżyserią muzycznych spektakli teatralnych, koncertów piosenki aktorskiej oraz widowisk telewizyjnych. W latach 2002-2006 dyrektor Teatru Muzycznego Capitol, w roku 2006 dyrektor artystyczny 27. Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Wielokrotnie nagradzany za nowatorstwo w spektaklach muzycznych opartych na literaturze klasycznej. Nazywany Warlikowskim i Lupą teatru muzycznego, co nie przewróciło mu w głowie.

źródło [dostęp płatny]

 
17.09.2014  
Barbara Cyrek, Teatr to nie fabryka pinezek, /lovekrakow.pl/
...

Teatr imienia Juliusza Słowackiego jest wizytówką miasta. Co czyni to miejsce tak wyjątkowym? Jaki kierunek rozwoju obierze instytucja na kolejne lata? O tym oraz o swoim wieloletnim zarządzaniu teat[...]

Teatr imienia Juliusza Słowackiego jest wizytówką miasta. Co czyni to miejsce tak wyjątkowym? Jaki kierunek rozwoju obierze instytucja na kolejne lata? O tym oraz o swoim wieloletnim zarządzaniu teatrem i planach na najbliższy sezon opowiada nam jego dyrektor prof. Krzysztof Orzechowski.

Barbara Cyrek, LoveKraków.pl: Teatr im. Juliusza Słowackiego istnieje już 121 lat. Jaka jest recepta na długowieczność instytucji kultury?

Profesor Krzysztof Orzechowski: Zacznę trochę anegdotycznie. Mój świętej pamięci ojciec, człowiek o dużym wyczuciu stylu, powtarzał mi zawsze, że dobrze ubrany mężczyzna powinien podążać krok za modą. Nigdy ten, kto goni za wszystkimi nowinkami, nie jest prawdziwie elegancki. Mój staromodny tata był elegancki do ostatnich swoich dni i zawsze podobał się dziewczynom. To była lekcja, którą noszę ze sobą od dziesiątek lat. I w pewnym sensie ma ona związek z pani pytaniem. Jeżeli chcemy, żeby jakaś instytucja była długowieczna – bo zburzyć długowieczność jest bardzo prosto, ale jeżeli naprawdę chcemy, aby jak najdłużej trwała w dobrej kondycji – to nigdy nie należy poddawać jej rewolucyjnym zmianom. Ona znosi tylko ewolucję, natomiast nie znosi rewolucji. To jest pierwszy warunek.

Drugi warunek jest taki: musimy się rozwijać, czyli patrzeć w przyszłość, zmieniać się, bo świat się zmienia. Ale jednocześnie od czasu do czasu trzeba się obejrzeć do tyłu. To nie jest modne w tej chwili. Najnowsze trendy w sztuce i w teatrze, którym hołduje młode pokolenie, raczej mówią o tym, że tradycja powinna być „zwinięta” – a z tego „worka” wybierać można to, co się chce, co pasuje do nowoczesnej układanki. U nas jest troszkę inaczej. Czasem oglądamy się do tyłu, szanujemy tradycję, ale nie może być tak, że ona nam krępuje ręce. Wtedy nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Mamy w Krakowie wiele teatrów – tych młodych i długowiecznych. Co pana zdaniem sprawia, że właśnie Teatr im. Juliusza Słowackiego jest wizytówką miasta?

Szeroko pojęta historia – nie tylko dzieje gmachu, ale oczywiście historia związanych z nim ludzi: aktorów i twórców. Na przykład fakt, że z tym miejscem jest kojarzony Stanisław Wyspiański, który przecież jeszcze dla mojego pokolenia był czwartym wieszczem. To jest bardzo istotne, że on stąpał po tej scenie – mimo że nigdy nie został dyrektorem tego teatru, o co się starał. Na przykład „Wyzwolenie” jest napisane na tę scenę i dla niej. Fakt, że historia takiego twórcy jak Wyspiański jest związana bezpośrednio z tym miejscem, jest rzeczą szalenie istotną, żeby teatr był nadal wizytówką Krakowa.

Oczywiście ważna jest też historia samego budynku. Dla wielu ludzi, nawet młodych, to jest taki prawdziwy teatr. Ikona. Pachnie w nim sceną. Mało jest takich miejsc w Polsce. Teatr Słowackiego uważany jest za jedną z najpiękniejszych budowli teatralnych nie tylko w kraju, ale i w Europie. Często przyjeżdżają tu fotograficy ze świata, by sportretować to wnętrze jako najwspanialszy przykład architektury teatralnej końca XIX wieku.

Jest pan dyrektorem teatru już 15 lat. W pańskiej branży to długo?

To jest bardzo długo, zwłaszcza jak na dzisiejsze czasy. Dłużej był tylko jeden dyrektor – Bronisław Dąbrowski. Zaraz po II wojnie światowej był dyrektorem najpierw 3 lata, potem miał przerwę, po której znowu został powołany. Wówczas piastował to stanowisko przez 17 lat. Teoretycznie mam szansę zbliżyć się lub wyrównać drugą kadencję Bronisława Dąbrowskiego. Nie sądzę, żebym ja albo ktokolwiek po mnie pobił 20 lat dyrektorowania, bo tyle trwały obie kadencje Dąbrowskiego.

Na ogół dyrektorzy w tym teatrze pracowali krótko, 3-4 lata. To jest bardzo trudna placówka. Nad tym budynkiem przecinają się wszystkie wektory sił. Wszyscy wiedzą na temat teatru Słowackiego wszystko: jak się powinno nim zarządzać, co tu powinno się wystawiać i tak dalej i tak dalej. Do momentu, kiedy trzeba na to dać pieniądze. Wtedy dyrektor na ogół pozostaje sam z kłopotami i musi sobie radzić.

Czyli wszyscy komentują pańskie poczynania?

Pamiętam sytuację sprzed wielu lat. Na frontonie budynku zawisł piękny mosiężny napis „Teatr imienia Juliusza Słowackiego”. Boże, co to się działo! Ileż było protestów, że to tak jakbym na Wawelu napisał „Wawel”. A ja zrobiłem to z bardzo prostych powodów. Po pierwsze dlatego, że parokrotnie wychodziłem przed budynek, gdzie stali turyści i pytali „gdzie tu jest teatr Słowackiego?”. To pierwszy powód. Drugi był taki, że w latach, kiedy to zrobiłem, tu jeszcze była opera, z którą mieliśmy dosyć napięte stosunki. W związku z tym budynek podpisałem. TO JEST TEATR IMIENIA JULIUSZA SŁOWACKIEGO. To przykład na to, że właściwie każda zmiana, która się tutaj dokonuje, a która dodatkowo jest zmianą widoczną, zawsze jest bardzo szeroko komentowana.

Czy za pana kadencji teatr przyjął nowy kierunek rozwoju?

Nie chcę mówić w tej chwili o sprawach artystycznych, dlatego że w tak dużych teatrach uprawia się na ogół repertuar eklektyczny, czyli bardzo różnorodny, to nie są sceny autorskie. Podobnie jest u nas – gości zarówno współczesność, zwłaszcza klasyka współczesności, jak i starsze rzeczy. Tutaj, pod względem generalnej linii repertuarowej, nic się od szeregu lat nie zmienia.

Za mojej dyrekcji powstał Salon Poezji, wielka nasza chluba. Już ma kilkudziesięciu naśladowców w Polsce i poza nią. Powstały też inne sceny, jak Scena przy Pompie, która działa kilkanaście lat, oraz Scena w Bramie.

Wreszcie stało się to, o czym marzyłem – tłumnie przychodzą do nas widzowie. Mamy w tej chwili frekwencję dziewięćdziesiąt-dziewięćdziesiąt kilka procent rocznie. To jest bardzo dużo, bo nie jest łatwo zapełnić tak dużą salę.

Czy nastąpiły jakieś zmiany w kwestii technicznej i technologicznej?

Niektórzy śmieją się ze mnie, że jestem dyrektorem budowniczym. Skończyliśmy konserwatorski remont substancji zabytkowej. Ukończyliśmy także drugi etap remont budynku, który był zaczęty pod koniec lat 80. Zabrakło wówczas pieniędzy i czasu, w związku z czym nie wszystkie roboty zostały wykonane i zalewała nas woda w piwnicach. Za mojej dyrekcji sfinalizowaliśmy wszystkie potrzebne prace.

Wyposażyliśmy teatr w naprawdę nowoczesne urządzenia. Mamy teraz najnowszą technologię, jeśli chodzi o oświetlenie i nagłośnienie. Może gorzej jest jeszcze z mechaniką sceny, ale jeżeli chodzi o światła i akustykę prezentujemy bardzo wysoki poziom.

Zapewniliśmy komfort widzowi. Teraz każdy, dzięki internetowi, może wiedzieć, co się u nas dzieje. Może kupić sobie przez komputer albo przez komórkę bilet. Może ten bilet wydrukować lub dostać sms-a z biletem – mamy w teatrze odpowiednie czytniki. Mało tego, widz sam sobie wybiera miejsce na widowni. W dziale sprzedaży biletów mamy wykorzystane wszystkie techniczne możliwości dostępne w tej chwili.

Czy jakaś inicjatywa lub wydarzenie, które miały miejsce za pańskiej kadencji, szczególnie pana uszczęśliwiły?

Mnie uszczęśliwia każda udana premiera. Do tej pory najbardziej udaną, właściwie legendarną, była premiera „Idioty” z 2002 roku w reżyserii pani Barbary Sas. Ale udał nam się szereg bardzo pięknych premier, choć kilka „położyliśmy”. Tak jest zawsze i wszędzie, teatr to nie fabryka pinezek. Czasem się coś udaje, a czasem nie.

Natomiast największym moim sukcesem jest wybudowanie Małopolskiego Ogrodu Sztuki. Poświęciłem temu 8 lat. To bardzo dużo. Wiedziałem, że musi coś takiego powstać. Nasz piękny, stary budynek jest jaki jest, architektura widowni i sceny daje ograniczenia, gdyby się chciało wystawić bardzo nowoczesną sztukę. Chodziło mi o to, by powstało miejsce, gdzie tych ograniczeń nie ma, żeby teatr mógł się rozwijać, uwzględniając nowe kierunki. Oczywiście nie tylko teatr, bo Małopolski Ogród Sztuki poświęcony jest również innym sztukom.

Za swój sukces uważam również fakt, że udało się uporządkować cały majątek trwały teatru. Były nieuregulowane sprawy działów geodezyjnych oraz sprawy własności. Wszystko to zostało ostatecznie uporządkowane. Teraz jest absolutna jasność, mamy stosowne zapisy w odpowiednich księgach. To też była żmudna praca.

Zbliża się kolejny sezon teatralny. Czego możemy oczekiwać?

Bardzo pięknie udała nam się premiera „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” dla dzieci, a ten teatr zawsze był też dla dzieci. Tu przychodziły całe rodziny. To jest szczególnie ważne zwłaszcza teraz, by najmłodszym pokazać, że w teatrze też może być fajnie. Ale premiera „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” była już 3 lata temu. W związku z tym teraz będziemy przygotowywać następną sztukę dla dzieci – będzie to „Pinokio”.

Chcemy wystawić „Wiśniowy sad” Czechowa oraz „Opętanych” Gombrowicza. W Małopolskim Ogrodzie Sztuki wystawimy autorski spektakl Pawła Miśkiewicza oparty na „Murzynach” Geneta. Pragniemy także pokazać sztukę specjalnie dla nas pisaną przez poetkę Ewę Lipską, która będzie się nazywała „Suflerka”. To będzie debiut sceniczny pani Lipskiej. Iwona Kępa zrobi nam w Miniaturze „Szepty i krzyki” Bergmana. I tak mniej więcej będzie to wyglądało w najbliższym czasie.

Czy w niedalekiej przyszłości planowane są istotne zmiany w strukturze lub działalności teatru?

Nie są. A dlaczego? Otóż jestem przekonany o tym, że teatr w Polsce wymaga bardzo istotnych zmian strukturalno-organizacyjnych. Przy czym te zmiany są tak istotne, że nie może ich wprowadzić tylko jeden teatr. Mówię o zmianach naprawdę fundamentalnych, dotyczących na przykład finansowania czy zasad funkcjonowania zespołów. To są podstawowe rzeczy. Obowiązujące nas przepisy, mimo że się trochę zmieniły, są nadal z minionej epoki. One nam bardzo często krępują ręce, tak jak to robią przepisy, które doszły z powodu biurokracji unijnej, często nieudolnie i zbyt rygorystycznie przenoszone na nasz grunt.

Jaką ma pan wizję co do przyszłości teatru?

Z przyczyn naturalnych mój czas w tym teatrze powoli się kończy. Ja nie wiem, jak długo będę jeszcze tutaj dyrektorem. To zależy od mojego zdrowia i chęci, ale przede wszystkim od moich samorządowych, wojewódzkich władz, które wkrótce będą nowe – może nowe-stare, tego jeszcze nie wiemy.

Moim największym marzeniem jest, żeby pozostawić teatr swojemu następcy lub swojej następczyni w jak najlepszej kondycji. A co on lub ona z tym zrobi, to już nie będzie moja sprawa. Na pewno nie będzie to taki teatr jak teraz. Ale chciałbym żeby to był dalej TEATR. Dlatego uważam, że powinienem to miejsce zostawić w dobrym stanie, aby to był punkt odbicia dla młodszych ludzi, zupełnie inaczej myślących.

Źródło

 
01.09.2014  
Jacek Sieradzki, Subiektywny spis aktorów teatralnych. Edycja dwudziesta druga., /www.e-teatr.pl/
...

Grzegorz Mielczarek [mistrzostwo]Pomysł Józefa Opalskiego, by w sztuce o Niżyńskim ustawiać go w pozach z Diagilewowskich baletów był ryzykowny, mógł się nawet wydać śmieszny w swej sztuczności. Ręko[...]

Grzegorz Mielczarek [mistrzostwo]

Pomysł Józefa Opalskiego, by w sztuce o Niżyńskim ustawiać go w pozach z Diagilewowskich baletów był ryzykowny, mógł się nawet wydać śmieszny w swej sztuczności. Rękojmią był tu jednak aktor znakomicie panujący nad aparatem ciała, głosu, gestu, co więcej, zawsze tworzący role obdarzone niezwykłym napięciem, żelazną koncentracją emanującą ze sceny i przemożnie narzucającą się widzom. Czasami przy okazji tuszującą - samą siłą scenicznego wyrazu - słabość materiału (...), czasami wybijającą drobny epizod na pierwszy plan, jak w sztuce "Z miłości" Petera Turriniego w reżyserii Iwony Kempy. Patrzę na niego z podziwem od wielu sezonów krakowskiego Teatru im. Słowackiego - gdzieś od wspaniałego Kaliguli u Agaty Dudy Gracz. Nota o nim wypadła wtedy, w 2005 roku podczas skrótów przy łamaniu "Polityki"; pora nadrobić zaległość.

 
08.08.2014  
Wacław Krupiński, Bronio Maj. Aktor, który nie zebrał szmalu, /Dziennik Polski/
...

Bronek Maj, zostając poetą, zmarnował się mianowicie jako aktor. Kto go widział na scenie, w rzadkich, niestety, rolach filmowych albo chociaż w trakcie jakiejś towarzyskiej improwizacji recyta[...]

Bronek Maj, zostając poetą, zmarnował się mianowicie jako aktor. Kto go widział na scenie, w rzadkich, niestety, rolach filmowych albo chociaż w trakcie jakiejś towarzyskiej improwizacji recytatorskiej, ten wie, że mając tak nieprzeciętny talent aktorski, Bronek Maj, gdyby aktorem został był, miałby dzisiaj szmalu po pachy oryginalnej marynarki Lee - pisał przyjaciel Maja, Jerzy Pilch w jednym z felietonów z tomu "Bezpowrotnie utracona leworęczność".

Tyle że Bronisław Maj nigdy nie myślał o aktorstwie, ani o studiach w PWST. W szkole omijał akademie, recytacje. Był chłopcem zbuntowanym i niegrzecznym. Już w podstawówce wolał udzielać się w zespole rockowym.

KTO w "Ogrodzie rozkoszy"

Gdy skończył polonistykę, założył z kolegami - Jerzym Zoniem, Dolkiem Weltschkiem, Bogdanem Rudnickim - Teatr KTO. I zagrał w pierwszym, głośnym, spektaklu pt. "Ogród rozkoszy". Był współautorem scenariusza, wymyślił też nazwę teatru. Za pierwszej ,,Solidarności" pokazali go szerszej publiczności i dostali główną nagrodę na Festiwalu Teatrów Debiutujących START. Objechali z nim kluby studenckie w całej Polsce. Maj zagrał wtedy trzy role: był niemym skazańcem; młodym, naiwnym idealistą, który chce zmienić świat; i tymże idealistą po latach, już pozbawionym nadziei cynikiem i pijaczkiem. Komicznym, ale i tragicznym. Berecik z antenką, srebrny ząb, ortalionowy płaszcz. Ta postać podobała się najbardziej, zbierał za nią brawa "przy otwartej kurtynie"(choć tak naprawdę w KTO żadnej kurtyny nie było). Komizm podszyty rozpaczą, z domieszką nostalgii, ale i chłopięcej skłonności do absurdu i groteski cechuje Maja do dziś. Już te pierwsze spotkania z widzem uświadomiły mu, że na scenie czuje się doskonale. Że w ogóle nie ma tremy. W przeciwieństwie, co wie dziś, do zawodowców. A widział Maj za kulisami największych: Jerzego Trelę, Annę Polony, Annę Dymną, Beatę Fudalej, Dorotę Segdę, Jerzego Stuhra, Krzysztofa Globisza, Zbigniewa Zamachowskiego, Wojciecha Malajkata. Z dwoma ostatnimi pracował w Teatrze Narodowym za dyrekcji Jerzego Grzegorzewskiego, który zamówił u Maja parafrazę "Żab" Arystofanesa. Byli reżyserami i aktorami. Sam Maj nie grał. - Tam już były klasyczne, aktorskie role. Pewnie bym je położył - mówi skromnie. Trafił Maj do Narodowego dzięki roli Pani Loli, którą Jerzy Grzegorzewski gdzieś zobaczył. Mistrzowskiej roli Maja, którą można obejrzeć na YouTube, podobnie jak reakcję rozbawionej do łez publiczności, w tym Wisławy Szymborskiej. Nie wytrzymywał i prowadzący jubileuszowy wieczór Znaku Jerzy Stuhr, kładąc się ze śmiechu na fortepianie.

Pani Lola i SZATNIA

W 1990 roku Bronisław Maj z reżyserem Henrykiem Urbankiem nakręcili dokumentalny film "Pani Lola" o Karolinie Surówce, legendarnej szatniarce równie owianego legendą Domu Literatów przy Krupniczej 22 w Krakowie (którego i Maj był mieszkańcem). Wystąpiła w nim także sama bohaterka. Już podczas montażu, w Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Łodzi, okazało się, że w jednej ze scen nie nagrał się jej głos. Maj: - No i musiałem zrobić dubbing. I tak zacząłem się jej "opowieściami" bawić - z Jurkiem Pilchem, z Marianem Stalą, z osobami, które Panią Lolę znały i podobnie jak ja - bardzo ją lubiły. Improwizowałem te historyjki głównie u Wisławy Szymborskiej. Uwielbiała je. W 1999 roku, gdy Znak obchodził swe 40-lecie, szef wydawnictwa Jerzy Illg zaproponował kabaretowy program "Pisarze do piórka". Wystąpili w nim poważni autorzy Znaku, jak: Leszek Kołakowski, Norman Davis, Jacek Woźniakowski, Władysław Stróżewski i właśnie Maj. To w tym programie pojawiał się parokrotnie jako Pani Lola - w niebieskim chałacie, czerwonej chustce na głowie, z siatką, w filcowych butach - i żonglując tytułami dzieł, cytatami, biografią ich twórców, opowiadał, jak to oni się w niej kochali. Lejtmotywem było zdanie: "Ale ze wszystkich poetów to ja się najwięcyj w panu Maju kochałam...". - Był to też dla prowadzącego, Jerzego Stuhra, sygnał, że kończy mi się wena i ma mnie zabrać ze sceny i zapowiedzieć kolejnego wykonawcę. Na próbach, ale i już podczas spektaklu wzajemnie robiliśmy sobie dowcipy ze Stuhrem - ja go zresztą uwielbiam i nadzwyczaj cenię. Jako Lola mówiłem: "On mnie tu pilnuje cały czas, ten Śtur. On nawet Nobla nie ma, to nawet nie jest żaden literat, ino, wstyd powiedzieć, aktor." No i podczas rejestrowanego przez kamery TVP wieczoru Stuhr się postanowił zemścić. Mówię "Ale ze wszystkich poetów...", nawet odwracam się do niego, a on "Proszę, proszę, dalej...". Zacząłem coś bełkotać, on nadal mnie nie ściąga. Nagle - olśnienie: przywołałem Wergiliusza, wywołując ogólną radość, po czym raz jeszcze powtórzyłem frazę Loli o miłości do Maja - i tak popatrzyłem na Stuhra, że już poskutkowało. Te literackie zabawy Maja zawsze były improwizowane. Mógł budować kolejne dialogi Pani Loli i literatów z całego świata. Dwa lata później Lola odżyła na antenie Radia RMF FM. - Wytropił mnie prezes Stanisław Tyczyński i zaproponował, bym robił słuchowisko z udziałem Loli. Nie bardzo chciałem, bo jej postać już była "wyeksploatowana", ale wymyśliłem, że to będzie audycja z udziałem wielu postaci i tak przez półtora roku tworzyłem program "Spółdzielnia Usług Literackich SZATNIA". Bywało, że cała ekipa Szatni śpiewała chórem, który również Bronio nagrywał. - Jako człowiek średnio muzykalny, z rockandrollową przeszłością, sam nagrywałem cały chór, śpiewając nieraz jako dziewięć osób. Tworząc audycję, trochę wzorował się na Jacku Fedorowiczu z "60 minut na godzinę", tyle że w Trójce było słychać, że mówi jedna osoba. Maj, wcielając się chwilami w tyle postaci, był nierozpoznawalny. Bo jak go skojarzyć z cieniutkim sopranikiem Bernatki? Ludzie sobie nagrywali te audycje, a płyta z przegranym kompletem posiedzeń "Szatni" stała się towarzyskim rarytasem. - Turnauowie mają ją do dziś w samochodzie, a Janka Ochojska głosem Bernatki ma nagrany komunikat w komórce... - mówi Maj.

Na planie filmu, na scenie

W filmie wystąpił 20 lat temu. W zrealizowanym przez Marię Zmarz-Koczanowicz obrazie, według prozy Janusza Andermana, "Kraj świata". W obsadzie m.in.: Henryk Talar, Krystyna Tkacz, Henryk Bista, Stanisława Celińska, Jan Nowicki, Olaf Lubaszenko... - Biesiadowaliśmy kiedyś z Andermanem i on chytrze wydobył ze mnie obietnicę: "Janusz, ja ci mogę wszystko zagrać". Po jakimś czasie odebrałem telefon ze Studia im. Irzykowskiego: "To kiedy pan może przyjechać na zdjęcia?" Już w Warszawie dowiedział się, że w filmie, którego akcja toczyła się tuż przed wyborami 4 czerwca 1989 roku, ma zagrać otyłą, zwariowaną kloszardkę, siedzącą w przejściu podziemnym w Warszawie i śpiewającą, na melodię "Pierwszej Brygady", hymn internowanych. - Rolę przyjąłem (żeby mnie Anderman nie wyśmiał), stawiając tylko jeden warunek, że nie będę grał na miniaturowym dziecięcym pianinku, tylko na instrumencie strunowym, najlepiej banjo, bo ma najbardziej ohydny, brzęczący dźwięk - wspomina. Tekst napisał sobie sam: "W grudniową noc zomowców zgraja/ kolbami puka w nasze drzwi,/ to Jaruzelski podły zdrajca,/ wypuścił na nasz swoje psy". Na planie parę razy udało mu się zgotować ekipę. - Stary oświetleniowiec spytał Marysię: "A ten aktor to skąd?". Ona nie mówiąc, że amator, odrzekła tylko: "Z Krakowa". "A z Krakowa, wiadomo" - zareagował pytający. Spodobał się na tyle, że zrodziło to ochotę, by zagrał coś jeszcze. Zatem już sam dopisał postać faceta, kompletnie ześwirowanego, który na placu, gdzie stał pomnik Dzierżyńskiego, siedzi pod kolumną ogłoszeniową i wygłasza antykomunistyczny tekst, który i teraz skrzekliwym głosem Bronio mi recytuje, robiąc przy tym jedną ze swoich min. A mógłby na miny konkurować z Witkacym (z którym zresztą porównuje go Jerzy Pilch). "Runęły na nas czerwone kohorty, /by narodowi przegryźć aorty. /Ale poczekaj czerwony smoku, /bo już poeta ma cię na oku". Wzorował tę postać na pewnym malowniczym wariacie, zapamiętanym ze stołówki Domu Literatów. Niestety, na tym angaże do filmu się skończyły. Za to, przed ośmiu laty, dostał propozycję z teatru. Antoni Libera, najwybitniejszy w Polsce znawca Becketta, na Scenie Miniatura Teatru im. Słowackiego wystawiał jego trzy jednoaktówki. W jednej z nich obsadził Bronisława Maja i Józefa Opalskiego. Po spektaklu "Urodził się i to go zgubiło" Joanna Targoń oceniała: "Opalski i Maj tworzą niepokojącą, choć zabawną parę - Maj jest marudny, depresyjny i pesymistyczny, Opalski konkretny, ironiczny i zadowolony. I choć widać, że Maj ma swobodę, naturalność i wrodzony aktorski talent, a Opalskiemu (przynajmniej tak było na premierze) brakuje pewności i trema ściska mu gardło, patrzy się na nich z zainteresowaniem".

Konferansjer i autor

Istotnym doświadczeniem Bronisława Maja był "NaGłos", publiczne spotkania z niezależnymi autorami, które w stanie wojennym zainicjowano w Klubie Inteligencji Katolickiej. Były "czymś pośrednim pomiędzy teatrzykiem, salonem literackim, kabaretem i happeningiem. - O sukcesie i niepowtarzalnej atmosferze tych wieczorów przesądziło powierzenie powadzenia ich Majowi, który pełnił obowiązki gospodarza, konferansjera, tworząc przy okazji małe kreacje aktorskie. Kolejnych autorów zapowiadał w sposób niewiarygodnie komiczny, zachowując przez cały czas kamienną twarz Bustera Keatona. To właśnie wtedy narodziła się kabaretowa gwiazda Bronisława Maja (…). Nie przypadkiem Wisława Szymborska zawsze powtarzała, że Bronio Maj to najdowcipniejszy - obok Woody Allena - mieszkaniec globu" - pisze we wspomnieniowej książce Jerzy Illg. Ten talent potwierdza Maj niezmiennie jako gospodarz Salonu Poezji Anny Dymnej, podczas wernisaży zaprzyjaźnionych artystów. Czerpiąc z erudycji nie tylko literackiej, wygłasza arcyzabawne teksty, którymi rozbawia publiczność do łez. Tak było podczas benefisu Andersa Bodegarda, zorganizowanego przez wydawnictwo Znak, kiedy wybitny tłumacz zdejmował co chwilę okulary, by przetrzeć załzawione ze śmiechu oczy (Maj interpretował "Potop"); tak było podczas promocji książki prof. Andrzeja Szczeklika. - Lubię interakcje z publicznością - mówi Bronio, świadom, że swoją twarzą potrafi panować nad widzami i wyprowadzić ich w pole po horyzont własnej niebywałej fantazji. Tak było w trakcie jednego z wieczorów w kawiarni Nowa Prowincja, gdzie podczas rozmaitych literacko-scenicznych wieczorów przewija się czołówka aktorów. To tam wystawia Maj swoje jednoaktówki, przeróbki z klasyków. W jego "Makbecie", podobnie jak w Starym Teatrze w przedstawieniu Andrzeja Wajdy (słynny reżyser siedział w pierwszym rzędzie), grali Iwona Bielska i Krzysztof Globisz. Do "Romea i Julii" zaangażował z kolei Jerzego Zonia i filigranową Joasię Kicię Zaleską, która w kulminacyjnym momencie została przez zbyt namiętnego ukochanego uduszona. Potężny Zoń zrobił to ogromnie przekonująco, ale nastrój przerażenia wprowadził dopiero Maj, który po tej scenie z kamienną twarzą oświadczył, że trzeciej jednoaktówki "Otello" nie będzie, ponieważ doszło do śmiertelnego wypadku aktorki. Słowa te potwierdzał gwar przerażenia zza kulis, głosy, by szukać lekarza, dzwonić po pogotowie itp. - Mówiłem to na granicy płaczu - wspomina Maj. - Na sali cisza, tylko Katarzyna Zimmerer nerwowo się zaśmiała. Popatrzyłem na nią ze łzami w oczach: "Kasiu, kiedyś będziesz się wstydzić tego śmiechu". Nastrój grozy przełamała dopiero pieśń Maja w duecie z Grzegorzem Turnauem, na melodię piosenki Starszych Panów: O, Joasiu, czy jesteś tam w górze? /Tyś tą gwiazdką na nieba lazurze?/Czy w duszyczek ty chórze / Śpiewasz solo na chmurze? (...)/Scen niebieskich - najpierwsza tyś diva! /Kadzidlana uwielbień cię woń /Słodko dusi - a nie Jerzy Zoń". Takich literackich zabaw stworzył Maj mnóstwo, prezentując je także na Rynku Głównym w Krakowie podczas Nocy Poezji. Jaką mają te teksty moc przyciągania, dowodzą grający. - Anna Polony, Anna Dymna, Dorota Segda, Beata Fudalej, Iwona Bielska, Joanna Kulig, Marek Kondrat, Krzysztof Globisz, Zbigniew Zamachowski, Wojciech Malajkat, Stanisław Radwan, Jan Kanty Pawluśkiewicz to moi aktorzy - wymienia Bronio.

Dzwoni profesor Bartoszewski

Ma Bronisław Maj zdolność nie tylko podrabiania czyjegoś stylu literackiego. On również genialnie wciela się przez telefon w rozmaite postaci, o czym przekonało się niemałe grono jego przyjaciół i znajomych. Kiedyś w redakcji "Tygodnika Powszechnego", dowiedziawszy się, że jego przyjaciela Mariana Stali nie ma, gdyż czeka w domu na przyjście kominiarzy, natychmiast sięgnął po telefon, by nosowym, przepitym głosem zapytać: - Pan Stala? - Tak. - Proszę pana, ja dzwonię z rejonu szóstego. Tam dzisiaj mieli do pana przyjść koledzy na kontrolę. - Właśnie na nich czekam. - Proszę pana, oni nie przyjdą, bo są już w pizdu pijane. - Po tamtej stronie zapadło pełne przerażenia milczenie. - Proszę pana, niech pan powie, ciągnął akcentem z Grzegórzek, ohydnym, zachrypniętym głosem Bronio - czy pan ma szufladę kominową? - Ja nie wiem - odpowiedział kompletnie wyprowadzony z równowagi Marian. - Jak to pan nie wie. Jest pan inteligentny człowiek. Gdzie pan pracuje? - Na uniwersytecie - Marian był bliski płaczu. - No właśnie. I pan nie wiesz, czy masz pan szufladę kominową? - Ja nie wiem, mam taką kratkę w kuchni...

- Ja pana nie pytam, czy pan ma kratkę wentylacyjną, ja pana pytam, czy pan ma szufladę kominową. Niech pan pozdejmuje półeczki, żona sobie potem odkurzy i poustawia naczynia, i niech pan ją lepiej znajdzie, bo te skur... są już kompletnie nawalone i sprują panu Boschem całą ścianę. Dobrze panu radzę! Szczęśliwie, gdy już świadkowie rozmowy, powaleni śmiechem na podłogę, się pozbierali, zadzwonili do Stali, bo gotów był wyjść przerażony z domu, nie doczekawszy prawdziwych kominiarzy. Opisał to Jerzy Illg, który uwiecznił też inny wyczyn Bronia, dotyczący mnie. Otóż, przed siedmiu laty, komputerowy Word sprawił mi największą dziennikarską wpadkę, mianowicie zmienił nazwisko pani dyrektor jednego z pozakrakowskich teatrów na znane mu słówko Zasraniec. I tak się ukazało na łamach! Tegoż wieczoru zadzwoniła mi komórka. - Pan redaktor Krupiński? - Tak. - Tu, mecenas (imię, nazwisko), jestem przedstawicielem pani dyrektor Krystyny (tu nazwisko), a nie, jak był pan uprzejmy napisać, Zasraniec... Złowróżbny głos owego mecenasa mam do dziś w uszach, podobnie jak własne tłumaczenie, zapewnienia, że jutro ukaże się sprostowanie z przeprosinami, i popłoch. - Pan chyba nie przypuszcza, że moją klientkę zadowoli taka forma załatwienia całej sprawy... Trwała ta rozmowa parę minut i nagle już wpół zgięty przy telefonie usłyszałem śmiech... I po chwili: - Wacek, tu Bronio... To Żuk Opalski, przysłuchujący się rozmowie, nie mógł dłużej powstrzymać wybuchu śmiechu. A może nie chciał mnie skazywać na dłuższe tortury? - Czułem twój lęk - mówi mi dziś Bronio, gdy wspominamy ów wieczór. O takich telefonicznych dokonaniach Maja wiele osób mogłoby opowiedzieć. Jedną z arcyról Bronia jest prof. Władysław Bartoszewski, imitowany tak, że nikt nie odróżni. - Kiedyś oglądaliśmy z Illgiem u mnie mecz; nie mówię, że byliśmy całkiem trzeźwi i Jurek mnie podpuścił - a Illg to jest Abbadon, anioł zagłady w takich sytuacjach - bym podzwonił do kilku osób jako profesor Bartoszewski. Podzwoniłem, proponując stanowisko ministra kultury. Zgodzili się wszyscy, więc uznaliśmy, że pora na stanowisko prezydenta Rzeczypospolitej. Tu Maj, idealnie naśladując głos sędziwego polityka, mówi: "Jesteśmy tu w niewielkim, ale decyzyjnym gronie, sprawa naturalnie zostaje między nami! Zapadły pewne nieformalne decyzje, krótko mówiąc: czy zgodzi się pan przyjąć godność prezydenta Rzeczpospolitej?" Znowu nikt nie odmówił. Poza wybitnym reżyserem filmowym, znanym m.in. z filmów o Śląsku. Uznał, że to zbyt poważna sprawa. - Wiem, że te moje żarty doszły do prof. Bartoszewskiego i że się tym bawił. Profesor Bartoszewski, postać prawdziwie monumentalna - mam dla niego bezgraniczny szacunek i miłość - ma, jak każdy wielki człowiek, poczucie humoru. Potem napisałem mu laudację wierszem na jubileusz, otrzymując piękne listowne podziękowanie.

W ile jeszcze postaci wcieli się Bronisław Maj, "najsmutniejszy i najzabawniejszy mieszkaniec globu"? Jakie zagra role? Pewnie niejedną. Ale zawszeć pozostanie cień żalu, że jego nieprzeciętny talent aktorski nie przełożył się na wielką karierę. Że to bezpowrotnie utracone dobrodziejstwo.

---------------------------------

Bronisław Maj (ur. w 1963 r. w Łodzi), poeta, eseista, tłumacz. Pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Laureat wielu prestiżowych nagród: m.in. Kościelskich czy Nagrody PEN-Clubu. Wydał m.in. "Wspólne powietrze" (WL), "Zmęczenie", "Światło" (Znak). Także zbiór felietonów "Kronika wydarzeń artystycznych, kulturalnych, towarzyskich i innych" (WL), z przedmową Wisławy Szymborskiej. Autor piosenek i rozmaitych żartobliwych literackich parodii. Najbliższą, łączącą "Romea i Julię" z "Zemstą", pokaże w październiku podczas Nocy Poezji.

Źródło

 
17.06.2014  
Paweł Głowacki, Kronika dziwnej nocy, /Dwójka - Polskie Radio/
...

Nie bawię się w tanie porównania, nie stawiam granitowych znaków równości, nie zszywam dwóch czasów, dwóch przedstawień, dwóch ról. Podobnie ze śmiercią i życiem. Nie nicuję jednego drugim – to by by[...]

Nie bawię się w tanie porównania, nie stawiam granitowych znaków równości, nie zszywam dwóch czasów, dwóch przedstawień, dwóch ról. Podobnie ze śmiercią i życiem. Nie nicuję jednego drugim – to by była taniość nad taniznami. Ja tylko zapisuję dziwność tej nocy. To wszystko.

Nie wiem, jaki numer zdobił drzwi loży na pierwszym piętrze, nie pamiętam, o której to było. Noc. Noc blisko swego środka - ostatnie minuty ostatniej godziny. Kilka, kilkanaście chwil wcześniej zmarł Andrzej Hudziak. Otworzyłem, zamknąłem, podszedłem do krawędzi. Dłonie na pluszu. Nie widać nic. Dziwna ciemność. I tylko głosy dalekie, stłumione, jak spod kołdry.

Kto boi się duchów, kto zmierzch w zmierzch prosi los o szybki sen, by nie być na jawie o dwunastej w nocy – ten niech omija teatr. Jak uczy mit, Dionizos, od którego zaczęła się sztuka scenicznego udawania - dwukrotnie przyszedł na świat. Za pierwszym razem wysunął się przedwcześnie i gwałtownie jako trup z brzucha Semele, rażonej piorunem w chwili, kiedy zobaczyła Zeusa w boskim jego majestacie. Drugim razem – wyskoczył żywy z uda Zeusa, gdzie go martwego zaszyto kilka miesięcy wcześniej. Ten rytm prościuteńki, monotonny, nieskończony, na dwa – pojawiam się i znikam, jestem i nie ma mnie, witam i żegnam – został jego rytmem ulubionym. Dionizos z lubością objawiał się publicznie w dniach swoich świąt, lecz gdzie przebywał pomiędzy świętami – diabli wiedzą. Różni różnie powiadają. Że muzy go ukrywają w swojej siedzibie, że znika w jeziorze lerneńskim, że nurkuje i rozpływa się tuż nad dnem morza, by kiedyś pojawić się w barce na falach. Jest gdzieś tam, gdy go nie ma tu - jest gdzieś w niepojętych czeluściach. Po czym znów: pstryk i „Dzień dobry! Oto jestem!”. Dionizos! A taki na przykład Hamlet? Gdzie go szukać za dnia, między wieczornymi przedstawieniami „Hamleta”, kiedy się objawia na trzy godziny? W tych samych niepojętych czeluściach, obok Dionizosa? Kto boi się duchów - niech nie czeka na odpowiedź.

Trochę to zdumiewające, tak, ale i zabawne przecież. Zdumiewające i zabawne, jak wielu przyszło w ostatnią sobotę o 23.00 do Teatru im. Juliusza Słowackiego, na Salon Poezji, kiedy w ramach VIII Krakowskiej Nocy Teatrów czytane i śpiewane były poetyckie horrory, te na poważnie i z przymrużeniem oka układane strofy o trupach, widmach, zabijaniu, wieszaniu, topielcach i furtkach między naszą jawą a nie wiadomo czym, które się uchylają o północy. Czarne jak smoła bajeczki Heinricha Hoffmanna, ciemnawe słowne wygłupy Witkacego, małe i ciepłe horrorki Macieja Zębatego czy Jeremiego Przybory, jeszcze inne potwornostki, i do tego, rzecz jasna, nieśmiertelne „Lilie” Adama Mickiewicza, gdzie furtki środka nocy otwierają się tak chętnie. To było, to i oczywiście aktorzy – Karolina Kazoń i Katarzyna Zawiślak-Dolny, Antoni Milancej i Tomasz Wysocki, Agnieszka Judycka i Beata Malczewska. I muzycy jeszcze – Halina Jarczyk, Jacek Bylica, Jacek Hołubowski, Krzysztof Mucha i Przemysław Sokół. I wszyscy oni – tragicy i grajkowie – no, prawie wszyscy, odziani cudownie, ze smakiem, w idealnej zgodzie z okolicznościami – tak, jakby im ktoś przed Salonem udostępnił zawartość kolosalnej szafy z odświętną garderobą wielopokoleniowej rodziny grabarzy, uwiecznionych przez Szekspira.

Tak, oni, tacy oni i strofy pełne czeluści i dyndających wisielczych pętli. To znaczy – kupa śmiechu była. Kupa parodii, mrugania do publiki, lekkiego kabaretu. Tak, kupa rozrywki w ostatniej przed północą godzinie. Ale też gdzieś na dnie - smuga głębszego znaczenia, dziwnego znaczenia. I ono rosło. Gdy ktoś, powiedzmy żartownie, zdobył się na odwagę i tuż przed północą zostawiając za plecami pełne słów i nut foyer, tę małą kapsułę kruchego światła na pierwszym piętrze gigantycznego gmachu, ruszył w podróż ciemnymi korytarzami teatru, gdzie żywego ducha – dziwność gęstniała z każdym krokiem.

Nie wiem, jaki numer lśnił na furtce do loży. Otworzyłem, zamknąłem, podszedłem do krawędzi. Za mną – trupy w kapsule światła tańcujące w zdaniach piosenek i wierszy, przede mną – dziwna ciemność bez dna. Owszem, jest jak było od Dionizosa - teatr to igrce, kuglarstwo, rozrywka, lecz jednak chyba odrobinę różna od innych rozrywek naszej jawy. Bo co wieczór bawiąc się w generalne próby zmartwychwstania (spokojnie, dziś zabity Hamlet - wróci jutro, jutro Dionizos znów objawi się w barce na falach) - teatr w istocie bawi się lękiem. Jak na nocnym Salonie bawili się nim artyści, wytwornie żonglując rymowankami o trupach. I dobrze, że tak! Zmarł Andrzej Hudziak. I źle, że tak. Dawno temu, na progu lat dziewięćdziesiątych, grał na deskach Starego Teatru Konrada w seansie „Kalkwerk” Krystiana Lupy i Thomasa Bernharda. Był resztkami człowieka, który tworząc dzieło życia – traktat „O słuchu” – przegrał z topornością nieusuwalnej rzeczywistości i własnym szaleństwem. Przez dwie, może trzy godziny był żywym trupem, którego ciemne losy bełkotliwie opowiadają ludzie, co długie lata snuli się obok jego samotni, a teraz, po grzbietach własnej kulawej pamięci idąc, próbują wleźć do jego biednej głowy, by zobaczyć zwoje obłąkania. I tak Konrad – kolosalna samotność - który na początku seansu był przecież tylko człekokształtnym śladem siebie samego, w bełkocie cudzym i własnym wciąż od nowa powtarzał co wieczór fiasko życia całego. Dionizos objawiał się w barce na fali. Tej roli nie da się zapomnieć. Ona była sednem teatru. Nie sposób zapomnieć jej wspanialej powagi. Tak jak długo jeszcze uwierać będzie inna samotność, inna powaga innego fiaska – Niżyński, w seansie Józefa Opalskiego i Anny Burzyńskiej „Niżyński, zapiski z otchłani” grany przez Grzegorza Mielczarka.

Trzeba zawołać: „O ironio!” Tak, lecz czyja ironio? Kto wymyślił tę gorzką analogię? Kto uruchomił ten uwierający, ciemny zbieg okoliczności? Oto w nocy święta krakowskich teatrów – jednocześnie śmierć aktora i piękna minuta życia innego aktora. Oto dwie, trzy godziny po śmierci Andrzeja Hudziaka, a kto wie, czy nie dokładnie wtedy, gdy odchodził – na Scenie Miniatura Teatru Słowackiego Grzegorz Mielczarek odbiera Nagrodę im. Stanisława Wyspiańskiego. Ufam, że głównie za bezbłędnie bolesną rolę Niżyńskiego właśnie. Za bycie wieczorami sednem teatru, jak kiedyś był nim Konrad.

Kiedy zaczyna się seans Opalskiego i Burzyńskiej – Niżyńskiego, ongiś największego tancerza świata, też już nie ma. Jest tylko człekokształtny ślad po nim samym. Jest bełkot dzieła jego życia – „Dziennik”, w którym dyskutował z samym Bogiem. Jest w prawie pustym pokoju domu obłąkanych bosy trup, co resztkami sił próbuje żyć, choćby bezwładnie, próbuje wejść po ścieżkach pamięci do swojej głowy, by zobaczyć węzły szaleństwa i może spróbować je oswoić. Ale nic już nie da się zrobić. Nie do ruszenia jest obojętność węzłów, samotność jest nie na ludzkie barki. Wszystko, co Niżyński może, to jutro wieczorem powtórzyć dzisiejszy wieczór – powtórzyć się jeszcze raz. Jak Konrad. I powtarza się. Dionizos, barka, fala. Dionizos, barka, fala. Dionizos, barka, fala.

Nie bawię się w tanie porównania, nie stawiam granitowych znaków równości, nie zszywam dwóch czasów, dwóch przedstawień, dwóch ról. Podobnie ze śmiercią i życiem. Nie nicuję jednego drugim – to by była taniość nad taniznami. Ja tylko zapisuję dziwność tej nocy. To wszystko.

Źródło

 
23.05.2014  
Paweł Głowacki, 451 KSP Spokojny koniec, migotliwy początek, /Dziennik Polski/
...

Pierwszy pan jest panem właśnie, panem bez mała dostojnym (Tadeusz Zięba). Bardzo wysoki, arystokratycznie szczupły, o głosie mocnym, niskim i czystym, falującym niespiesznie, bezlitośnie, bez zbędn[...]

Pierwszy pan jest panem właśnie, panem bez mała dostojnym (Tadeusz Zięba). Bardzo wysoki, arystokratycznie szczupły, o głosie mocnym, niskim i 
czystym, falującym niespiesznie, bezlitośnie, bez zbędnych wybuchów, nagłych szeptów lub jazgotów. Mądry pan, w gestach i brzmieniach wysmakowany jak człowiek, co obszedł kulę ziemską, oddzielił ziarna od plew i dobrze wie, że świat, zwłaszcza miłość, jest goryczą lepką, nieusuwalną, z którą wszystko, co można uczynić, to przyjąć ją, pogodzić się. W chwilach, kiedy milczy, na drugiego pana (Grzegorz Mielczarek), który jest samą frenezją, który dopiero zaczyna, zdumiony, obwąchiwać rzeczywistość, uczyć się skoków serca, smakować rozczarowania – patrzy z wyrozumiałością i cienkim uśmiechem. Jakby wciąż radził: „Spokojnie, młody, spokojnie, uwierz – i tak nic nie da się zrobić, wystygnie, co gorące, wyblakną kolory, zostanie tylko długi zmierzch”. I nie inaczej mówi, gdy przychodzi czas na jego głos. Tak był rozpięty ostatni Salon Poezji, na którym Zięba i Mielczarek czytali kolejną partię „Sonetów” Williama Szekspira. Przypomina się stare przekonanie Jana Kotta, że twórca „Hamleta” tkwi pomiędzy „Sonetami” właśnie a elegijną doskonałością „Burzy”. Zięba ma coś z Prospera, tego maga, który strzepnął z siebie tanie złudzenia co do świetności człowieka i mocy sztuki każdej. A obok niego Mielczarek jak cudowni wariaci szekspirowscy - opętany Makbet, bardziej niż najczarniejsze diabły cyniczny Ryszard III, albo Otello, którego przerosło własne jego serce. Palce drugiego nie są w jego władaniu, jakby oddzieliły się od niego i same lepiły coś z powietrza. Nie tylko palce. Oczy, uśmiechy, intonacja, której wykres byłby stromą sinusoidą, gdzie na szczytach buzują jazgoty ściśniętego gardła a w dolinach tłoczą się dygoczące szepty, to i cała reszta. Otóż wszystko, co jest nim, zdaje się być poza nim. Żarliwy, w nastrojach zupełnie nieprzewidywalny, zdolny do błyskawicznego wykreowania emocjonalnych teatrzyków wszelkiej maści, jest magmą energii, co jej nie są w stanie okiełznać nawet stare pieśni kontratenora Łukasza Dulewicza, podawane przy klawesynowym akompaniamencie Jana Baciaka. Tu pomóc może tylko czas. Kiedyś drugi może będzie pierwszym. Trzeba czekać, spokojnie, spokojnie jak pierwszy. I uwierzcie, kiedy zdarzają się Salony takie jak ostatni, tak rozpięte, tak wysmakowane – czeka się świetnie. A później, po ostatniej frazie, ostatniej nucie, duży żal, że to już koniec.

 
29.03.2014  
Jolanta Ciosek, Vivat Panie Marianie!, /Dziennik Polski/
...

MARIAN CEBULSKI. Kocha Kraków, Teatr im. J. Słowackiego i publiczność. Znakomity aktor właśnie skończył 90 lat!Od 1947 roku związany wyłącznie z Teatrem im. J. Słowackiego. Stworzył na deskach tej sce[...]

MARIAN CEBULSKI. Kocha Kraków, Teatr im. J. Słowackiego i publiczność. Znakomity aktor właśnie skończył 90 lat!

Od 1947 roku związany wyłącznie z Teatrem im. J. Słowackiego. Stworzył na deskach tej sceny wiele wspaniałych ról, m.in. w „Balladynie”, „Kordianie”, „Weselu”, „Śnie nocy letniej”, „Wyzwoleniu”, „Ożenku”, „Rewizorze”.

Grał u boku gigantów teatru: Leszczyńskiego, Kurna­kowicza, Ćwiklińskiej. Przez 30 lat był czołowym aktorem kabaretu Jama Michalika. Mimo propozycji artystycznych z warszawskich teatrów, nigdy nie opuścił Krakowa, o którym mówi: – To moje ukochane miasto i tak pozostanie do końca. Marian Cebulski, popularny i lubiany aktor skończył 21 marca 90 lat. Z tej okazji, w miniony czwartek, w Międzynarodowym Dniu Teatru artysta otrzymał listy gratulacyjne od władz miasta i województwa.

Mistrz puent

Pamiętam moment, gdy Marian zaproponował mi przejście na „ty”. Było w tym coś wzruszającego, gdy powiedział, że dzięki temu poczuje się młodszy, a ja starsza, gdyż wciąż smarkato wyglądałam. Widać uznał mnie już za koleżankę. A debiutowałam właśnie u jego boku, będąc studentką I roku PWST, rolą Frani w „Weselu Figara”. On – mistrz i legenda teatru, ja – amatorka.

Zawsze miał wspaniałe poczucie humoru. Jego sceniczne i bufetowe żarty, cudowne opowieści o kolegach, naśladowanie ich śmiesznostek – do zjedzenia. Na scenie był ten sam: wesoły, żywiołowy. Poza jego rolą Starego Aktora w „Wyzwoleniu”, którą wszystkich wzruszył, widywałam go wyłącznie w postaciach komediowych.

Jako Sędzia we wspomnianym „Weselu Figara” był obłędnie śmieszny. Swoją perukę ogrywał jak czapkę w sposób mistrzowski. Cóż to było za studium charakteru. Ta peruka grała razem z tekstem i ze zniecierpliwieniem Sędziego. Jak w najlepszej, angielskiej komedii filmowej.

– W naszym teatrze tylko Marian potrafił tego dokonać – mówiła mi Bożena Adamek o Marianie Cebulskim, mistrzu puent, który zadebiutował na krakowskich deskach teatralnych 69 lat temu, grając w „Powrocie Odysa” w reżyserii Tadeusza Kantora.

150 ról w „Słowackim”

Marian Cebulski, nestor Teatru im. Juliusza Słowackiego, jest jednym z najpopularniejszych aktorów Krakowa. Urodził się w rodzinie przedwojennego oficera Wojska Polskiego. W czasie okupacji występował w teatrze konspira­cyjnym Adama Mularczyka. Po wojnie, w 1945 roku wstąpił do Studia Aktorskiego przy Starym Teatrze, potem związał się ze sceną Teatru Powszechnego im. Wojska Polskiego w Krakowie i występował tam do 1946. W sezonie 1946 –1947 grał w Teatrze Kameralnym TUR.

W Teatrze im. Juliusza Słowackiego zagrał ponad 150 ról. Był wielokrotnie nagradzany, dwukrotny laureat Złotej Maski w plebiscycie „Dziennika Polskiego” na najpopularniejszego aktora Krakowa (1965, 1966). Występował też w Teatrze TV, w teatrze radiowym i w kilkudziesięciu filmach. Po przejściu na emeryturę w 1991 roku był nadal czynny zawodowo. Można go było oglądać w „Iuve­nilium permanent” według Witkacego, „Idiocie” Dostojewskiego i w „Dziadach”.

Jak wspominają koledzy aktorzy, pan Marian zawsze lubił się śmiać i podrywać panienki, opowiadać absurdalne dowcipy, robić kolegom kawały. „Tworzył własne, charakterystyczne, śmieszne typki krakowskie. Był ważnym i znaczącym aktorem Teatru im. Słowackiego. Pozostawił po sobie bogaty fresk kreacji aktorskich. Myślę, że na tej scenie znalazł ducha tego teatru, któregośmy wszyscy szukali, ale nie każdemu dane było spotkać się z nim. No i była jeszcze Jama, ale to osobny rozdział naszego życia” – powiedziała mi przed kilkoma laty Marta Stebnicka, wspaniała krakowska aktorka, która niejeden wieczór spędziła z panem Marianem podczas michalikowych spektakli.

Jeszcze w ubiegłym roku można było zobaczyć aktora w roli Starego Wiarusa, którą to postać z „Warszawianki” reżyser „Kordiana” włączył do przedstawienia.

Teatr Konspiracyjny

Początki teatralne artysty przypadły na lata okupacji i Teatr Konspiracyjny. Ten trudny czas tak aktor wspominał w jednym z wywiadów:

– Graliśmy w różnych miejscach, co było zgodne z zasadami konspiracyjnymi. Wszystkich miejsc już nie pamiętam, ale utrwalił mi się adres Kanonicza 6, pomieszczenia stolarni. Kiedy zmarł Wiktor Sadecki, telewizja zwróciła się do mnie, abym pokazał, gdzie ten teatr był. Oczywiście po stolarni i po dawnych pomieszczeniach nie zostało ani śladu, a w tej przestrzeni powstały jakieś biura. Ogółem zorganizowano 16 przedstawień, w tym osiem premier. Obejrzało je 2000 widzów. Repertuar obejmował m.in. „Wesele” Wyspiańskiego (premiera 21 III 1941 przy ul. Lea 41/5), „Zemstę” Fredry (premiera 28 V 1944 przy ul. Kanoniczej 6, w stolarni), „Werbel domowy” J. K. Gregorowicza (premiera 3 X 1943 przy Floriańskiej 15).

Wspomniany Wiktor Sadecki i Marian Cebulski wychylili niejednego kielicha podczas wędrówek po krakowskich restauracjach ze SPATiF-em na czele. Przyjaźnili się, obaj kończyli Studio Aktorskie przy Starym Teatrze, do którego zgłosiło się mnóstwo osób, m.in. Marta Steb­nicka, Irena Babel, Halina Mikołajska, Tadeusz Łomnicki, An-­­ drzej Szczepkowski. Wśród pedagogów były takie tuzy jak Juliusz Osterwa czy Janusz War­necki, który wieszczył młodemu adeptowi przyszłość w komedii i rolach charakterystycznych.

Krakowski Gzymsik

Kiedy przed paroma laty rozmawiałam z Januszem Zakrzeń- s­kim, tragicznie zmarłym pod Smoleńskiem, tak opowiadał o Cebulskim i Sadeckim:

Marian Cebulski i Wiktor Sadecki, para krakowskich gzymsików, która obrosła legendą. Jako młody aktor „Słowackiego” bardzo chciałem być w ich towarzystwie. Często, wraz z Witusiem, wyskakiwaliśmy na małe co nieco i wódeczkę. Marian wtedy błagał „hamuj Witka”. Pewnego razu zarzuciło nas do knajpki bez Mariana. Zabrakło pieniędzy. „Szukaj Mariana. On nas wykupi” – powiedział Witek. Znalazłem. Wykupił. Byliśmy po kielonku, więc poczułem cholerny głód. Marian zamówił po schabowym z kapustą. Zjedliśmy. Ja głodny dalej. „Marian, błagam, jeszcze jednego” – mówię – „Niech cię szlag trafi – postawię”. Po drugim nadal czułem głód. „Marianku, czy...”. „Niech cię szlag trafi. Masz trzeciego”. Sytuacja powtórzyła się sześć razy. Zajadam i słyszę głos z sali: – „Co to za klarnet z wami wsuwa te kotlety?”. Wcale się nie obraziłem. To był zaszczyt być klarnetem wśród takich mistrzów.

Kiedy w listopadzie ubiegłego roku zagrał po raz ostatni w „Kordianie” i pożegnano go kwiatami, owacją publiczności, powiedział wzruszony: – Te lata to są lata mojej miłości do teatru i publiczności. Być może wejdę jeszcze na tę scenę. A jeśli nie, to będę chodził wokół teatru, bo tak go kocham.

Jak obiecał, tak robi: odwiedza teatr, przychodzi na spektakle, sporo czasu spędza w archiwum, gdzie jego szefowej, Dianie Poskucie opowiada dziesiątki anegdot i historyjek.

Vivat Panie Marianie!

Źródło

 
21.03.2014  
Rafał Stanowski, Dawny magazyn zmieni się w perłę, /dziennikpolski24.pl/
...

Teatr im. J. Słowackiego otrzymał 6,5 mln zł z funduszy norweskich na odnowienie budynku przy ul. Radziwiłłowskiej 3. Wcześniej był tu magazyn. Teraz powstanie nowoczesny [...]

Teatr im. J. Słowackiego otrzymał 6,5 mln zł z funduszy norweskich na odnowienie budynku przy ul. Radziwiłłowskiej 3.

Wcześniej był tu magazyn. Teraz powstanie nowoczesny oddział teatru, w którym znajdą się m.in. sala prób, przestrzeń wystawiennicza, wypożyczalnia kostiumów i pracownie krawieckie.

Sala prób o powierzchni ok. 200 metrów kwadratowych będzie się znajdować na pierwszym piętrze zbudowanego w 1896 roku budynku. - Tak dużego pomieszczenia o tym przeznaczeniu ten teatr nie miał nigdy w swojej historii - mówi Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru. im. J. Słowackiego. Miejsce będzie otwarte nie tylko dla aktorów i pracowników teatru, ale także dla publiczności. - Będzie ona mogła współ­uczestniczyć w procesie twórczym i performensach - dodaje dyrektor Orzechowski. Przy Radziwiłłowskiej prowadzone będą również zajęcia dla osób mających utrudniony dostęp do kultury, np. niepełnosprawnych.

Rarytasy z szafy

Przy Radziwiłłowskiej swoje miejsce znajdą bogate zbiory, które dotychczas znajdowały się poza teatrem (m.in. w budynku telewizji na Krzemionkach). - Są tu prawdziwe cymelia - przekonuje Krzysztof Orzechowski. To nie tylko bogate, zabytkowe kostiumy, ale również kolekcja białej broni czy ciekawe rekwizyty z poprzednich epok.

Pracownie krawieckie, które znajdą się na drugim piętrze, również nie zostaną zamknięte. Dyrektor planuje bowiem, by pełniły funkcję dydaktyczną, czyli uczyły młodych adeptów sztuki projektowania i tworzenia kostiumów. - Jest to umiejętność dziś coraz rzadsza, a zarazem potrzebna nie tylko teatrowi, lecz również filmowi, telewizji czy modzie - uważa Krzysztof Orzechowski.

Uzupełni ofertę MOS

Zdaniem dyrektora w budynku ma powstać kompleks kulturalny, który uzupełni ofertę Małopolskiego Ogrodu Sztuki (również należy do Teatru im. J. Słowackiego). - Te obiekty mają się w sobie przeglądać - opisuje Krzysztof Orzechowski. - MOS to miejsce orbitujące wokół najnowszych, czasami wręcz szaleńczych praktyk artystycznych. Przy Radziwiłłowskiej chcemy też reaktywować i pokazywać historię oraz tradycję naszego teatru.

Dzięki pieniądzom uzyskanym z funduszy norweskich prace będą mogły ruszyć jeszcze jesienią tego roku. Mają zostać zakończone za dwa lata. Otwarcie budynku zaplanowano na drugą połowę 2016. - Przed nami sporo pracy - mówi Krzysztof Orzechowski. Musimy przywrócić posesję do dawnej świetności. Trzeba m.in. wzmocnić więźbę dachową, prawidłowo zadaszyć i ocieplić zabytkowy budynek, poprawić kruszącą się elewację.

Historia z zakrętami

Budynek przy Radziwiłłowskiej przetrwał w swej historii kilka zakrętów. Teatr kilka lat temu wszedł w układ z prywatną firmą FCC Rawelin i Wspólnicy. Zaczął się remont, wydawało się, że miejsce stanie się perełką. W czerwcu 2011 roku ekipy budowlane zrezygnowały jednak z prac, gdyż im nie płacono. Okazało się, że spółka komandytowa FCC Rawelin i Wspólnicy, która zobowiązała się sfinansować remont kamienicy, nie miała wystarczającej ilości pieniędzy. Gdy bank odmówił jej kredytu, ogłosiła upadłość. Sprawa miała nawet trafić do sądu, jednak ostatecznie doszło do ugody spółki z teatrem. - W budynku zostały już wykonane prace budowlane na 1 mln zł - ocenia dyr. Orzechowski. Jego zdaniem obecny układ jest znacznie bardziej korzystny niż ten sprzed kilku lat. Teatr bowiem nie oddaje połowy posesji w użytkowanie prywatnej firmie, a może wykorzystywać całość. Czyli w sumie cztery kondygnacje (wraz z piwnicą).

Otwarta przestrzeń

Dyrektor Orzechowski zapewnia, że miejsce nie będzie zamknięte dla krakowian. - To ma być otwarta przestrzeń - mówi. Dlatego wraz z otwarciem drzwi zostaną też uruchomione liczne programy edukacyjne, w szczególności skierowane do młodych odbiorców. To z myślą o nich zbiory teatru zostaną również zdigitalizowane i powstanie multimedialna ekspozycja. - Chcemy, by było to miejsce nowoczesne i interaktywne - dodaje Krzysztof Orzechowski.

ŹRÓDŁO

 
20.03.2014  
Elżbieta Baniewicz, Stare i nowe w Krakowie, /Twórczość nr 3/
...

Panuje ostatnio moda na teatr autorski, walczący, społecznie zaangażowany. Tymczasem Krzysztof Orzechowski prowadzi (od piętnastu lat) teatr repertuarowy, to znaczy usiłuje pokazać dzieła autorów w[...]

Panuje ostatnio moda na teatr autorski, walczący, społecznie zaangażowany. Tymczasem Krzysztof Orzechowski prowadzi (od piętnastu lat) teatr repertuarowy, to znaczy usiłuje pokazać dzieła autorów wielu epok i narodowości tak, by wydobyć z nich osobny świat autora, właściwą mu wrażliwość, sposób wyrażania myśli, słowem jego niepowtarzalny styl i osobowość.

Lubimy narzekać, to nasza narodowa specjalność. Nawet jeśli coś się udaje, to wypatrujemy raczej dziury w całym, niż chwalimy. Poletko teatralne jest tego doskonałym przykładem, zwłaszcza gdy podzieliło się na kilka zantagonizowanych obozów. Jeden wyznaje tylko eksperyment, im bardziej szokujący, tym lepiej, drugi próbuje język postmodernistycznego dramatu przysposobić do krajowych sił i środków, a jeszcze inny ściąga rozwiązania z zagranicznych scen i sprzedaje jak swoje. Trudno nie zauważyć, że nasza nowoczesność jest coraz bardziej płynna, coraz trudniej ją opisać, a jeszcze trudniej znaleźć kryteria ocen.

Sytuacja głównych krakowskich teatrów - Starego i Słowackiego - wydaje się dla tego pomieszania z poplątaniem modelowa. Pierwszy ma w nazwie przymiotnik Narodowy i jest finansowany z budżetu centralnego, drugi nie mniej znany z wielkich dla Krakowa i kraju nazwisk pozostaje na garnuszku wojewody małopolskiego. Fakt ten nawet dla urzędników samorządu, zobowiązanych dbać o wiele podkrakowskich miejscowości, nie jest zupełnie oczywisty. Niby dlaczego z budżetów okolicznych gmin mają utrzymywać teatr w centrum bogatszego od nich miasta. Budżety obu placówek są nieporównywalne, z korzyścią dla sceny Narodowej. Teatr przy placu Szczepańskim podobno kwitnie i wyznacza nowe drogi w sztuce, eksperyment bowiem goni eksperyment, a ten przy Św. Ducha uchodzi za oazę teatru tradycyjnego, mieszczańskiego, co wielu wypowiada ze znaczącym skrzywieniem ust.

Otóż nie zgadzam się z tym snobistyczno-układowym poglądem absolutnie. Po pierwsze, w kraju, gdzie mieszczaństwa praktycznie nie było, ów etos realizowali, jeśli już, inteligenci kilku pokoleń rekrutujący się z cieniutkiej warstwy szlacheckiej, a osoby po obu stronach rampy mają głównie chłopskie albo proletariackie pochodzenie, taką strukturę społeczną odziedziczyliśmy bowiem po wojnie. Po drugie, skoro było tak dobrze, czemu zatem rok temu zmieniono dyrektora, by podniósł poziom placówki? Jan Klata podobno przyciągnął nowych widzów i frekwencja skoczyła do dziewięćdziesięciu procent. Wspaniale, tylko w ocenie dokonań nowego dyrektora nawet miny jego zwolenników rzedną. Prowadzenie Starego Teatru okazało się trudniejsze, niż przypuszczał, choć na razie umacnia się w przekonaniu, że awangardowy, eksperymentalny teatr atakują "mohery", zapyziały mieszczański beton, konserwatywny Krakówek. Podobno akolici zamiast wychylać kieliszek ze staropolskim "na zdrowie" wznoszą toasty słowem "hańba". Zaiste, grunt to dobre samopoczucie.

Po awanturze w Starym ruch na działkach jak w maju, kto widział przerwany spektakl, choć częściej nie widział, pisał, gdzie się dało za albo przeciw, zbierali się radni i posłowie, by podpisywać uchwały, protestować albo walczyć, potępiać albo chwalić. Tymczasem o wiele ważniejsze, choć przeszło bez należnego rozgłosu, wydaje się otwarcie przy ulicy Rajskiej 12 Małopolskiego Ogrodu Sztuk.

I pomysł, i jego wykonanie budzi zachwyt. Oto budynek, gdzie mieściły się warsztaty i pracownie Teatru im. Słowackiego, służący z początkiem XX wieku jako ujeżdżalnia koni, po wojnie zaanektowany przez Teatr Ludowy, zamiast niszczeć i popadać w ruinę, zyskał nowe życie. Z pomysłem jego rewitalizacji wystąpił Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. Słowackiego, czyli notarialnego właściciela budynku i działki. Trudnej do zabudowy, położonej w centrum starego miasta, wąskiej, do tego zaginającej się w kształt litery L. Po ośmiu latach przekuwania idei w czyn, zdobywania funduszy, także unijnych, oraz budowy Kraków otrzymał nowoczesny, wielofunkcyjny obiekt przeznaczony na działalność w najszerszym tego słowa znaczeniu kulturalną.

Oprócz sali teatralnej, gdzie można dowolnie kształtować przestrzeń gry i przenosić miejsca dla widzów (fotele chowają się pod podesty, te zaś można łączyć w różne formy), sali kinowej, konferencyjnej i odmiennych przestrzeni wystawowych na trzech kondygnacjach znajduje się też miejsce na zbiory filmów, nagrań muzycznych, telewizyjnych i radiowych. Powstała w tym budynku mediateka -z unikalną kolekcją multimediów, wydawnictw elektronicznych, audiobooków, zbiorów muzycznych, filmowych, poświęconych architekturze oraz tradycyjnych poświęconych sztuce, szczególnie teatrowi - jest agendą Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej mieszczącej się w budynku położonym vis a vis, przy tej samej ulicy. Sąsiedztwo to poza pozyskaniem unikalnych zbiorów, w tym niszowych jak literatura komiksowa (stworzono specjalną pracownię komiksu), owocuje także połączeniem internetowym z największymi bibliotekami i muzeami na świecie. Słowem, powstało fantastyczne miejsce dla sztuki, wykorzystującej najnowocześniejsze media i technologie, przestrzeń dla eksperymentów teatralnych, koncertów, projekcji filmów i dyskusji (już prowadzonych w cyklach tematycznych), wystaw wykorzystujących nowoczesne technologie do prezentowania zbiorów. Przykładem mogą być Ogrody teatru - "wystawa jubileuszowa z okazji 120 lat Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie", inaugurująca 20 października 2012 roku działalność Małopolskiego Ogrodu Sztuk. Na trzech kondygnacjach budynku pokazano pięć epok działalności teatru Młoda Polska, Dwudziestolecie Międzywojenne, Lata Okupacji, Teatr w czasach PRL i Współczesność przypominając i dzieje budynku, którego hitlerowcy nie zdążyli ogołocić z secesyjnych ozdób architektonicznych, by zastąpić je nowoczesnymi, i ważniejsze historyczne premiery, a także zdjęcia najwybitniejszych aktorów związanych z tą sceną.

Zaprojektowany przez pracownię architektoniczną Krzysztofa Ingardena budynek znakomicie wpisuje się w dawną zabudowę ulicy, mimo że jest całkowicie odmienny od stojących przy niej domów. Łamany dach łączy ze sobą kilka niewidocznych prawie kondygnacji oraz wiele przestrzeni użytkowych o powierzchni 4300 metrów kwadratowych. Od strony ulicy Rajskiej lekka konstrukcja ścian i dachu, z aluminium i ceramicznych kształtek, zamyka otwarte zielone atrium z ławkami, przez które wyrasta stare rozłożyste drzewo. Następnie jej oszklony fragment ochrania westybul budynku z kasami, zamknięty frontową ścianą dawnej ujeżdżalni, odtworzoną z odzyskanej cegły. Od strony ulicy Szujskiego jest wejście do mediateki. Ceramiczne kształtki, w kolorze palonej cegły, ułożone w pionowe linie wykorzystano na całej szklanej elewacji budynku, co sprawia, że obiekt wyróżnia się z otoczenia niecodzienną fakturą ścian. Przy czym nie narusza ładu przestrzennego, wyznaczonego przez okoliczne kamienice z przełomu XIX i XX wieku, zarówno jeśli chodzi o linie dachów, jak i swoją kubaturę. Budynek łączy nowoczesność i tradycję, fantastyczne światło i zmienną za każdym załomem korytarza przestrzeń, piękno i ekologię, minimalistyczną surowość wykończenia łączy z funkcjonalnością.

Fantastyczne dzieło architektów i budowniczych zostało nagrodzone jako jeden z najpiękniejszych obiektów wykreowanych na desce projektantów, a następnie przez inżynierów, którym udało się urzeczywistnić ich idee. Wywiera ogromne wrażenie, budzi dumę, że można, że się udało wymyślić i zrealizować coś, co przetrwa lata i służyć może pokoleniom ludzi zdobywających wiedzę, twórczych. Warto podkreślić, że powstało dla młodych twórców i odbiorców sztuki, dzięki idei oraz wieloletniej determinacji Krzysztofa Orzechowskiego, dyrektora "mieszczańskiego" teatru. Zaraził swym pomysłem dziesiątki ludzi, od włodarzy samorządu, przez architektów, budowniczych, po "swoich" pracowników i artystów. I wygrał.

Konkurs na dyrektora MOS wygrała Iwona Kempa, reżyser po krakowskiej szkole teatralnej, przez ostatnie lata dyrektor artystyczny Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu. Osoba przede wszystkim utalentowana i spełniona twórczo. Zrealizowała czterdzieści przedstawień (debiut w 1994 roku), nagradzanych na wielu festiwalach, bez epatowania widzów pomysłami dla efektów. Tworzy teatr poważnych pytań egzystencjalnych w oparciu o dobrą literaturę. Jej spektakle cechuje minimalizm efektów scenicznych, ale bogactwo i intensywność, nie tylko psychologiczna, aktorskich ról, o których długo się myśli.

Od kilku lat pracowała też na scenie przy Św. Ducha. Pamiętam jej pełne drastycznych pytań "Rozmowy poufne" według Ingmara Bergmana, świetną "Udrękę życia" Hanocha Levina, nie mówiąc już o rewelacyjnym "Pakujemy ma-natki" tegoż autora w Toruniu. Z tym większą frajdą oglądałam "Za chwilę. Cztery sposoby na życie i jeden na śmierć" Petera Asmussena na scenie w nowym obiekcie. Pięć aktorek (Bożena Adamek, Dominika Bednarczyk, Dorota Godzić, Marta Konarska i Anna Tomaszewska) relacjonuje historie pięciu kobiet. A raczej mierzy się z ich losem własnym temperamentem i wyobraźnią, sposobem przeżywania i wyrażania uczuć. I wszystkie robią to w sposób wirtuozowski. Wszystko, o czym opowiadają aktorki - miłość i zdrada, cierpienie i radość, zauroczenie i rozczarowanie partnerem - mogło się zdarzyć naprawdę, wystarczy tylko zdjąć perukę, by intensywność iluzji prysła, a zostało to, co niewyrażalne.

To jeden z wielu spektakli coraz lepszego zespołu artystycznego, który nie wywołuje skandali, nie jest lansowany przez modne środowiska, a frekwencja od lat przekracza 90 procent, nie licząc niedzielnych Salonów Poezji Anny Dymnej, które odwiedzają tłumy. Nie jest więc tak, że tylko eksperymenty przyciągają publiczność. Zresztą w sprawie odwagi artystycznej lansowanych artystów też panuje pomieszanie z poplątaniem. Jeżeli Justyna Łagowska projektuje scenografię do spektaklu Jana Klaty, a Maćko Prusak pracuje tamże nad ruchem scenicznym, oboje są twórcami bezkompromisowymi, którzy cenią eksperyment i wolność, gdy wykonują tę samą pracę przy placu Św. Ducha, od razu stają się tradycyjni do szpiku kości i duch eksperymentu ich opuszcza. Ciekawe. Jeden z najbardziej radykalnych i udanych (rzadkość!) performansów na niedawno zakończonym festiwalu Boska Komedia to "Chopin bez fortepianu" Barbary Wysockiej i Michała Zadary Orkiestrowe wykonanie Koncertu f-moll, któremu towarzyszy monolog aktorki rozbijający konwencjonalne wyobrażenia o jego kunsztownej i rewolucyjnej muzyce, zrealizowane zostało w Teatrze im. Słowackiego, ale o tym fakcie recenzentom piłującym tezę o pracach awangardowych reżyserów przy placu Szczepańskim wypada zapomnieć. I tak po kolei można wymieniać spektakle Agaty Dudy-Gracz "Ojciec" i "Każdy musi kiedyś umrzeć Porcelanko" według Troilusa i Kresydy (Złoty Yorick w 2013 roku na Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku), "Obcy" Camusa Anny Smolar czy debiut reżyserski Marcina Hycnara -"W mrocznym, mrocznym domu" i wiele innych. Może więc nie chodzi o brak nowatorstwa i teatr tradycyjny, skoro pracują tu ci sami młodzi artyści. Zresztą starych już w ogóle na lekarstwo, bo od dawna spoglądają na nas z niebieskiego balkonu. Na scenach w całym kraju pracują młodzi ludzie, tych po pięćdziesiątce jest zdecydowana mniejszość, tylko jedni mają szczęście być lansowani ponad miarę dokonań, inni mają go znacznie mniej.

Przypuszczam jeszcze, że chodzi także o model teatru. Otóż panuje ostatnio moda na teatr autorski, walczący, społecznie zaangażowany, więc jeśli tak zwana wymowa przedstawień wpisuje się w politycznie poprawny i obowiązujący dyskurs, wszystko jest cudnie. Wartości artystyczne schodzą na plan daleki. Tymczasem Krzysztof Orzechowski prowadzi (od piętnastu lat) teatr repertuarowy, to znaczy usiłuje pokazać dzieła autorów wielu epok i narodowości tak, by wydobyć z nich osobny świat autora, właściwą mu wrażliwość, sposób wyrażania myśli, słowem jego niepowtarzalny styl i osobowość. Nie uprawia teatru autorskiego (sam zrezygnował z reżyserowania), tylko stara się zaspokajać różne potrzeby i oczekiwania widzów. Dlatego obok wymienionych znajduje się w repertuarze "Czarnoksiężnik z krainy Oz" dla dzieci, z przepiękną scenografią młodziutkiej Julii Skrzyneckiej (laureatki Nagrody im. Teresy Roszkowskiej), "Ziemia obiecana" Reymonta przygotowana przez specjalistę od musicali Wojciecha Kościelniaka, "Pułapka na myszy" w reżyserii Olgi Lipińskiej, ostatnia sztuka Mrożka "Karnawał", "Maskarada" Lermontowa zrealizowana przez Nikołaja Koladę. Wymieniam tytuły ostatnich premier, choć niektóre z przedstawień są grane z powodzeniem - "Tango Piazzola" Anny Burzyńskiej, wciąż odważny i świetnie zagrany "Kochanek" Pintera w reżyserii Józefa Opalskiego czy "Peer Gynt" Ibsena w reżyserii Rafała Sabary - od kilku sezonów. Ten model teatru wymaga odpowiedzialności za zespół, czyli za rozwój aktorów zatrudnianych w sztukach o odmiennej estetyce, i odpowiedzialności za publiczność, zdecydowanie zróżnicowaną.

Chwila na dygresję dotyczącą roli dramaturga. W lansowanych teatrach rozmnożyli się dramaturdzy, którzy zajmują się uwspółcześnianiem dawnych dramatów, rzekomo niezrozumiałych, co sprowadza się do przepisywania klasycznych tekstów przeważnie na język popkultury, przykrawania ich do jednej tezy, przesłania. W ten sposób widz zamiast wieloznacznego utworu otrzymuje płaski jak naleśnik komunikat zgodny z tym, co dramaturg przeczytał we wczorajszej gazecie. W Teatrze im. Słowackiego kierownikiem literackim jest Anna Burzyńska, szefowa pracowni teorii literatury, wieloletni wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, a także nagradzana autorka sztuk współczesnych, wystawianych na różnych scenach. Jeśli nie chwyta za pióro, jak wielu mniej kompetentnych "dramaturgów", by uwspółcześniać klasyczne teksty, to czyni to świadomie. Z szacunku dla słowa dramatopisarza, w przekonaniu, że trudniej jest odkryć jego niepowtarzalny kosmos, by wraz z reżyserem i aktorami go na scenie urzeczywistnić, niż przykroić utwór danego autora do modnych dziś haseł. Jeśli chce coś powiedzieć od siebie, pisze tekst do programu (czyta się je z podziwem i satysfakcją) albo sztukę pod swoim nazwiskiem. Świadczy to nie o jej braku umiejętności dramaturgicznych, tylko o świadomym wyborze własnej roli w teatrze.

Prowadzenie teatru repertuarowego okazuje się coraz trudniejsze, nie tylko z powodu braku finansów, choć tych także. Ważniejsze, że zalewa nas z jednej strony komercja, z drugiej pseudoawangarda, z innej jeszcze radykalne zmiany we współczesnym dramacie i teatrze, co powoduje, że rozmywają się zupełnie kryteria ocen. Dlatego ratunek przed tymi zagrożeniami widzę właśnie w pilnowaniu profesjonalizmu, w wystawianiu szeroko rozumianej klasyki jako wielkiej szkoły rzemiosła i wyobraźni, bez czego trudno sobie wyobrazić realizację narodowych arcydzieł.

To, co napisałam, nie przeszkadza zupełnie, by w tym typie teatru znalazł swe miejsce teatr autorski. Tylko naprawdę nie każdy potrafi stworzyć własny oryginalny język sceniczny; nie każdy reżyser stanie się Konradem Swinarskim, Jerzym Jarockim, Krystianem Lupą, nie każdy kompozytor Henrykiem Góreckim, Wojciechem Kilarem czy Pawłem Szymańskim jak nie każdy pisarz Tadeuszem Różewiczem albo Wiesławem Myśliwskim. Kreowanie wielkości z miernot wydaje się kulturalnym szkodnictwem i uczciwiej pozostać dobrym rzemieślnikiem niż pretensjonalnym artystą. Wielkim się bywa w wyniku sprzyjających okoliczności i talentu, częściej rzemieślnikiem, o czym warto pamiętać, by zachować miarę rzeczy.

 
11.03.2014  
Urszula Wolak, Łukasz Gazur, Kryzys nie ima się krakowskich scen, /Dziennik Polski/
...

Na wiele spektakli przychodzi więcej osób, niż jest miejsc na widowni. Tak popularne są na przykład "Idiota", "Kukułcze jajo..." i "Lubiewo".Teatry są jedną z najważniejszych dziedzin krakowskiej kult[...]

Na wiele spektakli przychodzi więcej osób, niż jest miejsc na widowni. Tak popularne są na przykład "Idiota", "Kukułcze jajo..." i "Lubiewo".

Teatry są jedną z najważniejszych dziedzin krakowskiej kultury. To się nie zmienia mimo upływu lat i zmieniających się trendów. Na pierwszym miejscu umieścić trzeba Teatr STU.

- Każdy nasz spektakl cieszy się stuprocentową i ponadstuprocentową frekwencją, choć ceny biletów są dość wysokie w porównaniu z innymi teatrami w Krakowie. Wahają się od 50 do 100 zł - mówi Beata Laskowska-Pietroń z Biura Organizacji Widowni Krakowskiego Teatru Scena STU.

Podkreśla, że STU jako jedyny teatr w Polsce ustala repertuar na cały rok.

Prawie tak dobrym wynikiem jak scena przy al. Krasińskiego może się też poszczycić Narodowy Stary Teatr. W minionym roku osiągnął on frekwencyjny pułap 98 procent. To dane przytaczane przez ministra Bogdana Zdrojewskiego. Zaznaczmy jednak, że ta szacowna instytucja prowadzi bardzo aktywną politykę promocyjną. W każdy pierwszy czwartek miesiąca teatromani mogą nabyć bilety na każdy (z wyjątkiem premier) spektakl w cenie 22 zł. Atrakcyjna dla publiczności jest też akcja "Starego" - "Dotknij teatru", podczas której kupimy bilety już za 15 zł. Średnia cena biletów na spektakle wynosi niedużo - 30/50 zł.

Właściwie żadnych działań promocyjnych nie potrzebuje teatr Bagatela. Łączna frekwencja za cały rok wyniosła tu 87 procent, przy cenach biletów wahających się od 24 do 70 zł. - Przy czym gramy kilka spektakli, których frekwencja wynosi więcej: 109 procent - "Idiota", "Ławeczka" (108 proc.) czy "Wujaszek Wania" (97 procent) i "Pies, kobieta, mężczyzna" - 99 proc., "Tango" - 99 procent - mówi Magdalena Musialik- -Furdyna, kierownik działu kreacji w Bagateli.

Do absolutnych hitów tej sceny należy "Mayday". Spektakl nie schodzi z afisza już od prawie 20 lat. W minionym roku zobaczyło go ponad 16,7 tys. osób. W ciągu 20-letniego okresu daje to sporo ponad 300 tys. osób. Warto podkreślić, że artyści pracują również w wakacje. Zarówno w Bagateli, jak i STU widzowie nie mają zwykle szansy na kupienie biletu podczas weekendu. Trzeba je rezerwować wcześniej.

Na brak zainteresowania nie narzeka też Teatr im. Juliusza Słowackiego z cenami biletów wynoszącymi od 25 do 50 zł. W ub. roku frekwencja osiągnęła tu 94 procent.

Niektórych spektakli nie sposób jednak wypromować. Tak było w przypadku interesującego dzieła Agaty Dudy- -Gracz "Każdy musi kiedyś umrzeć porcelanko", wystawionego w Małopolskim Ogrodzie Sztuki, który należy do instytucji Teatru im. Słowackiego. Może jednym z powodów był fakt, że tę sztukę oglądać mogli tylko widzowie dorośli?

W Łaźni Nowej frekwencja sięga 70-80 proc. Ale w repertuarze nowohuckiej sceny są spektakle, na które zagląda komplet widzów, np. "Trzej muszkieterowie", "Trailer: Wejście Smoka" i "Emigranci".

Z kolei Teratr Nowy w Krakowie w 2013 r. zagrał 99 spektakli przy średniej frekwencji na poziomie 90 proc. Najpopularniejsze spektakle - z frekwencją przekraczającą 100 proc. i dostawkami to kontrowersyjne "Lubiewo" (niezmiennie komplety widzów od premiery w listopadzie 2011 r.), "Lubiewo. Ciotowski bicz", "Macabra Dolorosa" i "Griga". Teatr szuka też wciąż nowych sposobów, by dotrzeć do widzów, np. 15 marca wprowadza wejściówki w cenie 15 zł dla studentów UJ.

W teatrze Groteska w 2013 r. średnia frekwencja wynosiła nieco ponad 80 proc. Wśród najchętniej oglądanych spektakli znalazły się: "Kukułcze jajo czyli ptasie przygody Misia" (ponad 101 proc.), "Czerwony Kapturek" (ponad 97 proc.) oraz "Baśń o Dobrym Kopciuszku i Złych Siostrach" (ponad 96 proc.).

Z kolei nieduży teatr Barakah na swoich spektaklach ma frekwencję na poziomie 60 - 70 proc. Na tej scenie najchętniej oglądane są spektakle: "Szyc", "Klinika dobrej śmierci" oraz "Królowa wanny".

Warto wspomnieć, że nie zawsze było tak dobrze. Jeszcze w 2011 czy 2012 r. sprzedawano bilety w promocyjnych cenach na portalach zakupów grupowych Groupon czy Gruper. Trafić tu można było na oferty m.in. Łaźni Nowej czy Groteski. - W Polsce teatr zawsze cieszył się wzięciem. Największymi hitami są spektakle mieszczańskie, bezpieczne, lekkie, z elementami komediowymi. Wciąż za mało jest eksperymentów, choć tą drogą idą Łaźnia Nowa, Teatr Nowy czy różnie oceniany Stary Teatr. Nie widać natomiast kreowania wydarzeń na skalę ogólnopolską - ocenia krytyk Łukasz Maciejewski.

Źródło

 
02.01.2014  
Łukasz Drewniak, Bitwa podwawelska , /Dziennik Polski/
...

Podsumowanie roku 2013 - teatr. Subiektywny przegląd krakowskich scen. 1. "Bitwa warszawska 1920", reż. Monika Strzępka, Narodowy Stary Teatr w KrakowieZmartwię wszystkich oponentów Starego Teat[...]

Podsumowanie roku 2013 - teatr. Subiektywny przegląd krakowskich scen. 

1. "Bitwa warszawska 1920", reż. Monika Strzępka, Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Zmartwię wszystkich oponentów Starego Teatru, ale jakkolwiek by układać listę 10 najlepszych krakowskich przedstawień roku 2013, to najmądrzejszy spektakl powstał właśnie na tej scenie. Demirski i Strzępka zagęścili fascynujący polski spór o kształt i sens niepodległości.

Przez wybór bohaterów - Broniewskiego, Piłsudskiego i Dzierżyńskiego (epokowo i diabelsko granych przez Juliusza Chrząstowskiego, Marcina Czernika i Michała Majnicza) pokazali trzy lewicowe życiorysy, trzy ideowe krachy. Wbrew głosom prawicowych publicystów nie ma tu mowy o rehabilitacji krwawego Feliksa, twórcy spektaklu oddają mu tylko głos, słuchają jego argumentacji.

2. "Chopin bez fortepianu", reż. Michał Zadara, Teatr Centrala i Sinfonietta Cracovia (Producent Agencja Artystyczna GAP)

Barbara Wysocka wykonuje tu wszystkie partie fortepianowe, bo słowa zastąpiły nuty. Ale to nie jest tylko popis wyobraźni formalnej i odwagi kreacji. Zadara i jego aktorka inteligentnie nawiązują do tradycji zespołu MW2, dokonują rewizji mitu Chopina i prowadzą pasjonujący wykład na temat rozumienia i mówienia o muzyce. I chyba nie było dotąd na polskich scenach tak radykalnej próby połączenia teatru z muzyką klasyczną!

3. "Niech no tylko zakwitną jabłonie", reż. Wojciech Kościelniak, PWST Kraków

Byłem na tym widowisku 5 razy! Właściwie nie muszę po tym wyznaniu tłumaczyć, dlaczego jest w tym zestawieniu tak wysoko. Scenariusz Osieckiej o dwóch Polskach, tej po I wojnie, i tej po II, przypomina szalony zlepek tytułów i ogłoszeń prasowych, dialogów z filmów niemych, słuchowisk radiowych i wreszcie piosenek. Komplementować trzeba cały studencki zespół, ale wokalno-aktorskie siły kobiece są tu imponujące.

4. "Układ", reż. Michał Kotański, Teatr Bagatela

Spektakl obowiązkowy dla mężczyzn wchodzących w smugę cienia. Niewesoła przypowieść o potrzebie zniszczenia starego życia, jeśli chcemy zacząć nowe. Dariusz Starczewski z niezwykłą świadomością kreśli przejmujący portret mężczyzny w kryzysie.

5. "Sarenki", reż. Tomasz Svoboda, Teatr Ludowy

Surrealny skecz bez reguł, żelaznej konstrukcji dramaturgicznej i polskich głupich dowcipów. Komedia Svobody jest jak haust świeżego powietrza, za taki absurd kochamy Czechów bardziej niż własne matki i narzeczone.

6. "Klub Miłośników Filmu Misja", reż. Bartosz Szydłowski, Teatr Łaźnia Nowa

Zamiast brazylijskich Indian - amatorzy z Nowej Huty. Z rolami Ironsa i De Niro z pamiętnego filmu Joffe'a udanie ścigają się Krzysztof Zarzecki i Radek Krzyżowski. Reżyser opowiada o krachu każdej, także religijnej i także teatralnej utopii. A że bohaterami są jezuici, papież Franciszek zapewne już o tym wywrotowym spektaklu słyszał.

7. "Każdy kiedyś musi umrzeć, Porcelanko", reż. Agata Duda-Gracz, Teatr im. Juliusza Słowackiego

Frapujące zderzenie cywilizacji, apokaliptyczna wizja wojny wartości, w której zwycięzców nie będzie. Hipnotyczny seans przywodzący na myśl spektakle Adreja Srebrana.

8. "Postrzał", reż. Dariusz Starczewski, Sztuka na wynos

Więcej niż ciekawostka. Spektakl grany w prywatnym mieszkaniu na Starowiślnej każdorazowo dla 13 widzów. Wydaje się, że będzie kameralnie i miło, a jest okrutnie i bez znieczulenia. Starczewski dokonuje metodycznej prezentacji korporacyjnego życia, nieudanych buntów pracowników, inicjuje rozmowy przeciekające przez palce, odkrywa rytuały upokorzenia.

9. "Towarzystwo pana Brzechwy", reż. Jan Polewka, Teatr Groteska

Opowiadając o przygodach Tomka Dropsa i inscenizując najsłynniejsze wiersze Brzechwy, Polewka uwiódł mnie szlachetną sceniczną naiwnością i małomiasteczkowym surrealizmem.

10. "Pływalnia", reż. Krystian Lupa, Teatr PWST

Jedyny spektakl Lupy, do którego jeszcze mieliśmy dostęp. Młodzi aktorzy mówili mi, że na Boskiej to był już ich ostatni raz. Brak mi będzie tego suchego basenu, do którego zlatują się ćmy barowe, narkomani, neurotycy. Spastykują, ćpają, szukają miłości i dorosłości. Żałuję, że widziałem jeden raz. Im dalej od premiery, tym mi to przedstawienie potężnieje w pamięci. A może po prostu tęsknię za Lupą. Skoro mistrz do Starego nie wróci, dlaczego żaden z dyrektorów nie zaprosi go do siebie?

Rozczarowanie: "Wanda" Passiniego (Stary Teatr) i "Rondo" Bikonta (KTO)

Jedno przedstawienie nominuję za chaos myśli i natłok konwencji, drugie za głupotę tekstu Bogusława Schaeffera.

Kategorie dodatkowe:

Najlepszy finał

Niedobrą sztukę Sławomira Mrożka "Karnawał, czyli druga żona Adama" uratował Bogdan Ciosek ostatnią sceną, w której Lilith śpiewa po drugiej stronie jeziora, a smutny szatan pali cygaro i słucha wpatrzony w oślepiający widzów biały ekran. To z tej bieli-nicości powrócił do nas na chwilę Adam-Mrożek, a teraz znów tam wrócił.

Najlepsza ekspozycja

"Maskarada" w Teatrze im. J. Słowackiego, w której wita nas rząd postaci w bieli ustawionych na całej szerokości sceny; za chwilę zmieni się w wijącego się i tańczącego węża ludzkich namiętności. Niestety, potem jest gorzej, Nikołaj Kolada jako reżyser to jednak rozczarowanie.

Najlepsza scena w środku

Dmuchane ryby latające pod teatralnym sufitem w narkotycznej wizji z "Być jak Steve Jobs"; reż. Marcin Liber, Narodowy Stary Teatr w Krakowie.

Najśmieszniejszy spektakl popularny

"Trzej muszkieterowie" Teatru Łaźnia Nowa. Zaproszeni do Krakowa aktorzy z Montowni udają chałturników.

Najfajniejszy spektakl niszowo-eksperymentalny

"Poczet Królów Polskich", reżyseria Krzysztof Garbaczewski. Mix wywrotowej histriozofii z wideo-artem; serial telewizyjny "Allo, Allo" spotyka się z "Bękartami wojny" Tarantino. Wstęp tylko dla freaków.

Źródło

 
02.01.2014  
Magazyn Magnes, Topy i Wtopy roku w krakowskiej kulturze, /Dziennik Polski/
...

 (...) Wacław KrupińskiTOPYI. Skok Opery Krakowskiej w prestiżowym rankingu portalu Operabase z! miejsca przed rokiem na 47. - ranking uwzlędnia 768 teatrów muzycznych świata. Z Polski są tam jes[...]

 (...)
Wacław Krupiński

TOPY

I. Skok Opery Krakowskiej w prestiżowym rankingu portalu Operabase z! miejsca przed rokiem na 47. - ranking uwzlędnia 768 teatrów muzycznych świata. Z Polski są tam jeszcze: Opera Wrocławska (20), Opera Narodowa (43), poznański Teatr Wielki (69).

2. Podwójna płyta "Krajobraz rzeczy pięknych" z 29, głównie premierowymi, piosenkami Andrzeja Zaryckiego. Pierwszy autorski album tego kompozytora. Śpiewają Rybotycka, Stebnicka, Szałapak, Bałata, Nowicki, Radek, Wodecki, Wójcicki. Cudny album wybitnego twórcy-do zasłuchania, do zakochania.

3. "Maskarada" Lermontowa w reż. Nikołaja Kolady w Teatrze im. J. Słowackiego. Misternie snuta opowieść, w której pięknie współistnieją gra aktorów, scenografia, kostiumy, światło, choreografia i muzyka. Dowcip i liryka. Kolada wie, jak uwieść widza nowocześnie i szlachetnie.

4. "Drugi Dziennik" Jerzego Pilcha. Kiedyś chorobę alkoholową, teraz Parkinsona potraktował jako temat. Literackim fortelem oswaja nieuchronne. To serio, to autoironią. Od tych fraz nie sposób się oderwać. Przejmują i poruszają, np. opowieścią o kupowaniu laski. W tle potyczki z innymi pisarzami. I Pilchowa Wisła.

5. Grzegorz Mielczarek w "Niżyński. Zapiski z otchłani" (Teatr im. Słowackiego, reż. Józef Opalski). Skupiony do bólu, który wywołują demony, jakie spętały ciało chorego tancerza i tak dojmujący, że zawstydzeni przyglądamy się walce Niżyńskiego z gasnącym życiem. Mielczarek w swym pokoleniu (rocznik 1977) wyrasta znacznie powyżej...

WTOPA

Narodowy Stary Teatr pod rządami Jana Klaty. Butne wypowiedzi i dobre samopoczucie zamiast mądrych, poruszających spektakli. Klata - wyrazisty jako twórca - w roli dyrektora bezradny i nieprzygotowany. Skandal, który mu pomógł, to zbyt mało.

CAŁOŚĆ ARTYKUŁU

 
16.12.2013  
Rafał Stanowski, dr Joanna Szulborska (UJ), Teatr to dziwne zwierzę , /Dziennik Polski/
...

DEBATA. Dyrektorzy KRZYSZTOF MIESZKOWSKI (Teatr Polski we Wrocławiu), KRZYSZTOF ORZECHOWSKI (Teatr im. Juliusza Słowackiego) i BOGUSŁAW NOWAK (Opera Krakowska) spotkali się w czasie dyskusji, którą or[...]

DEBATA. Dyrektorzy KRZYSZTOF MIESZKOWSKI (Teatr Polski we Wrocławiu), KRZYSZTOF ORZECHOWSKI (Teatr im. Juliusza Słowackiego) i BOGUSŁAW NOWAK (Opera Krakowska) spotkali się w czasie dyskusji, którą organizowaliśmy wraz z UJ.

To było wyjątkowe spotkanie. Ten odcinek naszej debaty "Z kulturą o kulturze - kultura pod ścianą" trwał ponad dwie godziny. Nie zawsze udaje się zaprosić tak znakomitych gości spoza Krakowa. Przyjechał bowiem do nas Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, jednej z największych scen w Polsce.

Dyskusja, zorganizowana wraz z Instytutem Kultury UJ i Fundacją dla Modrzejewskiej, nosiła tytuł "Artysta czy menedżer? Instytucja artystyczna - świątynia czy fabryka sztuki?".

Jeden plus jeden czy dwa w jednym

Krzysztof Orzechowski: - Instytucją kultury, zwłaszcza dużą, powinien zarządzać menedżer. Tak jest na świecie, tak jest w wielu teatrach w Polsce. Ja jestem "dwa w jednym" [artystą i menedżerem], ale takich ludzi, którzy potrafią to - nieskromnie powiem - łączyć, jest coraz mniej. Zarządzanie instytucjami kultury jest coraz bardziej skomplikowane. Bardzo często wymaga od artysty rezygnacji z ego, poświęcenia się, odrzucenia własnych ambicji na rzecz potrzeb instytucji. W Polsce, przy nominowaniu dyrektorów, nie bierze się na ogół pod uwagę dylematu: co to znaczy dla wybitnego artysty sprawować funkcję menedżera. Ten problem jest pomijany.

Menedżer musi umieć dogadać się z artystą. Ale jak przerzucić pomost między menedżerami - specjalistami od zarządzania i artystami - specjalistami od twórczych wizji? Zarządzania teatrem można się nauczyć, choć praktyka wykracza tu często poza to, co znajduje się w skryptach i podręcznikach. Dogadać się z artystą, który ma wizję, ochronić go przed tą całą biurokracją, niepotrzebną w sprawach artystycznych - o, to jest sztuka.

Jeżeli menedżer nie będzie rozumiał artysty, szedł za nim, za jego wizją, to artysta sam nic nie zrobi. Prowadzić teatr trzeba wspólnie. To kwestia porozumienia. Są takie przypadki, np. w Teatrze Narodowym w Warszawie od szeregu lat dyrektorem naczelnym jest Krzysztof Torończyk. Mało osób w Polsce o tym wie. Na ogół mówi się, że dyrektorem Teatru Narodowego jest Jan Englert. A on jest tak naprawdę kierownikiem artystycznym. Oni mają do siebie pełne zaufanie.

Menedżer powinien dogadać się z artystą

Bogusław Nowak: - Dogadać się z artystą - to jest tajemnica. Teatr to jest miejsce, gdzie nie da się powielać schematów. Wszystko, co robimy, jest zawsze czymś nowym, niesie w sobie prawie codziennie konieczność konfrontacji z różnymi sytuacjami, a przede wszystkim z mocnym ego ludzi tu pracujących.

Każdy, nie tylko aktor, nie tylko reżyser, każdy, kto decyduje się na pracę w teatrze, musi rozumieć jego istotę, konieczność pogodzenia wielu ambicji, wielu ego. Sukces zależy od tego, czy my jako menedżerowie będziemy potrafili stworzyć taką atmosferę pracy, że ludzie będą potrafili się zjednoczyć wokół projektu, który realizujemy. Każdy dzień w teatrze jest wyzwaniem. Artystą jest również portier, sekretarka, krawiec czy stolarz. Uznanie ich prawa do udziału w procesie tworzenia jest kluczowe.

Tu nie ma schematów, nie da się ich wypracować. Istotą jest to, by po pierwsze stworzyć wizję zadania, które będziemy realizować, a z drugiej strony - dać każdemu szansę na wypowiedź, na zrozumienie, że bez niego nie zrealizujemy projektu. To trzeba wyczytać między wierszami własnych doświadczeń.

Krzysztof Orzechowski: - Teatr to jest dziwne zwierzę, nieprzewidywalne.

Krzysztof Mieszkowski: - Nie jestem ani artystą, ani menedżerem. Erwin Axer, wybitny dyrektor Teatru Współczesnego w Warszawie, powiedział mi kiedyś, że teatr jest taki jak jego dyrektor. Myślę, że to jest najlepsza definicja, jaką można wymyślić. Nie szukał w sobie menedżera i artysty, lecz był człowiekiem, który kreował rzeczywistość artystyczną, jaka była mu bliska.

Teatr jest przecież wymodelowany przez bardzo różne mechanizmy, często skomplikowane, trudne, przeszkadzające. Największym przeciwnikiem jest biurokracja, która nas zagarnia i zostawia coraz mniej pola do działania.

Moja praca polega na tym, by zapewnić artystom jak największą wolność twórczą, by mogli realizować swoje marzenia, poszukiwania, szaleństwa. Pole wolności jest wartością podstawową. Jeżeli tego im nie zapewnimy, teatr jako sztuka upadnie.

Artysta i teatr na wolnym rynku

Krzysztof Orzechowski: - Jestem liberałem gospodarczym, ale konserwatystą kulturowym. Dlatego powiem, że najgorsze, co może spotkać kulturę, to wolny rynek. Kultura to nie jest tylko kwestia odpowiedniej ilości pieniędzy. To przygotowanie społeczeństwa, edukacja. Nie ma niezależnej kultury wysokiej na prawach wolnego rynku. Wiem, że dyrektor Nowak fundamentalnie się z tym pewnie nie zgadza.Jeżeli chcemy uprawiać sztukę misyjną, wysoką, to nie ma takiej siły, by reguły gospodarki rynkowej nie obniżyły jej poziomu. Oczywiście, jeśli ktoś traktuje kulturę jak schlebiający najtańszym gustom show w telewizji, to mieści się w gospodarce rynkowej. Ale mnie to nie interesuje. Interesuje mnie kultura wysoka, która spełnia misję, która edukuje społeczeństwo. Niestety, taka kultura kosztuje, na całym świecie zresztą.

Bogusław Nowak: - Zapytany na łamach "Dziennika Polskiego" o formy zarządzania instytucją kultury westchnąłem, że można byłoby sięgnąć po instrumenty, które są znane w teatrze niemieckim, czeskim czy słowackim. Upomniałem się o możliwość funkcjonowania instytucji kultury w formule spółki prawa handlowego.Wcześniej czy później nas to dopadnie. Nie możemy udawać jako menedżerowie, że w czasie ostatnich dwudziestu lat nic się nie wydarzyło. Wartości ekonomiczne, z którymi musimy się liczyć, w tej chwili dynamicznie kreują świat finansów wokół nas, musimy w tym brać udział, czy tego chcemy czy nie. Moje rozgoryczenie wynika z uchwalonej dwa lata temu ustawy o teatrze. Jedynymi negatywnymi beneficjentami tego prawa są dyrektorzy teatrów. Na co dzień borykam się z problemem wolnego rynku w kulturze, biorę w nim udział. Inaczej nie zatrudniłbym w Krakowie Mariusza Kwietnia czy Małgorzaty Walewskiej. Jako mene-dżerowie musimy myśleć o tym, że nasza struktura w każdej chwili musi być gotowa do tego, co dzieje się na rynku.

Krzysztof Mieszkowski: - Czasy, w których przyszło nam żyć, są świetne, a zarazem groźne. Wolny rynek uderza w sens istnienia sztuki, próbuje ją komercjalizować. Niebezpieczne są zjawiska redukujące pracę w dziedzinie kultury wyłącznie do kategorii zysku ekonomicznego. To się fatalnie odbija na edukacji demokratycznej całego społeczeństwa. Fala agresji, z jaką mamy do czynienia w ostatnim czasie, jest także konsekwencją wieloletnich zaniedbań edukacyjnych i kulturalnych. Kultura nie może być ofiarą wolnego rynku. To wolny rynek powinien być podporządkowany kulturze.Dla mnie zasadniczą wartością jest to, że pracuję w teatrze publicznym, którego formuła jest niezwykle istotna dla uprawiania sztuki. Jego podstawowym elementem jest utrzymanie stałego zespołu aktorskiego. Największe sukcesy polskiego teatru na świecie w ostatnich latach są konsekwencją tej blisko 250-letniej idei. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że polski teatr to polska racja stanu.

Jego powołaniem, sensem podstawowym, jest szeroko rozumiany dialog. Nawet gwałtowny i niebezpieczny, ale twórczy i otwarty, oparty na zaufaniu społecznym. W końcu robimy teatr dla publiczności, ale także przeciwko niej. Odpowiedź, czy artysta czy menedżer, brzmi dla mnie tak: i artysta, i menedżer, i polityk, i psycholog, i socjolog, i ojciec.

Potrzeba wicepremiera z teką ministra kultury

Krzysztof Mieszkowski: - Teatr Polski we Wrocławiu, będąc największym teatrem w Polsce z trzema autonomicznymi scenami, nie otrzymuje blisko trzech milionów złotych na podstawowe koszty utrzymania. Na początku każdego roku najpierw zastanawiamy się, jak zasypać tę dziurę, a dopiero potem, jak uprawiać sztukę. To jest surrealistyczne. Jestem też przeciwnikiem konkursów na dyrektorów instytucji publicznych. Konkursy zdejmują odpowiedzialność z organizatorów za podejmowane decyzje. System konkursowy kwestionuje kompetencje wielu znakomitych kandydatów na dyrektorów, których eliminują biurokratyczne przepisy. Nie przypominam sobie, żeby któraś z piłkarskich potęg ogłaszała konkurs na trenera. Całkiem niedawno, po kilku latach pracy, odszedł duet dyrektorski kierujący festiwalem w Awinionie. We Francji nikt nie ogłosił konkursu na dyrektora, został nim Oliver Py, były szef Odeonu, człowiek doświadczony, kompetentny. Nie rozumiem, dlaczego w Polsce ma być inaczej. Kultura w Unii Europejskiej została wpisana w ciąg buchalteryjnych przepisów, w gigantyczną biurokrację. Tu tkwi źródło jej kryzysu. W Polsce nikt nie zastanawia się, ile kosztuje lot jednego samolotu F-16, ale pytają, ile zarabia Krystian Lupa i czy stać nas na wystawienie "Dziadów" Adama Mickiewicza. To wynik procesu ekonomizacji wszelkich dziedzin życia społecznego po 1989 roku. Systematycznego uświadamiania polskiemu społeczeństwu, że kultura jest nieobowiązkowa. To ogromne zagrożenie dla demokracji. Dlatego warto upominać się o coś, co nazywam "wyobraźnią etyczną". Uważam, że potrzebny nam jest wicepremier z teką ministra kultury, któremu będzie podlegało szkolnictwo i edukacja oraz nauka, resorty, które mają wymiar społeczny. Bez takiego rozwiązania będziemy ciągle stać w kulturze na jednej chwiejnej ekonomicznej nodze.

Moderowali: Rafał Stanowski i dr Joanna Szulborska (UJ)

Źródło

 
16.11.2013  
PAP, Pierwsza edycja Światowego Festiwalu Piosenki dla Niewidomych, /Gazeta Krakowska/
...

27 niewidomych i słabowidzących finalistów pochodzących z 10 krajów weźmie udział w Światowym Festiwalu Piosenki dla Niewidomych w Krakowie. Impreza ma formę konkursu wokalnego, odbywa się po raz pier[...]

27 niewidomych i słabowidzących finalistów pochodzących z 10 krajów weźmie udział w Światowym Festiwalu Piosenki dla Niewidomych w Krakowie. Impreza ma formę konkursu wokalnego, odbywa się po raz pierwszy.

Uczestnicy przeglądu, który potrwa od poniedziałku do środy, przyjadą pod Wawel z takich państw jak: Islandia, Litwa, Rosja, Rumunia, Szwecja, Węgry, Włochy, Ukraina, USA i Polska – poinformowały PAP krakowskie Kluby Lions, organizatorzy festiwalu.

Prezentacja finałowych utworów odbędzie się w poniedziałek i wtorek w Radiu Kraków. Na środę, w Teatrze im. Słowackiego, zaplanowano koncert galowy, pod koniec którego jury ogłosi werdykt oraz przyzna pierwsze, drugie i trzecie miejsce.

Swojego faworyta wybierze również publiczność. Na najlepszych czeka profesjonalna sesja nagraniowa.

„Konkurs dedykowany jest utalentowanym wokalistom z dysfunkcją wzroku – niewidomym lub niedowidzącym, którzy nie funkcjonują w środowisku profesjonalnych muzyków. Dzięki przeglądowi mogą zostać zauważeni i rozpocząć profesjonalną karierę zawodową” – opisali organizatorzy.

Dodali, że Światowy Festiwal Piosenki dla Osób Niewidomych "Głos z serca" odbywa się w Krakowie, ponieważ miasto wyróżniła Komisja Europejska w finale konkursu Access City Award 2011 za inicjatywy ułatwiające życie osobom niepełnosprawnym. Do osiągnięć Krakowa w tym zakresie należy m.in. stworzenie specjalnej trasy turystycznej dla niewidomych, która dzięki makietom, mapom i technologii GPS udostępnia dziedzictwo kulturowe Krakowa osobom niewidomym i słabowidzącym.

W trakcie festiwalu organizatorzy będą promować wiedzę o istocie wczesnego wykrywania wad wzroku oraz konieczności wykonywania regularnych badań przez osoby obciążone ryzykiem utraty wzroku.

Honorowym patronem przedsięwzięcia jest Pełnomocnik Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych i sekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej Jarosław Duda, prezydent miasta Jacek Majchrowski oraz marszałek Małopolski Marek Sowa.

Polska Agencja Prasowa objęła patronatem medialnym festiwal.

Krakowskie Kluby Lions, które zainicjowały przegląd, działają w ramach międzynarodowej organizacji dobroczynnej Lions Clubs International. Lions Clubs powstała w 1917 r. w USA. Zrzesza ponad 1,3 mln osób, 45 tys. klubów w ok. 200 krajach świata. W Polsce działa ponad 50 klubów Lions. Skupiają ok. 1,2 tys. członków.

Źródło

 
09.11.2013  
Wacław Krupiński, Przeszłość obliguje, /Dziennik Polski/
...

TEATR. Mija jubileuszowy rok 120-lecia Teatru im. J. Słowackiego. Przed nami ostatnia tegoroczna premiera - spektaklu Anny Burzyńskiej w reżyserii Józefa Opalskiego "Niżyński. Zapiski z otchłani".Jak [...]

TEATR. Mija jubileuszowy rok 120-lecia Teatru im. J. Słowackiego. Przed nami ostatnia tegoroczna premiera - spektaklu Anny Burzyńskiej w reżyserii Józefa Opalskiego "Niżyński. Zapiski z otchłani".

Jak podkreśla dyrektor sceny, Krzysztof Orzechowski, jubileuszowy rok (zarazem 15. sezon jego dyrekcji w tym teatrze) zaczął się obiecująco dwiema świetnymi, i tak odebranymi przez krytykę i publiczność, premierami "Maskarada" i "W mrocznym mrocznym domu".

Na jubileusz wystawiono z kolei ostatnią sztukę Sławomira Mrożka "Karnawał, czyli pierwsza żona Adama". Uroczystości 120-lecia były okazją do przyjęcia wielu miłych słów, kierowanych przez władze Krakowa i Małopolski, jak i ks. kardynała Stanisława Dziwisza.

- Z przyjemnością odebrałem też przyznany naszemu teatrowi "za stałą, żywą obecność w przestrzeni kulturalnej Krakowa, Małopolski i całego kraju" Medal Polonia Minor - prestiżową, samorządową nagrodę, przyznawaną przez marszałka województwa małopolskiego i przewodniczącego Sejmiku Województwa Małopolskiego. To dla nas ogromne wyróżnienie, za które panom Markowi Sowie i Kazimierzowi Barczykowi jak najserdeczniej dziękuję - mówi dyrektor Orzechowski. - Zawsze hołdowałem przekonaniu, że pamięć o przeszłości jest ważna, ale przede wszystkim należy myśleć o tym, co przed nami. Tym bardziej, że teatr nasz wzbogacił się o nowoczesną przestrzeń MOS-u, co znacznie rozszerza nasze możliwości działania.

 
07.11.2013  
, Podziękowania z Teatru im. Słowackiego, /Gazeta Wyborcza/
...

Pragnę bardzo serdecznie podziękować tym wszystkim, którzy uczestniczyli w obchodach 120. rocznicy powstania Teatru im. Juliusza Słowackiego, szczególnie tym, którzy przyczynili się do organizacji teg[...]

Pragnę bardzo serdecznie podziękować tym wszystkim, którzy uczestniczyli w obchodach 120. rocznicy powstania Teatru im. Juliusza Słowackiego, szczególnie tym, którzy przyczynili się do organizacji tego święta, jak również tym, którzy o nim informowali w mediach.

W doniesieniach prasowych związanych z jubileuszem teatru została pominięta ważna informacja, którą - z prawdziwą przyjemnością - przekazuję. Nasz Teatr "za stalą, żywą obecność w przestrzeni kulturalnej Krakowa, Małopolski i całego kraju" otrzymał Medal Polonia Minor - prestiżową samorządową nagrodę przyznawaną przez Marszałka Województwa Małopolskiego i Przewodniczącego Sejmiku Województwa Małopolskiego.

Jest to dla nas ogromne wyróżnienie, za które Panom Markowi Sowie i Kazimierzowi Barczykowi jak najserdeczniej dziękuję.

Krzysztof Orzechowski Dyrektor Naczelny i Artystyczny Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

 
31.10.2013  
Magda Huzarska-Szumiec, Ogrody teatru w MOS-ie, /Gazeta Krakowska/
...

Wystawy teatralne to śmiertelna nuda. Wiem co mówię, bo widziałam niejedną. Ile można bowiem oglądać afiszy, nawet gdy widnieją na nich najznakomitsze nazwiska, czy zdjęć, które bywają interesujące, a[...]

Wystawy teatralne to śmiertelna nuda. Wiem co mówię, bo widziałam niejedną. Ile można bowiem oglądać afiszy, nawet gdy widnieją na nich najznakomitsze nazwiska, czy zdjęć, które bywają interesujące, ale tylko w homeopatycznej dawce. Są oczywiście osobnicy,rezydujący w kilku katedrach historii teatru, których kręci zapach kurzu osiadający na reżyserskich egzemplarzach, ale ja wolę bardziej wyraziste wonie.

Dlatego nie byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdy karnie maszerowałam na otwartą w Małopolskim Ogrodzie Sztuki wystawę, poświęconą 120-leciu Teatru im. Słowackiego. I myliłam się w dwójnasób, bo nie tylko nie spotkała mnie tu zatęchła, jubileuszowa atmosfera, ani szeleszczące historycznym papierem karty naszych teatralnych dziejów, ale absolutnie współcześnie pomyślana ekspozycja, która sprawi przyjemność nie tylko bywalcom szacownych Sukiennic, lecz także MOCAK-u. W fantastycznej przestrzeni Małopolskiego Ogrodu Sztuki rozkwitają poszczególne fragmenty historii sceny przy Placu świetego Ducha. Ja zaczęłam oglądać je od góry, czyli od części współczesnej. Postawiono tu białą bryłę, kryjącą w sobie tajemnice nowoczesnego teatru. Podglądamy je przez szpary, przez które widzimy fragmenty dekoracji czy kostiumy z poszczególnych przedstawień. A gdy znudzi nam się rola podglądacza, możemy na zainstalowanych między nimi ekranach zobaczyć sceny z głośnych spektakli "Słowackiego" czy włączyć pochodzącą z nich muzykę.

Zupełnie inny klimat panuje w podziemiach MOS-u. Zwiedzających witają groźne dźwięki, zwiastujące wejście do bram faszystowskich piekieł. Z mroku wyłaniają się zdjęcia Hansa Franka, zasiadającego w teatralnej loży w otoczeniu niemieckich oficerów, którzy podczas wojny zaanektowali dla siebie krakowski teatr. Ta część wystawy robi wrażenie, szczególnie w zderzeniu z kolejną jej bardzo elegancką odsłoną, poświęconą okresowi międzywojennemu. Stamtąd przeszłam do przestrzeni, w której pokazany jest "dobry teatr w złych czasach" - jak możemy przeczytać przy wejściu do części poświęconej "Słowackiemu" z okresu jedynej słusznej socjalistycznej ideologii. Wchodząc tam przekonałam się, że nawet afisz teatralny może być interesująco wyeksponowany, choć nie jestem pewna czy to słowo jest tu najszczęśliwiej użyte. A dlaczego - zrozumieją wszyscy ci, którzy wybiorą się na tę multimedialną wystawę, której autorami są: Diana Poskuta-Włodek oraz Tomek Wójcik, Marek Braun i Wojtek Kapela z Wytwórni 21. Zobaczcie ją koniecznie.

 
23.10.2013  
Wacław Krupiński, Jubileuszowa gala: życzenia i odznaczenia, /Dziennik Polski/
...

"120 lat temu, 21 października 1893 roku Teatr Miejski w Krakowie, później nazwany imieniem Juliusza Słowackiego, otworzył swe podwoje!" - mówił kierujący nim od 1999 r. dyr. Krzysztof Orzechowski pod[...]

"120 lat temu, 21 października 1893 roku Teatr Miejski w Krakowie, później nazwany imieniem Juliusza Słowackiego, otworzył swe podwoje!" - mówił kierujący nim od 1999 r. dyr. Krzysztof Orzechowski podczas poniedziałkowej jubileuszowej gali.

Gala towarzysząca premierze sztuki Sławomira Mrożka "Karnawał, czyli pierwsza żona Adama", była okazją do przypomnienia rangi tej sceny i wręczenia odznaczeń pracownikom.

Za wybitne zasługi dla polskiej kultury, za osiągnięcia w twórczości artystycznej i teatralnej Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski odznaczeni zostali Marian Dziędziel i Krzysztof Jędrysek, natomiast Anna Sokołowska, Anna Tomaszewska, Ewa Worytkiewicz, Małgorzata Ząbkowska - Złotym Krzyżem Zasługi. Brązowe medale Zasłużony Kulturze Gloria Artis odebrali: Radosław Krzyżowski, Marcin Kuźmiński i Grzegorz Mielczarek. Prezydent Krakowa Odznakami Honoris Gratia uhonorował z kolei: Elżbietę Bielik (impresariat), Marię Szczypczyk (krawcowa).

Teatr jubilat otrzymał wiele listów gratulacyjnych, w tym od prezydenta Polski Bronisława Komorowskiego.

 
22.10.2013  
Jolanta Ciosek, Krakowski Teatr im. Juliusza Słowackiego świętuje 120. urodziny, /Dziennik Polski / Cotygodniowy dodatek "Historia"/
...

21 PAŹDZIERNIKA 1893 * Decyzja o budowie - Teatr wygrywa z wodociągami * Batalia o lokalizację - Plac św. Ducha czy... Sukiennice * Gmach w dwa lata, czyli inwestycja w rekordowym tempie.Co tu dużo kr[...]

21 PAŹDZIERNIKA 1893 * Decyzja o budowie - Teatr wygrywa z wodociągami * Batalia o lokalizację - Plac św. Ducha czy... Sukiennice * Gmach w dwa lata, czyli inwestycja w rekordowym tempie.

Co tu dużo kryć: gdyby nie fatalny stan techniczny budynku teatru przy placu Szczepańskim i tragiczny pożar wiedeńskiego Ringtheatru, który pochłonął ponad 500 ofiar, być może scena przy placu św. Ducha by nie powstała. W każdym razie nie lat temu 120. Ale obawa przed koniecznością zamknięcia jedynej zawodowej sceny w Cesarsko-Królewskim Mieście Krakowie wymusiła przyspieszenie budowy nowego gmachu.

Zacznijmy jednak od początku. W 1872 roku na posiedzeniu Rady Miasta po raz pierwszy radny Walery Rzewuski, właściciel zakładu fotograficznego, wnioskował o budowę nowego teatru. Cztery lata później Rada Miasta podjęła w tej sprawie uchwałę. Teatr zwyciężył z miejskimi wodociągami. Ale zaczęły się spory o lokalizację, konkurs na projekt, żmudne zbieranie funduszy, które wzbogacił rząd, gmina i darowizny prywatne: prezydent Krakowa przekazał 300 zł reńskich, a Helena Modrzejewska dochód z dwóch występów.

Lokalizacja przy placu św. Ducha też budziła emocje, gdyż wiązała się z wyburzeniem zabytkowych, choć zniszczonych zabudowań poklasztornych i poszpitalnych św. Ducha. Rze-wuski tłumaczył, że lepiej wyburzyć zniszczone budynki niż Sukiennice, gdyż niektórzy domagali się budowy teatru w Rynku Głównym. Wreszcie zdecydowano.

Jan Zawiejski, architekt, nawiązał w projekcie do architektury opery Garniera w Paryżu i opery wiedeńskiej. Na budynku umieścił krakowskie maszkarony, napis "Kraków narodowej sztuce" i 21 października 1893 roku, po zaledwie dwóch latach budowy, otworzono Teatr Miejski przy placu św. Ducha.

Teatr mój widzę ogromny...

Kiedy prezydentowi Krakowa Józefowi Dietlowi zamarzył się nowoczesny teatr, a budowniczowie chcieli go zlokalizować kosztem zabudowań św. Ducha, wrzawa powstała ogromna. Jan Matejko w proteście i obronie urokliwego zakątka zrzekł się honorowego obywatelstwa miasta i zakazał wystawiania w Krakowie swoich obrazów. Na nic zdały się protesty - budowę rozpoczęto w 1891 roku, a podczas wmurowania kamienia węgielnego prezydent Feliks Szlachtowski powiedział: - Niech ten budynek służy mieszkańcom miasta na pożytek, sztuce dramatycznej na chwałę.

Działo się jeszcze wiele, zanim 21 października 1893 roku otwarto Teatr Miejski, gdzie kilka lat później Stanisław Wyspiański dał prapremierę "Wesela". Kiedy budynek stanął, rozszalały się kolejne wojny: jedni chwalili, inni ganili, a Stanisław Koźmian pisał, iż ten gmach "przypomina wielbłąda, który ukląkł". Scenę tego eklektycznego teatru ozdobiła kurtyna Henryka Siemiradzkiego - projekty Wyspiańskiego i Mehoffera nie przeszły w konkursie.

Przed otwarciem teatru zazdrośnik z teatru przy placu Szczepańskim, Ludwik Solski, przyszły dyrektor nowej sceny, śpiewał w jednej ze sztuk: Nowy teatr jest gotowy/ według zagranicznych wzorów/ ale jeszcze brak mu głowy:/ dyrektora i aktorów.

Dyrektora - dzierżawcę wybrano: został nim Tadeusz Pawlikowski, a wśród zespołu aktorskiego znalazły się największe gwiazdy, m.in. Konstancja Bed-narzewska, Antonina Hoffman-nowa, Tekla Trapszo, Ludwik Solski, Kazimierz Kamiński i Kazimierz Knake-Zawadzki.

Na otwarciu teatru - pierwszego w mieście budynku z elektrycznym oświetleniem - była obecna cała śmietanka towarzyska z Matejką, Żeleńskim i Koźmianem na czele, choć ten pierwszy, na znak dalszego protestu nie założył smokinga lecz tylko surdut. Pokazano m.in., fragmenty "Zemsty", "Balladyny" i "Konfederatów barskich", a na zakończenie odbył się wielki raut na koszt gminy w hotelu Saskim.

Dyrekcja Pawlikowskiego zaczęła się burzliwie, bo od sporów z komisją zatwierdzającą repertuar. Ale cóż tam spory z urzędnikami. Teatromani żyli faktem, że dyrektor, żonaty, zakochał się w zamężnej, pięknej aktorce Konstancji Bednarzewskiej. Ten romans był nawet powodem "zakulisowego mordobicia".

W okresie do wojny światowej największe zasługi dla teatru ponieśli pierwsi dyrektorzy: Tadeusz Pawlikowski, Józef Kotarbiński oraz Ludwik Solski. Wprowadzili nowoczesny styl gry aktorskiej, wystawiali klasykę, ale ich główną zasługą było wprowadzenie na scenę nowoczesnego repertuaru dramaturgii światowej. Ibsen, Hauptmann, Czechow, Strindberg - te nazwiska pojawiały się na afiszu. To był też czas rozkwitu repertuaru młodopolskiego, bo przecież na tej scenie odbyły się prapremiery utworów Stanisława Wyspiańskiego, m.in. "Warszawianki" z Ludwikiem Solskim w legendarnej roli Starego Wiarusa, "Wyzwolenia", "Nocy listopadowej", a przede wszystkim "Wesela" z Wandą Siemaszkową w roli Panny Młodej. Ile ta legendarna premiera narobiła fermentu i wywołała skandali towarzyskich - o tym wszyscy wiemy. Ale zapewne nie wszyscy wiedzą, że do kolejnego skandalu przyczyniła się Gabriela Zapolska, która w tym teatrze, na premierze "Tamtego", położyła na widowni kagańce na miejscach nieżyczliwych krytyków.

To na scenie przy placu św. Ducha miały miejsce prapremiery polskiego romantyzmu, m.in.: "Kordiana", "Dziadów", "Nie-Boskiej komedii", co zawdzięczamy dyrektorowi Józefowi Kotarbińskiemu.

***

Jednym ze starających się o dyrekcję w 1905 roku był Wyspiański. Powstał konflikt, który zakończył się przegraną autora "Wesela". Wygrał z nim Ludwik Solski i od razu zaprosił pisarza do współpracy. I Wyspiańskiego inscenizacje stanowiły o wielkości tej sceny. Był wizjonerem, łączył w sobie zainteresowanie sztuką modernistyczną z dramatem romantycznym. W czasach Solskiego pojawiła się nowoczesna scenografia i to za sprawą Karola Frycza.

Solski też dopuścił do skandalu: za jego dyrekcji pojawiła się pierwsza naga kobieta w polskim teatrze - jego żona Irena Solska, jako Lady Godiva. "Słowak" do dziś chlubi się garderobą Solskiego, w której na wielkim płótnie wpisywali wierszyki wielcy artyści, m.in. Modrzejewska, Bałucki, Reymont. Wraz z zakończeniem dyrekcji Solski płótno zabrał, ale tradycja składania autografów na ścianie przetrwała do dziś. Za dyrekcji Mistrza Ludwika 21 października 1909 roku Teatrowi Miejskiemu nadano imię Juliusza Słowackiego.

W czasie pierwszej wojny teatr został zarekwirowany na kilka tygodni i kwaterowali w nim austriaccy żołnierze, urządzając na scenie stajnie dla koni.

Po wydaniu w 1916 roku aktu zapowiadającego powstanie niepodległej Polski podczas wieczoru w teatrze wystawiono "Kościuszkę pod Racławicami", a w loży zasiadł sam Józef Piłsudski.

***

W dwudziestoleciu międzywojennym Teatr Miejski nadal był ważnym miejscem artystycznych wydarzeń, choć kryzys kazał oszczędzać też na kulturze. Pierwszym dyrektorem w "Niepodległej" był Teofil Trzciński, który odkrył dla polskiej sceny m.in. Claudela i Pirandella. Wtedy też zadebiutował w teatrze Stanisław Ignacy Witkiewicz premierą "Tumora Mózgowicza". W obawie, że w mieszczańskim Krakowie może to wywołać duży szok, premiera odbyła się "przy drzwiach zamkniętych, za specjalnymi zaproszeniami". Atakom nie było końca. Mimo wrzawy Trzciński nadal szukał nowości, oprawiając je nowoczesnymi scenografiami kubistycznymi i konstruktywistycznymi. Współczesna literatura i scenografia były mocną stroną tej dyrekcji, z teatrem współpracowali m.in. Frycz - awangardowa oprawa plastyczna "Nie-Boskiej" i bracia Pronaszkowie. W sposób nowoczesny wystawiano klasykę, np. w scenerii wawelskiego dziedzińca odbyło się pierwsze wielkie eksperymentalne widowisko plenerowe "Odprawa posłów greckich".

Ważnym krokiem w rozwoju sceny była trzyletnia dyrekcja Juliusza Osterwy, charyzmatycznego artysty, która zaowocowała ambitnymi sztukami i jego wybitnymi kreacjami aktorskimi, m.in. tytułowymi rolami Kordiana i Mazepy.

Ostatnim przedwojennym dyrektorem był Karol Frycz, który miał w zespole największe ówczesne gwiazdy z Zofią Jaroszewską (słynna Balladyna) i Władysławem Woźnikiem na czele, a pozyskani znakomici reżyserzy, Radulski i Orłowicz "cenili groteskę, intelektualną grę, zabawę konwencjami. Ich przedstawienia olśniewały świeżością, feerią pomysłów".

Jesienią 1939 roku Niemcy zawłaszczyli teatr i przez lata okupacyjne miejsce wyrzuconego zespołu polskiego zajął zespół niemiecki. Na spektaklach "nur fur Deutsche" chętnie bywał gubernator Hans Frank goszczący hitlerowskich dygnitarzy, m.in. Himmlera, Hessa i Goebbelsa. Grano głównie farsy i komedie. "Pozostała jedynie grupa polskich pracowników technicznych, którzy z narażeniem życia uratowali przed zniszczeniem m.in. freski w garderobie Solskiego i teatralną bibliotekę".

***

19 lutego 1945 roku teatr ponownie otwarto dla Polaków, wrócił Frycz, a wraz z nim tylko część zespołu, bo wielu aktorów zginęło podczas okupacji. Sceny przy placu Szczepańskim i św. Ducha połączono, dyrektorem obu został na krótko Juliusz Osterwa. Zarówno przy Teatrze Starym jak i Słowackiego utworzono Studio aktorskie będące kuźnią talentów dla tej sceny, dla jednego z najlepszych zespołów w Polsce.

Jednak komunistyczna rzeczywistość wymagała zmian, dyrektora Frycza odwołano za konserwatywny repertuar, a na stanowisko nowego szefa powołano w 1947 roku Bronisława Dąbrowskiego. Pełnił tę funkcję z 5-letnią przerwą do roku 1972, odnosząc wiele sukcesów i szczęśliwie unikając realizacji wytycznych socrealizmu. Zespół aktorski stanowili m.in.: Halina Mikołajska, Marta Stebnicka, Aleksandra Śląska, Gustaw Holoubek, Jan Kurnakowicz i Tadeusz Łomnicki. Wśród reżyserów były takie tuzy, jak: Krystyna Skuszanka, Kazimierz Dejmek, Bohdan Korzeniewski czy Wilam Horzyca, a z aktorów m.in. Leszek Herdegen i Marian Cebulski. W repertuarze widzowie mogli wybierać między "Wizytą starszej pani" a "Królem Edypem" - królowały zarówno klasyka i dramat współczesny, m.in. Pinter i Miller.

Lata 70. to z kolei królestwo dyrektor Krystyny Skuszanki, która wraz z mężem, Jerzym Krasowskim, otworzyła Scenę Miniatura, na Dużej Scenie dała bardzo ważne premiery "Ślubu" Gombrowicza, "Akropolis" Wyspiańskiego" czy "Lilii Wenedy" Słowackiego. Po wyborze Karola Wojtyły na papieża zrealizowała jego dramat "Brat naszego Boga" - na spektakl zjeżdżały pielgrzymki z całej Polski, a premierę uświetnili najznakomitsi goście.

Lata 80. były trudnym czasem dla teatru: stan wojenny, internowanie dyrektora Andrzeja Kijowskiego, odwołanie z dyrekcji Mikołaja Grabowskiego, który w swoich spektaklach poszukiwał źródeł narodowych kompleksów, wystawiając m.in. "Listopad" Rzewuskiego i "Transatlantyk" Gombrowicza... Słowem, konflikty były głośne, nie wróżyły nic dobrego. A jednak scalenie zespołu, remont części budynku, artystyczne sukcesy - to udało się osiąg- nąć kolejnemu dyrektorowi, Jerzemu Golińskiemu, wybitnemu reżyserowi.

Wraz z Bogdanem Hussakow-skim, kolejnym dyrektorem, przybyła do teatru spora grupa młodych aktorów i Wiktor Herzig - zastępca dyrektora. Hussakowski budował repertuar oparty na mniej znanej klasyce oraz na sztukach współczesnych. Jego dyrekcję charakteryzowały: znakomita kondycja zespołu aktorskiego i równie świetne spektakle, m.in. "Za i przeciw", "Wariacje Goldbergowskie" czy "Tańce w Ballybeg".

***

W 1999 roku dyrekcję teatru objął Krzysztof Orzechowski, rządzący tam do dziś. Czy wypada opisywać sukcesy i wytykać błędy obecnemu szefowi "Słowaka"? Nie uchodzi, nie uchodzi - jak mawiał hrabia Fredro. To Państwo oceńcie sami, a my jedynie dodajmy, że: obecna uroda wyremontowanego gmachu, Letnia Scena przy Pompie, Krakowski Salon Poezji, znakomite premiery, m.in. "Idioty", "Czarodziejskiej góry", "Bułhakowa", "Rozmów intymnych", współpraca z uznanymi reżyserami - to jedne z wielu zasług obecnego dyrektora.

I tak oto dobrnęliśmy do chwili jubileuszu 120-lecia Teatru im. Juliusza Słowackiego, który obeszliśmy wczoraj premierą ostatniej sztuki Sławomira Mrożka "Karnawał".

Śledząc dzieje "Słowaka", trzeba przyznać, że słusznie aktorzy tej sceny za nic mają opowieść o Nimfie Suchońskiej, zakonnicy, której szczątki podobno znaleziono podczas kopania fundamentów. Znaleziono i pozostawiono je tam, ona zaś ponoć rzuciła klątwę na tę scenę. Teatr, choć przechodził różne koleje losu, trwa, a my życzymy wszystkim: pracownikom i widzom wspaniałych premier, by za Wyspiańskim zobaczyli na tej scenie swój teatr ogromny.

Przy pisaniu tekstu korzystałam m.in. z prac dr Diany Poskuty- - Włodek i prof. Jana Michalika oraz pomocy Archiwum Teatru im. J. Słowackiego.

JOLANTA CIOSEK, dziennikarka

WAŻNE KSIĄŻKI

Diana Poskuta-Włodek, Dzieje teatru w Krakowie w latach 1918 -1939, Kraków 2012

Ta książka poświęcona jest teatrom i artystom zapomnianym. W pierwszej części omawia sposób ich funkcjonowania - porusza kwestie organizacyjne i finansowe, sprawy subwencji, pisze o gażach, strajkach aktorów, cenzurze. Część druga i trzecia poświęcone są sprawom artystycznym, głównym scenom, w tym Teatrowi im. J. Słowackiego.

Diana Poskta-Włodek, Co dzień powtarza się gra, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie 1893-1993, Kraków 1993

Na stulecie teatru autorka sprawiła teatromanom prezent, bo z benedyktyńską dokładnością opisała zjawiska artystyczne, towarzyskie w okresie stu lat. Na jubileusz 120-lecia teatru autorka przygotowuje folder z ilustracjami obejmujący działalność sceny od początku po rok 2013.

Jan Michalik, Dzieje teatru w Krakowie w latach 1893 -1915. W cieniu Teatru Miejskiego, Kraków 1987

Autor jest znanym profesorem teatrologii, który jak mało kto, potrafi śledzić i opisywać w najdrobniejszym szczególe artystyczne losy krakowskich teatrów. Jeśli ktoś chce poznać ocenę poszczególnych dyrekcji, styl gry aktorów, kłopoty finansowe, porażki i sukcesy sceny przy placu św. Ducha i nie tylko - niechaj sięga po tę pozycję.

Elżbieta Kietlińska, Wrażenia i wspomnienia młodej teatromanki, Kraków 2012

Elżbiety Kietlińskiej "nie zna nikt, nikt o niej nic nie wie" - pisze we wstępie prof. Jan Michalik. Jej losów bowiem dotyczą wspomnienia krakowianki - teatromanki, która dzieli się z nami swoimi wrażeniami z premier, szczególnie ukochanej literatury romantycznej, szkicuje portrety aktorów.

 
21.10.2013  
Wacław Krupiński, Piękno ogrodów teatru, /Dziennik Polski/
...

Zachwyt wzbudziła otwarta wczoraj w Małopolskim Ogrodzie Sztuki multimedialna wystawa poświęcona 120-leciu Teatru im. Juliusza Słowackiego.- Każdy z tego ogrodu wyniesie bukiet takich kwiatów, jakie s[...]

Zachwyt wzbudziła otwarta wczoraj w Małopolskim Ogrodzie Sztuki multimedialna wystawa poświęcona 120-leciu Teatru im. Juliusza Słowackiego.

- Każdy z tego ogrodu wyniesie bukiet takich kwiatów, jakie sam dostrzeże, jakie sam wybierze. Bo ta wystawa ma przywołać impresje, skojarzenia, obrazy i wzruszenia - mówiła, nawiązując do tytułu wystawy "Ogrody teatru", jej kurator, dr Diana Poskuta-Włodek. Jak podkreślała, po tej interaktywnej, multimedialnej ekspozycji można wędrować dowolnie, bo nie o linearną opowieść tu idzie.

- Ta wystawa wymaga od widza zaangażowania, jej nie można ot, tak obejrzeć, ją trzeba prywatnie odszukać - dodawał Tomek Wójcik, który wraz z Markiem Braunem i Wojtkiem Kapelą opracowali przestrzenny, graficzny i multimedialny projekt. Ale ów trud odszukiwania się opłaci, ile daje przyjemności.

Tuż po wejściu natrafiamy na młodopolskie lata teatru - zdjęcia, plakaty; piętro wyżej to już czas międzywojnia - tu pojawiają się to aktorki tamtych lat - Zofia Jaroszewska, Stanisława Wysocka, tu oglądamy fragmenty ról Ludwika Solskiego, vis a vis natkniemy się na inne zdjęcia, plakaty... Ale możemy wejść do MOS-u od strony kawiarni, i tuż za nią, zderzyć się z mrocznym czasem wojny, kiedy teatr przejął okupant - muzyka i chropowate mury sali jakże współbrzmią z czarno-białymi kadrami ludzi w mundurach, swastyk i niemieckiego języka, który zapanował w teatrze przy placu św. Ducha...

Ale możemy również zacząć od innych sal, od lat PRL-u. Albo współczesności.

Znakomitym pomysłem twórców wystawy jest wykorzystanie idei zapomnianego już fotoplastikonu - teraz w wersji uwspółcześnionej. Oto zaglądając w kolejne okienka, widzimy to zdjęcia, to plakaty, to fragmenty spektakli, to kostiumy i rekwizyty. Jeśli zachcemy przysiąść i nałożyć słuchawki, zanurzymy się w świat konkretnego spektaklu... Jeśli trafimy do sali konferencyjnej, z wygodnych foteli będziemy spoglądać na ekran z kadrami z wielu spektakli; jeśli wejdziemy na zaplecze sali, w wąskim korytarzu (wchodząc miniemy niesamowite zdjęcie Jerzego Nowaka jako Hioba) rozpoznamy patrzących na nas z wielkich fotogramów dawnych gigantów sceny: Mieczysławę Ćwiklińską, Aleksandrę Śląską, Eugeniusza Fuldego, Aleksandra Zelwertowicza, Tadeusza Łomnickiego czy Stanisława Zaczyka..

Wspaniała wystawa, na miarę 120-lecia tej bardzo ważnej dla polskiego teatru sceny, na miarę uosabiającego XXI wiek gmachu MOS-u.

Przeszłość przywoływał też wczorajszy Krakowski Salon Poezji, podczas którego na Dużej Scenie 12 byłych i obecnych aktorów tego teatru ożywiało monologi z wystawianych tu niegdyś sztuk pisanych wierszem.

A dziś, równo 120 lat od otwarcia teatru - współczesność: premiera ostatniej sztuki Sławomira Mrożka "Karnawał, czyli pierwsza żona Adama" w reżyserii Bogdana Cioska i scenografii Andrzeja Witkowskiego.

 
18.10.2013  
Wacław Krupiński, Radosław Krzyżowski. Aktor, którego nosi na boki. W jednym spektaklu potrafi grać i z żoną, i z kochanką., /Dziennik Polski/
...

Teatr im. Słowackiego ma 120 lat. - Dla aktorów nie jest najważniejsza historyczna wyjątkowość tego miejsca, ważne jest spełnienie tego zespołu, tak bardzo potrzebne - mówi RADOSŁAW KRZYŻOWSK[...]

Teatr im. Słowackiego ma 120 lat. - Dla aktorów nie jest najważniejsza historyczna wyjątkowość tego miejsca, ważne jest spełnienie tego zespołu, tak bardzo potrzebne - mówi RADOSŁAW KRZYŻOWSKI.

Czuje się Pan twarzą Teatru im. Juliusza Słowackiego?

- Nie. Za mało w nim gram.

Przecież od "Idioty" z 2002 r. do wystawionej ostatnio "Maskarady" [na zdjęciu]to kilkanaście ról - znacznych, znaczących. Nagradzanych.

- Byłoby więcej, gdyby nie nosiło mnie na boki. Na szczęście - i chwała mu za to - dyrektor Orzechowski rozpoznaje we mnie aktora, który musi czerpać z wielu doświadczeń. Pewnie wie, że pozwalając mi grać na innych scenach, będzie u siebie zbierał śmietankę. Natomiast na pewno czuję się mocno związany z tym teatrem.

Rok temu, przy okazji odbierania Nagrody im. Wyspiańskiego, wspominał Pan, że rozważa przenosiny z żoną do Warszawy. To prawda?

- Propozycja była, ale po przemyśleniu uznaliśmy, że zostajemy w Krakowie. Przynajmniej na razie. Oczywiście w Teatrze Polskim nadal gram.

Dał Panu to, czego nie daje od lat Kraków - komediową rolę Orsina w Szekspirowskim "Wieczorze Trzech Króli". W Krakowie wciąż Pan gra role mroczne...

- Kraków widzi we mnie ciemnego typa, a przecież grałem kiedyś lżejsze role... Dlatego przygoda warszawska ma urok. Poza tym dobrze jest móc skonfrontować się z publicznością warszawską.

Wróćmy do Krakowa. Jak się Pan czuje, grając w jednym spektaklu - "Obcy", "Maskarada" - z żoną i kochanką?

- [śmiech] Domyślam się, że mówi pan o mojej żonie Dominice Bednarczyk i Agnieszce Judyckiej, z którą mam romans w serialu "Na dobre i na złe"...

... i która konfrontuje się teraz z publicznością Krakowa, a nie Teatru Współczesnego w Warszawie.

- Agnieszka bardzo ładnie weszła w nasz teatr i tak się złożyło, że jako serialowa para już w drugim spektaklu gramy związanych z sobą bohaterów. Od dawna mówię, że jedną z największych zalet tego zawodu jest to, że można się bezkarnie całować z innymi kobietami. A mówiąc serio, jak wiem, teraz odpoczniemy od siebie...

W serialu czy w teatrze?

- I tu, i tu. W serialu nasz wątek schodzi na dalszy plan, w teatrze też nie ma łączących nas propozycji obsadowych.

Z żoną spotyka się Pan na scenie od lat; wspomnę choćby wcześniejsze spektakle "Bliżej", "Beatrix Cenci", "Tragedia Makbeta". Nie przenosi się to Państwu na dom, udaje się Wam teatr zostawiać w teatrze?

- W samochodzie jeszcze gadamy o rolach, w domu - w ogóle. Nauczyliśmy się tego, od kiedy mamy córkę, która chce z nami pobyć czy nieraz odrobić lekcje. Najgorsze jest granie w jednej obsadzie, to strasznie komplikuje życie; przed premierą "Maskarady" przez półtora miesiąca mieliśmy razem próby, dwa razy dziennie, od wtorku do soboty.

A ja czytałem, że Państwo w łóżku, do późnej nocy, potrafią wzajemnie słuchać swych ról i dyskutować o nich.

- Kiedyś tak było...

A co z Pana śpiewaniem, pamiętam Pana duet z Edytą Górniak- "Pierwszy znak". Kolejnych znaków już nie było...

- Być może zbyt radykalnie obraziłem się na śpiewanie; nie lubię bowiem tzw. aktorskiego śpiewania. Zarazem, paradoksalnie, wystąpię w gali najbliższego Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Zaproponowała mi to Agata Duda-Gracz, a ja uznałem, że czas dokonać z mojej strony zawieszenia broni. Widać, radykalizm mi przeszedł.

Po czterdziestce już tak jest...

- To piękny czas, kiedy człowiek wyjmuje sobie z tyłka ten zaworek, co sprawia, że uchodzi z niego nadmiar powietrza.

A w młodości był Pan rockmanem z gitarą basową.

- Dalej gram, odkąd żona kupiła mi gitarę.

Kiedyś śpiewem zarabiał Pan na ulicach Rzymu.

- Także Wenecji. Czas gościny u znajomego się kończył, a my z Dominiką wcale nie mieliśmy ochoty wracać do Polski. Pożyczyłem więc od niego gitarę i okazało się, że śpiewanie na ulicy to całkiem niezłe źródło dochodu. I to w obcej walucie. A Włosi pięknie reagują na muzykę na ulicach.

Powróćmy na scenę. Ostatnio nie tylko mój zachwyt wzbudziła "Maskarada" z Panem w roli głównej.

- Kiedy aktor trafia na takiego reżysera jak Nikolaj Kolada, który wie, czego chce, i umie robić teatr, dostaje porządnego kopa. Praca z Koladą pokazała, jak duży jest potencjał tego zespołu! Nasz teatr ma znakomity zespół, co jasno ten reżyser formułował.

Teatr przy pl. Świętego Ducha był Pana pierwszą sceną. Tu Pana zaprosił Bogdan Hussakowski, tu powrócił Pan w 2003 roku po pięciu sezonach w Starym Teatrze, w którym nagle podziękował Panu za pracę Mikołaj Grabowski. Domyślam się, że tamten ból minął?

- Dawno, choć wtedy na chwilę utraciłem wiarę w sens tego, co robię. To był akurat okres po dobrych rolach, m.in. w "Trzecim akcie wg Szewców" u Jarockiego, po której dostałem nagrodę na XXVIII Ogólnopolskich Konfrontacjach Teatralnych w Opolu.

Teraz mówi Pan: jak to dobrze, że gram przy pl. Świętego Ducha?

- To nie jest takie proste. "Stary" dawał sposobność kontaktu z reżyserami, których w tym teatrze nigdy bym nie spotkał.

- Lupa, Bradecki, Jarocki, Nazar...Dziś by ich Pan też tam nie spotkał.

- Wie pan, granie w narodowym teatrze zawsze daje pewnego rodzaju prestiż. Ale zostawmy; zbyt długie to rozważania.

Aktora utwierdzają w tym, co robi, nagrody, krytycy, publiczność, ale też nadchodzi taki moment, że sam jest dla siebie drogowskazem, najważniejszym widzem i krytykiem...

- Kiedyś bardzo się przejmowałem słowami krytyki, potem miałem okres pilnego wsłuchiwania się w publiczność; ona nadal jest dla mnie niesłychanie ważna. Najważniejsze są jednak próby, to czas, kiedy się spełniam jako aktor, kiedy szukam, kiedy poszerzam swoją świadomość artysty, co nie oznacza, że jak zaczynam grać spektakle, to przestaję nad rolą pracować. Granie ma piękne etapy; najpierw premierowy, o niesłychanej kondensacji energetycznej, potem nadchodzi pewien rodzaj rozprężenia, kiedy trzeba zebrać wszystko na nowo, aż przychodzi to, co najpiękniejsze w spektaklu - swoboda. I radość z grania.

Należy Pan do aktorów, którzy się przyznają, że łakną braw, że się w nie wsłuchują?

- Zawsze należałem; to przecież komunikat od widza, mówiący, czy spokanie z nami było dla niego satysfakcjonujące. Lekceważenie tego oznaczałoby postawę , ja się nagadałem, a co wy o tym sądzicie, kompletnie mnie nie interesuje".

A jak zdarza się spektakl chłodniej przyjmowany, jak "Tragedia Makbeta", to co - szuka Pan winy w sobie, w innych?

- Grając głównego bohatera, nie mogę nie szukać w sobie. I zastanawiam się, co jest nie tak, że mój komunikat, jakim jest rola, nie trafia do widza, czemu publiczność jej nie odbiera. Bo już minął ten etap, kiedy myślałem, że jestem kiepski, że trzeba zmienić zawód. Cóż, "Makbet" osiągnął swój piękny okres swobody; ostatnie 10 spektakli kończyły owacje na stojąco. Niestety, przyszło to za późno, kiedy dyrekcja już zdecydowała o zdjęciu "Tragedii Makbeta" z afisza.

Zawsze można mówić, że to wina reżysera.

- To, że można zagrać dobrą rolę w słabym przedstawieniu, również już wiem.

Rozmawiamy przy okazji 120-lecia Teatru im. Słowackiego, sceny bez wątpienia w Krakowie ważnej. Macie w zespole poczucie, że ten teatr to takie znaczące miejsce?

- Nie sądzę, żeby tak było. Raczej mamy poczucie pewnego niedosytu. I to dwojakiego. Przez dłuższy czas skarżyliśmy się, że nie wymaga się od nas tyle, ile możemy dać, że zadania reżyserskie nie są na miarę tego zespołu. Teraz, kiedy zaczęli pracować świetni reżyserzy, jak: Wojciech Kościelniak, Rafał Sabara, Iwona Kempa, Agata Duda-Gracz czy Nikolaj Kolada, kiedy doskakujemy do tak wysoko ustawionej poprzeczki, kiedy powstają świetne spektakle - to o naszym teatrze przestało się pisać. I tak jeden niedosyt zastąpił inny. Zatem, wracając do pytania, nie jest dla nas najważniejsza historyczna wyjątkowość tego miejsca, ważne byłoby w końcu spełnienie tego zespołu, tak bardzo mu potrzebne. A naprawdę nie mamy się czego wstydzić, mamy dobre, solidne, mainstreamowe, a nie uważam tego słowa za pejoratywne, przedstawienia - "Peer Gynt", "Ziemia obiecana", "Ojciec", "Maskarada" plus kilka spektakli z Miniatury - każdemu teatrowi życzę...

A ja życzę spełnienia.

 
18.10.2013  
Monika Jagiełło, Teatr Słowackiego świętuje 120-lecie, /Gazeta Krakowska/
...

Mimo słusznego wieku scena przy pl. Świętego Ducha wciąż ma mnóstwo wigoru. Przekonamy się o tym, oglądając wystawy i premierę ostatniej sztuki Mrożka.Początki jego historii sięgają 1893 roku, kiedy t[...]

Mimo słusznego wieku scena przy pl. Świętego Ducha wciąż ma mnóstwo wigoru. Przekonamy się o tym, oglądając wystawy i premierę ostatniej sztuki Mrożka.

Początki jego historii sięgają 1893 roku, kiedy to zakończono budowę tej ważnej dla polskiej kultury sceny. Teatr im. Juliusza Słowackiego stał się szybko jednym z najważniejszych ośrodków sztuki aktorskiej na naszych ziemiach. Szczególną rolę w polskim teatrze "Słowacki" pełni już 120 lat. by uczcić tę rocznicę, zaprasza widzów do wspólnego świętowania jubileuszu. Gmach autorstwa Jana Zawiejskiego, gdyby mógł mówić, opowiedziałby zapewne niejedną historię.

Za niezwykłą kurtyną Henryka Siemiradzkiego działo się przecież wiele.

To tu odbyła się prapremiera "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego i "Tumora Mózgowicza" Stanisława Witkiewicza. To na tej scenie stawały największe gwiazdy.

Na wystawie "Ogrody Teatru" można zobaczyć fragmenty spektakli, zdjęcia, projekcje multimedialne, makiety scenografii 3D, posłuchamy również muzyki. Wszystko to zestawione zostanie z tradycyjnymi atrybutami teatru: rekwizytami, kostiumami, scenariuszami, afiszami.

Wystawa podzielona została na sześć tematycznych obszarów. Dzięki temu przyjrzymy się m.in. teatrowi młodopolskiemu, międzywojennemu, czasów PRL-u i współczesnemu.

"Ogrody Teatru" będzie można zwiedzać od wtorku do niedzieli w godz. 10 - 18, aż do końca roku.

Także w niedzielę, o godz. 17 na Dużej Scenie Teatru przy placu św. Ducha 1 odbędzie się uroczyste spotkanie Krakowskiego Salonu Poezji pod tytułem "A my mamy wielką scenę...". W jubileuszowym wydaniu Salonu posłuchamy zarówno poetyckich tekstów, jak i zabawnych, a nawet skandalizujących anegdot z życia aktorów.

Opowiadać będą Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Aldona Grochal, Joanna Mastalerz, Anna Polony, Anna Tomaszewska, Tomasz Augustynowicz, Andrzej Grabowski, Jerzy Grałek, Tadeusz Huk, Krzysztof Jędrysek, Grzegorz Mielczarek i Krzysztof Zawadzki. Zagrają Tomasz Kupiec (kontrabas), Marek Piątek (gitara) i Leszek Szczerba (saksofon).

W poniedziałek ciąg dalszy jubileuszu. Rozpocznie się on mszą ku pamięci tych, których losy złączyły się z teatrem przy placu św. Ducha. Odbędzie się ona o godz. 17 w kościele pw. Świętego Krzyża. W Cafe Foyer zaś do godziny 18 będzie można zobaczyć wystawę archiwalnych plakatów teatralnych z archiwum artystycznego teatru. Wstęp wolny.

Na zakończenie obchodów jubileuszowych czeka nas szczególna premiera. "Karnawał, czyli pierwsza żona Adama" to ostatnia sztuka Sławomira Mrożka, napisana po dwunastu latach milczenia. Rozgrywający się 29 czerwca (data urodzin Mrożka) dramat to opowieść o miłości, pełna poczucia humoru. Przeniósł ją na deski reżyser Bogdan Ciosek.

Premiera odbędzie się w poniedziałek na Dużej Scenie o godz. 19. Występują m.in. Barbara Garstka, Marta Konarska, Natalia Strzelecka i Krzysztof Jędrysek. Więcej szczegółów znajdziemy na stronie Teatru: www.slowacki.krakow.pl.

Źródło

 
26.06.2013  
Wacław Krupiński, Radosław Krzyżowski - aktor nagradzany, /Kraków nr 6/06-13/
...

- Nagrody są ważne i potrzebne. Również przyznawane przez publiczność. Wiem, że są aktorzy mówiący, iż im na uznaniu widzów nie zależy, ale ja bym im do końca nie wierzył. W czasach, gdy się o teatrze[...]

- Nagrody są ważne i potrzebne. Również przyznawane przez publiczność. Wiem, że są aktorzy mówiący, iż im na uznaniu widzów nie zależy, ale ja bym im do końca nie wierzył. W czasach, gdy się o teatrze coraz mniej pisze i mówi, gdy w przestrzeni publicznej coraz mniej on znaczy, nagrody są elementem ożywienia nie tylko naszego środowiska.

To on został pierwszym laureatem Nagrody Teatralnej im. Stanisława Wyspiańskiego

15 czerwca, w ramach Krakowskiej Nocy Teatrów, poznamy kolejnego laureata przyznanej rok temu po raz pierwszy Nagrody Teatralnej im. Stanisława Wyspiańskiego, a ustanowionej przez Radę Miasta Krakowa. Rok temu jej pierwszym laureatem został Radosław Krzyżowski, aktor Teatru im. Juliusza Słowackiego, obecny na scenach nie tylko Krakowa od 1994 roku, kiedy ukończył krakowską PWST. Otrzymał tę nagrodę za rolę Klaudiusza w "Hamlecie" zrealizowanym w teatrze Scena STU przez Krzysztofa Jasińskiego oraz za kreacje z roku 2011 na macierzystej scenie, m.in. w spektaklu "Udręka życia" według Levina w reż. Iwony Kempy, a wreszcie także za całokształt dorobku twórczego. Nagroda ma bowiem honorować "szczególne osiągnięcia lub wydarzenia w dziedzinie teatru w minionym roku kalendarzowym, których miejscem powstania i zasadniczej prezentacji było miasto Kraków". Przyznawana ma być indywidualnie artystom teatru (aktorom, reżyserom, scenografom, muzykom), tylko w uzasadnionych przypadkach może być nagrodą zespołową i wówczas łącząca się z nią kwota 30 tys. zł będzie między laureatów dzielona.

Przypomnijmy, to obecnie jedyna nagroda dla ludzi teatru w Krakowie. Przed dekadami był plebiscyt czytelników "Dziennika Polskiego" na najpopularniejszych aktorów, potem organizowany wśród teatromanów plebiscyt o Złote Maski. Wręczano je od połowy lat 90. minionego wieku podczas rautu z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru wraz z przyznawanymi przez środowiskową kapitułę nagrodami Ludwika (była to statuetka przedstawiająca Ludwika Solskiego w roli Starego Wiarusa). Oceniano zatem i popularność, i artyzm. Niestety, inicjatywa znikła bodaj w roku 2004. Krzysztof Głuchowski, dyrektor Krakowskiej Fundacji Artystów Teatru, której staraniem, niemałym, owe nagrody przyznawano, dostał pracę w Warszawie i zwinął żagle czy raczej kurtynę. Próby podtrzymania tradycji, a były takie podejmowane, spełzły na niczym. I tak Kraków był przez ostatnie lata jedynym ważnym ośrodkiem teatralnym bez jakichkolwiek nagród. Miały je Warszawa, Katowice czy Gdańsk, a w Krakowie pustka.

Weszła w nią Nagroda Teatralna im. Stanisława Wyspiańskiego. Na razie niewypromowana, nawet w samym środowisku (acz w tym roku już jest więcej zgłoszeń). Wręczana bez pompy, jaka towarzyszyła Złotym Maskom i Ludwikom.

Co dała ta nagroda jej pierwszemu laureatowi?

- Przede wszystkim satysfakcję. Zwłaszcza że dostałem ją w znakomitym momencie. Po chłodnym przyjęciu "Makbeta" na mej macierzystej scenie, w którym odtwarzałem tytułowego bohatera, po Koltesowskim monodramie "Noc tuż przed lasami", zagranym z powodu małego zainteresowania tylko kilkanaście razy, zastanawiałem się, czy aby idę w dobrą stronę... I ta nagroda mnie uspokoiła, pokazała, że nie można zrażać się chwilowymi niepowodzeniami. Niebagatelna jest też sama kwota, 30 tys. złotych w naszym środowisku nie zdarza się często - mówi po niemal roku Radosław Krzyżowski.

Jak patrzy na nagrody laureat m.in. wspomnianego Ludwika za rolę Hamleta graną przed laty również w STU?

- Nagrody są ważne i potrzebne. Również przyznawane przez publiczność. Wiem, że są aktorzy mówiący, iż im na uznaniu widzów nie zależy, ale ja bym im do końca nie wierzył. W czasach, gdy się o teatrze coraz mniej pisze i mówi, gdy w przestrzeni publicznej coraz mniej on znaczy, nagrody są elementem ożywienia nie tylko naszego środowiska.

Pamiętam, spotkaliśmy się w roku 2005 i wówczas aktor mówił: "Kiedy kończyłem PWST, było mi bardzo potrzebne uznanie krytyki, potem potrzebowałem akceptacji publiczności, później znów wnikliwie śledziłem krytykę, a teraz od tego odchodzę, bo sam widzę, że to jest znacznie trudniejszy zawód niż sobie wyobrażałem. Obarczony znacznie większą odpowiedzialnością i tak naprawdę przygotowując coś, nie mogę liczyć się ani z krytyką, ani z oczekiwaniami publiczności, bo wtedy komuś będę, mówiąc krótko, dawał d...".

Teraz rozmawiamy i o tym, że samo środowisko trochę na upadek Złotych Masek i Ludwików zapracowało: a to na ostatnim rozdaniu Ludwików nie było wszystkich nagrodzonych, a to plebiscyt, podobnie jak nominacje do nagrody, rodził rozmaite kwasy, dąsy i kontrowersje. Nie motywowało to pewnie organizatorów, wszak pasjonatów, którzy w doprowadzenie do przyznania owych nagród (zawsze pod kontrolą kancelarii notarialnej), jak i w zorganizowanie wspomnianego rautu wkładali wiele pracy i wysiłku... Con amore. Było, nie ma; czy teraz dałoby się ideę tych nagród odrodzić? W ramach na przykład Krakowskiej Nocy Teatrów? I kto miałby o to dbać?

- Bartosz Szydłowski, dyrektor Łaźni Nowej i ważnego w skali kraju festiwalu Boska Komedia, namawia mnie, by do tej idei powrócić - przyznaje Krzysztof Głuchowski, też aktor (choć z rzadka praktykujący). - Jeśli miałoby się tak stać, musiałyby te nagrody mieć nowe i stabilne oparcie, zwłaszcza że tamtej fundacji już nie ma - dodaje. Przyznaje, że wraz z prowadzącym Łaźnię Nową myślą o tym... Współpracują wszak przy organizowaniu Boskiej Komedii, a w najnowszym spektaklu Łaźni Klub miłośników filmu "Misja" Głuchowski również wystąpi.

Zagra w nim także, obok m.in. Jana Peszka, ubiegłoroczny laureat Nagrody im. Wyspiańskiego Radosław Krzyżowski. To jedna z czekających go w tym roku premier, i to najbliższa, bo już 20 maja, kiedy ten tekst będzie trafiał do drukarni. We wrześniu pojawi się w "Maskaradzie" Lermontowa w reżyserii Nikołaja Kolady w Teatrze im. J. Słowackiego, a w grudniu w STU - jako Gospodarz w "Weselu" Wyspiańskiego. Znów u Krzysztofa Jasińskiego.

- Teatr STU jest dla mnie miejscem ogromnie ważnym i ogromnie szczęśliwym - mówił aktor, odbierając 15 czerwca 2012 roku,

właśnie w STU, od wiceprezydent miasta Magdaleny Sroki Nagrodę im. Wyspiańskiego. Przy okazji dziękował Krzysztofowi Jasińskiemu, "który 12 lat temu mi zaufał i ufa do dziś".

Jako młody aktor poprzez casting dostał rolę Hamleta, nagrodzoną w roku 2001 wspomnianym Ludwikiem; po latach powrócił w tym spektaklu już jako Klaudiusz. Na tejże scenie gra także ważną dla siebie rolę Stawrogina w "Biesach" Dostojewskiego w inscenizacji Jasiriskiego.

Przed rokiem Radosław Krzyżowski nie wykluczał, że może Kraków opuścić. Obecnie, na rok przed jubileuszem 20-lecia pracy na scenie przyznaje, że miał wraz żoną, Dominiką Bednarczyk, także aktorką teatru z pl. św. Ducha, propozycję przejścia do Warszawy, ale po rozważeniu wszystkich za i przeciw postanowili w Krakowie pozostać. - Myślę, że najbliższe lata tu będziemy...

Do Teatru im. J. Słowackiego aktor został zaproszony po szkole przez ówczesnego dyrektora Bogdana Hussakowskiego. Potem pięć sezonów pracował w Starym Teatrze. Grał m.in. u Krystiana Lupy w "Lunatykach II", u Tadeusza Bradeckiego w "Karierze Artura Ui", u Remigiusza Brzyka w "Wiśniowym sadzie", u Jerzego Jarockiego w "Szewcach". To za rolę Czeladnika w tym spektaklu został nagrodzony na XXVIII Opolskich Konfrontacjach Teatralnych "Klasyka Polska". Ale dyrektor Mikołaj Grabowski oznajmił aktorowi, że nie widzi dla niego miejsca w "Starym".

Szczęśliwie w tym czasie w Teatrze im. J. Słowackiego Barbara Sass rozpoczynała pracę nad inscenizacją "Idioty" według Dostojewskiego. Za rolę Rogożyna został Krzyżowski nominowany do Ludwika, Dominika Bednarczyk grająca Agłaję zdobyła statuetkę Ludwika w kategorii ról kobiecych; były i inne Ludwiki, jak i Złote Maski, którymi widzowie odsypali znakomity spektakl.

Czy dziś aktor żałuje rozstania ze sceną narodową?

- I tak, i nie. "Stary" dawał okazję do spotkania z reżyserami, z którymi chciałem pracować, w Teatrze im. Słowackiego to nie jest możliwe, bo tu reżyserować nie przyjdą. Z drugiej strony cenię atmosferę i niezależność, którą mam w obecnym teatrze; dyrektor Krzysztof Orzechowski pozwala mi pracować na innych scenach, dzięki czemu mogę sobie pozwalać na artystyczny płodozmian, co jest bardzo ważne - mówi aktor, grający tak w STU, jak i w Teatrze Polskim w Warszawie czy we wspomnianej Łaźni Nowej. Wiele również pracuje w macierzystym teatrze: "Dzika kaczka". "Bliżej", "Ożenek", "Beatrix Cenci", "Tragedia Makbeta", "Udręka życia", "Obcy"...

Od lat też jako doktor Michał Sambor ukazuje się ogólnopolskiej telewidowni w serialu "Na dobre i na złe". A niewiele brakowało, by nie była to tylko rola. Przez trzy lata nauki w opolskim liceum Radek Krzyżowski był przekonany, że pójdzie studiować medycynę. "W odpowiednim momencie się opamiętałem, bo nie sądzę, bym był dobrym lekarzem" - mówił mi przed ośmiu laty. Jak widać, całkiem jednak od medycyny uwolnić się nie zdołał.

 
12.06.2013  
Jolanta Antecka, Surrealistyczny świat własny w "Loży", /Dziennik Polski/
...

Ewa Worytkiewicz znana jest ze sceny. Jej inne wcielenie poznajemy obecnie w "Loży", gdzie otwarto wystawę malarstwa aktorki, która sięgnęła po inne, odległe od jej profesji środki wyrazu. Wystawa t[...]

Ewa Worytkiewicz znana jest ze sceny. Jej inne wcielenie poznajemy obecnie w "Loży", gdzie otwarto wystawę malarstwa aktorki, która sięgnęła po inne, odległe od jej profesji środki wyrazu. Wystawa to malarski debiut.

Dlaczego człowiek żyjący ekspresją słowa (gestu też, ale głównie słowa) sięga nagle po sztukę z natury milczącą? Ewa Worytkiewicz mówi, że pod wpływem impulsu.

Półtora roku temu zaczęła się jej przygoda z rzeźbą, a przed kilku miesiącami zaczęła malować - i robi to dobrze. Maluje dużo; na wystawie w "Loży" znalazło się kilkadziesiąt obrazów z półrocza.

Nie uczyła się malarstwa, ale ma wrażliwość, intuicję i - co ważne - świadomość tego co chce powiedzieć, jakich środków użyć, w jakiej formie zamknąć malarską wypowiedź.

Żywiołowość skojarzeń nie zwalnia ze staranności malarskiej. Ekspresja nie jest rezygnacją z niuansów. Spore wymagania stawia Ewa Worytkie-wicz swojemu malarstwu.

Najbliżej jej do surrealizmu, ale wydeptuje w tę stronę własną ścieżkę, posługując się azymutem osobistych doświadczeń świata.

Ewa Worytkiewicz to jedno z najbardziej zdumiewających zjawisk, jakie spotkałam w malarstwie nieprofesjonalnym.

 
10.05.2013  
Jolanta Ciosek, Gorzkie przedstawienie na motywach Szekspira, /Dziennik Polski/
...

Najnowszym spektaklem AGATA DUDA-GRACZ opowiada o wojnie, przemijaniu, miłości i śmierci. Premiera 11 maja.- Każdy musi kiedyś umrzeć, Porcelanko, czyli rzecz o wojnie trojańskiej. Spektakl Agaty Dud[...]

Najnowszym spektaklem AGATA DUDA-GRACZ opowiada o wojnie, przemijaniu, miłości i śmierci. Premiera 11 maja.

- Każdy musi kiedyś umrzeć, Porcelanko, czyli rzecz o wojnie trojańskiej. Spektakl Agaty Dudy-Gracz inspirowany "Troilusem i Kresydą" Williama Szekspira. Proszę wytłumaczyć się z tego zawiłego tytułu Pani najnowszego spektaklu.

- Pierwsze zdanie tego tytułu jest cytatem z przedstawienia. Te słowa mówi Achilles do swego ukochanego Patroklesa, obdarzając go pieszczotliwie imieniem Porcelanka.

- Adlaczego te właśnie słowa są wtytule - to zapewne coś znaczy?

- Zdanie to pada w kulminacyjnym momencie spektaklu, kiedy świat "wojny trojańskiej" rozlatuje się na rzecz wojny "ludzkiej", toczonej bez zasad, pełnej okrucieństwa i poniżenia.

- Jak analizują krytycy "Troilus iKresyda" to rzecz nie tylko owojnie, ale iopłci - wPani spektaklu będzie podobnie?

- Tak. Zarówno o płci, jak i o potrzebie dominacji. Ale przede wszystkim o upadku wartości. O przemijaniu. O wojnie, która trwa już od tak dawna, że jej bohaterowie zdążyli się zestarzeć i zapomnieć, o co walczą. Pamiętają tylko, żeby nienawidzić przeciwnika. Myślę, że "Troilus i Kresyda" to jest jeden z najbardziej gorzkich dramatów Szekspira, w którym autor bezlitośnie rozlicza się z wiarą, z mitem, z archetypem bohatera i w sposób bezwzględny obchodzi się z miłością.

- Aprzecież Troilus iKresyda żarliwie mówią omiłości?

- Miłość w ich słowach rzeczywiście jest żarliwa. Potem te same słowa są równie żarliwie wypowiadane do kolejnych ukochanych.

- Dramat Szekspira, jak wPani spektaklach, jest zaledwie inspiracją dla scenariusza?

- Scenariusz tego przedstawienia jest inspirowany motywami zaczerpniętymi z Williama Szekspira, jednak bez użycia szekspirowskiego tekstu; z wyjątkiem dwóch cytatów, po których bohaterowie zaznaczają, że właśnie cytowali "Troilusa i Kresydę".

- Utwór Szekspira przepełniony jest drwiną, ironią, parodią. Czy naPani spektaklu będą powody douśmiechu?

- Bez śmiechu nie ma tragedii. Stąd mimo dojmującego tematu tekst jest w gruncie rzeczy zabawny.

- Ijak twierdzą krytycy najbardziej współczesny ze wszystkich dzieł Szekspira...

- ...

- Czy to będzie najbardziej gorzkie Pani przedstawienie?

- Nie. Wręcz przeciwnie

 
07.05.2013  
Jolanta Ciosek, Czułem, że w Toruniu nic mnie już ciekawego nie spotka. Liczę na akceptację w Krakowie., /Dziennik Polski/
...

Sławomir Maciejewski - nowy aktor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.- Cosi? - "Wesele". - Gdziesi? - W Teatrze im. Juliusza S[...]

Sławomir Maciejewski - nowy aktor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

- Cosi?

- "Wesele".

- Gdziesi?

- W Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

- Kajsi?

- Między sceną a widownią.

- Ktosi?

- Sławomir Maciejewski.

- I w ten sposób zaprezentowaliśmy Pana - nowego aktora Teatru im. Słowackiego - i Pański monodram oparty na tekstach "Wesela", a zatytułowany "Cosi, gdziesi, kajsi, ktosi"

- Ależ to brzmi bardzo nieskromnie!

- Aktor ma prawo być nieskromny. A mówiąc serio: miał Pan tremę przed premierą?

- Nie ukrywam, byłem pełen obaw. W Krakowie, "Wesele"... Ale wydaje mi się, że nie doprowadziłem do sytuacji, w której wieszcz przewróciłby się w grobie, na Skałce...

- Skąd pomysł, by kompilować teksty postaci z "Wesela" w jeden wielki monolog?

- Obcuję z tym tekstem od blisko trzydziestu lat. Miałem honor i szczęście mieć zajęcia w łódzkiej PWST z prof. Jadwigą Chojnacką, wielką, wybitną aktorką, która zaproponowała byśmy mówili poszczególne sceny z dramatu Wyspiańskiego w pojedynkę. Taka zabawa i ćwiczenie postaci z "Wesela". Wtedy zauważyłem, że często, pozornie spierający się bohaterowie, tak naprawdę mówią jednym głosem. I postanowiłem teraz, po latach, to wykorzystać. Ułożyłem monolog skompilowany z wypowiedzi prawie wszystkich postaci, tak by był spójny i przejrzysty. Mówi go ktoś, kogo roboczo nazwałem On. I On tak sobie hasa po "Weselu" i miesza, miesza, miesza.

- Dobrze Pan to wymieszał, skoro za toruńską wersję przedstawienia został Pan nagrodzony na festiwalu...

- Mam nadzieję. Przez wiele lat myślałem o tym spektaklu, ale nigdy nie mogłem się nań zdobyć. Aż nadszedł czas... To, co się dzieje wokół, w kraju, spowodowało, że poczułem wręcz potrzebę opowiedzenia o nas słowami wieszcza. Ale absolutnie nie chcę się ani wymądrzać, ani pouczać. Jest i wesoło, i gorzko.

- Wypowiada Pan teksty, wyśpiewuje - nawet rockowo, a na scenie zespół muzyczny - czysta awangarda?

- Czysty Wyspiański. Nie dopisałem mu żadnego słowa spoza "Wesela", a mimo to kwestie, które w nim zawarł wydają się dziś niezwykle aktualne.

- Od bieżącego sezonu jest Pan nowym "krakusem", który przybył z Torunia, wraz z żoną, Iwoną Kempą, reżyserką. Lubi Pan być przez żonę reżyserowany?

- Poznaliśmy się siedemnaście lat temu podczas spektaklu dyplomowego Iwony. Potem grałem w jej kilku realizacjach, a nieco później zakochałem się...

- Czyli najpierw był teatr, a potem miłość?

- Zdążyliśmy się nauczyć razem pracować i nie narzekamy na tę sytuację. Zagrałem także gościnnie w jej krakowskich przedstawieniach: "Rozmowach poufnych" i "Intymności".

- Był Pan Jaśkiem w "Weselu", Henrykiem w "Ślubie", Eckdalem w "Dzikiej kaczce", grał Clova w "Końcówce", a więc duże role w świetnym repertuarze. Dlaczego zamienił Pan dwadzieścia lat toruńskiego teatru im. Wilama Horzycy na Kraków?

- Dyrektor Orzechowski zaproponował mi przejście do jego teatru. Długo wahałem się, wcześniej rezygnując z propozycji Teatru Wybrzeże, warszawskiego Dramatycznego czy wrocławskiego Współczesnego. Dlaczego? Z wygodnictwa. W małym mieście jakim jest Toruń żyje się po prostu wygodniej. Ale też poczułem, że zatracam ciekawość pracy w tym samym zespole, z tymi samymi ludźmi. Krótko mówiąc, czułem że w Toruniu nic mnie więcej i nic ciekawszego nie spotka. Tak więc spakowaliśmy walizki z Iwoną...

- Czego oczekuje Pan od Krakowa?

- Akceptacji, jak każdy aktor. Ale przede wszystkim rozwoju, nowych wyzwań, kontaktu z nowymi ludźmi. To jest niezbędne w naszej pracy.

 
25.03.2013  
Krzysztof Orzechowski, Nie jesteśmy spróchniałą fregatą, /Dziennik Polski/
...

KRZYSZTOF ORZECHOWSKI, aktor, reżyser, pedagog, dyrektor naczelny i artystyczny Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, wykładowca Akademii Teatralnej.Z wielkim zainteresowaniem, a często ze zdu[...]

KRZYSZTOF ORZECHOWSKI, aktor, reżyser, pedagog, dyrektor naczelny i artystyczny Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, wykładowca Akademii Teatralnej.

Z wielkim zainteresowaniem, a często ze zdumieniem czytam kolejne wywiady i wypowiedzi o krakowskiej kulturze publikowane w "Dzienniku Polskim".

Bo niby diagnoza jest słuszna - źle się dzieje i trzeba wszystko zmienić: finansowanie, zarządzanie, organizację, planowanie, kryteria oceny itd. Ale jak to zmienić? Przedstawiciele władz samorządowych widzą szansę w eksperckim artystycznym audycie instytucji kultury - najwyraźniej nieświadomi, że takie próby były wielokrotnie podejmowane i nigdy nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, bo przy ocenie dzieła sztuki (szczególnie współczesnej) nie istnieją inne kryteria, poza subiektywnymi. Młodzi twórcy domagają się pełnego zrównania teatrów prywatnych z instytucjonalnymi, nie zwracając jednak uwagi, że wówczas teatry prywatne przestałyby być... prywatne. Bardziej zapalczywi sugerują, żeby pozbyć się starych, leniwych wałkoni i obsadzić placówki kultury młodymi, prężnymi szefami. Ta ostatnia opinia nie zasługuje na komentarz.

Kultura wolnego rynku czy wolny rynek kultury?

Proponuję zdjąć z tej dyskusji przymiotnik "krakowska". Rzecz nie dotyczy bowiem tylko problemów naszego miasta czy regionu, ale całego kraju: niedookreślenia pojęcia "misja" w zderzeniu z wolnym rynkiem, niedoceniania działań twórczych dla rozwoju wyobraźni i dla abstrakcyjnego myślenia młodych ludzi. Nasze teatry, muzyka czy plastyka osiągają co prawda międzynarodowe sukcesy, ale mnie, znacznie bardziej niż spektakularne osiągnięcia, interesuje odpowiedź na pytanie: co po nas zostanie? Dzisiejszy teatr nie gra już w niedziele i święta, jak mówiono dawniej, ale "realizuje zadania przemysłu czasu wolnego". Do określenia "kultura" dodaje się teraz słowo "przemysł" i w ten sposób powstają "przemysły kulturowe". Nie będę snuć katastroficznych wizji wymóżdżonego społeczeństwa przyszłości, edukowanego "przemysłowo" przy pomocy takiej nowomowy. Chcę powiedzieć, że prawie wszystkie nieszczęścia, utrudniające sensowne działania w sferze kultury, na które zwracają uwagę krakowscy dyskutanci - i galopująca komercjalizacja sztuki, i planowanie zadaniowe, i nadmierna biurokracja sprawozdawcza, i gąszcz bezsensownych, często sprzecznych przepisów, i zamiary standaryzacji działalności artystycznej - wynikają z koncepcji wolnorynkowych. A kultura nie chce się temu poddać. Z natury jest bowiem nieopłacalna i nieobliczalna. Pisze o tym pięknie i wyczerpująco Krystian Lupa ("Dziennik Polski", nr 68).

Krakowski "syndrom A-B".

Będę bronił Krakowa. To nieprawda, że jesteśmy spróchniałą fregatą tonącą w morzu kulturalnych wzlotów. Nie stanowimy wyjątku, jesteśmy częścią całości. W Krakowie (i w Małopolsce) są teatry na wysokim poziomie, prezentujące bardzo zróżnicowany repertuar, w których każdy - niezależnie od upodobań i wieku - może znaleźć coś dla siebie. I znajduje, o czym świadczą tłumy publiczności. Tradycyjnie na wysokim poziomie jest muzyka, dobrze mają się też sztuki piękne. Są prężne muzea. Niektórym spośród tak licznych (niestety!) festiwali udało się zyskać wysoką renomę, daleko wykraczającą poza Kraków. Od kilkunastu lat działa Salon Poezji, swoisty fenomen, powszechnie znany i uznany. Powstają wspaniałe nowe obiekty służące sztuce i kulturze - w tej dziedzinie znajdujemy się w krajowej czołówce. Nie mamy się czego wstydzić - raczej jest to powód do dumy. Mamy świetny potencjał, który potrafimy wykorzystywać. Często z najwyższym wysiłkiem i pomimo trudności.

Problemem Krakowa, zresztą głęboko zakorzenionym w historii, jest skłonność do krytykowania wszystkiego i wszystkich przez wszystkich. Jak mają szanować nas, skoro my nie szanujemy siebie? Jak chwalić, skoro my bez przerwy sobie przyganiamy? Malkontenctwo jest jak zaraza. Przechodzi z pokolenia na pokolenie. Nie potrafimy budować pozytywnej atmosfery wokół dokonań krakowskich artystów i animatorów kultury. W Krakowie trudno jest np. namówić kogokolwiek z osób oficjalnych, by zechciał uczestniczyć w ważnych artystycznych wydarzeniach.

Drugim problemem Krakowa i Małopolski są pieniądze. Nasze władze nie rozpieszczają ani artystów, ani swoich instytucji. Pod względem finansowym jest u nas gorzej niż w wielu innych miastach, stąd częsta emigracja twórców lub trudności z pozyskaniem tych najlepszych. Choć może nie tyle chodzi o brak środków, ale o wadliwe rozdawnictwo - przeznaczanie wielkich kwot na spektakularne wydarzenia festiwalowe, albo stosowanie zasady każdemu po troszkę, bo przecież wszyscy się znamy. Ja to nazywam "syndromem A-B".

Nie potrafimy cieszyć się z pięknych obiektów, które powstają w naszym mieście. I chwalić się nimi. Budujemy Centrum Kongresowe, halę sportową w Czyżynach i Cricotekę. W przygotowaniu jest Filharmonia. Powstała Opera, MOCAK, zrewitali- zowano Fabrykę Schindlera, wybudowano Muzeum Lotnictwa i Muzeum Armii Krajowej, zagospodarowano podziemia Rynku Głównego, stworzono nowoczesną galerię w Sukiennicach i nowe przestrzenie wystawiennicze w gmachu Muzeum Narodowego. Wybudowano MOS, odnoszący sukcesy w światowych rankingach architektonicznych. Narodzinom każdej z wymienionych inwestycji towarzyszyła fala krytyki. Dobrym przykładem jest właśnie Małopolski Ogród Sztuki, który mógłby być dowodem nowoczesnego myślenia o kulturze w... konserwatywnym Krakowie, a tymczasem z różnych stron słychać wrogie pomruki. Dyrektor Bartosz Szydłowski mówi w wywiadzie ("Dziennik Polski", nr 57), że obiekt ten, który powstał za publiczne pieniądze, powinien służyć innym krakowskim instytucjom, jak można wnioskować z jego słów - nieodpłatnie - a jest wynajmowany za "gigantyczne pieniądze". To nieprawda. Po pierwsze - zgodnie z prawem europejskim przy eksploatacji obiektów powstałych ze środków unijnych (takich jak MOS), trzeba kierować się zasadą non profit, a komercyjny wynajem musi być absolutnym wyjątkiem, nie powinien też kolidować z założonym i przyjętym programem działania. Po drugie - wybudować a eksploatować - to dwie różne sprawy. Koszt utrzymania MOS-u jest stosunkowo wysoki i został rozpisany na godziny użytkowania. Rezygnacja z tych opłat oznaczałaby darowiznę na rzecz innej, korzystającej z tej placówki instytucji, a tego robić nie wolno. Podejrzewam jednak, że dyrektorowi Szydłowskiemu nie chodziło o prowadzoną przez niego Łaźnię Nową, ale o festiwal "Boska Komedia". Jak większość poważnych krakowskich festiwali jest on dotowany i przez ministerstwo, i przez gminę, i przez prywatnych sponsorów. Dlaczego ma być wspomagany również z kasy Małopolski, która z ogromnym wysiłkiem utrzymuje własne, tak liczne instytucje kultury? Z powodu solidaryzmu i tak potrzebnej nam wszystkim synergii? Hasło tyleż piękne, co demagogiczne.

Choroba zwana "festiwalomanią".

Nie jestem zwolennikiem mnożenia festiwali. Jest ich w Krakowie (głównie teatralnych, muzycznych i filmowych) bardzo wiele. Niektóre z nich stały się komercyjnymi imprezami dla elit, co nijak ma się do powinności misyjnych krakowskiej kultury. Gdyby zliczyć wszystkie dotacje, jakie krakowskie festiwale otrzymują od różnych darczyńców - publicznych i prywatnych - okazałoby się, że jest to "fura kasy". Właściwie podzielona, skutecznie ograniczyłaby biedę naszych instytucji. Pozwoliłaby nie tylko rozkoszować się jednorazowymi eventami. Dałaby też dodatkowo możliwość angażowania twórców tych wydarzeń do pracy z naszymi artystami i naszymi zespołami, co zwiększyłoby atrakcyjność programów krakowskich placówek kultury, a także stworzyłoby artystom lepsze warunki bytowe (porównywalne z resztą Polski), by nie uciekali nam za chlebem i ciekawszą pracą. Tak sobie, w skrócie, wyobrażam stymulowanie rozwoju kultury w naszym mieście, bez uciekania się do jednorazowych fajerwerków. Co oczywiście nie oznacza, że postuluję likwidację wszystkich festiwali. Broń Boże! Chodzi mi tylko o zdecydowaną i przemyślaną selekcję.

W dziedzinie "festiwalo- manii" nie jesteśmy zresztą w Polsce wyjątkiem. Czegoś podobnego nie ma na całym świecie! Nie tylko metropolie, ale i małe miasteczka szczycą się posiadaniem co najmniej jednego festiwalu. Wystarczy spojrzeć na kilkudziesięciostronicową listę rokrocznie przyznawanych ministerialnych dotacji na organizację tychże, żeby zorientować się, w jakiej paranoi żyjemy. Geneza zjawiska "festiwalomanii" sięga jeszcze komuny. Wiąże się z biedą i niedowartościowaniem. Jeśli w tamtych czasach ktoś chciał wznieść się ponad lokalną mizerię, musiał wymyślić i zorganizować festiwal. Potem dorabiano ideologię: że "okno na świat", że obowiązek wobec miejscowej tradycji lub wyjątkowej publiczności. Magiczne słowo "festiwal" stanowiło klucz do lokalnej, a często i do centralnej kasy, sytuowało organizatora powyżej prowincjonalnej codzienności. Mentalny spadek po tamtych czasach pozostał niestety do dzisiaj. Proszę pokazać mi drugi kraj, w którym organizowano by tak ogromną liczbę festiwali, często o podobnych programach i nierzadko konkurujących ze sobą. Albo spektakle teatralne, które, niezależnie od miejsca powstania, przemierzałyby Polskę, pokazywane prawie wyłącznie na wszystkich możliwych festiwalach i nagradzane przez zadziwiająco zgodne w ocenach gremia jurorów. Dzisiejsza Europa jest otwarta. Nie jesteśmy kulturalnym "zadupiem" czy odizolowanym "grajdołkiem". Nie zgadzam się z poglądem, że festiwale są dla Krakowa ważne, bo pokazują prowincjonalnej "konserwie", jak powinno się robić nowoczesną sztukę. W ten kompleks nie dam się wpuścić!

Konserwatyzm programowy.

Przyszło mi do głowy, że skoro tak wielu (głównie młodych) krzykaczy obrzuca Kraków epitetami tradycjonalizmu, prowincjonalizmu, konserwy, wstecznictwa, zacofania i kołtuństwa - to może nie warto z nimi walczyć? Spróbujmy z inwektyw uczynić walor: niech kultura w naszym mieście opiera się na uznanych autorytetach i sprawdzonej hierarchii wartości. W dobie coraz większych fiksacji nowoczesnej sztuki - dlaczego nie?! Ogłośmy taki program, przestańmy przekonywać i udowadniać, że jesteśmy awangardowi.

Co Pan na to, Panie Prezydencie? Już widzę te tłumy przyjeżdżające do Krakowa w poszukiwaniu sprawdzonych i komunikatywnych dokonań artystycznych. A wpływy z turystyki kulturalnej też chyba nie są do pogardzenia?

 
06.11.2012  
Jolanta Ciosek, Teatralne konflikty i poszukiwania, /Dziennik Polski/
...

"Kiełkujące tkaniny jako element tworzenia nowej rzeczywistości teatralnej", "Scenografia jako lustro reżyserii", "Ewolucja sceny - nowe technologie, nowy język" to tematy rozpoczynającej się dziś mię[...]

"Kiełkujące tkaniny jako element tworzenia nowej rzeczywistości teatralnej", "Scenografia jako lustro reżyserii", "Ewolucja sceny - nowe technologie, nowy język" to tematy rozpoczynającej się dziś międzynarodowej konferencji "Sceniczne światy najnowszego teatru".

"Interesowały nas będą zarówno przemiany przestrzeni teatralnych, które zaszły w ciągu ostatnich dziesięciu lat, jak i problemy dotyczące nowych sposobów zagospodarowywania przestrzeni scenicznej. W tym pierwszym przypadku spróbujemy przede wszystkim postawić pytania, jakie są konsekwencje coraz bardziej widocznej tendencji do anektowania przestrzeni pozateatralnych i wirtualnych w praktykach dzisiejszego teatru oraz zbadać, czy w teatrze XXI wieku istnieje konflikt pomiędzy tymi przestrzeniami i przestrzenią tradycyjną (klasycznym budynkiem teatralnym). Gdy chodzi o przestrzeń tradycyjną, będziemy zastanawiali się nad nowymi sposobami budowania relacji między sceną i widownią oraz nad ich funkcją" - zapewniają organizatorzy.

Teatr im. Juliusza Słowackiego organizuje tę konferencję w ramach projektu "Teatr XXI wieku" - East Meets West - West Meets East". Podczas trzydniowych obrad z udziałem przedstawicieli dziewięciu znakomitych teatrów europejskich, m.in. Piccolo Teatro di Milano, Lwowskiego Akademickiego Teatru Woskresinnia, Teatru im. Wachtangowa i Sowrie-miennik będziemy mogli wysłuchać wykładów dramaturgów, scenografów, aktorów i dyrektorów teatrów poświęconych przestrzeni scenicznej współczesnego teatru. Obrady odbywać się będą w Małopolskim Ogrodzie Sztuki w dniach 6 - 8 listopada, początek we wtorek, o godz. 14.30.

To już trzeci etap tego międzynarodowego projektu realizowanego od 2011 roku w Krakowie. Poprzednie poświęcone były sztuce aktorskiej oraz tekstowi w teatrze XXI wieku.

 
23.10.2012  
Gabriela Cagiel, Małopolski Ogród Sztuki - Współuczestnictwo jako potwierdzenie otwartości, /Gazeta Wyborcza Kraków/
...

- Moim marzeniem, ale zobaczymy, na ile to będzie realne, byłaby możliwość zapraszania spektakli, które widziałam w Europie, które mnie zachwyciły. Ale nie tylko teatru dramatycznego. Myślę też o teat[...]

- Moim marzeniem, ale zobaczymy, na ile to będzie realne, byłaby możliwość zapraszania spektakli, które widziałam w Europie, które mnie zachwyciły. Ale nie tylko teatru dramatycznego. Myślę też o teatrze ruchu, tańca, który się bardzo prężnie rozwija w Europie, i o wszystkich zjawiskach pogranicznych, takich spektaklach muzycznych, które już są bardzo performatywne - na styku muzyki i teatru - mówi Iwona Kempa, kierownik artystyczny Małopolskiego Ogrodu Sztuki.

Gabriela Cagiel: W założeniach programowych MOS czytamy, że to projekt "dla młodych, o młodych, przez młodych". Jak chcecie zachęcić ich do tego miejsca?

Iwona Kempa: Myślę, że będzie ono przede wszystkim istotnie otwarte. Gdy Arteteka [mediateka zorientowana na zbiory związane ze sztuką - przyp. red.] ruszy pełną parą, kiedy uruchomimy kawiarnię i będą się tam działy różne nieformalne rzeczy, to MOS będzie rzeczywiście otwarty od rana, może od południa do późnych godzin nocnych. Natomiast w sali widowiskowej, kinowej czy w salach konferencyjnych będą miały miejsce ciekawe eventy z różnych dziedzin sztuki. Będziemy się przyglądać głównie sztuce najmłodszej, takiej tworzonej przez młodych artystów, oraz wszystkiemu temu, co w sztuce eksperymentalne, odważne, ryzykowne, szalone. To jest idea, którą czasami trudno wcielić w życie, ale nie jestem zwolenniczką jakichkolwiek podziałów. Także jeśli chodzi o dziedziny sztuki. Bardzo podoba mi się to, że w nowoczesnej sztuce granice między sztukami są bardzo płynne. Nie jestem też zwolenniczką podziałów na sztukę lepszą i gorszą. Oczywiście jakieś kryteria wyborów zapewne będą istniały, ale myślę, że jeżeli pojawią się artyści, którzy będą tutaj chcieli realizować swoje ciekawe pomysły, te pomysły nam się spodobają, to miejsce rzeczywiście będzie mogło im służyć.

Kolejnym z założeń projektu ma być ułatwienie dostępu do tworzenia i uczestnictwa osobom ze środowisk zaniedbanych, wrażliwych społecznie i zagrożonych wykluczeniem...

- Kwestia wykluczenia może dotyczyć bardzo wielu zjawisk. Zastanawiam się, na ile rzeczywiście wszystkie grupy społeczne mogłyby korzystać z możliwości, jakie stwarza Arteteka. To jest pytanie, na ile wszyscy jesteśmy odważni w posługiwaniu się nieskończonymi możliwościami internetu, na ile potrafimy korzystać z możliwości zdobywania informacji. Temu na przykład będą służyły warsztaty edukacyjne, które mogą być skierowane do bardzo różnych grup społecznych. Do dzieci, młodzieży, ale też do osób starszych, dla których pewne zjawiska we współczesnym świecie stają się absolutnie niedostępne. To mi się kojarzy też z wykluczeniem - nie tylko dotyczy ono osób niepełnosprawnych, które mają jakiś ograniczony kontakt ze sztuką, ale chodzi w ogóle o wszelkie wykluczenia. Będziemy się starali takie rzeczy tutaj robić, żeby adresować je do jak najszerszego kręgu odbiorców. Nie dzielić ich na tych, którzy mogą z czegoś korzystać albo na przykład nie potrafią z czegoś korzystać i w związku z tym to jest dla nich niedostępne. Będziemy ich po prostu uczyć, jak z tego korzystać.

Często tą barierą jest strach. Temu miejscu uda się go pokonać?

- Mam taką ogromną nadzieję. Bardzo liczę na to, że atmosfera, która tutaj powstanie, będzie przyjacielska, radosna i nieodstraszająca. Budynek jest bardzo nowoczesny, ale on jest w jakimś sensie przytulny. Jestem tutaj trzeci raz i jestem cały czas pełna podziwu dla niezwykłości architektonicznej tego miejsca, ale też tego, że stwarza wrażenie przyjaznego, miejsca z dobrą energią. Jeśli nasza oferta będzie odpowiednia, to będzie przyciągała i ośmielała, a nie odpychała i straszyła. Wtedy uda nam się pokonać bariery i strach.

Podczas inauguracji wspominała pani, że choć dopiero od kilku dni wie pani, że została wybrana na nowe stanowisko, to już dniami i nocami myśli o programie...

- Moim marzeniem, ale zobaczymy, na ile to będzie realne, byłaby możliwość zapraszania spektakli, które widziałam w Europie, które mnie zachwyciły. Ale nie tylko teatru dramatycznego. Myślę też o teatrze ruchu, tańca, który się bardzo prężnie rozwija w Europie, i o wszystkich zjawiskach pogranicznych, takich spektaklach muzycznych, które już są bardzo performatywne - na styku muzyki i teatru. Bardzo bym chciała, żeby takie rzeczy się tutaj działy. Myślę o ścisłej współpracy ze środowiskiem plastycznym, z Akademią Sztuk Pięknych, ze szkołami artystycznymi. Żeby pojawiali się tutaj jak najmłodsi twórcy. W przestrzeni kawiarnianej mogłyby się odbywać salony poetyckie, także imprezy w formie spotkań. Mam wrażenie, że to powinno być takie miejsce, w którym możliwe jest spotkanie artysty działającego z widzem, z publicznością. To spotkanie ludzi działających w pewnej sprawie powinno być ideą tego miejsca. Współuczestnictwo jako potwierdzenie otwartości.

 
11.10.2012  
Małgorzata Jungst, Spełniam marzenia rodziców, /Życie na gorąco, nr 41/
...

TOMASZ SIANKO. Uznany chirurg, radiolog na szklanym ekranie. Zdolny, przystojny. Ambitny. Koleżeński. Ostatnio zapracowany - to lubi, ale stara się wyważyć pracę i wolny czas.Pochodzi z Białe[...]

TOMASZ SIANKO. Uznany chirurg, radiolog na szklanym ekranie. Zdolny, przystojny. Ambitny. Koleżeński. Ostatnio zapracowany - to lubi, ale stara się wyważyć pracę i wolny czas.

Pochodzi z Białegostoku, z rodziny lekarskiej. Chciał zostać prawnikiem. Ale trafił do koła teatralnego i z pasji postanowił uczynić zawód. Złożył papiery w Krakowie. Zdał. Ojciec nie był przekonany: poważny człowiek robi poważne studia... A mama? "Fajnie, że się dostałeś, ale życie artysty jest pełne zagrożeń..."

- Wcześniej nie interesowałem się wydarzeniami teatralnymi. Nie znałem nazwisk aktorów, reżyserów, scenografów. Koledzy marzyli o Starym Teatrze. Dziwiłem się: dlaczego?

Później zrozumiał. Na III roku zadebiutował w roli Colina w "Ocalonych" w Starym. Musiał wykazać się talentem, bo po dyplomie dołączył do zespołu.

Pracę wspomina z sentymentem. Zagrał kilka ważnych ról. I spotkał się ze swoim profesorem Krzysztofem Globiszem, którego cenił i ceni. Z przyjaciółmi założył Fundację Conspero popularyzującą twórczość Jerzego Dudy-Gracza, wybitnego malarza, scenografa, i cudownego człowieka. Po kilku latach wrócił do aktorstwa: Teatr Bagatela, Teatr Słowackiego. Gra: "Obcy", "Tragedia Makbeta" i ulubiony "Czarnoksiężnik z Krainy Oz". Od epizodów w serialach zaczyna karierę na małym ekranie. Gra lekarzy: w kitlu, ku radości rodziców, czuje się świetnie.

Chciałby zobaczyć Patagonię. I nie wyjeżdżać z ojcowskiego Suraża. Tu czuje się, jakby zrzucał 50-kilogramowy płaszcz.

Wie, że aby być szczęśliwym, trzeba umieć zobaczyć swoje szczęście. To takie proste! I stara się.

 
05.10.2012  
P. Rąpalski, W cztery oczy o fuksówce, /Polska Gazeta Krakowska nr 233/05-10-12/
...

- Po mojej fuksówce studenci III roku postarali się u ówczesnego prorektora pana Globisza o list dla nas. Pamiętam, że pisał o tym, abyśmy pozostali dziećmi do końca naszego życia. Z KATARZYNĄ ZAWIŚLA[...]

- Po mojej fuksówce studenci III roku postarali się u ówczesnego prorektora pana Globisza o list dla nas. Pamiętam, że pisał o tym, abyśmy pozostali dziećmi do końca naszego życia. Z KATARZYNĄ ZAWIŚLAK-DOLNY,
aktorką Teatru im. Słowackiego w Krakowie rozmawia P. Rąpalski.

Najpierw teoria. Co to jest ta fuksówka?

- To przygotowanie pierwszego rocznika szkoły teatralnej do stania się "szanownymi studentami". Tak fuksy, czyli ci, którzy są fuksowani, muszą zwracać się do starszych kolegów, czyli fuksujących. To rytuał, podczas którego wykonuje się różne, czasem przedziwne, zadania.

Nie boisz się mówić o fuksówce?

- Ja przeszłam fuksówkę i nie żałuję. Ma sens pod warunkiem, że jest dobrze prowadzona. Gdy służy temu, by dać przykład młodszym kolegom i zapoznać się z nimi.

Ponoć to jak fala w wojsku.

- Zdarzały się kontrowersje. Raz fuksówka została przerwana, bo studenci ostro imprezowali "pod wpływem". Fuksujący nie mogą też wykorzystywać najmłodszego rocznika do jakichś głupich celów.

Jak skakanie po piwo czy fajki?

- Na przykład. Takiej fuksówce jestem absolutnie przeciwna. Kwarc musi być fajnie prowadzony.

Kwarc?

- Spotkania fuksowanych z fuksującymi, gdzie ci pierwsi dostają i wykonują polecenia.

Jak to było w Twoim przypadku?

- Najpierw na obozie integracyjnym w Piwnicznej dostaliśmy listy od "szanownych studentów" o spotkaniu dla tych, którzy chcą się fuksować.

Czyli nie ma musu?

- Jasne. W każdej chwili można się wycofać.

Ale później jesteś frajer?

- Da radę przetrwać studia. Na moim roczniku było więcej ludzi, którzy się nie fuksowali. Byli tak dużą grupą, że sami się integrowali.

Wróćmy do Twojej fuksówki.

- Pierwsze spotkanie było w knajpie na Kazimierzu. Robiliśmy spektakle fuksówkowe. Etiudy. Na zawołanie. Dostaliśmy też dżingle.

Dżingle?

- Ksywy. Wypisuje się je na tabliczkach, które fuksy noszą na szyjach. Bywa, że jest ich nawet kilkanaście. Meldując się u "szanownego studenta" trzeba czasem wymienić wszystkie.

Jakie miałaś dżingle?

- Zakrakowiak Górny. Nie pytaj nawet, od czego to.

Może jesteś za Cracovią?

- (śmiech) Wtedy akurat chodziłam z tatą na mecze Wisły. Miałam też jako ksywę kawałek tekstu Sharon Stone i tekst z reklamy leków. "Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki na opakowaniu. W razie potrzeby skonsultuj z lekarzem lub farmaceutą. Lek źle stosowany itd."

No pięknie. A etiudę jaką dostałaś do zagrania?

- Nie pamiętam, ale była to tzw. "kupa", czyli nieudane przedstawienie. Te pierwsze zazwyczaj są nieudane. Szanowny student pyta wtedy "Fuksie, co to było?", a Fuks musi powiedzieć "Szanowny Studencie. To była kupa". Nie ma się jednak co przejmować, bo to dopiero początek nauki.

Inne atrakcje?

- Musieliśmy robić laurki dla fuksujących. Siedzieliśmy po nocach i przyklejaliśmy serduszka i kwiatki. Moi koledzy fuksy byli zakochani w jednej z fuksujących, która poprosiła ich o liściki miłosne, więc mogli się wykazać.

Udało się któremuś zdobyć jej serce?

- Związki między studentami są powszechne w szkole teatralnej. Ponadto występuje duża rotacja par. (śmiech) I jest taka zasada "Nie rwij d..y z własnej grupy".

Słusznie. Co jeszcze mamy na tych fuksówkach?

- Wieczorki poezji przy świecach. Wybieraliśmy ulubione wiersze, piosenki i prezentowaliśmy "szanownym studentom". Raz musieliśmy im też ugotować obiad.

Czyli jednak wyzysk i fala.

- Nic z tych rzeczy. Nie zamówiliśmy cateringu z Wierzynka. Kupiliśmy kilka kilogramów ryżu. Tata pomógł mi rwać jabłka w ogrodzie i zrobiliśmy ryż z jabłkami. A skoro ryż, to muszą podawać go Chińczycy. Przebraliśmy się w kimona z koców, a blade twarze jak u gejsz zrobiliśmy smarując się pastą do zębów. Kilku kolegów zrobiło też pokazy sumo. Fuksówka ma pomóc rozwinąć kreatywność, inwencję, odkryć w sobie poczucie absurdu i nauczyć niepoddawania się przy trudnych zadaniach.

Ile to wszystko trwa?

- Moja trwała trzy tygodnie. Co więcej, trzeba przez cały czas być obciachowo ubranym, na przykład w rzeczy ze szmateksu. My ganialiśmy po mieście w siatkach z Biedronki. Fuksice oczywiście nie mają prawa golić nóg i robić sobie makijażu.

W zajęciach fuksówka nie przeszkadza?

- Na początku roku szkoła bardzo nie daje w kość. Poza tym mądry "szanowny student" widząc, że fuksy mają dość, odpuszcza im na chwilę.

Profesorowie mieszają się w fuksówkę?

- Raczej nie. Po mojej fuksówce studenci III roku postarali się u ówczesnego prorektora pana Globisza o list dla nas. Pamiętam, że pisał o tym, abyśmy pozostali dziećmi do końca naszego życia.

Czym fuksówka się kończy?

- Fuks ostatni raz przedstawia się ze wszystkimi dżinglami na końcu mówiąc: "już nie fuks!". I wszyscy biją mu brawo.

***

Katarzyna Zawiślak-Dolny

Aktorka Teatru im. Słowackiego. Gra m.in. w "Tangu Piazolla", "Tragedii Makbeta" i "Ziemi Obiecanej" Skończyła PWST w 2010 r. z wynikiem celującym.

 
02.10.2012  
Gabriela Cagiel, Demoniczna, przeszywająca i... emanująca ciepłem. To naprawdę jedna osoba?, /Gazeta Wyborcza - Co jest Grane Kraków/
...

- Minęło trochę czasu, ze 30 lat. W tym czasie młodziutka aktoreczka Lidzia przemieniła się w aktorzyce Lidię - tym niemal baśniowym opisem rozpoczął niedzielny jubileusz Rafał Dziwisz.Po spektaklu "O[...]

- Minęło trochę czasu, ze 30 lat. W tym czasie młodziutka aktoreczka Lidzia przemieniła się w aktorzyce Lidię - tym niemal baśniowym opisem rozpoczął niedzielny jubileusz Rafał Dziwisz.

Po spektaklu "O rozkoszy" Macieja Wojtyszki w Teatrze im. Słowackiego świętowano 30-lecie pracy artystycznej Lidii Bogaczówny. Były oczywiście oficjalne gratulacje (m.in. od wojewody i prezydenta Krakowa) i wspomnienia. Lidia Bogaczówna rozpoczęła swoją historię w "Szalonej lokomotywie" Krzysztofa Jasińskiego na deskach Sceny STU, w Teatrze Bagatela debiutowała rolą Dinah w spektaklu "Z księgi apokryfów", wreszcie trafiła do Teatru im. Słowackiego.

- 26 lat z tych 30 spędziła pani na tej scenie, co dla mnie jest niewątpliwym powodem do dumy. Nawet pomimo pani licznych ostatnio romansów z innymi teatrami, a zwłaszcza z teatrem Barakah - mówił Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru Słowackiego. Wspominał również jej ostatnie role, podkreślając ogromny talent artystki.

- Demoniczny chichot złej czarownicy w "Czarnoksiężniku z krainy Oz" wciąż śni się po nocach i to nie tylko najmłodszym widzom, ale i tym starszym dzieciom, mnie również. Przeszywające na wskroś spojrzenie cesarzowej Rosji Elżbiety w "O rozkoszy" sprawia, że zlewam się zimnym potem. Na szczęście rola sowieckiej nauczycielki w "Pacjencie EGBDF" pokazuje, że postaci przez panią kreowane mogą emanować ciepłem, pod pozorami zewnętrznej oschłości. To jest cała Lidka Bogacz - skwitował Orzechowski.

Nie tylko jemu Bogaczówna śni się po nocach. Krzysztof Jędrysek, który uczył w PWST nie tylko ją, ale i jej dwóch synów, a w "O rozkoszy" grał jej towarzysza Aleksandra Bestużewa, opowiadał o tym, jak noc przed uroczystością śniła mu się artystka i jej dwóch synów. Stali nad nim, mówiąc karcąco: "Zapomniałeś baletek!". Jędrysek przypominał, że to dzięki niej na nowo odżyło Międzynarodowe Święto Teatru w klubie aktora Loża, a również zainicjowano przyznawanie nagród "Syzyfa" i "Loży" czy wznowiono "Etykę" Konstantego Stanisławskiego.

Lidia Bogaczówna, oprócz ról teatralnych, znana jest także z kreacji filmowych i telewizyjnych. Jest wokalistką, artystką kabaretową, autorką wielu znakomitych felietonów, a wraz z siostrą Izabelą tworzy piękne lalki z duszą, znane koneserom sztuki w Polsce, w Holandii, w Niemczech i USA. W latach 2006-2010 była przewodniczącą krakowskiego oddziału ZASP. W roku 2009 roku została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi, a w 2010 roku medalem Honoris Gratia Prezydenta Miasta Krakowa. W gratulacjach wspominano o jej cieple, mądrości, inwencji i poświęceniu.

Sama Bogaczówna przyćmiła niedzielny wieczór nie tylko piękną kreacją Cesarzowej, którą grała, ale też dowcipem i urokiem. - I chociaż "Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż bogacz dostanie się do królestwa niebieskiego"... - jak żartował Rafał Dziwisz, jubilatka królowała tego wieczoru w królestwie teatru.

 
20.09.2012  
Andrzej Stański, Człowiek jak mała nuta. Rozmowa z reżyserem spektaklu Jarosławem Kilianem, /„Gazeta Wyborcza” - Co jest grane/
...

Skąd zainteresowanie tą sztuką i tą tematyką? Pomysł by ludzi krytykujących system totalitarny wsadzać do domu wariatów z diagnozą „schizofrenii bezobjawowej” to szczyt absurdu państwa komunistycznego[...]

Skąd zainteresowanie tą sztuką i tą tematyką?

Pomysł by ludzi krytykujących system totalitarny wsadzać do domu wariatów z diagnozą „schizofrenii bezobjawowej” to szczyt absurdu państwa komunistycznego i zarazem jedna z największych zbrodni XX wieku. Dla Toma Stopparda psychiatryczny gułag czasów Chruszczowa, Breżniewa, Andropowa stał się punktem wyjścia do opowieści o ludzkich losach i postawach. Brytyjskiego dramatopisarza interesuje przede wszystkim człowiek, który jest jak mała nuta w ogromnej partyturze pisanej przez historię.

Stoppard należy już dziś do klasyków współczesnego dramatu. W błyskotliwej, oryginalnej, podszytej czarnym humorem i groźnie ironicznej sztuce miesza się iluzja i rzeczywistość, złudzenie i prawda. Tekst dramatu i działania postaci nierozerwalnie związane są z muzyką skomponowaną przez André Previna.

Rzecz rozgrywa się w sowieckim szpitalu psychiatrycznym – tzw. psychuszce. W jednej celi spotykają się uwięziony przez KGB dysydent Aleksander i rzeczywiście chory pacjent Iwanow, który wyobraża sobie, że jest właścicielem i szefem orkiestry symfonicznej. Okazuje się, że wyimaginowana orkiestra istnieje naprawdę i widzi ją publiczność. Do szpitalnej celi przenikają muzycy. „Psychiatryczny Gułag” zderzony z orkiestrą symfoniczną to przecież piorunujące, surrealistyczne zderzenie światów. Tu nic nie jest takie jak się Państwu zdaje…

 

Czy osadzona w historycznej rzeczywistości lat 70. sztuka jest dziś aktualna?

Interesuje nas opowieść o ludziach, a nie o systemie. Stoppard zadaje tu ważne pytania. Pyta o granice realności. O to co jest rzeczywiste, co nie rzeczywiste. O to czy w imię prawdy warto poświęcać życie swoje i innych? Przygląda się postawom ludzi niezłomnych i słabych. Ze współczuciem bada kruchość natury ludzkiej. To jest zawsze aktualne. A sam temat? Czy naprawdę skończyły się czasy opresji? Czy tuż obok nas dysydenci nie są nadal zamykani w szpitalach psychiatrycznych? Czy nie prześladuje się niepokornie myślących dziennikarzy i pisarzy? Czy za wykonanie szyderczej piosenki nie zamyka się ludzi w łagrze? Czy naprawdę żyjemy w nowym, wspaniałym świecie?

 

To prawda, że Kraków obejrzy polską prapremierę Pacjenta?

Tak. Spektakl grany był tylko w Wielkiej Brytanii i USA. Bardzo się cieszę, że Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, po raz pierwszy w Polsce podjął się wystawienia tego fascynującego dzieła. Pracowaliśmy z aktorami i orkiestrą pod dyrekcją Tomasza Chmiela z prawdziwą pasją. Teraz najważniejsze będzie dla nas spotkanie z Widzami.

 

Pana inscenizacje w Teatrze Polskim w Warszawie, czy w Tea­trze Śląskim w Katowicach czy wreszcie u nas w Krakowie są bajecznie kolorowe, lekkie. Tutaj mamy oszczędną, niemalże ascetyczną scenografię?

Każdy tekst wymaga innego kształtu, koloru. Tu postawiliśmy na powściągliwość. A sama orkiestra w teatrze to przecież szaleństwo! Pięknie się komponuje na scenie. To ona buduje przestrzeń dźwiękową i jednocześnie przestrzeń scenograficzną! Mamy też projekcje. Niematerialne i ulotne. W sztuce Stopparda jest tak, jak w dobrej współczesnej architekturze. Mniej znaczy więcej…

 

Co było największą trudnością tej realizacji?

To przedstawienie wymaga wielkiej precyzji. Wejścia tekstu, świateł, projekcji powinny być punktualne i zestrojone jak głosy instrumentów w orkiestrze. Szukaliśmy też niepowtarzalnego stoppardowskiego dystansu, ironii i nuty czarnego humoru, które wyostrzając sensy, są nośnikami tragizmu, ale pozbawionego patosu i martyrologii.

 
20.09.2012  
Krzysztof Orzechowski, Przeniesiemy ducha awangardy!, /„Gazeta Wyborcza” - Co jest grane/
...

Sezon 2012/2013 Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zaczyna ogromnym przedsięwzięciem, polską prapremierą sztuki Pacjent EGBDF. Skąd pomysł na sztukę o tak wyraźnym piętnie muzycznym w teatrze d[...]

Sezon 2012/2013 Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zaczyna ogromnym przedsięwzięciem, polską prapremierą sztuki Pacjent EGBDF. Skąd pomysł na sztukę o tak wyraźnym piętnie muzycznym w teatrze dramatycznym? Wprawdzie Teatr gra z powodzeniem Ziemię obiecaną i Czarnoksiężnika z krainy Oz, ale tutaj mamy na scenie 26-osobową orkiestrę!

To jest jednak coś innego. Tamte spektakle są śpiewane, mają charakter musicalowy, natomiast ten jest sztuką dramatyczną z orkiestrą, która dodatkowo stanowi metaforę zniewolonego społeczeństwa. To pomysł dwóch twórców: dramatopisarza Toma Stopparda i kompozytora André Previna. Stoppard w artykule zamieszczonym w naszym programie wyczerpująco opisuje jak ten pomysł dojrzewał i jak ewoluował. Dlaczego my to robimy? Jarosław Kilian, który zrobił u nas naprawdę świetny spektakl Czarnoksiężnika z krainy Oz, przyszedł do mnie zafascynowany dziełem Stopparda i Previna z propozycją, by wystawić to u nas. Zainteresowałem się projektem tym bardziej, że sztuka powstała w latach 70., a teraz – na początku XXI wieku – przeżywa swój renesans. Okazało się, że Pacjent EGBDF może mieć dużo większe znaczenie i dużo głębszy sens, niż tylko historyczne rozliczenie z tym co się działo w Związku Radzieckim w tamtym, minionym czasie. Po pierwsze – Stoppard wyraźnie o tym pisze – represji psychiatrycznych nie porzucono. Takie pomysły na rozwiązywanie problemów z ludźmi nieprawomyślnymi zdarzają się nadal w wielu krajach, nie tylko w Rosji. Totalitaryzm bynajmniej nie odszedł z XX wiekiem, on nam ciągle zagraża. Jest groźną alternatywą dla źle funkcjonującej demokracji.

 

Mam pytanie o pozostałe plany repertuarowe w tym i przyszłym roku.

Na Dużej Scenie, jeszcze w tym roku zobaczymy Za chwilę. Cztery sposoby na życie i jeden na śmierć Petera Asmussena, w reżyserii Iwony Kempy. To sztuka o pięciu kobietach, w różnym wieku i z różną przeszłością. A w Miniaturze nad Przebudzeniem Shelagh Stephenson pracuje Paweł Szumiec. To hipnotyczny thriller przesiąknięty atmosferą bolesnego napięcia i niepokoju.

W przyszłym roku najważniejsze jest nadanie właściwego kształtu Małopolskiemu Ogrodowi Sztuki i na tym przede wszystkim się skupiam. Wybrany szef czy szefowa MOS-u będą mieli daleko posuniętą autonomię artystyczną, ale system funkcjonowania finansowego i organizacyjnego placówki będzie związany z Teatrem. Nasze plany musimy podporządkować potrzebom MOS-u, bo to będzie pierwszy rok jego działalności. Agata Duda-Gracz zrealizuje tam spektakl inspirowany sztuką Szekspira Trojlus i Kressyda. Na Dużej Scenie, na pl. Św. Ducha zrobimy nową sztukę Sławomira Mrożka Karnawał, czyli pierwsza żona Adama, która w Teatrze Polskim w Warszawie będzie miała prapremierę. U nas wyreżyseruje ją Bogdan Ciosek, który pozostaje w kontakcie artystycznym z autorem. Wystawienie tej sztuki to dla nas zaszczyt i obowiązek, mimo że jest trudna i wywołuje krańcowo różne emocje. Jednak jest to pierwsza sztuka napisana przez Mrożka po latach milczenia. W przyszłym roku przypada 120. rocznica powstania naszego Teatru. Będziemy tak planowali, aby premiera dramatu Mrożka wypadła w okolicach października.

Chcemy też wystawić na Dużej Scenie nową sztukę dla dzieci. Myślę, że będzie to bardzo klasyczny utwór, być może Mary Poppins w wersji teatralnej, ze świetną muzyką. Mam nadzieję, że koszty jej wystawienia nie przerosną naszych możliwości, szczególnie w dobie kryzysu.

Do pracy na scenie Miniatura zaprosiłem znakomitych reżyserów: Nikołaja Koladę, Józefa Opalskiego, Krzysztofa Babickiego i młodego, ale bardzo interesującego Marcina Hycnara. Miniatura jest miejscem szczególnym, bardzo charyzmatycznym, powstają tam znakomite, kameralne sztuki, cieszy się wielkim uznaniem i u publiczności i u krytyki.

 

MOS nie jest trzecią sceną Teatru, to uniwersalna przestrzeń uprawiania sztuki. To Pana pomysł, o który walczył Pan przez kilka lat. Ukoronowanie już za miesiąc. Jak zmieni to możliwości dostępu do kultury Krakowian?

W sposób zasadniczy. Ktoś mi powiedział, że po

otwarciu MOS-u różne środowiska artystyczne będą domagały się powstawania podobnych przestrzeni do uprawiania sztuki – takich, które nie są skrępowane konwencją. Kiedyś robiło się teatr w formie czystej. Teatr to był teatr, wystawa to wystawa, koncert to koncert. Dzisiaj te wyraźne dotąd granice zatarły się! I dobrze, że tak się stało, bo zmieniło się nasze otoczenie, dostęp do informacji, technologie. Urzeczywistnienie idei MOS-u trwało ponad 8 lat. Od 2004 roku niezmiennie mówię, że będzie to przestrzeń dla nowej sztuki, która wymaga nowych narzędzi, która pozwala łączyć kierunki, syntetyzować je. Nie twierdzę, że w MOS-ie wszystkie marzenia zostaną zrealizowane, bo to jest po prostu niemożliwe. Ale będzie to miejsce, w którym odnajdą się młodzi twórcy – zarówno ci „topowi”, jak i ci, którzy uprawiają niszowe formy artystyczne. Tutaj młodzi będą też mogli skonfrontować się i spotkać z mistrzami.

Jeszcze jedna uwaga. Nasz Teatr, budynek na pl. Św. Ducha – o czym naprawdę powszechnie się zapomniało – w pierwszych dekadach po swoim otwarciu był naprawdę awangardową sceną. Grano tu pierwsze spektakle nurtu symbolistycznego, debiutowało pokolenie Młodej Polski, powstawały nowatorskie inscenizacje Wyspiańskiego. Awangardowe były scenografie Karola Frycza czy Franciszka Siedleckiego. Miał tu miejsce sceniczny debiut Witkacego (Tumor Mózgowicz w 1921 roku). Z tym Tea­trem współpracował znakomity Andrzej Pronaszko. Byli to wówczas artyści na wskroś nowocześni, ale też architektura Teatru służyła ich eksperymentom. Dzisiaj wystrój sali pozostaje w sprzeczności z nowymi trendami w sztuce.

 

Ducha awangardy i współczesności przenosimy teraz do MOS-u?

Ducha awangardy przenosimy do MOS-u. Mamy miejsce, w którym najnowsza sztuka może w sposób nieskrępowany rozwijać się przez następne lata!

 

Rozmawiał Andrzej Stański

 
19.09.2012  
Urszula Wolak, Przypowieść Mrożka, /„Dziennik Polski”/
...

To pewne. Rok 2013 będzie należał w polskim teatrze do Sławomira Mrożka. Wszystko za sprawą premiery jego nowego dramatu zatytułowanego „Karnawał albo druga żona Adama”.W maju sztukę wybitnego dramato[...]

To pewne. Rok 2013 będzie należał w polskim teatrze do Sławomira Mrożka. Wszystko za sprawą premiery jego nowego dramatu zatytułowanego „Karnawał albo druga żona Adama”.

W maju sztukę wybitnego dramatopisarza zobaczymy w Teatrze Polskim w Warszawie, a w październiku wejdzie ona do repertuaru Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Dzieło Mrożka wyreżyseruje Bogdan Ciosek, który pozostaje w artystycznym kontakcie z autorem.

Wystawienie nowego dramatu Mrożka to wielki zaszczyt – podkreśla Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego(…)

 
09.08.2012  
Rafał Stanowski, Aktor odnaleziony, /„Dziennik Polski”/
...

Marian Dziędziel, znakomity krakowski aktor, stał się bohaterem filmu. Tym razem jednak nie gra, a opowiada o sobie w dokumencie Marty Węgiel. „Aktor odnaleziony. Marian Dziędziel” – tak nazywa się 55[...]

Marian Dziędziel, znakomity krakowski aktor, stał się bohaterem filmu. Tym razem jednak nie gra,

a opowiada o sobie w dokumencie Marty Węgiel.

 

„Aktor odnaleziony. Marian Dziędziel” – tak nazywa się 55-minutowy film, do którego kończą się właśnie zdjęcia. (…)

– Przeżyłam szok, gdy zobaczyłam Mariana Dziędziela w filmie „Wesele”- opowiada reżyserka Marta węgiel, na co dzień pracująca w TVP Kraków. – To był gejzer talentu. Wtedy pomyślałam sobie, że to znakomity bohater dokumentu. Człowiek, o którym trzeba powiedzieć. Ujęcia do filmu zrealizowano już w Krakowie. Zobaczymy występy Mariana Dziędziela w filmach, Teatrze im. Juliusza Słowackiego oraz Piwnicy pod Baranami. O aktorze będą opowiadać m.in. Kazimierz Kutz, Wojtek Smarzowski, Krzysztof Orzechowski, Mikołaj Grabowski, Jerzy Trela, Krzysztof Krauze, Rafael Lewandowski i Stanisław Zajączkowski. Na Śląsku nagrana zostanie jeszcze m.in. rozmowa z aktorem Franciszkiem Pieczką oraz rodzina aktora.

– Czuję się trochę dziwnie i głupio – wyznał na ze skromnością Marian Dziędziel. – Trudno mi rozmawiać na ten temat. Zgodziłem się i wziąłem to na swoje bary. Nie jestem bohaterem. Wykonuje tylko swój zawód. (…)

 
28.07.2012  
Kronika Krakowska, Małopolski Ogród Sztuki: miejsce na szalone pomysły młodych artystów, /„Dziennik Polski”/
...

Koncepcja Małopolskiego Ogrodu Sztuki, instytucji usytuowanej pomiędzy ulicami Rajską i Szujskiego, zrodziła się osiem lat temu. Dziś to liczący 4 tys. 300 m kw. Obiekt łączący funkcje widowisko[...]

Koncepcja Małopolskiego Ogrodu Sztuki, instytucji usytuowanej pomiędzy ulicami Rajską i Szujskiego, zrodziła się osiem lat temu. Dziś to liczący 4 tys. 300 m kw. Obiekt łączący funkcje widowiskowo-wystawiennicze z edukacyjnymi, które będzie proponować arteteka (…)

(…) To ma być miejsce oddane młodym: artystom i odbiorcom. MOS ma czerpać z najbardziej szalonych pomysłów młodych zdolnych. Służyć ma temu wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt audio, jak i teatralne oprzyrządowanie sala widowiskowa. Wielofunkcyjna, z usytuowaną po obu stronach widownią, którą przy pomocy pilota można schować pod podłogę. Jest też sala 80-osobowa, przeznaczona na małe formy teatralne, muzyczne, czy spotkania, także projekcje filmowe (projektor 3D).

(…) Skrzydło drugie, od ulicy Szujskiego, przeznaczone na artetekę, czyli media tekę poświęcona sztuce, zostanie oddane dopiero w styczniu. Trzy piętra już mają swe przeznaczenie – na pierwszym muzyka, na drugim – obraz, na trzecim – słowo, co jest inaczej rozpisanym skrótem MOS – czyli Małopolski Ogród Sztuki. Muzyka – od klasyki, przez operę, jazz po rozrywkę. Obraz – malarstwo, rzeźba, architektura, rysunek, film, także komiks, na co złożą się, usytuowane obecnie w Wypożyczalnia Głównej WBP, zbiory Małopolskiego Studia Komiksu. Słowo-teatr, kabaret…

 
19.04.2012  
Urszula Wolak, Peer Gynt jest Piotrusiem Panem, /„Polska Gazeta Krakowska”/
...

Przed premierą w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie spektaklu Henrika Ibsena „Peer Gynt” z jego reżyserem, Rafałem Sabarą, rozmawia Urszula Wolak Czy to prawda, że tytułowy bohater sztuki Henrika Ibse[...]

Przed premierą w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie spektaklu Henrika Ibsena „Peer Gynt” z jego reżyserem, Rafałem Sabarą, rozmawia Urszula Wolak

 

Czy to prawda, że tytułowy bohater sztuki Henrika Ibsena może dziś przypominać Piotrusia Pana, dorosłego mężczyznę, który nie bardzo chce dorosnąć?

– Nowatorski przekład sztuki Ibsena autorstwa Andrzeja Krajewskiego-Boli jest nafaszerowany odnośnikami do współczesności. Dzięki temu „Peer Gynt” wnikliwie analizuje otaczającą nas rzeczywistość, opowiadając o ludziach, którzy żyją ułudą, wolą świat sztucznie wykreowany, daleki od jakiejkolwiek prawdy. Peer Gynt żyje właśnie w takim świecie. Uważa, że może jeszcze wszystkiego spróbować, że ma na to wszystko czas. Jeśli uznać to za cechę charakterystyczną dla Piotrusia Pana, to Peer Gynt jest nim niewątpliwie. To bohater, który nieustannie czegoś szuka, ale nie bardzo wie, jak to "coś" nazwać.

 

A może odnajdzie to „coś” u boku kobiet, których wokół niego nie brakuje?

– Tak. Każdy ważny epizod w jego życiu wiąże się z określonymi kobietami. Pojawi się na przykład Kobieta w Zieleni, która wprowadza głównego bohatera do świata troli. Baśniowa rzeczywistość odzwierciedla wysokie aspiracje Peera, które zaczynają go przerastać. Bohater spotka na swojej drodze także dużo młodszą od siebie, piękną Anitrę. Dziś powiedzielibyśmy, że to postać stąpająca po czerwonych dywanach, gwiazda wykreowana przez media, reprezentująca sztuczność.

 

A co z pierwszą miłością Peera?

– W mojej inscenizacji spotkanie z nią będzie dla Peera niezwykle istotne. To kobieta, która wymaga od mężczyzny prawdy i bezpośredniości. Peer nie mógłby przed nią niczego udawać i być może właśnie dlatego musieli się rozstać. On czuje, że to jedyna osoba, z którą mógłby spędzić życie, ale na razie nie jest na to gotowy. Boi się odkryć prawdę o sobie. (...)

 
17.04.2012  
Krzysztof Orzechowski, W obronie krakowskiego teatru, /„Polska Gazeta Krakowska”/
...

W środowisku teatralnym trwa dyskusja pod hasłem „Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem”. Twórcom chodzi o to, by polskich scen nie traktować jak zwykłych zakładów produkcyjnych, którymi po[...]

W środowisku teatralnym trwa dyskusja pod hasłem „Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem”. Twórcom chodzi o to, by polskich scen nie traktować jak zwykłych zakładów produkcyjnych, którymi powinni rządzić nastawieni wyłącznie na zyski menedżerowie. Uważają, że widzom należy się teatr artystyczny, niekoniecznie komercyjny. W tę rozognioną rozmowę włączył się recenzent „Gazety Krakowskiej” Łukasz Maciejewski, który spojrzał na krakowskie sceny trochę inaczej. Doszedł do wniosku, że nasze teatralne produkty są wybrakowane i jako widz zgłosił reklamację. Na zarzuty Maciejewskiego odpowiedział, na łamach „Gazety Krakowskiej” (17.04.2012) dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego Krzysztof Orzechowski

 

Krzysztof Orzechowski

W obronie krakowskiego teatru

W „Gazecie Krakowskiej” z 5 kwietnia Łukasz Maciejewski napisał artykuł o krakowskich teatrach. Dotkliwy artykuł. Nie zamierzam polemizować z jego ocenami poszczególnych spektakli czy teatrów. Każdy krytyk ma prawo do subiektywnego osądu, nawet jeśli to nas – artystów i dyrektorów – boli. Dlaczego miałbym tego prawa odmawiać, udowadniać, że nie ma racji, krytykowi, którego znam, cenię i lubię? W tekście Maciejewskiego niepokoi mnie coś zupełnie innego: łatwość uogólnień i ferowania ostatecznych wyroków.

 

Liczący się twórcy teatru

Pisze Łukasz Maciejewski: „Dzisiaj Kraków wielcy artyści omijają szerokim łukiem. I nic dziwnego, bo krakowskim teatrom brakuje wyrazistego charakteru, prowokacji, ironii, oddechu i wyrafinowania”. Logicznie taka diagnoza powinna brzmieć inaczej – Kraków omijają wielcy i dlatego na scenach jest kiepsko. No bo jak może być dobrze, jeśli pracują tutaj tylko mierni…?

Zostawmy subiektywny osąd, czego to krakowskim teatrom nie dostaje. Zastanówmy się raczej, kogo autor miał na myśli pisząc o „wielkich artystach”? Obok niepodważalnego Jerzego Jarockiego, wciąż tworzącego spektakle, znam jeszcze tylko jednego bezsprzecznie wielkiego artystę teatru. Jest nim Krystian Lupa. Ale ten, o ile mi wiadomo, przygotowuje się właśnie do nowej realizacji w Krakowie, gdzie w minionych latach stworzył większość swoich wybitnych przedstawień. Dzisiaj trudno jest o kimkolwiek powiedzieć, że jest „wielkim artystą teatru”. Taki sąd musi być skrajnie subiektywny. Żyjemy w czasach drastycznych podziałów środowiskowych, zróżnicowanych teatralnych opcji, nieustannego podważania autorytetów, zwalczających się recenzenckich „kanap”, łatwych, papierowych karier oferowanych przez kolorowe pisemka i telewizyjne media.

Kto zatem nie pracuje w Krakowie? Na pewno artyści, uznawani przez niektóre środowiska opiniotwórcze za topowych – tacy jak Monika Strzępka i Paweł Demirski (choć z krakowską Łaźnią Nową mieli już koprodukcyjne kontakty). Być może dlatego, że to miasto było zawsze odrobinę staromodne. Podobnie jak mój tatuś, który powtarzał, że „prawdziwie elegancki mężczyzna powinien podążać o krok za modą! ”

Z pewnością też nieczęste związki z Krakowem mają Grzegorz Jarzyna i Krzysztof Warlikowski – artyści uznani już w świecie i bez wątpienia bardzo utalentowani. Ale przecież oni mają swoje teatry w Warszawie i to tam przede wszystkim realizują własne artystyczne projekty. A co z resztą? Doprawdy nie wiem, kogo miał na myśli Łukasz Maciejewski. Jego diagnoza jest mocno obraźliwa na przykład dla Agaty Dudy-Gracz, Iwony Kempy, Jana Klaty, Piotra Cieplaka, Wojciecha Kościelniaka, Mai Kleczewskiej i wielu, wielu innych – w tym także dla przedstawicieli najmłodszego pokolenia. Odpowiedzialniej byłoby chyba stworzyć listę cenionych artystów, którzy w Krakowie pracują, niż tych, którzy to miasto „omijają szerokim łukiem”.

Warto też podkreślić, że większość liczących się obecnie twórców teatru zawdzięcza Krakowowi wykształcenie i pierwsze zawodowe kroki. Fakt, że na ogół szybko to miasto porzucają. Ale to już zupełnie inna sprawa, problem wielokrotnie dyskutowany, z którym nie mogą sobie poradzić włodarze podwawelskiego grodu od dziesiątków lat. Inni najwyraźniej potrafią stworzyć lepsze warunki rozwoju talentów, szybszej kariery i bardziej spektakularnych sukcesów. O pieniądzach już nie wspomnę. Złote dekady krakowskiego teatru w latach 60., 70., i częściowo 80. XX wieku były pod tym względem wyjątkiem od reguły – ale incydentalnym, a nie stałym punktem odniesienia.

 

Nie tylko Kraków i Warszawa

Łukasz Maciejewski pisze: „Do Krakowa nie jeździ się już z powodu teatru”. A właśnie, że się jeździ! Mógłbym żartobliwie odpowiedzieć, że znam osobiście widzów z Warszawy, Łodzi czy aglomeracji śląskiej, którzy przyjeżdżają na krakowskie premiery, ale zdaję sobie sprawę z tego, że takie stwierdzenie miałoby równie słabą moc argumentacji, co arbitralna ocena Maciejewskiego. Co więcej, gdybym na tej podstawie napisał, że krakowskie spektakle gromadzą publiczność z innych miast Polski (poza wycieczkami, oczywiście) byłoby to równie bałamutne, jak jego konstatacja. Dlaczego? Bo jest faktem, że czasy, kiedy Kraków był mekką polskiej sztuki scenicznej, bezpowrotnie minęły. Odeszły w zapomnienie głównie ze względu na zmiany ustrojowe i ekonomiczne, na fali których pojawiły się nowe trendy w kulturze i nastąpiła powszechna decentralizacja życia teatralnego, a prawa rynku okazały się silniejsze od zasiedzenia w imię lokalnego patriotyzmu.

Kiedy Konrad Swinarski, Andrzej Wajda i Jerzy Jarocki tworzyli w Krakowie swoje słynne spektakle, nie było tylu ważnych ogólnopolskich ośrodków teatralnych, co dzisiaj.Wałbrzych, Legnica czy Bydgoszcz prawie nie liczyły się na teatralnej mapie Polski. Mniejsze znaczenie miały Łódź, Wrocław, Poznań, Gdańsk i Szczecin, choć oczywiście środowisko wiedziało, że tam też powstają bardzo interesujące i ważne spektakle. Teraz każde z tych miast skutecznie wykorzystuje swoje artystyczne szanse i równie skutecznie pozyskuje media opiniotwórcze. Kiedyś uwaga tych mediów skierowana była tylko na Kraków i Warszawę, dzisiaj jest inaczej. I to chyba dobrze – dlaczego więc biadolić nad losem Krakowa?!

W swoim artykule Łukasz Maciejewski przywołuje a rebours modne ostatnio hasło: „Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem”, pisząc, że w Krakowie powinno ono brzmieć „Produkt jest wybrakowany, widz zgłasza reklamacje”. Jeśli jednak spojrzeć na wypełnione po brzegi widownie większości krakowskich teatrów i wziąć pod uwagę bilety, bardzo często wyprzedane już na wiele miesięcy przed przedstawieniami, to konstatacja Maciejewskiego zdumiewa. Chyba zapomniał dodać, że to on – jako widz – zgłasza reklamację (do czego, jak już pisałem, ma absolutne prawo). Jednak skoro jego diagnoza pretenduje do ogólności i w dodatku zostaje poparta rzekomą dezaprobatą widzów – to jak wyjaśnić fakt, że diagnozie tej tak wyraźnie przeczy frekwencja i mnóstwo wyrazów wdzięczności od zadowolonych widzów? Po co więc przypisywać krakowskiej publiczności intencje zdegustowanego krytyka? Po co powoływać ją na świadka oskarżenia? Mogę sobie oczywiście wyobrazić ripostę, bo ostatnio modne jest stwierdzenie, że satysfakcja widzów jest miarą teatru przeciętnego – i, że najlepszy teatr to ten, w którym widzowie wiercą się na krzesłach – z nudów albo z oburzenia.

 

Między eksperymentem a komercją

I jeszcze coś z mojego podwórka, czyli o Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Pisze Łukasz Maciejewski, że „właśnie tutaj można zobaczyć dobry, klasyczny teatr, w którym liczy się aktorstwo, rzemiosło teatralne, literatura”. Ale zaraz do beczki miodu dodaje łyżkę dziegciu: „Na premierach trudno spotkać liczących się krytyków. „Słowak” (…) nie jest dziś miejscem modnym”. I znowu rodzi się pytanie – kogo zalicza on do „liczących się krytyków”? Bo tych, którzy pojawiają się na naszych premierach, w moim przekonaniu jednak to obraża. Owszem, nie przyjeżdżają do nas ci, którzy mają dostęp do najbardziej obecnie wpływowych mediów, czyli na przykład optujący za modnym teatrem politycznym. Warto odpowiedzieć Łukaszowi Maciejewskiemu dlaczego tak się dzieje.

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie jest typowym „teatrem środka”. Określenie to jest niezbyt fortunne, dawniej takie sceny nazywano – nierzadko z pewnym odcieniem pogardy – „popularnymi” lub „powszechnymi”. Dzisiaj, przez część twórców i krytyków postulujących szeroko rozumiane upolitycznienie teatrów, odrzucane są one ze wstrętem jako „obrzydliwie mieszczańskie” – epitet o rodowodzie lewackim, podobnie jak „zgniły neoliberalizm” (to Demirski!). Tymczasem na całym świecie (łącznie z Niemcami – kolebką modnego postdramatyzmu) taki teatr jest główną siłą napędzającą widzów do kasy, a poza tym skutecznie chroni on zainteresowanie gatunkiem. Tak zwany teatr mieszczański przeznaczony jest dla klasy średniej, często snobującej się w byciu na premierach, ale często też po prostu lubiącej do niego chodzić. Liczy się on ze swoją publicznością i o nią zabiega – w przeciwieństwie do teatru awangardowego, eksperymentującego czy skandalizującego, który bardzo często publicznością pogardza, a sukcesu upatruje w liczbie trzaśnięć drzwiami za uciekającymi z sali widzami.

„Teatr środka” jest poza tym w największym stopniu teatrem misyjnym, głównie za sprawą młodzieży szkolnej, licznie go odwiedzającej lub przyprowadzanej przez opiekunów (wcale nie należy się tego wstydzić) na spektakle – przede wszystkim z powodu zróżnicowania treściowego i formalnego repertuaru, a często także z uwagi na szacunek do tekstu teatralnego. Tego rodzaju teatry działają w wielu miastach, ciesząc się znakomitą frekwencją i zainteresowaniem publiczności, ale dla wielu hałaśliwych grup najmłodszych twórców i ich nieco starszych wyznawców, a także związanych z nimi „sił krytycznych” stanowią niewygodną alternatywę artystyczną, organizacyjną i finansową. Dlatego też „teatry środka” próbuje się systematycznie wymazywać ze świadomości odbiorców i mecenasów, niemal w tym samym momencie lansując równie modne obecnie hasło, że współczesny teatr powinien być różnorodny. Tymczasem łatwo dostrzec, że podczas ostatnich burzliwych dyskusji o przyszłości niektórych teatrów warszawskich i wrocławskich liczyły się praktycznie dwie możliwości: eksperyment albo komercja. I tylko taką alternatywę pozostawia się lokalnym organizatorom scen. Nie jestem bynajmniej przeciwko teatrom awangardowym, eksperymentującym, off-owym, politycznym, a nawet skandalizującym. Jeśli publiczność, która do nich przychodzi, jest zadowolona – to chwała im za to! Ale jeśli za jedynie obowiązujące kryterium oceny przyjmuje się właśnie owe wspomniane gusta publiczności lub tych, którzy wybierają rozrywkę komercyjną, to trzeba wziąć pod uwagę, że upodobania i potrzeby widzów są znacznie bogatsze od takich, które można umieścić w opozycji eksperyment – komercja. Na portalu e-teatr Michał Zadara napisał niedawno: „Brakuje teatru popularnego: teatru ambitnego, dającego widzom przyjemność, adresowanego do szerokiej publiczności (…) ”. Ależ on istnieje, tylko jest całkowicie pomijany przez media!

Są w Krakowie sceny, które modnie eksperymentują, takie jak Łaźnia Nowa czy Narodowy Stary Teatr. Jest komercja na dobrym poziomie w Teatrze STU i częściowo również w Bagateli. Jest „teatr środka” w Grotesce, „Słowaku”, Teatrze Ludowym i Bagateli. I to znakomicie, że krakowskie sceny tak się od siebie różnią.

Nikomu nie bronię uprawiania takiego teatru, na jaki ma ochotę i do jakiego przychodzi publiczność. Niech robi to jak najlepiej i stale podnosi artystyczny poziom swoich poszukiwań. W pełni podzielam też troskę Łukasza Maciejewskiego o jak najwięcej wybitnych spektakli. Ale w sztuce niczego nie można z góry zadekretować!

 
11.04.2012  
Wacław Krupiński, Rajski ogród sztuki, /„Dziennik Polski”/
...

31 maja w Krakowie, przy ul. Rajskiej, zostanie oddany przez generalnego wykonawcę - Firmę "Skobud" - Małopolski Ogród Sztuki, już zwracający uwagę swą architekturą. Oficjalne otwarcie i rozpoczęcie d[...]

31 maja w Krakowie, przy ul. Rajskiej, zostanie oddany przez generalnego wykonawcę - Firmę "Skobud" - Małopolski Ogród Sztuki, już zwracający uwagę swą architekturą. Oficjalne otwarcie i rozpoczęcie działalności artystycznej za niecałe pół roku - w pierwszych dniach października.

O inwestycji, której koszt wynosi ok. 50 mln zł, z czego większość to środki unijne, zaczęło się mówić przed ośmiu laty. Wtedy to dyrektor Teatru im. J. Słowackiego Krzysztof Orzechowski, zaanimowany przez ówczesnego marszałka województwa Janusza Sepioła, przedstawił koncepcję, która zakładała powstanie nowoczesnego centrum sztuki, łączącego wielofunkcyjną salę widowiskową z arteteką - miejsca służącego tak kreowaniu wydarzeń artystycznych, jak i upowszechnianiu kultury, już na skalę XXI wieku.

Obecnie w niemal gotowym obiekcie, zaprojektowanym przez architektów Krzysztofa Ingardena i Jacka Evy, można już zobaczyć zmaterializowaną ideę. Od strony ul. Rajskiej służyć jej urzeczywistnianiu będzie multimedialna sala widowiskowa na 280 miejsc, dająca możliwości rozmaitych aranżacji przestrzennych, z wyjeżdżającymi spod ziemi trybunami. Znakomite miejsce na tworzenie interdyscyplinarnych, parateatralnych spektakli, na koncerty, wystawy, seanse filmowe, przedstawienia baletowe, ale też na związane ze sztuką sympozja i konferencje, a w przyszłości również na działania komercyjne, takie jak aukcje sztuki, pokazy mody itp.

Od ul. Szujskiego, gdzie są do dyspozycji trzy piętra i piwnice, ulokowana zostanie arteteka, czyli ogólnodostępne cyfrowe zbiory poświęcone sztuce i kulturze. Programy arteteki i części kreatywnej MOS-u będą się przenikały, szczególnie w obszarze wychowywania, jak i terapii przez sztukę.

Całość, 4 200 m kw., jak akcentuje od początku autor koncepcji, ma służyć głównie młodym. Twórcom - teatralnym, muzykom, plastykom, filmowcom, również łączącym te dziedziny w jedno widowisko, jak i odbiorcom. MOS ma być też pomocny zespołom twórczym, realizującym swe projekty pozainstytucjonalnie - grupom niezależnym, regionalnym, licealistom, studentom... Ma pozwolić im na tworzenie zgodnie z najnowszymi trendami artystycznymi, w których spotkają się różne rodzaje sztuki, korzystające z nowoczesnych narzędzi audiowizualnych. Dzięki znakomitemu wyposażeniu będzie można tu uprawiać sztukę performatywną, tworzyć instalacje plastyczne. MOS będzie też miejscem, w którym znajdą gościnę artyści i zespoły zapraszane do Krakowa. A sal takich bardzo w mieście brakuje.

Nic dziwnego, że idea od początku była na tyle kusząca i atrakcyjna dla kultury Krakowa i Małopolski, że stała się jednym z kilku najważniejszych, kluczowych projektów dla władz województwa.

- To ma być miejsce „dla młodych, o młodych i przez młodych” - podkreśla dyr. Krzysztof Orzechowski. Nie wyklucza, że o programie MOS-u, poza powołaną osobą, współdecydowałaby oddzielna rada artystyczna, przedstawiciele najmłodszej generacji twórców z różnych dziedzin. Wszak będzie to miejsce w skali kraju niemal unikatowe, odwołujące się do doświadczeń np. paryskiego Centrum Pompidou.

Zgodnie z założeniami Małopolski Ośrodek Sztuki podlega Teatrowi im J. Słowackiego, jedynemu beneficjentowi środków unijnych, a operatorem arteteki będzie położona vis-a-vis Wojewódzka Biblioteka Publiczna. Będzie ona korzystała z własnych zasobów, z zakupów, ale także z rozmaitych poświęconych kulturze baz danych - oferujących filmy, koncerty muzyczne, audio-booki, również z cyfrowych archiwów małopolskich instytucji.

Na czele MOS-u stanie powołany w tym celu zastępca dyrektora Teatru im. J. Słowackiego, zachowujący znaczną samodzielność i autonomię artystyczną. Kto to będzie, tego dyr. Orzechowski nie chce ujawniać, dopóki nie skonsultuje tego z zainteresowanymi stronami, w tym z Zarządem Województwa.

Powściągliwie reaguje też Krzysztof Orzechowski na pytanie o inaugurację - wszak zostało do niej raptem kilka miesięcy. I nie ukrywa, iż na razie nie ma przyznanych środków na utrzymanie infrastruktury i podstawową działalność artystyczną. Niemniej po ośmiu latach pracy i zawirowaniach, które spowodowały roczne opóźnienie w stosunku do pierwotnych planów, jest optymistą i liczy, że wszystko się uda. Wszak jeszcze w 2009 r. stała w tym miejscu sięgająca międzywojnia rudera; teraz pyszni się nowoczesny architektonicznie obiekt.

MOS powstał na miejscu zniszczonego budynku, będącego własnością Teatru im. Słowackiego, który od 1948 r. miał w nim swoje pracownie scenotechniczne. Także kilka służbowych mieszkań. „Chciałbym, by Małopolski Ogród Sztuki był obiektem na miarę XXI wieku, nawiązującym zarazem do nazwy tej ulicy" - cytowałem na początku 2010 r., na tych łamach słowa dyr. Orzechowskiego. Teraz po latach wysiłków i zabiegów będzie mógł czerpać satysfakcję z realizowania wizji, którą nakreślił i która przez te lata, powszechnie akceptowana, zachowała swą aktualność.

Również dla władz województwa powstanie Małopolskiego Ogrodu Sztuki może być powodem do dumy. Nie ma w Krakowie i mało jest w Polsce obiektów tak nowoczesnych i tak korespondujących z najnowszymi trendami światowymi w sztuce i kulturze.

 
17.02.2012  
Jolanta Ciosek, To jest piekielna sztuka, /„Dziennik Polska”/
...

Przed premierą spektaklu Harolda Pintera „Kochanek” na Scenie Miniatura Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie jego reżyser, Józef Opalski, w rozmowie z red. Jolantą Ciosek objaśnia zawiłości „pie[...]

Przed premierą spektaklu Harolda Pintera „Kochanek” na Scenie Miniatura Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie jego reżyser, Józef Opalski, w rozmowie z red. Jolantą Ciosek objaśnia zawiłości „piekielnej” sztuki noblisty.

 

Utwory Pintera, laureata Literackiej Nagrody Nobla, są niezwykle rzadko grywane - skąd zatem Twój wybór tego niełatwego przecież tekstu?

– Nie mogę pojąć, dlaczego sztuki Pintera są w Polsce niemal niewystawiane. W teatrze Słowackiego "Kochanek" będzie drugą realizacją pinterowską w historii tej sceny, po "Powrocie do domu" wyreżyserowanym przez Jerzego Golińskiego w 1967 roku. O wystawieniu "Kochanka" marzyłem od lat i wiedziałem, że albo zrobię go w tej obsadzie, czyli z Dominiką Bednarczyk oraz Grzesiem Mielczarkiem, albo wcale. Zakochali się w "Kochanku" podobnie jak ja, bo od początku wszyscy wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z tekstem wyjątkowym. Kiedy dwa miesiące temu rozpoczęliśmy próby, nie spodziewaliśmy się, że czeka nas taka długa podróż przez piekło.

 

Czyżby to był tekst piekielny?

– Właśnie tak jest. W 1963 roku, kiedy powstał, był sztuką niezwykle obrazoburczą, awangardową, kontrowersyjną... Dziś nie jest, a jednocześnie wciąż fascynuje. Nie czujemy upływu tych 50 lat, nadal brzmi aktualnie, chyba dlatego, że jest napisany przez wybitnie utalentowanego potwora, jakim był Pinter. Dobry przykład, co zrobił ze swoją żoną, znakomitą aktorką Vivien Marchant podczas premiery „Kochanka”, którą sam reżyserował.... Zagrała jeszcze w kilku filmach, zdobyła Oscara, rozwiedli się, a potem właściwie zapiła się na śmierć.

 

Na czym polegała piekielność Pintera?

– Posłużę się wywiadem z wybitnym aktorem Michaelem Cainem, który wiele mówi o Pinterze jako człowieku i pisarzu: „Poznałem przypadek heteroseksualnego mężczyzny, który uwiódł innego mężczyznę po to, by upokorzyć kobietę tak bardzo, jak to było możliwe i bez zabijania jej kochanka. Był to aktor, używał pseudonimu David Barren. Później został autorem sztuk teatralnych. Nazywał się Harold Pinter”.

 

To wszystko brzmi dla Czytelników zapewne bardzo tajemniczo...

– Bo Pinter i jego pisarstwo to tajemnica. Nie chcę opowiadać fabuły tym, którzy tekstu nie znają, bo ten utwór jest jak thriller, rodem z Hitchcocka. Powiem krótko: pracując nad "Kochankiem", przeszliśmy długą drogę, najpierw z Agatą Dudą-Gracz, autorką scenografii, potem z Kasią Łuszczyk, mistrzem oświetlenia, z resztą moich współpracowników, by zrozumieć, że w tym utworze nie chodzi jedynie o zdradę małżeńską. Chodzi o pewien rodzaj gry, jaką ludzie prowadzą między sobą. W tym sensie ten tekst jest podobny, do "Kto się boi Virginii Woolf". Z tym, że u Albee'go rzecz dzieje się pośród kilku osób - tutaj bohaterowie są sami. Dwoje w zamkniętym pokoju. I ta gra między nimi: mąż - kochanek - żona jest jak ich wspólny oddech. Bez tej gry żyć nie mogą. Bez tej gry przestają oddychać, czyli umierają. I to zapętlenie staje się ich piekłem. Bo ta gra wyrywa im się spod kontroli, a oni nie mogą wyrwać się z zaklętego kręgu.

 

Łączy ich miłość czy nienawiść?

– Sądzę, że jedno i drugie. Ale to nie jest prosta historia o znudzonym sobą małżeństwie po dziesięciu latach wspólnego życia. Co się stało? Dlaczego wpadli w tę pułapkę gry? Nie rozwiązujemy wprost tej zagadki, ale udowadniamy, że w tym konkretnym przypadku, w tym spektaklu ta gra zaczyna przerastać bohaterów.

 

Taka gra, w sensie aktorskim, może przerastać też aktorów...

– Wiedząc o tym, czekałem na Dominikę i Grzegorza bardzo długo, bo wiedziałem, że do tej aktorskiej gry potrzebuję nie tylko aktorów wyjątkowo utalentowanych, ale też o pewnej perwersyjnej inteligencji. Dominika i Grzegorz, jak ich bohaterowie, razem oddychają na scenie.

 

Nie czeka nas wieczór lekki, karnawałowy, skoro zobaczymy "komedię zagrożenia"?

– Myślę, że czeka nas wieczór, podczas którego wszyscy przejrzymy się jak w lustrze. Może zobaczymy w sobie coś, do czego nie chcemy lub nie potrafimy się przyznać? Bo przecież tak często nie potrafimy przeglądnąć się w lustrze, bo sami siebie się boimy. To jest naprawdę piekielna sztuka.

 
09.11.2011  
Urszula Wolak, Witkacy nie jest dziś passe, wciąż potrafi fascynować, /„Polska Gazeta Krakowska”/
...

Rozmowa z Marcinem Kuźmińskim, reżyserem spektaklu „Witkacy – jedyne wyjście”, przed premierą na Scenie Miniatura w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Wyreżyserował Pan sztukę na podstawie o[...]

Rozmowa z Marcinem Kuźmińskim, reżyserem spektaklu „Witkacy – jedyne wyjście”, przed premierą na Scenie Miniatura w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

 

Wyreżyserował Pan sztukę na podstawie ostatniej powieści Witkacego pt. „Jedyne wyjście". Czy nie miał Pan poczucia, że wystawianie dziś Witkacego jest już trochę passe?

– Nie będę ukrywał, że taka myśl mi towarzyszyła, dlatego nigdy nie wystawiłbym na przykład jego dramatów. Ale powieść jak najbardziej. Myślę, że wyłania się z niej niezwykle fascynujący portret Witkacego i jego rozpadającego się życia. Dekompozycji ulega dosłownie wszystko, co twórca budował przez wiele lat, m.in. związki z kobietami czy system filozoficzny, który tak misternie tworzył. Witkacy jawi się w powieści jako artysta, który pragnie ogarnąć cały świat, a w związku z tym, że nie jest w stanie tego uczynić, jego życie rozpada się na drobne kawałki. Zobaczymy więc człowieka prawdziwie niespełnionego, niespełnionego jako artysta, kochanek, mąż czy filozof. Na dodatek poobrażał on wszystkich swoich przyjaciół, pokłócił się z wszystkimi krytykami i skrzywdził z premedytacją kochające go kobiety.

 

Dowiedział się Pan czegoś nowego o Witkacym w trakcie pracy nad spektaklem?

– Im bardziej wgryzałem się w powieść, w życie i twórczość Witkacego, docierało do mnie, że musiał on być prawdziwym prorokiem. Pełen zdziwienia odkrywałem bowiem jego silne związki ze współczesnością. W sztuce padają na przykład słowa, że żyjemy w najparszywszych, przedkatastrofalnych czasach. To było przed drugą wojną światową. Witkacy na pewno coś przeczuwał. Dziś jesteśmy w tym samym momencie, w którym był kiedyś Witkacy. Stoimy na przykład przed groźbą wielkiego kryzysu ekonomicznego. Obawy i obsesje Witkacego mają więc niezwykle uniwersalny charakter.

 

Jest Pan nie tylko reżyserem spektaklu, ale wciela się Pan również w jedną z głównych ról. Rozdwoił się Pan jako twórca, prawie jak Witkacy.

– No tak (śmiech). Można powiedzieć, że w moim przypadku nastąpiło rozdwojenie jaźni. Jaki będzie tego efekt, przekonają się widzowie już podczas najbliższych spektakli. Powiem tylko, że grany przeze mnie Izydor próbuje nazwać i sklasyfikować otaczający go świat, co pozwolą mu twardo stąpać po ziemi. Kontrastującą z nim postawę prezentuje natomiast Marceli, którego gra Grzegorz Mielczarek. To artysta, który założył, że musi się zniszczyć, bo tylko w zniszczeniu, jak twierdzi, twórca dokonuje naprawdę wielkiego dzieła. Obydwaj mężczyźni żywią do siebie zarówno nienawiść, jak i miłość. To dwa przeciwległe bieguny. Jak można się domyślić, ich postawy składają się na ogromnie skomplikowane i dlatego tak fascynujące alter ego Witkacego.

 

Czy z relacji dwóch tak skrajnie różnych mężczyzn może w ogóle wyniknąć coś dobrego?

– Oczywiście, że nie. Dlatego tragiczne zakończenie powieści można potraktować jako smutny finał życia artysty.

 

Czy któryś z bohaterów zażyje śmiertelną dawkę środków nasennych, nawiązując do samobójczej śmierci Witkacego?

– Nic takiego się nie wydarzy. Zdradzę tylko, że pojawi się nóż.

 
22.09.2011  
Jolanta Ciosek, Kocham w teatrze magię, /„Dziennik Polski”/
...

Przed premierą spektaklu „Ziemia obiecana” jego reżyser, Wojciech Kościelniak, w rozmowie z red. Jolantą Ciosek opowiada o swej pracy nad tym przedstawieniem. Jakie jest Pańskie przedpremierowe samopo[...]

Przed premierą spektaklu „Ziemia obiecana” jego reżyser, Wojciech Kościelniak, w rozmowie z red. Jolantą Ciosek opowiada o swej pracy nad tym przedstawieniem.

 

Jakie jest Pańskie przedpremierowe samopoczucie?

– Z wielką radością wróciłem na próby po dwumiesięcznej przerwie urlopowej. I z równie wielką radością podpisuję się pod tym, co wspólnie zrobiliśmy, a nad doskonaleniem czego pracujemy do końca, do premiery.

O jakim świecie opowie Pański musical według Reymonta?

– O naszym, tu i teraz. Dziś rządzą nami bardzo podobne mechanizmy jak w czasach Reymonta. W gnającej rzeczywistości, krwawej, brutalnej, gdzie trzeba biec, by zdążyć, właściwie żaden światopogląd, żaden sposób myślenia nie chroni do końca. W „Ziemi obiecanej" bardzo nieliczne osoby są szczęśliwe, większość przegrywa, bo zgodzili się funkcjonować w Łodzi. Mam wrażenie, że ta Reymontowska Łódź jest synonimem współczesnego świata. Okropnego świata, w którym nie chcemy żyć. Ale on jest, więc pokazanie mechanizmów jego działania i pułapek, które na nas zastawia, godne jest zainteresowania.

Skąd wzięła się Pańska miłość do musicalu?

– Bardzo szanuję musical, uważam, że jest potrzebny, podobnie jak opera, operetka czy inne muzyczne formy. Staram się powołać sceniczny gatunek, który wypełnia istniejącą lukę. To luka pomiędzy teatrem dramatycznym i muzycznym. Ten pierwszy często nie docenia drugiego, ten drugi nierzadko godzi się na zbyt daleko idące uproszczenia. W spektaklach próbuję łączyć różne elementy teatru muzycznego i dramatycznego. Kocham w teatrze magię, która pozwala wierzyć w to, co dzieje się na scenie. To fantastyczne wchodzić w ten świat z wiarą, że on jest właśnie taki. Jeśli podstawą spektaklu jest dobry tekst, to już mamy połowę sukcesu.

Pańską twórczą radość mieliśmy okazję oglądać w Krakowie, gdzie zrealizował Pan w PWST m.in. „Śluby panieńskie”...

– Zawsze w Krakowie pracowało mi się dobrze. Tu jest jakiś twórczy duch. Zespół Teatru Słowackiego jest pełen oddania, atmosfera podczas pracy była świetna. A przecież to nie jest łatwy spektakl: orkiestra, mnóstwo aktorów na scenie, taniec, śpiew. (...)

 
01.09.2011  
Marian Dziędziel, bohater opiniotwórczych tygodników, /„Wprost” i „Polityka”/
...

„Wykonał najbardziej efektowny zwrot w karierze, jaki widziało polskie kino. Po latach grania epizodów nagle zabłysnął w rolach pierwszoplanowych” – od tych słów rozpoczyna się artykuł w tygodniku „Wp[...]

„Wykonał najbardziej efektowny zwrot w karierze, jaki widziało polskie kino. Po latach grania epizodów nagle zabłysnął w rolach pierwszoplanowych” – od tych słów rozpoczyna się artykuł w tygodniku „Wprost” (nr 30/2011), prezentujący postać Mariana Dziędziela, od 42 lat aktora Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, zdobywającego coraz większą popularność dzięki wielu rolom filmowym, nagrodzonego w tym roku na festiwalu polskich filmów w Gdyni za drugoplanową rolę w dramacie „Kret” Rafaela Lewandowskiego.

Poniżej prezentujemy fragmenty artykułów zamieszczonych w tygodnikach „Polityka” oraz „Wprost” poświeconych Marianowi Dziędzielowi:

 

Aneta Kyzioł, Na taką twarz trzeba zapracować, „Polityka”, nr 32/2011

(...) Z drobnych gestów, spojrzeń, krótkich zdań tka swoją postać. Kolejną wariację na temat zmęczonego życiem prostego, zwyczajnego człowieka, z osobistą lista grzechów i życiowych mądrości, i ze spojrzeniem niebieskich oczu, które mówi, że spokój i rezygnacja to tylko fasada – która stała się specjalnością Mariana Dziędziela. (...)

Rozrzut ról: od biznesmena oszukanego przez żonę i wspólnika, który radość życia odnajduje w przewożeniu ludzi łódką przez olsztyńskie jezioro, przez księdza, ojca, który na stare lata wdaje się w szalony romans i traci rodzinną fortunę, po generała Rozwadowskiego.

– Marian ma teraz niezwykły okres – ocenia reżyser „Kreta” Rafael Lewandowski. – Niektórzy mówią, że za dużo bierze, ale on po prostu chce grać. Myślę, że dotarł do takiego punktu – może to jest związane z doświadczeniem życiowym – w którym już wie, co to są prawdziwe emocje, zarówno pozytywne, jak i negatywne, nosi je w sobie i potrafi je wyrazić”.

 

Anita Zuchora, A to Polak właśnie, „Wprost”, nr 30/2011

Jego kariera w filmie jest naprawdę fenomenem. W takim wieku udało się z niego zrobić postać pierwszoplanową! To się nie zdarza – podkreśla Tadeusz Nyczek, krytyk literacki, wieloletni kierownik literacki Teatru im. Słowackiego w Krakowie, gdzie od paru lat dekad pracuje Dziędziel. – Zazwyczaj jeśli aktor nie wyrobi sobie nazwiska jako 20 – 23-latek, to już nie ma szansy na wielką karierę. Tak było od Łomnickiego, przez Holoubka, po Zapasiewicza i Stuhra. Nikt nie robił kariery po pięćdziesiątce!

A jednak niektórzy robią. Na planie „Gier ulicznych” wypatrzył go Wojciech Smarzowski. Ich współpraca zaczęła się od „Małżowiny” (1998) i „Kuracji” dla Teatru Telewizji, potem były „Wesele” (2004), „Dom zły” (2009) i „Róża” (2011). Dzisiaj Dziędziel mówi o Smarzowskim: – To mój reżyser. Rozumiemy się na kilometr. (...)

Dzisiaj jest jednym z najbardziej rozchwytywanych aktorów w polskim kinie. Szczególnie upodobali go sobie młodzi reżyserzy. Ta sympatia wydaje się wzajemna.(...)

Krzysztof Krauze: – To jest aktor, który ma dużą rozpiętość. Można powiedzieć, że to dobrze zbudowany instrument aktorski. Pracować z nim to wielka frajda. Zazwyczaj jest o wiele bogatszy od swoich reżyserów, więc naprawdę jest z czego czerpać. Jest w nim prawda i pasja.

Reżyser „Wymyku” Greg Zgliński: – Jego zaangażowanie dodaje skrzydeł. Nie kwestionuje, najwyżej proponuje inne rozwiązania. To dodaje pewności siebie. A w swoich rolach jest zawsze autentyczny. Wierzę mu. Ma niesamowitą charyzmę i moc.

– To Ślązak, co zresztą widać i po urodzie, i po wewnętrznej kondycji. Marian ma taki śląski wdzięk – dodaje Kazimierz Kutz. – Kiedyś był bardzo skromnym drugoplanowym aktorem, zawsze chętnym do pracy, niekłopotliwym na planie, nienachalnym. Pracowaliśmy razem, to wiem.

– Nie ma co się emocjonować. Nadal jestem „aktorzyną z Krakowa” – Marian Dziędziel pytany o zawodowe sukcesy rzeczywiście okazuje się skromny. (...)

A skromność cholernie utrudnia wybicie się w tym zawodzie – mówi Kazimierz Kutz. Tadeusz Nyczek:– Maniek i charyzma? Nie miał najmniejszej charyzmy! Był dobrym aktorem, czysto rozrywkowym. Niczego nadzwyczajnego w jego talencie teatralnym nie było. (...) Myślę, że w filmie Maniek znalazł wreszcie coś, co doskonale zagrało – siebie. Bo Dziędziel gra Mariana Dziędziela. A Marian grający siebie ma mnóstwo do zagrania. Pomaga mu w tym jego niezwykły życiorys, który jest o wiele bardziej dramatyczny niż historia jego kariery.

 
01.08.2011  
Adam Karol Drozdowski, Nie – powtarzalność, nie – obecność, /Teatr, nr 7-8/2011/
...

Miesięcznik „Teatr” w podwójnym wakacyjnym numerze opublikował obszerne studium o twórczości teatralnej Agaty Dudy Gracz, w którym sporo miejsca zajmuje ocena i interpretacja spektakli zrealizowanych [...]

Miesięcznik „Teatr” w podwójnym wakacyjnym numerze opublikował obszerne studium o twórczości teatralnej Agaty Dudy Gracz, w którym sporo miejsca zajmuje ocena i interpretacja spektakli zrealizowanych przez nią w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie – „Galgenberg” oraz „Ojciec”. Ten ostatni jest zwycięzcą Plebiscytu Publiczności na najlepszy spektakl 2010 roku.

Autor opracowania, Adam Drozdowski nazywa „Galgenberg” przedstawieniem wybitnym, „w którym groteska, stale obecna w teatrze Dudy-Gracz, jest delikatniejsza, wyrasta ze znajomości dzieł Szajny czy Kantora. Trudno nie zauważyć jawnych nawiązań nie tylko do estetyki obu artystów, ale i do podejmowanych przez nich problemów. (...)

Duda-Gracz bezlitośnie chłoszcze przejawy degeneracji życia społecznego, wyśmiewa nie dbającą o naród politykę (która prowadzi do zbiorowego samobójstwa społeczeństwa), wytyka fanatyzm i religianctwo nie poparte zrozumieniem zasad wiary (Maryje, zawistne i okrutne, wracając z misterium Męki, wyzywają się od Żydówek i popijają z piersiówek w kształcie Matki Boskiej), oskarża o hipokryzję i zakłamanie najzwyklejszych ludzi (ojciec, który rozpaczając po śmierci córki, sprawił, że zmartwychwstała, musiał ją na powrót zabić, bo ujawniała przed wszystkimi jego grzechy). „Galgenberg” boli, karmi się lękami i wyrzutami sumienia widzów, nie pozwala przejść do porządku nad tym wszystkim, o czym kazał myśleć. Gdyby nie groteska i język teatru plastycznego, który łagodzi odbiór (nie wydźwięk), zawieszając wszystko w nadrealistycznej, mrocznej, ale fascynująco tajemniczej przestrzeni, momentami trudno byłoby ten spektakl znieść. Galgenberg to Szubieniczna Góra w mieście urodzenia Ghelderode’a. Dla Dudy-Gracz wydaje się to być miejsce symboliczne, w którym my wszyscy, jak Ghelderode’owscy bohaterowie, powinniśmy zawisnąć.

Podejmując tak trudne tematy, bardzo łatwo ponieść artystyczną klęskę, zejść na manowce taniej publicystyki, nachalnego moralizatorstwa, kabaretowej dosłowności. Duda-Gracz zwinnie unika wszystkich tych pułapek, jej przedstawienia są nastawione na ludzkie dramaty, przejmujące, dotkliwe i dopracowane w każdym szczególe (nawet programy do nich są autorskie i zawierają opowieści bohaterów). Są niezwykle aktualne i uniwersalne zarazem – a pogodzenie tych wartości to sztuka, która udaje się niewielu.

Wystawieniem spektaklu „Ojciec”, którego scenariusz reżyserka oparła na motywach opowiadania „Świętokradztwo” Oskara Jana Tauschinskiego, Duda-Gracz potwierdza odrębność swojego języka teatralnego. W tej inscenizacji łączą się obie opisywane wcześniej estetyki: mamy więc zarówno rysowane grubą kreską postacie i obrzydliwość ich pustych zachowań, jak i ponurą, tajemniczą atmosferę, poczucie obcowania z metafizyką. (...)

Nie o anegdotę w „Ojcu” chodzi, nie o – banalne wszak – pytanie o granice wolności artysty. Dudzie-Gracz udało się opowiedzieć tym spektaklem o sytuacji granicznej człowieczeństwa, o fanatyzmie, niepojętym świętym szale, który prowadzi do bestialstwa. Jest u podstaw tej sytuacji szczera wiara, wyrażająca się w ciekawości przebiegu męki Chrystusa, której nie sposób zrozumieć, patrząc tylko na przedstawienia drogi krzyżowej. Widowisko jest skondensowane, silnie działa na emocje dzięki niesłychanie wyrazistym obrazom. (...)

Teatr Dudy-Gracz to żywioł, każde jej przedstawienie oferuje widzowi inną estetykę, inną konwencję, niekoniecznie jedną w jednym spektaklu. Reżyserka żongluje gatunkami i stylami, raz sprawnie i syntetycznie (w formie „Galgenbergu” jestem wręcz zakochany), raz przesadnie i butnie (bo po co aż takie nakłady środków dla krótkiej sekwencji z czterema pokojami w „Agafii”), pozostając przy tym szczerą i autentyczną. Za każdym razem na nowo odbiera widzowi wygodę, wykorzenia przyzwyczajenia estetyczne, każe wejść – spróbować wejść, nawet jeśli bez efektu – na inny poziom odbioru. Nie powtarza się, mimo rozpoznawalnego stylu. Jej teatr jest zupełnie osobny wobec polskiego życia teatralnego, a w jego ramach każde przedstawienie jest osobne wobec pozostałych. W tym tkwi jej wielka siła.

 
23.03.2011  
Bogdan Gancarz, Co ma tramwaj do „Wesela”?, / Gość Niedzielny/
...

Tym razem nie tak jak 110 lat temu – obyło się bez skandalu. Nikt nie naklejał nowych plakatów ze zmienionymi imionami bohaterów sztuki (jak profesorowa Rydlowa, oburzona, że użyto prawdziwego imienia[...]

Tym razem nie tak jak 110 lat temu – obyło się bez skandalu. Nikt nie naklejał nowych plakatów ze zmienionymi imionami bohaterów sztuki (jak profesorowa Rydlowa, oburzona, że użyto prawdziwego imienia jej córki), nikt nie wychodził z trzaskiem z loży, jak prof. hrabia Tarnowski.

Wszystko odbyło się jednak na tej samej scenie Teatru im. Słowackiego, gdzie 16 marca 1901 r. padły po raz pierwszy słowa „cóż tam, panie, w polityce?”.

20 najpiękniejszych fragmentów z „Wesela” Wyspiańskiego odczytali aktorzy scen krakowskich: Anna Dymna, Aldona Grochal, Natalia Strzelecka, Katarzyna Zawiślak-Dolny, Aleksander Fabisiak, Grzegorz Mielczarek, Jacek Romanowski i Tomasz Wysocki. Było to równocześnie 334. spotkanie krakowskiego Salonu Poezji. (...)

Wielu gości zajechało pod teatr zabytkowym tramwajem. Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne było też hojnym dobrodziejem imprezy. – Bo krakowska komunikacja miejska jest nieodłącznie związana z premierą „Wesela”. Tego dnia ulicami Krakowa ruszył bowiem pierwszy tramwaj elektryczny– wyjaśniał Krzysztof Orzechowski.”Polska jest wielka rzecz!” – mruczeli zaś pod nosem wychodzący z teatru na zewnątrz, gdzie „pospolitość skrzeczy”, uczestnicy jubileuszowego Salonu Poezji, unosząc pod pachą oprawny w kolorową chustę krakowską reprint unikatowego egzemplarza I wydania „Wesela”, ozdobionego niegdyś ręcznie barwnymi akwarelami przez znanego malarza Kazimierza Sichulskiego. Ciekawe tylko, czy wśród publiczności, słuchającej z zapartym tchem pięknie poddanych słów Wyspiańskiego, byli także ministerialni eksperci, którzy na tyle nisko ocenili przedstawienia salonu, że w rezultacie w bieżącym roku na jego działalność zabraknie dotacji.

 
28.11.2010  
Jolanta Ciosek, Jak wyrzeżbić śmierć., /Dziennik Polski/
...

ROZMOWA. Z AGATĄ DUDĄ-GRACZ o spektaklu "Ojciec", którego premiera odbędzie się dziś w Teatrze im. J. Słowackiego Jak Pani dotarła do opowiadania "Świętokradztwo" Jana Tauschinskiego, austriackiego pi[...]

ROZMOWA. Z AGATĄ DUDĄ-GRACZ o spektaklu "Ojciec", którego premiera odbędzie się dziś w Teatrze im. J. Słowackiego

 

Jak Pani dotarła do opowiadania "Świętokradztwo" Jana Tauschinskiego, austriackiego pisarza i poety, mało w Polsce znanego?

- Prawdę powiedziawszy, dostałam je przed kilkoma laty w prezencie od jednego z aktorów. Gdy przeczytałam, wiedziałam od razu, że chcę zrobić na jego motywach przedstawienie. Długo jednak nie mogłam się odważyć, by napisać scenariusz. Aż wreszcie wzięłam główny motyw z tego opowiadania, oparty na gdańskiej legendzie, i po raz pierwszy odważyłam się - napisałam autorski scenariusz.

- A ten motyw to...

- Potrzeba wyrzeźbienia przez tytułowego Ojca figury doskonałej, absolutu. Artysta, mistrz, dostaje zamówienie na wyrzeźbienie krucyfiksu z ukrzyżowanym Chrystusem, zamówienie, o jakim marzył przez całe życie. I staje przed największym wyzwaniem - wyrzeźbić śmierć. W potrzebie wyrzeźbienia krucyfiksu do kościoła Najświętszej Marii Panny ma szanse zmierzyć się z tym, co wciąż krąży wokół niego - ze śmiercią. Spektakl traktuje o dążeniu do absolutu w sztuce i życiu, które w przypadku bohatera inscenizacji stapiają się w jedno. W pogoni za wciąż wymykającym się efektem wykonania doskonałego artystycznie dzieła, bohater w zapamiętaniu niszczy wszystkich i wszystko, co go otacza.

- Czy opowieść Tauschinskiego jest jedynie fikcją?

- Wedle zachowanych kronik kryminalnych, opowiadanie to po części nawiązuje do autentycznych wydarzeń. Z częściowych przekazów wynika, iż rzeczywiście istniał mistrz, który rzeźbiąc krucyfiks do kościoła Najświętszej Marii Panny zabił pozującego mu chłopca, a potem obciął sobie rękę.

- Bohater za swoje poszukiwanie doskonałości płaci ogromną cenę...

- Straszliwą, najwyższą. Ta cena przewyższa wartość tego, co zrobił. Wykonuje kolejne rzeźby, niszczy je, bo wciąż okazuje się, że żadna z nich nie jest dziełem doskonałym. W dążeniu do osiągnięcia ideału, w mierzeniu się ze sobą i z Bogiem w sobie, niszczy wszystko: własne dziecko, własne życie, wreszcie morduje człowieka. Wówczas dopiero rozumie, co to jest absolut - można go mieć w głowie albo w sercu, można się ścigać w jego poszukiwaniu, ale nie można po niego sięgnąć. Bo w życiu są tylko dwa absoluty: miłość i śmierć. My, pracując nad tym spektaklem, oddając mu nasze dusze, nasze serca, też ścigamy się z absolutem. I nigdy go nie dogonimy. To jest jak z Graalem - najważniejsze w życiu jest szukanie. Dlatego nie wolno go nam ani znaleźć, ani przestać szukać. Wszystkie moje spektakle są o takim właśnie poszukiwaniu, tylko na różne sposoby.

- Kto w Pani spektaklu wygrywa, a kto przegrywa - artysta czy człowiek?

- Tutaj nie ma wygranych. Obaj przegrywają.

- Walka człowieka z samym sobą, zmagania sacrum z profanum to tematy wciąż pojawiające się w Pani przedstawieniach...

- Bo walka dobra ze złem, ścieranie się wartości ekstremalnych to wciąż są w naszym życiu tematy najważniejsze. Wciąż niewyczerpane i dlatego warto o nich mówić. Wadzenie się człowieka z samym sobą, z Bogiem, Szatanem, Przeznaczeniem, ze wszystkim, co ostateczne tak naprawdę jest istotą, sensem życia. Bardzo chciałam, by ten spektakl oparty był na ekstremach, na fizjologii zderzonej z mistyką. By opowiadał o naszej podłości i świętości, o poświęceniu i ofierze.

 
19.11.2010  
(WAK), Symboliczne cegły pod Ogród Sztuki., /Dziennik Polski/
...

INWESTYCJE. Uroczystość podpisania i wmurowania aktu erekcyjnego w fundamenty Małopolskiego Ogrodu Sztuki, multimedialnej inwestycji Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie zgromadziła wczoraj na placu b[...]

INWESTYCJE. Uroczystość podpisania i wmurowania aktu erekcyjnego w fundamenty Małopolskiego Ogrodu Sztuki, multimedialnej inwestycji Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie zgromadziła wczoraj na placu budowy władze regionu i wykonawców, którzy deklarują, że w 2012 roku inwestycja zostanie zakończona.

Powstaje ona przy ulicy Rajskiej w Krakowie dzięki Europejskiemu Funduszowi Rozwoju Regionalnego w ramach Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego i ma dawną ruderę przekształcić w nowoczesny ośrodek kultury, o powierzchni użytkowej 4200 metrów kwadratowych. Znajdzie się w nim m.in. sala dla około 250 widzów.

Jak zapisano w akcie erekcyjnym, Małopolski Ogród Sztuki "ucieleśniał będzie ideę kultywowania harmonijnej wspólnoty sztuk teatru, filmu, muzyki i literatury - najpiękniejszych form ludzkiej działalności, zainicjowaną przez dyrektora naczelnego i artystycznego Teatru im. Juliusza Słowackiego Krzysztofa Orzechowskiego".

Dodajmy, że do specjalnej tuby z aktem, podpisanym przez marszałka Marka Nawarę, dyrektora Orzechowskiego, architekta dr. Krzysztofa Ingardena, ks. infułata Jerzego Bryłę, który poświęcił wmurowany akt erekcyjny, prezesa Skobudu Stanisława Kaszowskiego, prezesa OTS-IP (jedna z dwu firm nadzorujących budowę) Tadeusza Skokonia oraz inżyniera kontraktu Juliana Pietrołaja, włożono także wczorajsze wydanie "Dziennika Polskiego", od lat będącego patronem medialnym Teatru im. J. Słowackiego.

Wykonawca - Przedsiębiorstwo Budownictwa Ogólnego Skobud Sp. z o.o. z Żywca już zrobiło wiele. Wyburzono halowy budynek dawnej ujeżdżalni koni, a przede wszystkim uporano się z napływającymi wodami gruntowymi. Obecnie wykonywane są ściany głównej hali wielofunkcyjnej oraz budowany jest prostopadły segment mediateki od ulicy Szujskiego. Na montaż czeka sprefabrykowana ponadpięćdziesięciotonowa konstrukcja stalowa dachu.

Do tej pory na wznoszonym obiekcie zabudowano ponad 5,5 tys. metrów sześciennych betonu i ponad 700 ton stali zbrojeniowej. Na przełomie lat 2010/2011 planowane jest zakończenie stanu surowego otwartego. Wiosną będzie montowana szklano-ceramiczna elewacja.

Obiekt, zaprojektowany przez architektów Krzysztofa Ingardena i Jacka Evy, ma zostać oddany wiosną 2012 roku.

 

 
17.11.2010  
PAweł Głowacki, Gra z utrapieniami. 319 Krakowski Salon Poezji, /Dziennik Polski nr 267/
...

Być może kiedyś w przeszłości, nie wieki temu, skądże, ale choćby kilkanaście lat wstecz, w trochę innym czasie, trochę innym życiu, gdy oddech był głębszy i spacery szybsze - słowo "Dawniej", kończąc[...]

Być może kiedyś w przeszłości, nie wieki temu, skądże, ale choćby kilkanaście lat wstecz, w trochę innym czasie, trochę innym życiu, gdy oddech był głębszy i spacery szybsze - słowo "Dawniej", kończące wiersz Ludmiły Marjańskiej "Próba porozumienia", Anna Seniuk rzekłaby z goryczą? Może tkwiłoby tam coś na podobieństwo cytrynowego smaku utraty, bezradności, zmieszanego z niezgodą, protestem, albo nawet z pretensją do Boga, losu bądź czasu, że dają - a za chwilę odbierają? Słowo "Dawniej", trzykrotnie powtórzone, byłoby może wtedy przez Seniuk zrobione z ciemności?

Być może kiedyś w przeszłości - tak. Lecz nie dziś. Dziś już nie. Nie w niedzielę, gdy Seniuk czytała na Salonie Poezji wiersze Marjańskiej. Nim zaczęła, wygłosiła dwie anegdoty o sobie i czasie - że dobrze jest się nie nerwowo, a spokojnie, na lekkim uśmiechu żegnać z sobą wczorajszą, przedwczorajszą, przedprzedprzed... itd. Obie opowiastki niezłe, lecz pierwsza chyba smakowitsza. Oto Seniuk w sklepie spożywczym. Zamawia coś, płaci, pakuje prowiant do siat, ekspedientkę pozdrawia, wychodzi. I wtedy babina jakaś ją zaczepia. "Jakże miło panią spotkać, pani Seniuk!" Następnie dodaje: "Poznałam panią... po głosie!" Dawniej, dawniej, dawniej... Przecież dawniej coś takiego było nie do pomyślenia! I co? Smutek teraz? Gorzkie żale po utracie? Marsowe oblicze? Filozoficzna, proszę ja was, zaduma nad nieuchronnością przemijania?

Nie. W anegdocie tej niczego więcej nie było, tylko uśmiech Seniuk, miękki uśmiech i coś, co przywodziło na myśl koniuszek języka, dyskretnie, z wielkim taktem wysunięty z warg na pohybel zegarkom rytualnie uporczywym. Pomijając kilka wierszy bolesnych bardzo - cała godzina salonowa właśnie tym była. Miękkim uśmiechem, koniuszkiem języka. Dwie panie - Seniuk oraz Marjańska - spotkały się w wierszach tej drugiej. Słowa i aktorka - niewiele czasu potrzebowały, by się porozumieć do samego dna. Wyszła z tego niezwyczajna godzina łagodnego oswajania utrapień.

Czy na widowni wpadł ktoś na pomysł, by się w to porozumienie po cichu wciskać ze swymi opiniami, dla samego siebie snutymi w kącie mózgu, ze swym kręceniem nosem? "Jabłoń przekwitła, lecz pachnie jabłkami", powiada Marjańska w wierszu "Małżeństwo". W innym wyznaje: "Tylko w ciemności rozmawiam z sobą jak dawniej". Na kanwie pustki, co została po ukochanym, szepcze: "Teraz jesteś tylko ty, ponieważ cię nie ma". Albo fraza o miłości późnej, bardzo późnej: "Czy starość może być płocha?" I jeszcze to: "Trzeba się z sobą przywitać. Trzeba się z sobą pogodzić". Nie, nikomu nie przyszło do głowy, by sobą niepokoić związek zgody aktorki ze słowami być może nazbyt słodkawymi, zbyt miękkimi, cokolwiek pensjonarskimi. I tu się zaczyna, tu się kończy maestria Seniuk.

Ktoś kiedyś powiedział, że aktorstwo to bycie sobą na zadany temat. Od niedzieli znów nie ma wątpliwości, iż jest właśnie tak. Wiersze Marjańskiej: "Zaręczyny", "Małżeństwo", "Złote gody", "Mój niekochany", "Piąte koło u wozu", "Rozmowa", "Milczenie", garść innych. I do każdego wiersza dodana ta Anny Seniuk łagodna, nie napastliwa ironia, która na kanwie słów Marjańskiej pozwalała Seniuk brać każde utrapienie w palce i - jak by to może ujął inny poeta - bawić się z nim, grać z nim jak z dzieckiem, grać tak długo, aż na buzi utrapienia pojawi się nikły uśmiech.

I uśmiechały się. Tym chętniej, że światło na sali było takie, jakie utrapienia lubią. Nie było go. Bo jakiś ważny kabel w teatrze wymieniają. Ni było światła - były cienie. Prądu z generatora starczyło tylko na mikrofon i żarówkę w lampie o zielonym kloszu nad stolikiem czytającej Seniuk. Znakomity zbieg okoliczności.

Teatr im. Juliusza Słowackiego. 319 Krakowski Salon Poezji. Wiersze Ludmiły Marjańskiej czytała Anna Seniuk. Na fortepianie grał Adam Niedzielin. Gospodarze Salonu: Anna Dymna i Józef Opalski.

 

 

 

 
18.10.2010  
(WAK) , Marian Cebulski od 65 lat na scenie., /Dziennik Polski/
...

Marian Cebulski, aktor senior Teatru im. J. Słowackiego, artysta ogromnie lubiany przez kilka pokoleń teatromanów, obchodził wczoraj 65-lecie swej pracy artystycznej (od 1947 roku na tej krakowskiej s[...]

Marian Cebulski, aktor senior Teatru im. J. Słowackiego, artysta ogromnie lubiany przez kilka pokoleń teatromanów, obchodził wczoraj 65-lecie swej pracy artystycznej (od 1947 roku na tej krakowskiej scenie).

 

On też wczoraj, wraz z Tomaszem Międzikiem i Krzysztofem Piątkowskim czytał wiersze w ramach spotkania w Salonie Poezji zatytułowanego "Chorzy z urojenia. Wiersze o zdrowiu i chorobie".

 

Ależ było wesoło, ależ dał Marian Cebulski popis mistrzowski w wierszu "Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku"... Nastrój dopełniały piosenki Starszych Panów, interpretowane przez aktorki Starego Teatru Ewę Kaim i Beatę Paluch, przy akompaniamencie Janusza Butryma. A potem już był list gratulacyjny od dyrektora Krzysztofa Orzechowskiego, który przypomniał ponad 200 ról tego aktora, jak i od prezydenta miasta Krakowa prof. Jacka Majchrowskiego, odczytany przez jego zastępczynię Elżbietę Lęcznarowicz. Zostało odśpiewane gremialnie "sto lat" dla Jubilata, składano też indywidualnie życzenia. Dopisujemy się do nich - ad multos annos, Mistrzu Marianie!

 

 
13.10.2010  
JOC, Portret mężczyzny na krawędzi, /Dziennik Polski/
...

TEATR. Zranieni ludzie, popękane życie - to główne problemy realizowanych przez Iwonę Kempę spektakli. Tak było w "Rozmowach poufnych" Bergmana wyreżyserowanych z sukcesem na krakowskiej Scenie Miniat[...]

TEATR. Zranieni ludzie, popękane życie - to główne problemy realizowanych przez Iwonę Kempę spektakli. Tak było w "Rozmowach poufnych" Bergmana wyreżyserowanych z sukcesem na krakowskiej Scenie Miniatura w Teatrze im. J. Słowackiego, tak będzie teraz w sztuce "Intymność" Hanifa Kureishiego, angielskiego dramatopisarza, scenarzysty i reżysera filmowego.

 

W spektaklu będącym właściwie monologiem głównego bohatera (wciela się w niego grający gościnnie Sławomir Maciejewski), zobaczymy także: Dominikę Bednarczyk, Marię Walderę, Grzegorza Mielczarka i Błażeja Wójcika. Autorkami scenografii są reżyserka i Anna Sekuła, która zaprojektowała także kostiumy.

 

- Od dłuższego czasu interesują mnie takie tematy, lubię przyglądać się temu, co dzieje się między ludźmi w bliskich relacjach. Interesuje mnie opowiadanie o tym, co dzieje się między kobietą a mężczyzną - mówiła Iwona Kempa podczas wczorajszej konferencji prasowej. - Nasz główny bohater, mając tysiące wątpliwości, wciąż pyta. Inni są mu potrzebni, by mógł te pytania zadawać. Mówi w pewnym momencie zdanie, które, jak to u niego, jest pytaniem i jest dla mnie bardzo istotne: marzenie o szczęśliwej rodzinie prześladuje nas wszystkich, ale być może jest to wielkie złudzenie, utopia, która nas zadręcza? Sądzę, że tak postawiony problem jest pokrewny Bergmanowi i "Intymności". Zarówno w "Rozmowach poufnych", jak i w "Intymności" mamy do czynienia z ludźmi na krawędzi życiowej katastrofy. Powieść Kureishiego powstała w latach 90. i w gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z portretem dojrzałego mężczyzny, który w pewnym momencie decyduje się na radykalną zmianę w swoim życiu.

 

Premiera "Intymności" odbędzie się w piątek na Scenie Miniatura o godz. 19.

 

 
05.10.2010  
WAK, Wieczór jubileuszowy Krzysztofa Orzechowskiego, /Dziennik Polski nr 233/
...

Kraków. Wieczór jubileuszowy Krzysztofa OrzechowskiegoKrzyż Kawalerski OOP, miniaturkę Teatru im. J. Słowackiego, ukrytą w wielkim orzechu, broszurę z 1892 roku, kosze kwiatów, listy gratulacyjne i wi[...]

Kraków. Wieczór jubileuszowy Krzysztofa Orzechowskiego

Krzyż Kawalerski OOP, miniaturkę Teatru im. J. Słowackiego, ukrytą w wielkim orzechu, broszurę z 1892 roku, kosze kwiatów, listy gratulacyjne i wiele słów uznania odebrał w niedzielny wieczór Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. J. Słowackiego, a wszystko z okazji 40 lat pracy artystycznej.

«Jubileuszowy wieczór na dużej scenie, po spektaklu "O rozkoszy", rozpoczął wojewoda Stanisław Kracik wręczając przyznany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Krzyż Kawalerski OOP i kosz róż. Potem marszałek Marek Nawara, któremu kierowany przez Jubilata od 1999 roku teatr podlega, dopełnił życzenia broszurą autorstwa Karola Estreichera seniora z 1892 roku, napisaną przed powołaniem tej sceny do życia, a towarzyszącą dyskusji, jaka wtedy rozgorzała na temat administrowania nowym teatrem. Aktualność tekstu uderzająca - na przykład taki passus: "Rosnące wymagania aktorów, zresztą słuszne wobec rosnącej drożyzny, nasuwają konieczność obmyślenia teatrowi wyższych dochodów".

Były też życzenia od władz miasta przekazane przez wiceprezydent Elżbietę Lęcznarowicz i od prezes ZASP-u Joanny Szczepkowskiej, która dała Jubilatowi prezent osobliwy, czyli "Projekt Założeń Projektu Ustawy o Zmianie Ustawy o Organizowaniu i Prowadzeniu Działalności Kulturalnej oraz niektórych innych ustaw", który to dokument w części wzburza środowisko, zatem głos doświadczonego dyrektora będzie przydatny. Wystąpił też z gratulacjami Stary Jubilat czyli obecny na scenie od 65 lat Marian Cebulski.

Na koniec przemówił Krzysztof Orzechowski, by wspomnieć swą odwieczną miłość do teatru, który nie zginie, bo "jest chyba najpiękniejszą rzeczą, jaka zastała wymyślona na ziemi".

Reszta wieczoru przebiegała już w teatralnej kawiarni, gdzie Jubilata otoczyło grono ludzi teatru i innych przyjaciół, dołączając prezenty mniej oficjalne. Były toasty, żarty, anegdoty i tort z podobizną Krzysztofa Orzechowskiego, który jako pierwszy musiał wbić w niego (w siebie) nóż.»

 

 

 

 
22.09.2010  
JOC, "Makbet jak każdy z nas", /Dziennik Polski/
...

W sobotę w Teatrze im. Juliusza Słowackiego premiera tragedii Williama Szekspira. «- Teksty Szekspira są jak partytury Bacha czy Mozarta - matematycznie precyzyjne. W nich wszystko jest ważne. Dlate[...]

W sobotę w Teatrze im. Juliusza Słowackiego premiera tragedii Williama Szekspira.

 

«- Teksty Szekspira są jak partytury Bacha czy Mozarta - matematycznie precyzyjne. W nich wszystko jest ważne. Dlatego też gramy naszego "Makbeta" niemal bez skrótów - mówił Redbad Klijnstra, reżyser "Tragedii Makbeta" podczas wczorajszej konferencji prasowej w Teatrze im. Juliusza Słowackiego.

Premiera spektaklu odbędzie się 25 września na Dużej Scenie, a w roli tytułowej zobaczymy Radosława Krzyżowskiego. Partnerują mu m.in. Dominika Bednarczyk (Lady Makbet), Tomasz Międzik (Duncan), Grzegorz Mielczarek (Malcolm), Tomasz Wysocki (Macduff) i Marcin Sianko (Banquo). Utwór Williama Szekspira tłumaczył Stanisław Barańczak, autorką scenografii jest Joanna Kaczyńska, zaś muzykę skomponował Jan Duszyński.

"Makbet" jest klasyczną tragedią elżbietańską, w której roi się od drastycznych scen okrucieństwa, przemocy, seksu. To utwór o żądzy władzy, poczuciu odpowiedzialności i namiętności. Związek pary głównych bohaterów, Makbeta i Lady Makbet, stał się soczewką skupiającą w sobie wszystkie pozostałe problemy dramatu. - Przystępując do tej realizacji, nie przypuszczałem, że ten utwór jest aż tak bardzo aktualny. On w gruncie rzeczy jest o naszym współczesnym świecie i o naszej odpowiedzialności, czy raczej o jej braku w kreowaniu rzeczywistości. Dopełnieniem do tekstu Szekspira, z którego usunęliśmy jedynie scenkę z Hekate, gdyż z badań wynika, że nie napisał jej Szekspir, jest kilka zdań Marka Edelmana, które są domknięciem współczesnego odczytania tej ponadczasowej tragedii. "Makbet" jest również tekstem opowiadającym o fenomenie małżeństwa, związku długotrwałego, który w naszych czasach rzadko trwa dłużej niż dwa lata. Na innym poziomie to utwór o trzech formach sprawowania władzy: o Duncanie - królu miłym, lecz mało skutecznym, o Makbecie - królu skutecznym, lecz mało humanitarnym i o synu starego króla, którego mamy nadzieję zobaczyć jako władcę świadomego, łączącego cechy króla oświeconego - wyjaśniał reżyser.

"Makbetem" interesowało się wielu twórców teatralnych i filmowych. Do historii światowego kina przeszły ekranizacje Akiry Kurosawy i Romana Polańskiego. A kim dziś, w XXI wieku, jest Makbet Redbada Klijnstry? - Zależało mi na tym, aby nasz spektakl miał aspekt moralitetu. Tak więc Makbet jest everymanem, każdym, zwyczajnym człowiekiem. I tak jak każdy z nas jest bardzo ambitny i chciałby być kimś. To jest swój chłop, bardzo polski, bardzo nasz. Jak Radek Krzyżowski, jak Marek Kondrat, jak Borys Szyc - przyznał Redbad Klijnstra.

Przypomnijmy, że reżyser krakowskiego spektaklu jest znanym aktorem teatralnym i filmowym, przez kilka sezonów związanym z Teatrem Studio Jerzego Grzegorzewskiego i Teatrem Rozmaitości Grzegorza Jarzyny. Od wielu lat współpracuje z Krzysztofem Warlikowskim. Do współpracy dramaturgicznej nad "Makbetem zaprosił Roberta Blackera, dramaturga Stratfordzkiego Festiwalu Szekspirowskiego.»

 

(JOC)

Dziennik Polski online

 

 

 

 
22.09.2010  
Joanna Weryńska, Słowacki pokaże współczesnego Szekspira, /Polska Gazeta Krakowska nr 222/22.09.10/
...

Słowacki pokaże współczesnego Szekspira- Mój Makbet będzie takim swojskim facetem. Everymanem, jakich wielu spotykamy codziennie na ulicach. Z zawodu jest żołnierzem, ale równie dobrze mógłby być kimk[...]

Słowacki pokaże współczesnego Szekspira

- Mój Makbet będzie takim swojskim facetem. Everymanem, jakich wielu spotykamy codziennie na ulicach. Z zawodu jest żołnierzem, ale równie dobrze mógłby być kimkolwiek innym - zapowiada Redbad Klijnstra przed premierą w Teatrze Słowackiego w Krakowie.

«Przeciętny Polak jakich wielu, który za wszelką cenę pcha się na świecznik. Chce zabłysnąć, choć nie bardzo ma czym. Taki, zdaniem Redbada Klijnstry, jest Makbet roku 2010. I takiego właśnie szekspirowskiego bohatera reżyser zamierza pokazać w sobotę na deskach Teatru im. J. Słowackiego w spektaklu pt. "Tragedia Makbeta". Będzie to pierwsza krakowska premiera w tym sezonie teatralnym.

- Mój Makbet będzie takim swojskim facetem. Everymanem, jakich wielu spotykamy codziennie na ulicach. Z zawodu jest żołnierzem, ale równie dobrze mógłby być kimkolwiek innym - zapowiada Redbad Klijnstra. Ponieważ akcja szekspirowskiej tragedii osadzona jest we współczesnych realiach, kreowany przez Radosława Krzyżowskiego tytułowy bohater ochoczo wypowiada się do kamery, lubi pochlebstwa, medialny szum, blask fleszy i efektowne wejścia. Nade wszystko jednak satysfakcję przynosi mu knucie intryg w zaciszu gabinetu.

Zresztą życie zawodowe jest dla niego jedynym "polem walki", ponieważ w tym prywatnym nie wiedzie mu się najlepiej. Tyle że nawet na porządne uknucie planu zbrodni brakuje mu czasu. Zdaniem Redbada Klijnstry sztuka Szekspira jest dziś aktualniejsza niż kiedykolwiek. Z tego też powodu nie robił w tekście Szekspira prawie żadnych skrótów. - Jedyną zmianą, jaką zastosowałem pracując nad scenariuszem spektaklu, było dodanie kilku wypowiedzi Marka Edelmana, przywódcy powstania w warszawskim getcie. Zdecydowałem się na ten krok, bo uważam, że sztuki Szekspira nie da się uwspółcześnić nie biorąc pod uwagę Holocaustu. Po nim epatowanie jakimkolwiek okrucieństwem nie ma większego sensu. Trudno sobie wymyślić coś straszniejszego - wyjaśnia reżyser.

Dlatego Klijnstra nie stosuje krwawych efektów. Zamiast tego postanowił pokazać, że najbardziej zbrodnicze teorie rodzą się podczas zwyczajnej rozmowy. Oczywiście ważne miejsce w spektaklu zajmują wzajemne relacje Makbeta i jego żony. Zwłaszcza że w te role wcielili się Radosław Krzyżowski i Dominika Bednarczyk - aktorzy, którzy małżeństwem są również w życiu prywatnym. - Nie było to celowe posunięcie z mojej strony. W końcu obydwoje są profesjonalistami. Ale bez wątpienia ciekawe jest obserwowanie jak Radek z Dominiką wspierają się nawzajem w pracy nad tą sztuką - mówi Redbad Klijnstra. Sam do realizacji "Makbeta" przygotowywał się przez dobrych kilka lat pod czujnym okiem szekspirologa, Roberta Blackera.

Badacz dokładnie wyjaśnił mu, z jakiego powodu dana scena została przez geniusza ze Stratfordu zapisana. - To pozwoliło mi podejść do tego tekstu bez lęku. Doszedłem do wniosku, że jest on skonstruowany jak partytury Bacha i niczego nie powinniśmy w nim zmieniać - wyjaśnia twórca. Zdaje sobie sprawę z tego, że współczesność Szekspira nie jest żadnym szczególnym odkryciem. Wszak w sztukach tego dramaturga każda epoka szuka tego, co sama chce zobaczyć. To wrażenie współczesności potęgują kostiumy oraz scenografia Joanny Kaczyńskiej. Podobnie jak muzyka skomponowana przez Jana Duszyńskiego, absolwenta nowojorskiej Juilliard School of Music.»

 

Joanna Weryńska

 

 

 

 

 

 
10.09.2010  
Magda Huzarska-Szumiec, "Gdybym był greckim bogiem, pielęgnowałbym moje lenistwo"., /Polska Gazeta Krakowska nr 212 (dodatek)/
...

Dla samorządowców "Słowak" to niezatapialny pancrnik, a "Orzech" zawsze sobie poradzi. Taka opinia podczas przyznawania kolejnej dotacji nie jest dla teatru korzystna, ale dla mnie jest to ni[...]

Dla samorządowców "Słowak" to niezatapialny pancrnik, a "Orzech" zawsze sobie poradzi. Taka opinia podczas przyznawania kolejnej dotacji nie jest dla teatru korzystna, ale dla mnie jest to niewątpliwie komplement - mówi KRZYSZTOF ORZECHOWSKI, dyrektor Teatru Słowackiego w Krakowie, w przeddzień 40-lecia pracy artystycznej

Z Krzysztofem Orzechowskim, dyrektorem Teatru im. J. Słowackiego, który 3 października po spektaklu "O rozkoszy" będzie obchodził jubileusz 40-lecia pracy, rozmawia Magda Huzarska-Szumiec.

Co by Pan na to powiedział, gdyby ktoś zaproponował Panu przeniesienie się na antyczny Parnas? Słońce świeci, wietrzyk przyjemnie pieści skórę, a Pan leży sobie na chmurce i popija ambrozję.

- To miła wizja, szczególnie, że bogowie mieli bardzo ludzkie skłonności, na przykład częste kontakty z Ziemiankami.

Dwa lata temu widziałam Pana na scenie w roli boga i rzeczywiście całkiem dobrze się Pan w niej czuł.

- Tylko, że to był bóg sceniczny. To jednak trochę inna kategoria boskości.

A czy dyrektor w teatrze jest bogiem?

- Tak się niektórym wydaje. Ale dyrektor niewiele może w zderzeniu z głupimi przepisami, brakiem pieniędzy czy pomysłami urynkowienia kultury. Musi też umieć powstrzymać swoje ego, ograniczyć zapędy wodzowskie, kiedy chce pozyskać do pracy ciekawych reżyserów, którzy "mogą, ale nie muszą", jeśli nie spełni się ich oczekiwań. Ale założę się, że teraz zapyta mnie pani - "To co pan tu właściwie robi?".

To co Pan tu właściwie robi?

- Od szeregu lat dbam o to, aby ten ogromny teatr pięknie wyglądał, sprawnie funkcjonował i przynosił radość widzom. I niezmiennie cieszę się ze swojej pracy.

To z tego wynika, że jest Pan jednak pracowity.

- Czasami chciałbym być leniwy! Ale mój problem polega na tym, że poczucie obowiązku bywa u mnie silniejsze, niż gen lenistwa. Gdybym był greckim bogiem, to bez wątpienia pielęgnowałbym tę ostatnią skłonność i nic bym nie robił.

Pewnie, zdając na wydział aktorski, myślał Pan, że dzięki temu nie będzie się Pan przepracowywał.

- 0 wyborze studiów zdecydowało akurat coś innego. Aktorstwo było dla mnie rodzajem ucieczki i potrzebą udowodnienia czegoś sobie i swojej rodzinie.

I dlatego wsiadł Pan do pociągu i przyjechał studiować do Krakowa?

- To było bardziej skomplikowane. Nie dostałem się za pierwszym razem do szkoły teatralnej w Warszawie. Dlatego zacząłem studiować historię na Uniwersytecie Warszawskim. Po roku wykradłem z dziekanatu świadectwo maturalne i pojechałem z nim do Krakowa. No i tu dostałem się bez problemu, i to z jedną z wyższych lokat.

W tamtych czasach, żeby zacząć grać w teatrze, często trzeba było odsiedzieć swoje na ławce rezerwowych.

- Ja nie siedziałem. Po szkole wróciłem do Warszawy. Zaangażowałem się do Teatru Komedia, w którym działo się wtedy wiele fajnych rzeczy. Dzięki zagranej w tym teatrze tytułowej roli w "Błękitnym potworze" Gozziego trafiłem do Teatru Dramatycznego.

Kto Pana wypatrzył?

- Gustaw Holoubek z Magdą Zawadzką przyszli kiedyś na przedstawienie, zaproszeni przez reżysera. To mnie ośmieliło, zapukałem do gabinetu Holoubka. Zostałem przyjęty do teatru i spędziłem na tej scenie wiele lat. W Dramatycznym grywałem sporo, ale już nie tak eksponowane role. Tam była ogromna konkurencja.

To dlatego zdecydował się Pan zdawać na reżyserię?

- Na pewno nie z poczucia niedowartościowania. Doszedłem do wniosku, że ja nie mam duszy aktora. Jestem zbyt krytyczny w stosunku do siebie i tego, co robię. Uruchamia mi się często światełko paraliżującej samokontroli, a ono jest wrogiem jakiejkolwiek kreacji. Bo aktorstwo to jest trochę jak zabawa dziecka: trzeba się w którymś momencie zatracić. Dlatego pomyślałem sobie, że więcej zdziałam jako reżyser, lepiej wykorzystam to wszystko, czego zdążyłem się już o teatrze nauczyć. Lata spędzone w Dramatycznym to był wspaniały teatralny uniwersytet!

Reżyserował Pan dużo, nie tylko w Warszawie, ale i w całej Polsce.

- A jednak miałem pecha, bo należę do tzw. "pokolenia straconego", jak to ktoś kiedyś nazwał, czyli pokolenia reżyserów, których debiut przypadł na okres stanu wojennego. Myśmy byli wychowani na teatrze aluzyjnym, a on właśnie runął. Trudno nam było w nowej rzeczywistości znaleźć pomysł na teatr. Ja i tak byłem w niezłej sytuacji, bo bardzo dużo reżyserowałem. Miałem dobry warsztat, potrafiłem doprowadzić spektakl do premiery, zakończyć próby w uzgodnionym terminie, a to będzie się zawsze liczyło, niezależnie od okoliczności, kolejnych mód czy trendów.

Potrzebował Pana na pewno krakowski teatr, bo wrócił Pan pod Wawel. Ale mam wrażenie, że duży wpływ na Pana przeprowadzkę miała Anna Dymna.

- Anię poznałem jeszcze w szkole teatralnej. Ona studiowała parę lat niżej. To chyba oczywiste, że już wtedy się w niej kochałem.

Nic oryginalnego, kochało się w niej jeśli nie trzy czwarte, to pół Polski.

- Ale to dopiero za chwilę, po jej pierwszych filmach. Między nami już w szkole nawiązała się nić sympatii. Potem nasze drogi rozeszły się na wiele lat. Kiedy byłem już mężczyzną po przejściach, zjawiłem się w "Piwnicy" Starego Teatru, gdzie ona grała. Po spektaklu podszedłem do niej, ale kompletnie mnie nie pamiętała.

Jak Pana męskie ego to przełknęło?

- No przełknęło, a co miało zrobić?

Co jest dla Pana ważniejsze, teatr czy dom?

- To jest trudne pytanie. Na ogół oczekiwana odpowiedź brzmi, że dom. Ale mógłbym przewrotnie powiedzieć, że ponieważ dom jest jakoś tam ustawiony, a teatr kompletnie nieprzewidywalny, to może teatr jest teraz ważniejszy? Ania też mogłaby odpowiedzieć, że ważniejsze są dla niej teatr i fundacja, bo nigdy nie wiadomo, jakie wyzwania przed nią postawią. A w domu, jak zawsze, koty nakarmione, nalewki w słojach nabierają mocy, ogród kwitnący... Ale przecież samo się to nie zrobiło, więc może dom jest jednak ważniejszy? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pani pytanie.

Od dłuższego czasu teatr jest dla Pana ważny już nie jako dla reżysera, ale dyrektora. Dlaczego w pewnym momencie stanął Pan do konkursu na dyrektora Bagateli?

- To była kolejna próba osiągnięcia czegoś więcej w ukochanym zawodzie. Jako reżyser miałem z czego żyć, ale coraz trudniej mi było twórczo zaistnieć wobec wszystkich modnych postów: post-dramatyzmu, post-modernizmu itp. Czułem na plecach oddech młodego pokolenia, które, co oczywiste, miało pomysł na nowe czasy. Pomyślałem sobie wtedy, że moja wiedza może się teatrowi przydać w inny sposób, że w końcu za coś trzeba wziąć kompleksową odpowiedzialność. Bagatela była wtedy na zakręcie. To był taki teatr dla szkół, w którym prawie nie grało się wieczorami. Za mojej dyrekcji zaczęły powstawać tam poważniejsze spektakle, takie jak nagradzany "Kosmos" Śmigasiewicza czy "Miesiąc na wsi" Barbary Sass. Rozpoczęło się wielkie przemeblowanie Bagateli, programowe i budowlane.

No, ale po dwóch latach zostawił Pan Bagatelę i objął dyrekcję Teatru Słowackiego.

- Bagatela była już wtedy rozhulana, zyskała jako teatr pewną rangę. Zobaczyłem siebie, jak siedzę w kawiarnianym ogródku, najlepiej na A-B, odkłaniam się czcigodnym krakowianom i popijam... ambrozję, rozkoszując się sukcesem. To stanowczo mi nie wystarczało. Propozycję objęcia Teatru Słowackiego potraktowałem jako najważniejsze życiowe wyzwanie. Dzisiaj jestem jednym z najdłużej urzędujących dyrektorów w całej historii tego teatru, bo trwa to już 11 lat. I nie żałuję swojej decyzji - tu pracują wspaniali ludzie. Ale na razie, póki jeszcze jestem dyrektorem, wolałbym się na ten temat nie wypowiadać. Na podsumowania przyjdzie czas, choć taka kalkulacja jest być może zbyt optymistyczna, bo pamięć ludzka jest zawodna i za chwilę mało kto będzie pamiętał czasy, kiedy w budynku na placu Św. Ducha pustawa widownia była bardziej podatna na przeciągi, a w piwnicach po każdym deszczu płynęły strumienie wody.

Jakie cechy charakteru trzeba mieć, żeby prowadzić teatr w czasach kryzysu?

- Dokładnie takie, jakich ja nie mam. Trzeba być typem zimnym i wyrachowanym, a nie impetykiem i wrażliwcem. A jednak myślę, że emocje, które ja w to wkładam, i które pewnie skracają mi życie, są potrzebne tej instytucji.

To pewnie Urząd Marszałkowski, któremu teatr podlega, ma trudny orzech do zgryzienia.

- Wbrew pozorom nie, bo przez ostatnie 10 lat władze nie miały z tym teatrem żadnego większego problemu. Dla samorządowców "Słowak" to niezatapialny pancernik, a "Orzech" zawsze sobie poradzi. Taka opinia podczas przyznawania kolejnej dotacji nie jest dla teatru korzystna, ale dla mnie jest to niewątpliwie komplement.

No to już wiem, jak powinny wyglądać obchody Pana jubileuszu. Na scenę wpływa taki ogromny pancernik, a Pan na mostku kapitańskim, wygodnie rozparty, popija ambrozję.

- Pomyślę o tym.

 

 

 

 
26.08.2010  
Małgorzata Ruda, Kulturalne gry wojenne, /Dekada Literacka nr 3/
...

Sprawny, dobry spektakl stał się mimowolnym znakomitym, śmiesznym i przejmującym komentarzem do wydarzeń politycznych. Znaczył o wiele więcej, niż zamierzyła autorka, choć nie jestem pewna, czy socjol[...]

Sprawny, dobry spektakl stał się mimowolnym znakomitym, śmiesznym i przejmującym komentarzem do wydarzeń politycznych. Znaczył o wiele więcej, niż zamierzyła autorka, choć nie jestem pewna, czy socjolożka francuska nie ukryła w swojej banalnej farsowej historyjce tych wcale niezabawnych treści społecznych, a dobra reżyserska interpretacja tylko je uwypukliła.

Jednak to, że mogłam tak "przeczytać" przedstawienie, jest efektem bardzo przemyślanej, prostej inscenizacji. Świetnie grający aktorzy obdarzyli swe postacie podwójną naturą i zdzierając im maski dobrej woli i kultury, równocześnie nie pozbawili ich tęsknoty za jakimś surogatem tych wartości. Deformacja komiczna i groteskowa bawi i równocześnie niepokoi. Bezradność bohaterów nieumiejących zapanować nad swą naturą nie jest tylko i wyłącznie śmieszna. To teatr równowagi, który nie schlebia publiczności, gra nie pod nią, ale dla niej, wciągając ją w poważną rozmowę, rodzącą się wśród szczerego, niewymuszonego śmiechu. Jest w klimacie tego spektaklu dobra aura axerowskiego teatru współczesnego, starannego i mądrego, ironicznego, ale nieodbierającego nadziei.

 
31.05.2010  
Karolina Szczepanowska, Rozkosze władzy, /Teatr, nr 5/2010./
...

Karolina Szczepanowska, Rozkosze władzy, /Teatr/, 5/2010. Najciekawsze w krakowskim przedstawieniu są kobiece bohaterki – fascynujące, niejednoznaczne, o skomplikowanej, urzekającej osobowości. Caryca[...]

Karolina Szczepanowska, Rozkosze władzy, /Teatr/, 5/2010.

 

Najciekawsze w krakowskim przedstawieniu są kobiece bohaterki – fascynujące, niejednoznaczne, o skomplikowanej, urzekającej osobowości. Caryca w wykonaniu Joanny Mastalerz, subtelna i filigranowa, zachwyca niezłomnością charakteru. Niemal każda scena z udziałem aktorki to prezentacja innego wizerunku kobiety.(…)

Aktorskim majstersztykiem jest drugoplanowa rola Lidii Bogaczówny. Elżbieta, caryca Rosji, roztacza blask władzy absolutnej. W wytwornej dworskiej sukni, nie tracąc nic z elegancji gestów, poddaje Katarzynę torturom dworskiej etykiety.(…) Inne odcienie kobiecości przynosi aktorska kreacja Marty Waldery. Jej Mawra, w trzech odsłonach – damy dworu, aktorki, kurtyzany – ujmuje delikatnością, wrażliwością, zmysłowością.(…)

Wojtyszko posługuje się teatrem kostiumowym, by w wyrafinowanej scenicznie formie ukazać bezlitosną walkę o wpływy i władzę. To przedstawienie jest inteligentną rozgrywką wytrawnych graczy, którymi targają zgubne namiętności, mroczne obsesje, ukryte pasje.

 
30.03.2010  
Joanna Targoń, "Bóg mordu", czyli (bez)krwawa farsa - pisze Joanna Targoń w Gazecie Wyborczej, /Gazeta Wyborcza - Kraków /
...

Na plakacie czwórka uśmiechniętych, przyzwoicie ubranych ludzi w okularach, z filiżankami kawy, stoi w rzeźni, wśród półtuszy wieprzowych. Na okładce programu spośród tychże półtuszy wyłaniają się ręc[...]

Na plakacie czwórka uśmiechniętych, przyzwoicie ubranych ludzi w okularach, z filiżankami kawy, stoi w rzeźni, wśród półtuszy wieprzowych. Na okładce programu spośród tychże półtuszy wyłaniają się ręce trzymające filiżanki z kawą. W środku - wariacje na ten temat (...)

Scenografia - którą możemy obejrzeć podczas zajmowania miejsc - kontynuuje myśl plakatu i programu. Widownia ustawiona w półkole otacza okrągłą scenkę, na której stoi szklany paskudny stolik, dwa wazony ze świeżymi czerwonymi tulipanami i dziwne meble - pionowo ustawione płaskie pseudokamienne formy. Ze współczesnych mieszczan wylezą więc jaskiniowcy. Scenografia jest tak naiwnie brzydka i wykładająca wprost myśl spektaklu, że tracę nadzieję na zaskoczenie.

Pseudokamienne formy, rozkładające się jak kinowe fotele, okazują się krzesłami, na których wkrótce zasiądą gospodarze i goście. Gospodarze to państwo Houille - Veronique (Marta Waldera) i Michel (Rafał Dziwisz), goście to państwo Reille - Annette (Marta Konarska) i Alain (Marcin Kuźmiński). Powodem spotkania jest to, że synek państwa Reille zaatakował kijem synka państwa Houille i wybił mu dwie jedynki. Państwo Reille przyszli podpisać oświadczenie dotyczące tego zajścia. Jest miło i kulturalnie, ale wiadomo, że długo tak nie będzie, bo już zwrot "uzbrojony w kij" wywołuje ostre kontrowersje.

No i zaczynają się wzajemne dogryzania, obnażania, ręko i "słowoczyny". Konfiguracje się zmieniają, dochodzi do zawiązywania chwilowych sojuszów, spod gładkiej, kulturalnej powierzchni wyłażą prymitywne emocje. Obnażone zostają charaktery i ujawnione świństewka (...) Michel opowiada, jak wyrzucił na ulicę chomika swoich dzieci, Alain, nieustannie konferujący przez komórkę, okazuje się prawnikiem, kryjącym ciemne interesy koncernu farmaceutycznego. Nabieramy pewności, że Veronique jest pretensjonalną mieszczką udającą miłość do sztuki i cierpiącej Afryki. Annette nie ma może konkretnych przewin na koncie, za to na stres reaguje widowiskowymi wymiotami. Bohaterowie nie są sympatyczni, nic więc dziwnego, że tak szybko dochodzi do konfliktów. Ciekawiej byłoby jednak, gdyby byli poczciwsi i przyjemniejsi, gdyby nie można było ich tak łatwo oceniać.

Marek Gierszał wyreżyserował sztukę Rezy z przytupem. Jest szybko, głośno i zadzierzyście (...) aktorzy grają wyraziście i ekspresyjnie, nie dając ani sobie, ani widzom czasu na zastanowienie się nad dramaturgią wydarzeń, nad charakterami bohaterów. To raczej farsa niż wykorzystująca jej schematy próba odkrycia źródeł przemocy.»

 
29.03.2010  
Paweł Głowacki, Zęby i samotność - "Bóg mordu" w reż. Marka Gierszała. Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim., /Dziennik Polski nr 73 /
...

Kto by pomyślał, że kiedyś spoważnieją, że z bajki Fredry - z tej operetki złośliwości - wyrosną tak jak się z komunijnego mundurka wyrasta! Paweł i Gaweł! Że za ciasno im będzie w jednym domku, że pi[...]

Kto by pomyślał, że kiedyś spoważnieją, że z bajki Fredry - z tej operetki złośliwości - wyrosną tak jak się z komunijnego mundurka wyrasta! Paweł i Gaweł!

Że za ciasno im będzie w jednym domku, że pierwszemu przestanie wystarczać łowienie ryb w zalanym wodą pokoju na górze, a drugiemu polowanie w pokoju na dole, że ruszą dookoła świata w przeciwne strony, że pierwszy zmieni nazwisko na Michel Houllie, drugi na Alain Reille, że na ludzi wyjdą, ożenią się i spłodzą każdy po synu - kto by pomyślał! I kto by dał wiarę, iż szmat czasu po epoce wierszowanego wędkarstwa i lirycznego Safari - synek Alaina kijem zdzieli synka Michela w zęby, i że wybite mleczaki staną się początkiem jatki w "Bogu mordu" Yasminy Rezy!

Tak, Reza pewnie nie zna Fredry, lecz gdy się w wyreżyserowanym przez Marka Gierszała "Bogu mordu" widzi Rafała Dziwisza w roli Michela, nie sposób nie krzyknąć: "Stary Paweł, nie może być inaczej!". W mej wycieczce do omszałej bajki Fredry nie chodzi o jakąś formę upupienia Dziwisza i całej reszty, o wzięcie dzieła Gierszała w nawias dziecinności, o szydercze ściągnięcie przedstawienia na poziom przedszkola i skwitowanie całości wielkodusznym uśmieszkiem siwego mędrca, co za Gombrowiczem pieje: Maluś, maluś, maluś! Nie. Chodzi właśnie o omszałość "Pawła i Gawła", o fakt, że to bajka stara bardzo, tak stara, że już - wieczna. Większa od epok, w których ją snujemy wciąż od nowa.

Utarło się, że "Bóg mordu" Rezy to cierpki portret rozsypki międzyludzkich relacji w naszej nowoczesności, inaczej zwanej ponowoczesnością, portret skryty w fatałaszkach lekkiej komedyjki, literackiego bulwaru bez mała. W przedpremierowym wywiadzie sam Gierszał coś podobnego wyznał. Cóż, nie udało się. I chwalić Boga! Niepowtarzalny Nabokov uczył: wielkie opowieści - choćby "Anna Karenina", bądź "Ulisses" - są w istocie baśniami pamiętnymi. I właśnie dlatego, że baśniami - naprawdę kłują współczesność, każdą współczesność. Nie udała się Gierszałowi rozchichotana publicystyka, gdyż jest reżyserem o wiele lepszym, niż mu się w jego skromności wydaje. Udała mu się za to bajka lekko uśmiechnięta.

Powiem dokładnie: za emocjonalną żonglerką Rezy idąc - wyszła Gierszałowi lekko uśmiechnięta, kolejna (która to już w historii ludzkości?) nowa intonacja starej opowieści, co wokół tego samego pytania krąży: czemu, u licha, korci, by bez powodu boleśnie dogryźć akurat temu, tej, a nie innemu, innej? No czemu? Na przykład ja. Na widok adwokackiej elegancji Alaina (Marcin Kuźmiński) mało brakło, a zerwałbym się i ryknął: "ty tam, w gejowskim szalu i wytwornym obuwiu za milion euro - won mi stąd!". Dlaczego?

Nie wiem. Oni - rodzice wybitych ząbków i rodzice wybijającego ząbki - też nic nie wiedzą o naturze włókien złośliwości na dnie swych głów. Ulizany jak prowincjonalny stróż w Boże Ciało, niby pokorny handlowiec Michel Houllie. Jego żona, napastliwie pryncypialna Veronique (Marta Waldera). Alain Reille (Stary Gaweł, jak żywy!), prawnik skrajnie pretensjonalny w swej prawniczej malowniczości, wraz z małżonką Anette (Marta Konarska), blondynką wprost z wiców. W banalnym salonie państwa Houllie się zeszli, by rozwiązać problem ząbków i kija. Nic wielkiego. Tyle że ząbki i kij prędko przestają być sednem. Coś dziwnego się dzieje...

 
29.03.2010  
Katarzyna Lachowicz, “Życie jest ciężkie. Kurde!” - o spektaklu "Bóg mordu" Katarzyna Lachowicz na portalu Kraków Culture Presss , /Kraków Culture Presss /
...

Ataki agresji? Proszę bardzo. Wymiociny na scenie? Dlaczego nie. Rozszarpane tulipany? To jeszcze nie wszystko. Są spektakle zaskakujące, które rozwijają swoje skrzydła z każdą kolejną minutą. Szaleni[...]

Ataki agresji? Proszę bardzo. Wymiociny na scenie? Dlaczego nie. Rozszarpane tulipany? To jeszcze nie wszystko. Są spektakle zaskakujące, które rozwijają swoje skrzydła z każdą kolejną minutą. Szalenie zabawne, ale powodujące nie śmiech naiwny lecz autoironiczny. To spektakle doskonałe w swoim gatunku, takie jak „Bóg mordu”.

Specyfikę fabuły „Boga mordu” można oddać w dwóch słowach: eskalacja problemu. Niewinny z pozoru konflikt przeradza się w burzę, która zrywa bohaterom maski idealnych mężów i ojców, żon i matek. Ich prawdziwe oblicze to nie twarz wyznawców Boga miłosiernego, lecz Boga mordu. Dokuczyć, dogryźć, oskarżyć, nakrzyczeć! W salonie państwa Houille nie ma już miejsca na konwencjonalne grzeczności – kawa i ciasto nie załagodzą konfliktu i tylko na chwilę stworzą pozór spotkania poważnego i na poziomie. Dzieje się rzecz dziwna. Dziwimy się my i dziwią się sobie bohaterowie. Wszak czwórka dorosłych ludzi zeszła się w sprawie zębów i kija, który te zęby wybił. Ot, wydawałoby się, dziecięcy wybryk. Szybko jednak ząbki i kij przestają być głównym problemem, a stają się nim ludzie. I życie. Bo, cytując za Allainem Reille: „Życie jest ciężkie. Kurde.”

Tekst Yasminy Rezy, autorki „Boga mordu”, jest w pewnym niebezpieczeństwie. Obawiać się należy, że przeniesiony na scenę może przeistoczyć się w lekką komedię obyczajową. Przez wyśmienite dialogi, które bawią do łez, ma ku temu predyspozycje. Nic takiego jednak się nie dzieje, obawy zostają rozwiane, a my otrzymujemy obraz rozpadu relacji międzyludzkich, który nie jest ciężkostrawny. Od zarzutu do zarzutu, od obelgi do obelgi – bohaterowie przekazują sobie piłeczkę prowadząc nas po mrocznych ścieżkach swojej psychiki, mimo że jeszcze kilka minut wcześniej nie posądzali siebie o ich istnienie. A ich pokłady złośliwości zdają się niewyczerpane. Gdzie leży granica, której przekroczenie sprowadza nas na ciemną stronę osobowości? Czy rzeczywiście tak łatwo zostawić ją za swoimi plecami?

Od około piętnastej minuty spektakl toczy się właśnie za tą granicą. Salon staje się polem bitwy, na którym do walki stają: z początku potulny handlowiec Michel Houille (Rafał Dziwisz) – specjalista od spłuczek i innych sprzętów gospodarstwa domowego, jego apodyktyczna i zasadnicza małżonka Veronique (Marta Waldera) – miłośniczka sztuki, która źle znosi alkohol, nienagannie elegancki Alain Reille (Marcin Kuźmiński) – niezdrowo przywiązany do swojego telefonu i Anette Reille (Marta Konarska) – dystyngowana blondynka z problemami żołądkowymi. Walka toczy się na słowa (choć do rękoczynów też dochodzi), a ciosy często wymierzane są poniżej pasa. I nikt nie trzyma się jednego frontu, bo wojną tą nie rządzą żadne zasady.

Odwiedźcie koniecznie salon państwa Houille. Poznajcie ich przyjaciół, państwa Reille. Z pewnością ich polubicie, zabawa będzie przednia. Tylko gdy już zamkniecie za sobą drzwi, pojawi się w was dziwny niepokój. I gorzki smak w ustach, który może zostać po kawie. Albo po dojściu do wniosku, że my wszyscy dusimy w sobie agresję, która może wymknąć się spod kontroli i sprowokować takie zachowania, o które byśmy siebie nigdy nie posądzali. Bo pytanie brzmi: na ile znamy samych siebie?

 
29.03.2010  
Katarzyna Fortuna, Duch komedii zastąpił boga mordu - "Bóg mordu". Pisze Katarzyna Fortuna w Polsce Gazecie Krakowskiej. , /Polska Gazeta Krakowska nr 74/
...

«Mocnym prologiem do sztuki Yasmine Rezy "Bóg mordu", w reżyserii Marka Gierszała, na scenie Teatru im. J. Słowackiego była "Oda do radości" w wykonaniu dzieci. Gdy umilkły ich głosy, na scenie stanęł[...]

«Mocnym prologiem do sztuki Yasmine Rezy "Bóg mordu", w reżyserii Marka Gierszała, na scenie Teatru im. J. Słowackiego była "Oda do radości" w wykonaniu dzieci. Gdy umilkły ich głosy, na scenie stanęły dwie pary małżeńskie, które spotkały się, aby omówić bójkę swoich synów.

Pary początkowo w spokojny sposób starały się znaleźć przyczynę konfliktu. Bowiem synek państwa Houllie został uderzony przez rówieśnika kijem i stracił dwa zęby. To zajście w miarę przedłużającej się wizyty państwa Reille rodzi kolejne konflikty. Oba małżeństwa zaczynają odsłaniać własne problemy. Rozpoczyna się między nimi walka.

Emocje w tym przedstawieniu niemal od samego początku sięgają zenitu. Jedynie cyniczny prawnik Alain Reille (świetny Marcin Kuźmiński) stara się zdystansować, lecz i on ostatecznie załamuje się po tym, jak jego żona Annette (Marta Konarska) zanurza jego telefon komórkowy w wazonie z kwiatami, oświadczając, że wreszcie jest cicho. Ale wcale nie jest. Cisza to ostatnie wrażenie, jakie można odczuć tego wieczoru.

Na scenie dzieje się bardzo dużo, a wszystkie emocje są wykrzyczane. Kolejne gesty prowadzą do rękoczynów. Emocjonalną chwiejność bohaterów dodatkowo potęguje ruszająca się scena. Jej kształt w zamyśle scenografki Hanny Sibilski zapewne miał podkreślić błędne koło uprzedzeń i agresji.

Nie wątpię, że sztuka Rezy będzie wywoływała śmiech ciętymi ripostami i bezpośredniością aktorskiego przekazu. Przypuszczam też, że przedstawienie oparte na tekście francuskiej dramatopisarki zgromadzi liczną publiczność podczas kolejnych wieczorów. Jednak mnie zabrakło tu głębszej refleksji, którą sugeruje efektowny tytuł. Kim naprawdę jest bóg mordu? Afrykańskim bożkiem pojawiającym się w kręgu artystycznych zainteresowań pani Houllie (Marta Waldera)? Czy tytuł wyjaśnia motywy działań jej męża (przerysowany i zabawny Rafał Dziwisz)?

Kłótnie wybuchające w salonie państwa Houllie być może miały prowadzić do odpowiedzi na pytanie o źródło zła, lecz w rezultacie farsowy klimat przedstawienia zasłonił przyczyny złości i frustracji bohaterów. I w tym momencie wszystko staje się jasne. Zamiast boga mordu widzimy już kogoś innego. Jest to oczywiście duch komedii.»

 
23.03.2010  
łb, "Bóg mordu" rządzi w Teatrze Słowackiego - www.kulturaonline.pl, /www.kulturaonline.pl/
...

W trakcie londyńskiej premiery "Boga mordu" wysiadł prąd i widzowie musieli obejrzeć końcówkę przy awaryjnym oświetleniu. Nie mieli jednak pretensji, gdyż sztuka Yasminy Rezy radzi sobie doskonale naw[...]

W trakcie londyńskiej premiery "Boga mordu" wysiadł prąd i widzowie musieli obejrzeć końcówkę przy awaryjnym oświetleniu. Nie mieli jednak pretensji, gdyż sztuka Yasminy Rezy radzi sobie doskonale nawet bez multimedialnej oprawy. Ten kameralny spektakl stanowi dynamiczną psychodramę, która demaskuje uprzedzenia i fobie, zakotwiczone w potocznej świadomości przełomu wieków. A że robi to w sarkastycznej, komediowej tonacji, szybko trafiła na deski czołowych scen całego świata. Teraz zaś trafi i do Polski - anonsuje łb w portalu kulturaonline.pl.

 

«Reza urodziła się 50 lat temu w Paryżu, w rodzinie żydowskich imigrantów o irańsko-węgierskich korzeniach. Z wykształcenia jest socjologiem, ale już na studiach pisała pierwsze sztuki teatralne. Za debiutanckie "Wyznania po pogrzebie" otrzymała w 1987 roku prestiżową nagrodę Moliera. "Bóg mordu" to szósta w dorobku Rezy sztuka, przez wielu krytyków uznawana za najbardziej błyskotliwą i zadziorną. Premierowa inscenizacja odbyła się w Zurychu w grudniu 2006 roku. Autorska realizacja Rezy miała miejsce w styczniu 2008 na deskach paryskiego Theatre Antoine. Prawdziwa sława przyszła jednak wraz z anglosaskimi adaptacjami.

 

Treść "Boga mordu" to wariacja klasycznego motywu kilku osób, skonfrontowanych ze sobą w limitowanych czasowo i przestrzennie okolicznościach. Reza przeciwstawia sobie dwa mieszczańskie małżeństwa, które spotykają się z powodu bójki między swoimi pociechami. Po jednej stronie - zapracowany prawnik i jego elegancka żona, po drugiej - hurtownik i zaangażowana autorka książki o Darfurze. Nocne spotkanie zmierza do obnażenia ich ukrytych przekonań, osiągając, przy zachowaniu ironicznej formuły, iście dramatyczne akcenty.

 

We wspomnianej londyńskiej inscenizacji autorstwa Mathew Warchusa, która odbyła się na West Endzie w połowie 2008 roku, w czwórkę bohaterów wcielili się znani brytyjscy aktorzy: Ralph Fiennes, Tamsin Greig, Janet McTeer i Ken Stott. Z kolei amerykańska adaptacja miała premierę rok później na Broadway'u, z udziałem Jamesa Gandolfiniego, Jeffa Danielsa, Hope Davis i Marcii Gay Harden. Spektakl spotkał się z olbrzymim aplauzem nowojorskiej publiczności i zdobył nagrodę Tony (zwaną teatralnym Oscarem).

 

Choć po polskiej realizacji "Boga mordu" nie należy oczekiwać hollywoodzkiej obsady, to już sam tekst sztuki gwarantuje godziwe emocje. Spektakl na deskach Teatru Słowackiego przygotował, na co dzień pracujący w Berlinie Marek Gierszał. W postaci dramatu wcielają się Marta Waldera, Rafał Dziwisz, Marta Konarska i Marcin Kuźmiński. Autorem przekładu sztuki jest Barbara Grzegorzewska. "Bóg mordu" to zresztą nie pierwsza inscenizacja dokonań Rezy na polskich scenach. Sięgali po nie dotąd m.in. Krystian Lupa, Paweł Miśkiewicz czy Krzysztof Zaleski.

 

Oficjalna premiera spektaklu odbędzie się w przyszły czwartek 25 marca. Wczoraj natomiast miał miejsce pokaz przedpremierowy. Zostanie on powtórzony jeszcze dzisiaj, we wtorek i środę o godz. 19.00. Wszystkie przedstawienia odbywają się na Scenie Miniatura. Więcej informacji o sztuce oraz biletach (także promocyjnych) na witrynie Teatru Słowackiego tutaj.»

 

 
22.03.2010  
Piotr Szostak, MUZYKA I SŁOWO - 300. Krakowski Salon Poezji w Teatrze Słowackiego, /www.cracow.pl/
...

Doświadczenie atmosfery salonu, pojęcia tak pojemnego i trudnego do zdefiniowania, że powstają na ten temat całe tomy, wydaje się dziś przeżyciem nierealnym. Spotkania ludzi, którzy mieli coś jeszcze [...]

Doświadczenie atmosfery salonu, pojęcia tak pojemnego i trudnego do zdefiniowania, że powstają na ten temat całe tomy, wydaje się dziś przeżyciem nierealnym. Spotkania ludzi, którzy mieli coś jeszcze do powiedzenia, i interesowali się czymś więcej niż tylko plotką i tanią sensacją, wydają się być zakopane gdzieś w odmętach XIX wieku. Tymczasem w Krakowie istnieje grupa śmiałków, którym udało się wskrzesić atmosferę salonu i od 8 lat z sukcesem gromadzą wokół siebie ludzi walczących z nijakością, w imię czegoś lepszego. Do grona gospodarzy Krakowskiego Salonu Poezji należą: Anna Burzyńska - wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, Józef Opalski - wybitny teatrolog, Bronisław Maj - poeta i eseista, Krzysztof Orzechowski - dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego oraz matka chrzestna całego przedsięwzięcia - Anna Dymna. Po raz trzechsetny w minioną niedzielę, zgodnie z tradycją - w samo południe, zgromadzili w jednym miejscu wybitne osobistości ze świata poezji, muzyki i teatru. Pierwszy dzień wiosny, uznawany również za dzień poezji, niejako sam z siebie narzucił idealny kierunek jubileuszowego spotkania. Tematem przewodnim Krakowskiego Salonu Poezji były więc utwory poświęcone miłości.

 

Duża Scena Teatru Słowackiego wypełniona po brzegi. „Walc kwiatów” Piotra Czajkowskiego w wykonaniu Orkiestry Akademii Beethovenowskiej buduje nastrój. Na scenie najwybitniejsi polscy poeci. Anna Dymna i Krzysztof Globisz czytają wiersze. O miłości można mówić na tyle sposobów: Ewa Lipska, Elżbieta Zechenter-Spławińska, Ludwik Jerzy Kern, Jacek Cygan, Józef Baran, Bronisław Maj, Leszek Aleksander Moczulski, Stanisław Stabro i Adam Ziemianin prezentują swoje utwory. Leszek Długosz odśpiewuje sonet Ronsarda. Nie brakuje tekstów Mickiewicza, Norwida, Miłosza, i Gałczyńskiego. Wisława Szymborska i Julia Hartwig - wielkie nieobecne, niezależnie od siebie, przysłały ten sam, ulubiony wiersz o miłości: „Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził” Stanisława Barańczaka. Zanim na scenę wjechał jubileuszowy tort, salonowa „super star” - Anna Dymna, wraz z Krzysztofem Orzechowskim, wyrecytowali „Hymn o Miłości” Św. Pawła, który naturalną klamrą podsumował poetyckie rozważania.

 

Dobrze było się przekonać, że na świecie istnieją ludzie, dla których poezja jest tak naturalna, jak oddychanie, a w życiu wciąż jeszcze jest miejsce na poetycką metaforę.

 

 
19.03.2010  
(WAK), Przed jubileuszem - Salon i poezja w liczbach, /Dziennik Polski nr 66/
...

Jak wygląda w liczbach Krakowski Salon Poezji - zainicjowany 22 stycznia 2002 r. przez Annę Dymną? «W pierwszych stu spotkaniach najczęściej teksty czytali: Anna Dymna - 11 razy, Błażej Wójcik - 6, An[...]

Jak wygląda w liczbach Krakowski Salon Poezji - zainicjowany 22 stycznia 2002 r. przez Annę Dymną?

 

«W pierwszych stu spotkaniach najczęściej teksty czytali: Anna Dymna - 11 razy, Błażej Wójcik - 6, Anna Radwan-Gancarczyk - 5, Anna Polony i Krzysztof Globisz - 4. Łącznie wzięło w nich udział 161 aktorów. W kolejnych stu rekord pobiła Anna Dymna - 18 razy, Natalia Strzelecka czytała 7 razy, Anna Polony, Krzysztof Orzechowski, Jan Kanty Pawluśkiewicz - po 5. Łącznie było to 171 osób. W trzeciej setce - wliczając w to Salon 300., który odbędzie się pojutrze, rekordzistami są: Anna Dymna i Krzysztof Orzechowski - po 12 razy. Dorota Segda - 6, a Beata Malczewska-Starowieyska - 5. Łącznie jest to 115 aktorów; mniej jako że w tej setce interpretowany był Mickiewiczowski "Pan Tadeusz", którego księgi czytali aktorzy pojedynczo, podobnie jak pieśni z poematu Słowackiego "Beniowski".

 

 

Spotkaniom w Salonie towarzyszy i muzyka: w pierwszej setce najczęściej grali wiolonczelistka Dorota Imiełowska - 12 razy, inny anioł, skrzypaczka Halina Jarczyk - 7 razy, podobnie pianista Konrad Mastyło. Renata Żełobowska-Orzechowska zasiadła do instrumentu 8 razy, a harfistka Elżbieta Baklarz i pianistka Mariola Cieniawa - po 5. W drugiej setce znów najczęściej towarzyszyli aktorom Konrad Mastyło, Halina Jarczyk - po 10 razy, pianista Jacek Bylica - 9, Dorota Imiełowska - 7. W sumie w pierwszych stu spotkaniach z poezją było to 109 muzyków, w następnej setce - 123.

 

 

A sama poezja? Dominowała rodzima; utwory Czesława Miłosza pojawiały się w pierwszych stu spotkaniach 9-krotnie, Wisławy Szymborskiej i Juliana Tuwima - 8-krotnie, a Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Adama Mickiewicza - podczas siedmiu spotkań. W setce kolejnej dominowali znów Gałczyński, Miłosz i Szymborska, w trzeciej - Mickiewicz. Przypomnijmy, że 12 ksiąg "Pana Tadeusza" trafiło potem do czytelników "Dziennika Polskiego" w postaci płyt audio.

 

 

Dodajmy, że po Salonie w Krakowie powstały jeszcze 22 w Polsce i 4 za granicą - w Dublinie, Sztokholmie, Montrealu i Ottawie.»

 

 
18.03.2010  
łd [Łukasz Drewniak], Encyklopedysta w zalotach - "O rozkoszy" w reż. Macieja Wojtyszki. Pisze Łukasz Drewniak w Przekroju., /Przekrój nr 11/16.03/
...

«Zakochani we władcach filozofowie zwykle doświadczali na własnej skórze skutków walki dobra ze złem. Intelektualny flirt Diderota z Katarzyną Wielką na szczęście nie obudził absolutnego Zła. Ot, cary[...]

«Zakochani we władcach filozofowie zwykle doświadczali na własnej skórze skutków walki dobra ze złem. Intelektualny flirt Diderota z Katarzyną Wielką na szczęście nie obudził absolutnego Zła. Ot, caryca filozofowi zrobiła dobrze, a potem kazała jechać precz. "O rozkoszy" to dowcipny apokryf traktujący właśnie o tym, jak mógł wyglądać rosyjski epizod z życia wielkiego encyklopedysty, który przybywa do Petersburga na zaproszenie zaczy-tanej w jego pismach carycy i ulega iluzji, że może mieć istotny wpływ na edukację imperium. Związek imperatorowej z filozofem zasadza się jednak na fundamentalnym nieporozumieniu. Diderot twierdzi, że samo czynienie dobra jest największą rozkoszą dla człowieka. Katarzyna uważa, że już sama rozkosz jest dobrem. I wygrywa: Diderot, propagator racjonalizmu i dystansu wobec teatru życia, zaczyna marzyć o rozkoszy filozofowania ustami - byle z Katarzyną. Wojtyszko opowiada tę historię za pomocą teatru kostiumowego, prowadząc ją w eleganckich i ironicznych konwersacjach. Tomasz Międzik jest Diderotem ospałym i nieporadnym w amorach. Brawurowo rolę faworyta Potiomkina wiedzie Wojciech Skibiński. Rafał Dziwisz jako obły i cyniczny agent Grimm zagrał chyba najlepszą rolę w karierze. Joanna Mastalerz (Katarzyna) z uciemiężonej dzieweczki zmienia się w sawantkę z rokokowym afro na głowie, by na koniec objawić oblicze chutliwej, bezwzględnej modliszki. Patrząc, jak uwodzi Diderota, zaczynałem żałować, że nie dość pilnie studiowałem filozofię.»

 
17.03.2010  
(JOC) [Jolanta Ciosek], Jak u Hitchcocka - Sztuka Yasminy Rezy u Słowackiego, /Dziennik Polski nr 64/
...

- Szalenie zależy mi na tym, by państwo mówili w mieście: świetne przedstawienie, fantastyczni aktorzy, przychodźcie do teatru. Dlatego pokażemy wam tyle scen, ile chcecie - zachęcał dziennikarzy reży[...]

- Szalenie zależy mi na tym, by państwo mówili w mieście: świetne przedstawienie, fantastyczni aktorzy, przychodźcie do teatru. Dlatego pokażemy wam tyle scen, ile chcecie - zachęcał dziennikarzy reżyser Marek Gierszał podczas wczorajszej konferencji prasowej poświęconej najbliższej premierze "Boga mordu" w Teatrze im. J. Słowackiego (25 marca, Scena Miniatura).

 

«Sztuka Yasminy Rezy, wybitnej francuskiej dramatopisarki, znanej w Polsce z takich utworów, jak "Życie: trzy wersje" i "Sztuka" powstała zaledwie cztery lata temu i już podbiła najlepsze europejskie sceny, wystawiono ją m.in. w Berliner Ensemble i na West Endzie. Obsypana została wieloma prestiżowymi nagrodami, w tym Tony Awards - za Najlepszą Sztukę Roku. Prawo do polskiej prapremiery otrzymał od autorki - znanej z chimerycznych nastrojów i surowych ocen - krakowski "Słowak" i Marek Gierszał, reżyser teatralny i filmowy, absolwent Wydziału Aktorskiego krakowskiej PWST, mieszkający i pracujący od ponad 20 lat w Berlinie. Autorką scenografii jest Hanna Sibilski, warszawianka, także od lat pracująca w Berlinie.

W spektaklu zobaczymy Martę Konarską, Martę Walderę, Rafała Dziwisza i Marcina Kuźmińskiego.

"Bóg mordu" to z pozoru banalna historia: spotykają się dwa małżeństwa, by w sposób koncyliacyjny załatwić sprawę bójki ich synów. Jednak wraz z upływem czasu sytuacja coraz bardziej gęstnieje i zaczynamy być świadkami dyskusji, a raczej sporu nad kondycją współczesnego człowieka, współczesnej rodziny. - Ta sztuka zachwyciła mnie od samego początku. Jest inteligentna, zabawna, mądra. A przy tym nikt nikogo nie poucza, nie grozi palcem, a mówi o człowieku prawdy głębokie, straszne. Mówi o jego słabościach i wielkościach. O tym, że nie potrafimy sobie naszych życiowych klocków poustawiać. Tytuł oryginału brzmi "Bóg rzezi" i on tak naprawdę oddaje ducha tej sztuki. Ale proszę pamiętać, że przy całej powadze sytuacji ten tekst ma wiele momentów komediowych. U nas jest trochę jak u Hitchcocka - zaczynamy trzęsieniem ziemi, a potem... - zapewniał reżyser.

Spektakle przedpremierowe: 20-24 bm.»

 

 
17.03.2010  
Joanna Weryńska, W każdym z nas drzemie bóg mordu, /Polska Gazeta Krakowska nr 64/
...

Niektóre fragmenty tego tekstu są nawet mocniejsze niż rzeź, tak że chciałoby się po prostu wziąć kawał mięsa iw kogoś nim rzucić. Widać, że autorka jest socjologiem, który idealnie obserwuje społecze[...]

Niektóre fragmenty tego tekstu są nawet mocniejsze niż rzeź, tak że chciałoby się po prostu wziąć kawał mięsa iw kogoś nim rzucić. Widać, że autorka jest socjologiem, który idealnie obserwuje społeczeństwo. Zdaje sobie ona sprawę z tego, jak można doprowadzić człowieka do takiego stanu, w którym wychodzi z niego istna bestia - mówi Marek Gierszał, reżyser spektaklu "Bóg mordu", którego premierę obejrzymy w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie.

 

«Czy drzemie w Panu bóg mordu?

 

- Chyba w każdym z nas. Ja staję się nim zwykle przed premierą. Przekonać się mogą o tym aktorzy, którzy ze mną współpracują. (śmiech).

 

Co, Pana zdaniem, sprawiło, że sztuka Yasminy Rezy cieszy się takim powodzeniem na światowych scenach teatralnych? Teraz nawet Roman Polański zamierza nakręcić na jej podstawie film?

 

- Jest po prostu genialna. Mówi o człowieku prawdy głębokie i straszne. Opowiada o tym, że nie zawsze umiemy poukładać swoje klocki w życiu i kiedy wszystkie się nam wysypują, to stajemy się gadami. I to wszystko autorka opisuje z humorem. Mnie zachwyciła od pierwszego czytania.

 

Ale temat jest banalny - spotkanie dwóch małżeństw z powodu bójki ich dzieci.

 

- To spotkanie odbywa się w saloniku z pięknymi tulipanami i stopniowo staje się przyczyną istnej rzezi. To sztuka dowcipna, inteligentna, głęboka. Nikt mi nie powie, że to jest historia banalna. Wystarczy zwrócić uwagę na jej drugie dno.

 

Ponoć autorka sama wybiera sobie teatry, gdzie wystawiane będą jej sztuki...

 

- Reza jest dość dziwnym człowiekiem. W momencie kiedy krakowski teatr się tym tekstem zainteresował, prawa do niego wykupił już Berliner Ensemble, gdzie spektakl został zrealizowany jako prapremiera światowa. Moje korespondencje listowne z autorką trwały prawie trzy lata. Dopiero kiedy dokładnie dowiedziała się jak wygląda scena w Teatrze im. J. Słowackiego, wyraziła zgodę.

 

A kim jest tytułowy "Bóg mordu"?

 

- Nazwałbym go nie tyle "Bogiem mordu", ile "Bogiem rzezi". Chyba taki tytuł byłby dla tej sztuki lepszy. Niektóre fragmenty tego tekstu są nawet mocniejsze niż rzeź, tak że chciałoby się po prostu wziąć kawał mięsa iw kogoś nim rzucić. Widać, że autorka jest socjologiem, który idealnie obserwuje społeczeństwo. Zdaje sobie ona sprawę z tego, jak można doprowadzić człowieka do takiego stanu, w którym wychodzi z niego istna bestia.»

 

 
16.03.2010  
Katarzyna Dreszer, "O rozkoszy" bez rozkoszy - pisze Katarzyna Dreszer. Teatralia , /Teatralia/
...

Główną osią fabularną spektaklu jest relacja między Diderotem (Tomasz Międzik) a carycą Katarzyną II (Joanna Mastalerz), ich znajomość oraz pięciomiesięczny pobyt filozofa na carskim dworze. Jednak og[...]

Główną osią fabularną spektaklu jest relacja między Diderotem (Tomasz Międzik) a carycą Katarzyną II (Joanna Mastalerz), ich znajomość oraz pięciomiesięczny pobyt filozofa na carskim dworze. Jednak oglądając spektakl, odniosłam wrażenie, że jest to pretekst do próby pokazania mechanizmów władzy, życia na dworze, intryg oraz konieczności emocjonalnego zamknięcia przed światem.

Dzieje się tak, ponieważ to, co czujemy, każdy gest, każde zachowanie są zauważane, interpretowane i może być źle odebrane przez lud albo, co gorsze, wykorzystane przez salonowe towarzystwo czy przeciwników politycznych. Mimo że rolę narratora pełni Diderot, zaś zdarzenia są pokazywane z jego perspektywy, za postać centralną spektaklu można uznać Katarzynę. Ona w pewnym sensie steruje Diderotem, jest on od niej zależny. Zarazem jest nim zafascynowana intelektualnie, później również fizycznie, jednak przez cały czas to właśnie ona ma kontrolę nad ich znajomością.

Ta fascynacja jednak mogłaby być na scenie jednak pokazana bardziej wyraziście, ponieważ oglądając spektakl, nie odczuwałam, że między Katarzyną a Diderotem dochodziło do szczególnie intensywnych napięć czy interakcji, które doprowadzałyby do tytułowej rozkoszy. Mimo to aktorstwo jest na niezłym poziomie. Szczególnie wyróżniają się Joanna Mastalerz jako Katarzyna II, Lidia Bogaczówna jako caryca Rosji - Elżbieta, Marta Waldera jako Mawra. Historia tej ostatniej była jedną z bardziej poruszających.

 

Ciekawym zabiegiem są retrospekcje pojawiające się w trakcie spektaklu (przywodzące na myśl technikę filmową), a dotyczące egzystencji Katarzyna na dworze, jeszcze za życia jej męża i Elżbiety. Można znaleźć w nich uzasadnienie dla osobowości późniejszej Katarzyny - carycy; pokazują jak bardzo zmieniła się od tamtego czasu, jak bardzo nieszczęścia i trudy pałacowego życia zahartowały jej charakter.

Jednym z bardziej udanych elementów spektaklu była scenografia Anny Sekuły. Minimalistyczna, a zarazem sygnalizująca przepych carskiego pałacu, której głównym elementem była bogato zdobiona ściana (jakby "przedłużenie" wystroju Teatru im. J. Słowackiego) z rozsuwającymi się drzwiami pośrodku. Tylko czasami dane jest widzom zobaczyć, co dzieje się za nimi, tylko czasami ściana zostaje podświetlona, a przez to przezroczysta. Wychodzą zza tych drzwi najważniejsze postacie dworu, w momencie, kiedy mają one władzę, między innymi caryca Elżbieta, czasem caryca Katarzyna w czasie swego panowania, podczas pełnienia oficjalnych funkcji. Za linią ściany, przy otwartych drzwiach zostaje zamordowany car Rosji Piotr III. Można również odbierać te drzwi jako granicę, za którą mają miejsce wydarzenia, spiski, jakie nie mogłyby być ukazane na pełnych konwenansów i gry pozorów salonach.

Scena w tym spektaklu jest przedłużona, czasem tylko pojawiają się na niej nieliczne rekwizyty. Przez zastosowanie tego zabiegu odebrałam intensywniej pojawiające się postaci, niektóre z nich wydawały się zagubione, inne natomiast swoją obecnością "zagarniały" od razu całą scenę, skupiając na sobie uwagę. Jest to korzystne tło dla gry aktorskiej. W tym momencie trzeba również zwrócić uwagę na kostiumy, które stanowią jakby kontrast w stosunku do scenografii. Sprawiają wrażenie wzorowanych na epoce, ale przez wspomnianą wyżej koncepcję scenograficzną wkomponowują się w całość, szczęśliwie unikając kiczowatego przepychu.

Zazwyczaj oglądając spektakl, "wchodzę" w świat bohaterów, analizuję ich problemy, przeżycia, skupiam się na wykreowanym przez reżysera świecie, przez co jakby odrywam się od mojej rzeczywistości, zapominam, gdzie jestem. Podczas przedstawienia "O rozkoszy" niestety się to nie udało. Spektakl był poprawny, jednak nie miał w sobie tego "czegoś", co sprawia, ze wychodząc z teatru, myślę o oglądanym przedstawieniu, zastanawiam się nad momentami, które mnie zaintrygowały, których może do końca nie zrozumiałam, nie były oczywiste, łatwe, ale za to fascynujące emocjonalnie lub intelektualnie.

Przy tym wszystkim tytuł pozostaje dla mnie dosyć enigmatyczną kwestią. Nie wydaje się, by był on do końca uzasadniony, jeśli odnieść go do relacji Katarzyny i Diderota - tutaj można dywagować najwyżej o przyjemności. Jeżeli już mówić o rozkoszy, to tylko w kontekście spełnienia żądzy władzy, przewagi na innymi. Również jako widz nie odczuwałam jakiejś szczególnej rozkoszy. Jedynie coś pomiędzy umiarkowanym zadowoleniem a obojętnością.

 
16.03.2010  
Paweł Głowacki, Jedna z czterech opowieści - Krakowski Salon Poezji. III i IV pieśń "Odysei czytali Małgorzata Gałkowska i Krzysztof Globisz. Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim., /Dziennik Polski nr 63 /
...

«Znów czytał ktoś "Odyseję" Homera, znów ktoś słuchał. Który to już raz?   Od dnia odległego, gdy litery były dla wybranych i ślepy wędrowiec, będąc w zgodzie ze swym imieniem - słowo Homer znaczy teg[...]

«Znów czytał ktoś "Odyseję" Homera, znów ktoś słuchał. Który to już raz?

 

 

Od dnia odległego, gdy litery były dla wybranych i ślepy wędrowiec, będąc w zgodzie ze swym imieniem - słowo Homer znaczy tego, który składa części w całość - zaczął snuć ludziom "Iliadę" i "Odyseję" - ile razy powtórzył się rytuał głosu i ucha? W każdym miesiącu kolejnych tysiącleci, we wszystkich punktach globu i wszystkich językach, wiosną, latem, jesienią, zimą - ilu słuchało opowieści, słuchając kogoś, kto je mówi, bądź słuchając siebie czytającego albo recytującego z pamięci dwie fabuły nie do zapomnienia? W ostatnią niedzielę Małgorzata Gałkowska i Krzysztof Globisz czytali w Salonie Poezji III i IV pieśń "Odysei". Którzy byli w kolejności? Miliard czwarci? Sto miliardów drudzy? Czterysta miliardów pierwsi? Przesadzam? A my, cośmy słuchali - którymi w nieskończonym szeregu zasłuchanych żeśmy byli?

 

 

Lepiej nie chcieć znać dokładnej odpowiedzi. Lepiej rzec tak, jak mawiał inny genialny opowiadacz, ślepy niczym Homer: liczba tych, co czytali i słuchali "Odysei", jest liczbą piasku. I co? Stary jak świat rytuał głosu i ucha wciąż nie znudził się ludzkości? Wychodzi na to, że nie. I wychodzi też na to, że akurat dziś jest to fakt uspokajający. Nowoczesne Pytie komórkowo-internetowo-tabloidalno-telewizyjne, wieszczą rychłą śmierć spokojnych historii i nadejście królestwa bekającej krótkości. A tu, w Salonie - co?

 

 

W sumie nic wielkiego. Wyłączone komórki, martwe esemesy, zamknięte internety, zgaszone telewizory, do zera ściszone radia, analfabetyczna prasa w koszach. Zamiast tego - Gałkowska, Globisz, my i długi, bardzo długi oddech fraz Homera. Tylko tyle. Pieśń III - okręt Telemacha zawija do portu w Pylos. Który to już raz? Pieśń IV - Telemach z synem Nestora Pejsistratem przybywa na dwór Menelaosa. Który raz w dziejach ludzkości? Telemach szuka śladów ojca, zbiera mętne wieści o Odysie, ma nadzieję, nie ustaje, bo chce ocalić Itakę. Który raz? I który raz ci, co opowiadają, i ci, co słuchają, spokojnie przyjmują powolność opowieści?

 

 

W intonacjach Gałkowskiej i Globisza świat się kleci niespiesznie. Wiecznie zmienne odcienie morza, biel skał, niebo jak wieczność. Statecznie przybywają głosy ludzi i bogów. Gałkowska i Globisz są Nestorem, Heleną, Menelaosem, albo Pallas Ateną, odlatującą w postaci ptaka. Słowo po słowie - są wszystkimi, są ich bajaniem bądź milczeniem, a gdy bohaterowie znikają - są narracją samego Homera. Z nim w finale pieśni IV wracają na Itakę, by być wielką modlitwą Penelopy, modlitwą do Ateny o ocalenie syna, Telemacha. Zostanie wysłuchana? Diabli wiedzą. Trzeba poczekać. Na razie gachowie szykują zasadzkę pod skałą Asteris...

 

 

Tak, trzeba poczekać, aż w przyszłym miesiącu Andrzej Seweryn przeczyta następne dwie pieśni. Może Telemach ocaleje? Który to już raz? I czekając na Seweryna - powtarzać sobie warto, co wspomniany opowiadacz genialny, jak Homer ślepy Jorge Luis Borges, rzekł w drobiazgu "Cztery cykle". A mówił, że opowieści są cztery. Odwieczne, nieusuwalne, niezmienne. Jedną z nich jest właśnie "Odyseja" - opowieść o tułaczce i o powrocie do Itaki, do każdej Itaki każdego. Zatem - opowieści są cztery. Tego uczy genialny ślepiec. I nie pozostawia złudzeń: "Przez czas, jaki nam pozostał, będziemy je przeobrażać i snuć wciąż od nowa." Coś jeszcze?»

 

 
09.03.2010  
Paweł Głowacki, Brak słów - Krakowski Salon Poezji poświęcony Fryderykowi Chopinowi i jego muzyce w 200. rocznicę urodzin Kompozytora "Byłem u Ciebie w te dni, Fryderyku". Wiersze czytali Dominika Bednarczyk, Joanna Mastalerz, Rafał Dziwisz i Krzysztof Orzechowski. Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim., /Dziennik Polski nr 57/
...

«Niespodziewana dziurka w gazowej rurze, czy szpilką kłuta mysz? A może dzwonienie komórki? Długo szukałem źródła pisku. Akustyka złotego foyer Teatru im. Juliusza Słowackiego tworzyła złudzenie, że p[...]

«Niespodziewana dziurka w gazowej rurze, czy szpilką kłuta mysz? A może dzwonienie komórki? Długo szukałem źródła pisku. Akustyka złotego foyer Teatru im. Juliusza Słowackiego tworzyła złudzenie, że pisk dochodzi naraz z tyłu, z przodu i z kąta każdego. Tak, zewsząd - ciche, uporczywe, wedle reguł niepojętego rytmu łamiące się piiissypiiiispipipisyyyy... Niby jak inaczej to ująć mam?

 

 

No właśnie. Jak pisać o brzmieniu, które nie jest językiem, ale jest opowieścią? Rozwinąć bajkę o myszy kłutej szpilką, czy poprzestać na kapitulanckiej nędzy narzecza dźwiękonaśladowczego? Jakimi słowami odpowiadać na mniej lub bardziej śpiewnie zorganizowany brak słów, co uszom spokoju nie daje? Jak pisać o pisku? Jak pisać o muzyce? Na przykład - o wiecznych nutach Fryderyka Chopina? No - jak?

 

 

Ostatni Salon Poezji niechcący odświeżył starą tę bezradność ludzkości zasłuchanej w sonaty, symfonie, fugi oraz inne preludia. Obchodzimy 200. rocznicę urodzin Chopina. Polska cała, świat cały, wszyscy - pomijając kilka cokolwiek neandertalskich plemion i garść głuszców - do końca roku wszyscy czcić będziemy rok Jemu poświęcony. Dlatego Dominika Bednarczyk, Joanna Mastalerz, Rafał Dziwisz i Krzysztof Orzechowski czytali wiersze pisane na kanwie Jego nut.

 

 

Cyprian Kamil Norwid, Mieczysław Jastrun, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Kornel Ujejski, Roman Brandstaetter, Teofil Lenartowicz, Jerzy Hordyński, Eugeniusz Korwin-Małaczewski, Konstanty Ildefons Gałczyński, Jan Twardowski, Jarosław Iwaszkiewicz, ba, nawet Stanisław Lem. Czytając ich strofy - odczytywali bezsilność ich lirycznych odpowiedzi na muzykę Chopina. I nie ma się jej co dziwić.

 

 

Tak, nie ma się co dziwić słownej bezradności mniejszych, skoro sam Tomasz Mann nie dał rady. Gdy na Salonie pojawił się pisk, pomyślałem o Tomasza Manna "Doktorze Faustusie", o VIII rozdziale tej nieogarnionej powieści, w którym Mann, każąc jąkającemu się Wendellowi Kretzschmerowi wygłosić wykład "Dlaczego Beethoven nie napisał trzeciej części Sonaty Fortepianowej op.III?" - kazał mu poprzestać na biedzie fałszywej onomatopei. Gdy jąkała dochodzi do nut, krzyczy: bum, hum - wum, wum - szrum, szrum. Krzyczy długo tak, po czym pieje: dim - dada, dim - dada, dim - dada!... To wszystko? Tak mało? Bełkot gardła jako jedyna uczciwa odpowiedź na brak słów w genialnym fortepianie? Nic więcej nie da się zrobić sensownego?

 

 

Nie wiem. Pozostaje mi więc tylko dokończyć opowiastkę. Otóż, by wszędzie celebrowaną odświętność roku Chopinowskiego uczłowieczyć, ściągnąć z nieba na ziemię, skruszyć jej koturny i wysuszyć wielkie niczym kurze jaja, biało-czerwone łzy narodu - aktorzy, co im się chwali, robili wiele, tyle że niewiele mogli. Pospolite ruszenie wzruszenia jest nie do zatrzymania. Gdy akademia sięgała zenitu - nie pamiętam, czy na słowach Ujejskiego, czy na słowach Twardowskiego - usłyszałem rzeczony pisk tajemny i zobaczyłem jak salonowa bywalczyni, co siedziała przede mną, dłonią w ucho swe puka tak, jak by wodę wypukiwała. Długo pukała. Pukała, pukała i pukała, aż wreszcie - udało się! I wtedy zrozumiałem!

 

 

Pisk nie ustawał, lecz nie było to brzmienie niespodziewanej dziurki w rurze gazowej, ani myszy szpilką kłutej, ani też komórkowego telefonu. Bywalczyni trzymała oto w dłoni swój wypukany aparat słuchowy, który odmówił posłuszeństwa. Był jednym małym, cichym, uporczywym, łamiącym się piiissypiiiispipisyyyy. Pomyślałem wtedy nie tylko o bezradności słów wobec muzycznych opowieści bez słów. Słuchając spiżowiejącej akademii salonowej, pomyślałem, że złośliwość rzeczy martwych w uchu miewa czasem dobre strony.»

 

 
01.03.2010  
Justyna Nowicka, Mity w Starym, rozkosze przy placu Świętego Ducha, /Kraków nr 2/3/02/03-2010/
...

(...)Filozoficzna rozkosz u Słowackiego Na przekór teatralnym modom Maciej Wojtyszko konstruuje na scenie filozoficzne przypowieści. Czyni to z wdziękiem i nie ukrywając, że bawi się umownością takiej[...]

(...)

Filozoficzna rozkosz u Słowackiego

Na przekór teatralnym modom Maciej Wojtyszko konstruuje na scenie filozoficzne przypowieści. Czyni to z wdziękiem i nie ukrywając, że bawi się umownością takiej sytuacji. Mimo pikantnej sugestii w tytule sztuka Wojtyszki "O rozkoszy" [na zdjęciu] nie traktuje o seksie. Głównym tematem dramatu jest problem wolności i władzy, prawdziwie "niebezpieczne związki" pomiędzy rosyjską carycą Katrzyną II a francuskim filozofem Denisem Diderotem. Tekst koncentruje się na kilkumiesięcznym pobycie filozofa na jej petersburskim dworze w 1774 roku.

Wojtyszko pozbawia swoich aktorów prawie wszystkich teatralnych podpórek. To przedstawienie jest jak rozprawa oparta na racjach i emocjach. Szkoda, że nie zawsze artykułowanych z równą siłą - obok świetnych ról Lidii Bogaczówny (caryca Elżbieta) czy Joanny Mastalerz (Katarzyna II) blado i nieprzekonująco wypada Diderot Tomasza Międzika, aktorsko bezbarwny i pozbawiony charakteru. Ciekawie prezentuje się pełen indywiduuów dwór Katarzyny: stada rywalizujących faworytów, hierarchia dam, z których jedna zwana "probier-damą" zajmowała się włącznie testowaniem nowych kochanków dla cesarzowej...

"Diderot, naucz mnie, jak postępować z ludźmi, jak myśleć, jak radzić sobie z życiem. Czuję się samotna i bezradna" - prosiła Katarzyna w zamian ofiarując filozofowi nie tylko pieniądze, ale także swoje ciało. Ostatecznie najwyższą rozkoszą okazuje się jednak sama władza - dzięki niej Katarzyna najpierw może kupić filozofa, potem odrzucić go, a nawet grozić mu śmiercią. Naukowe dysputy, wspólne wieczory, napisany specjalnie na zamówienie carycy memoriał o reformie społecznej okazują się igraszką monarchini, zabawką, którą znudzona odrzuca szybko i bez skrupułów.

 

Czas na monodram

Teatr im. Słowackiego stawia w tym sezonie na monodramy. Pierwszy z nich to "Noc tuż przed lasami" Bernard-Marie Koltesa - dramaturga porównywanego czasem z Beckettem. Sztuka powstała w 1976 roku, uważana jest za przełomową w dorobku Koltesa - zyskała ogromne uznanie krytyki i zainicjowała międzynarodową sławę zmarłego w 1989 roku autora. Bohaterem jest człowiek funkcjonujący poza systemem społecznych reguł: samotnik, może kloszard. Sztuka ma formę gwałtownego, pełnego emocji wewnętrznego monologu - w poszukiwaniu drugiego człowieka, wobec odosobnienia.

Koltes ma opinię dramaturga trudnego i spektakl na scenie Miniatura tę reputację potwierdza. Monodram powstał z inicjatywy Radka Krzyżowskiego - jednego z najciekawszych aktorów swojego pokolenia, który stworzył kreację w "Samotności pól bawełnianch" Koltesa. Umiejętności warsztatowe tego wybitnego artysty wystarczają, by tekst Koltesa stał się czytelny, komunikatywny, co samo w sobie jest nie lada zadaniem. Zamiast spektaklu otrzymujemy jednak coś w rodzaju etiudy, w której doświadczony aktor bada przed publicznością możliwości tekstu. Momentami czyni to bardzo interesująco. Wielkim błędem wydaje się jednak powierzenie reżyserii mało doświadczonej Darii Woszek. Skromność teatralnych środków, jakimi się posługuje, czynią sztukę Koltesa monotonną i niejasną, z dyskretnie tylko i zaznaczonymi dramatycznymi węzłami. Forma powściągliwa i nijaka sztuce Koltesa chwały nie przynosi.

 

Ogród Sztuki przy Rajskiej

Teatr im. Słowackiego będzie mieć nową scenę. Za dwa lata powstanie w Krakowie Małopolski Ogród Sztuki - nowoczesna przestrzeń, w której odbywać się będą spektakle teatralne, koncerty, wystawy, pokazy multimedialne oraz zajęcia edukacyjne. Powstanie przy ul. Rajskiej, naprzeciwko Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, w miejscu, gdzie od lat znajdowały się pracownie techniczne teatru im. Słowackiego, a przed wojną były m.in. kina, rewie, kabarety, operetka i miejska sala wystawiennicza.

Dyrektor Teatru im. Słowackiego Krzysztof Orzechowski podkreśla, że wybudowanie Małopolskiego Ogrodu Sztuki znacznie rozszerzy możliwości działania teatru. - Naszej scenie przy placu Św. Ducha często zarzuca się konserwatyzm i przywiązanie do tradycyjnego repertuaru. I trudno temu uparcie zaprzeczać, przecież Teatr im. Słowackiego był nowoczesną sceną pod koniec XIX wieku, kiedy powstawał.. Nowa scena przy Rajskiej służyć będzie właśnie teatralnym eksperymentom na miarę XXI wieku.

Grałek jubilatem

Jubileusz 45-lecia pracy artystycznej obchodził w Starym Teatrze Jerzy Grałek, Do Starego Teatru został zaangażowany w 1986 roku i pozostaje w jego zespole do dziś. "Jerzy Grałek to aktor pełen dynamiki, skupiony i precyzyjny, zaskakujący w swych licznych metamorfozach" - tak komentuje jego aktorstwo Elżbieta Binczycka ze Starego Teatru.»

 
28.02.2010  
Paweł Głowacki, Dziesięcionogi skorupiak z Atlantyku - 297 Krakowski Salon Poezji. Pieśni I i II “Odysei" Homera czytali: Anna Dymna i Krzysztof Orzechowski. Grali: Sławomir Berny na instrumentach perkusyjnych, Adam Kawończyk na fletni Pana. , /Dziennik Polski/
...

"Co dziś macie, panie starszy, z Homera?" Można tak żartować, śmiać się lekko, bo niby komu to szkodzi? Można w restauracji frutti di mare bawić gości pytaniem kabaretowym, lecz ile dni minie - jak ni[...]

"Co dziś macie, panie starszy, z Homera?" Można tak żartować, śmiać się lekko, bo niby komu to szkodzi? Można w restauracji frutti di mare bawić gości pytaniem kabaretowym, lecz ile dni minie - jak niewiele? - do tej pory obiadowej, kiedy pan starszy, który rzecz jasna okaże się młodzieńcem przed dwudziestką, muchę poprawi, otwartą kartę dań na obrusie położy i profesjonalnie wyrecytuje: "To zależy, co pan sobie winszujesz: mamy go na ostro w galarecie, mamy smażonego w panierce i mamy dietetycznego z wody plus kiszona kapusta i pieczywko... Lecz ja bym zupę polecił, specjalność dnia, danie szefa kuchni: rosół z homara, z makaronem bądź kartoflami!"

Homer... homar... Hemar... hammer... hamburger... hamulec... hamak... W gruncie rzeczy - jaka to różnica? Dla głowy kelnera nowoczesnego - różnica kilku liter zaledwie. I co z tego? Otóż to, że trzeba się pilnować, by nie biadolić nad dzisiejszym upadkiem już nie erudycji podstawowej, lecz orientacji najprostszej, godnej piastowskiego kmiecia orientacji w czasie, przestrzeni i starych opowieściach. Pilnuję się więc. Od niedzielnego Salonu Poezji, kiedy Anna Dymna i Krzysztof Orzechowski lekturą dwóch pierwszych pieśni "Odysei" otworzyli kolejny po "Panu Tadeuszu" i "Beniowskim" cykl czytania dzieł gigantycznych - nie szlocham nad wnętrzem głowy kelnera. Ani nad tym, że "kelnerów" takich jest już dziś jak psów - i w każdej dziedzinie nowoczesności, głównie wśród młodych.

Istnieją widma - Homer, Dante, Szekspir, jeszcze kilku - które jakoś niestosownie jest wspierać swą gromką troską edukacyjną. Tak jak naiwnością jest sądzić, iż pustoszejące łby "kelnerskie" poważnie zagrażają wieczności widm. Jeśli dla wydrążonych dyń Fryderyk Chopin akurat dziś, w ogólnoświatowym roku chopinowskim, oznacza flaszkę gorzały - to co komu szkodzi, że dziś też, gdy "Iliada" i "Odyseja" wypadły z list lektur obowiązkowych, Homer jest dla nich dziesięcionogim skorupiakiem z Atlantyku? Tak naprawdę - nic. Nie szkodzi to nic i nikomu.

Cicho więc siedź, cicho bądź. W wierszu "Dlaczego klasycy", zestawiając intonacyjny umiar Tukidydesa z lukrowaną tromtadracją generałów ostatnich wojen, którzy "skomlą na kolanach przed potomnością/ zachwalają swoje bohaterstwo/ i niewinność" - stary poeta uczy w finale: "jeśli tematem sztuki/ będzie dzbanek rozbity/ mała rozbita dusza/ z wielkim żalem nad sobą// to co po nas zostanie/ będzie jak płacz kochanków/ w małym brudnym hotelu/ kiedy świtają tapety". Bądź więc cicho, z umiarem - dokładnie tak, jak Dymna i Orzechowski czytali heksametry Homera.

To było dobre. W głosach Dymnej i Orzechowskiego - żadnych szans na świtanie tapet, brudny hotel, płacz, brzdęk rozbitej duszy, za to kolosalna, wielkoduszna obojętność wobec codziennego istnienia fundamentalnie wydrążonych dyń nowoczesności naszej, obojętność nie zamierzona. Nikt nie jest jej winien. Po prostu, jeśli w tym samym miejscu i czasie istnieje pęczniejące plemię elokwentnych "kelnerów" oraz intonacja Homera - musi też istnieć czeluść między nimi, nie do zasypania, nie do przeskoczenia. Trzeba to przyjąć, nie ma co łkać.

Niech będzie cicho. Homer - skorupiak, Chopin - flaszka, Kantor - punkt, gdzie euro wymienisz, by mieć na wódkę z zakąską. To są odkrycia nie do obalenia - nie do zagłuszenia intonacja nasza najnowsza. Dwie pierwsze pieśni "Odysei" już zostały przeczytane - Atena już szykuje Telemachowi okręt. W przyszłym miesiącu - kolejne dwie. Telemach wypłynie, by łowić wieści o ojcu Odysie. Do tej pory - cicho siedź, bądź taktowny, mów z umiarem. W restauracji frutti di mare zamów rosół z homara. Najlepszy jest z makaronem.

 
15.02.2010  
Paweł Głowacki, Towarzystwo, kolejny raz - "Noc tuż przed lasami" w reż. Darii Woszek w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim., /Dziennik Polski nr 38/
...

«Każdy mógł to powiedzieć. Dionizos, z flaszką w garści wjeżdżający na ośle do Aten. Później - Sofokles, Szekspir, Molier, Ibsen, Czechow bądź Bernard-Marie Koltes, gdy pisał monodram "Noc tuż przed l[...]

«Każdy mógł to powiedzieć. Dionizos, z flaszką w garści wjeżdżający na ośle do Aten. Później - Sofokles, Szekspir, Molier, Ibsen, Czechow bądź Bernard-Marie Koltes, gdy pisał monodram "Noc tuż przed lasami", lub cokolwiek innego. Obojętne kto.

Każdy uczestnik gry o oddech, inaczej zwanej teatrem, tysiąc, dwa, trzy tysiące lat temu, bądź wczoraj, dziś, przed chwilą, każdy, choćby ten Nikt Bezimienny w szarym prochowcu i czarnych spodniach - Radosław Krzyżowski, na Scenie Miniatura grający w monodramie "Noc tuż przed lasami", tak, każdy mógł ułożyć te słowa w tym porządku. Każdy mógł - ułożył Samuel Beckett w opowieści "Towarzystwo".

"Jakiś głos dochodzi do kogoś w ciemności. Wyobrazić sobie". I jeszcze. "Głos wypowiada się w drugiej osobie. Na trzecią skazany jest ktoś inny. Gdyby mógł mówić do kogoś i o kimś, o kim mówi głos, wtedy mówiłby w pierwszej. Ale nie może. Nie będzie mógł. Nie możesz. Nie będziesz mógł". I jeszcze. "Poza głosem i słabym oddechem nic nie słychać. W każdym razie nic nie słyszy. Mówi mu o tym słaby oddech". Tyle wystarczy, by zacząć kolejną grę o oddech.

Więc - wyobrazić sobie. Pusta scena, światło biedne, pobladłe, nic więcej. On w tym. Nikt o skulonych plecach. Szary prochowiec, czarne spodnie, ciche buty. Dłonie wystrugane z lęku. Nikt mówi. Znów mówi, znów na słabym oddechu. Która to już noc jego słów aż do świtu? Zaczyna, jak wczoraj, jak jutro, jak zawsze. "Skręcałeś za rogiem ulicy, kiedy cię zobaczyłem, pada /.../". Tu urywam.

Muszę urwać. Wyreżyserowana przez Darię Woszek "Noc tuż przed lasami" Koltesa jest jednym zdaniem - makiem sunącym poziomo przez bez mała czternaście stronic. Zdaniem-nie-zdaniem, szmerem piachu liter w klepsydrze, niekończącym się szumem słów iglastych, liściastych, bajką, co wciąż przepędza kropkę, bo kropka oznacza koniec, ciszę, ciemność już nie do rozchylenia. "Noc tuż przed lasami" jest lasem słów odpychających noc.

Mówi więc Nikt. Z pustej sceny, z dna światła biednego, pobladłego - do kogoś w ciemności. To jest sedno teatru. Ktoś samotny i jego słowa, naprzeciwko ciebie cichego - w tym cały teatr tkwi jak owoc w pestce. Na Scenie Miniatura Woszek powtarza za Koltesem to stare zaklęcie sceny. Mówi więc Nikt. Głównie w drugiej osobie. W pierwszej nie może, nigdy nie będzie mógł. Mówi: ty, choć nie o ciebie chodzi. Kiedy słucha się Krzyżowskiego, gdy się patrzy na jego dłonie wystrugane z lęku i samotność jak ołów - przychodzi na myśl wiersz Herberta "Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu".

Należy: "wyodrębnić w sobie/ i jeśli to możliwe/ stworzyć z materii cierpienia/ rzecz albo osobę// grać/ z nim/ oczywiście/ grać// bawić się z nim/ bardzo ostrożnie/ jak z chorym dzieckiem /.../" Nikt gra z tym kimś wyodrębnionym. Mówi doń: ty. Bawi się z nim w słowa ostrożnie, a kamień narasta w gardle. Opowiada wyodrębnionej osobie garść przygód, w czasie odległych i bliskich, garść historyjek o swej włóczędze codziennej, wędrowaniu przez miasto po nic, tylko, by iść, każdym krokiem dowodząc sobie, że się jeszcze jest, historyjek, co mają smak grapefruita, cukru, cytryny, wilgoci powietrza na moście, czegokolwiek, wszystkiego.»

 
10.02.2010  
Justyna Nowicka, Caryca rozpustnica ogrywa filozofa - "O rozkoszy" w reż. Macieja Wojtyszki w Teatrze im.Słowackiego w Krakowie.Pisze Justyna Nowicka w Rzeczpospolitej., /Rzeczpospolita nr 34 /
...

«Mimo sugestii w tytule sztuka Wojtyszki "O rozkoszy" nie traktuje o seksie. Głównym tematem dramatu jest problem wolności i władzy. To kolejny tekst Wojtyszki, w którym "ożywają" postaci history[...]

«Mimo sugestii w tytule sztuka Wojtyszki "O rozkoszy" nie traktuje o seksie. Głównym tematem dramatu jest problem wolności i władzy.

To kolejny tekst Wojtyszki, w którym "ożywają" postaci historyczne. Autor wprowadza do swoich dramatów Piłsudskiego, Żeromskiego i Wyspiańskiego, ale także Petrarkę i Bocaccia, Rossiniego, Wagnera, Bułhakowa. A wszystko po to, by w historycznym kostiumie ścierać ze sobą wciąż żywe poglądy. Tu interesują go "niebezpieczne związki" pomiędzy carycą Katarzyną II a francuskim filozofem Denisem Diderotem.

Diderot fascynował Katarzynę. Ciekawiły ją jego niekonwencjonalne poglądy filozoficzne, jak i bogate życie erotyczne, podsumowane w perwersyjnym dziełku "Niedyskretne klejnoty". Sztuka Wojtyszki koncentruje się na kilkumiesięcznym pobycie filozofa na petersburskim dworze w 1774 roku. Ale znajomość miała znacznie dłuższy staż, wcześniej korespondowali ze sobą przez dziesięć lat. Caryca, zorientowana w problemach finansowych myśliciela, zaproponowała wykupienie należącej do niego biblioteki, przyznając mu prawo do dożywotniego jej użytkowania oraz sowitą pensję bibliotekarza. Libertyn przyjął ofertę, nie do końca przyjmując do wiadomości, że podpisuje coś w rodzaju cyrografu.

Legendarny przepych rosyjskiego dworu znajduje na scenie Teatru im. Słowackiego zaskakująco powściągliwą, umowną formę. Za jedyną dekorację służy imponująca lustrzana ściana (znakomite dzieło scenografki Anny Sekuły), przypominająca i pełne pompy wyposażenie sal Pałacu Zimowego, i kapiące od złota cerkiewne Carskie Wrota. Mocne, milczące tło sugeruje ośrodek władzy i centrum kultu jednocześnie.

Przedstawienie oparte jest na racjach i emocjach. Szkoda, że nie zawsze artykułowanych z równą siłą. Obok świetnych ról Lidii Bogaczówny (caryca Elżbieta) czy Joanny Mastalerz (Katarzyna II) blado i nieprzekonywająco wypada Diderot Tomasza Międzika - aktorsko bezbarwny i pozbawiony charakteru.

"Diderot, naucz mnie, jak postępować z ludźmi, jak myśleć, jak radzić sobie z życiem. Czuję się samotna i bezradna" - prosiła Katarzyna, w zamian ofiarując filozofowi nie tylko pieniądze, ale także ciało. Ostatecznie najwyższą rozkoszą okazuje się jednak sama władza - dzięki niej Katarzyna najpierw może kupić filozofa, potem odrzucić go, a nawet grozić mu śmiercią. Naukowe dysputy, wspólne wieczory okazują się igraszką monarchini, zabawką, którą znudzona odrzuca szybko i bez skrupułów.»

 
09.02.2010  
Jacek Sieradzki, Subiektywny spis aktorów teatralnych Jacka Sieradzkiego (2009), /e-teatr/
...

Nie od dziś wiadomo, że w powodzeniu bądź niepowodzeniu roli, obok osobistych przymiotów aktora znaczną rolę odgrywa palec Boży. Nikt jednak dotąd nie definiował jego wpływu tak jednoznacznie, jak rec[...]

Nie od dziś wiadomo, że w powodzeniu bądź niepowodzeniu roli, obok osobistych przymiotów aktora znaczną rolę odgrywa palec Boży. Nikt jednak dotąd nie definiował jego wpływu tak jednoznacznie, jak recenzentka teatralna „Naszego Dziennika”, Temida Stankiewicz-Podhorecka. Obejrzawszy w kinie Adama Woronowicza jako księdza Popiełuszkę nabrała ona pewności, że powierzenie tej roli aktorowi było aktem najwyższej łaski. „Tak to widzę, ponieważ dotychczasowe role teatralne Adama Woronowicza nie należą przecież do wyjątkowych, a nie brakuje też zupełnie nieudanych. Trudno by tu mówić o jakimś szczególnym talencie aktorskim. W najlepszym razie średniactwo i tyle. Aż tu nagle spada na Woronowicza rola ks. Jerzego. Czy aktor, któremu zostało dane takie dobro, duchowe i zawodowe, zastanawia się, dlaczego je uzyskał i jak ma je spożytkować dalej w swoim życiu?

Wątpię” – konkluduje okrutnie recenzentka i miesza z błotem role, w których Woronowicz sprzeniewierza się łasce, pnąc się, jak powiada, do kariery po drabinie z przegniłymi szczeblami. Nie jest jednak konsekwentna. Bo niby dlaczego szafarzem dobra w życiu aktora czyni Stwórcę, a za błędy zrzuca odpowiedzialność na wątłe barki ludzkie? A może to Kusiciel osobiście omamił Woronowicza i pchnął go w ramiona Sylwii nomen omen Chutnik tudzież Doroty Masłowskiej, autorek plugawych dzieł, w których aktorowi przyszło wystąpić? Koncepcja, żeby odpowiedzialnym za wybór ról uczynić siły transcendentne, przywitana zostałaby przez środowisko aktorskie z jednomyślnym aplauzem. Szept „kara Boża” słyszy się przecież i dziś nieustannie, choćby gdy przychodzi do współpracy z niektórymi reżyserami.

Żarty żartami, ale specyfika sztuki aktorskiej w samej rzeczy polega na tym, że tyleż zależy tu od człowieka, jego talentu, predyspozycji, wrażliwości i pracowitości, ile od czynników zewnętrznych: materiału, który dostanie, reżysera i partnerów, z którymi będzie pracować, otwartości odbiorców na jego propozycje – tudzież plam na słońcu, żył wodnych pod teatrem i innych okoliczności, wśród których przychylność sfer niebieskich zajmuje z pewnością poczesne miejsce. O nie zasługujących na jednoznaczne recenzenckie zbawienia lub potępienia przypadkach aktorskich traktuje ten oto „Spis” obejmujący sezon 2008/2009, sformułowany wyłącznie na odpowiedzialność piszącego (bez ambicji obiektywizowania) i uporządkowany w pięć kategorii. W ich ramach pozwalam sobie notować nadzieje co do

wchodzących w zawód adeptów, patrzeć na ich starszych kolegów jak suną po fali osiągnięć, zachwycać się zwycięstwami, czyli przeskoczeniem szczególnych trudności, uchylać kapelusza przed mistrzostwem, stawiać ostrożne pytania.

*

Takie wstępy pisałem przez lat szesnaście, przygotowując „Spis” do druku w „Polityce” – także wówczas, gdy przestałem już pełnić tam funkcję stałego recenzenta. W tym roku zawiadomiono mnie u progu wakacji, że pismo także tym przeglądem nie jest już zainteresowane. Bez szczególnych uzasadnień – być może uznali, że subiektywny spis zachowań celebryckich prowadzony dowcipnie przez Kubę Wojewódzkiego wypełnia im potrzebę rozważań o współczesnej sztuce widowiskowej.

Ale materiał był zebrany. Mam przyjemność przedłożyć go czytelnikom e-teatru.

 

 

Dominika Bednarczyk [zwycięstwo]

Bergman daje partytury aktorskie niesłychanie wymagające; jakaż frajda, gdy im ktoś zachwycająco sprosta. Jej Anna z „Rozmów poufnych” w krakowskim Teatrze im. Słowackiego w imię miłości i uczciwości wobec samej siebie rozbija sztywne struktury społeczne – a potem przychodzi jej zbierać w sobie skorupy i po strukturach, i po zbankrutowanych uczuciach. Trzeba widzieć, jak jej oczy zapalają się i gasną, jak sylwetka sztywnieje z wewnętrznego bólu, jak walczy i poddaje się w tej samej chwili, jak jednym gestem młodnieje o trzydzieści lat (bo w spektaklu Iwony Kempy nie ma po kolei, akcja jeździ w przód i w tył). Maestria. I dowód, że „stare aktorstwo” – oraz „stary teatr” – wciąż mogą być żywe i piękne. Tylko dlaczego tak nieczęsto?

 

Sławomir Maciejewski [zwycięstwo]

Jeśli gdzieś na polskiej scenie migocze odblask aktorstwa Tadeusza Łomnickiego, to może najprędzej w jego pracach. Podobną metodą rzeźbi postacie: metodycznie, analitycznie, chętnie sięgając po zewnętrzne środki transformacji: grymasy, charakteryzację, wykalkulowany gest i ruch. Umie precyzyjnie wyliczać efekt – crescendo szaleńczego wybuchu zazdrości w Bergmanowskich „Rozmowach poufnych” (gościnnie w krakowskim Teatrze im. Słowackiego) jest tu modelowe. I czasami zapamiętuje się w graniu zbyt głęboko: jego Bernard z Clairvaux w „In Extremis” (macierzysty toruński Teatr im. Horzycy) tak celebruje widowiskowe dziwactwa, że gubią się proporcje podstawowego starcia racji w sztuce Howarda Brentona. Mistrzowi też się zdarzało.

 
06.02.2010  
Dawid Hajok, Multimedialny ogród za dwa lata, /Gazeta Wyborcza Kraków/
...

Ruszyła budowa Małopolskiego Ogród Sztuki - pierwszego multikulturalnego ośrodka kultury w Małopolsce. Eksperymentalny projekt połączyć ma zabytkową przestrzeń z nowoczesną mediateką. Małopolski Ogród[...]

Ruszyła budowa Małopolskiego Ogród Sztuki - pierwszego multikulturalnego ośrodka kultury w Małopolsce. Eksperymentalny projekt połączyć ma zabytkową przestrzeń z nowoczesną mediateką.

Małopolski Ogród Sztuki związany będzie z Teatrem im. J. Słowackiego. Powstanie przy ul. Rajskiej, naprzeciwko Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, w miejscu, gdzie od lat znajdowały się pracownie techniczne teatru. - Historycznie obiekt ten zawsze związany był z kulturą. Przed wojną były tu m.in. kina, operetka i miejska sala wystawiennicza, odbywały się rewie i kabarety. Po wojnie utworzono tu pracownie sceniczne. To co powstanie w tym miejscu za dwa lata, będzie niczym innym jak kontynuacją tych tradycji - mówił wczoraj Krzysztof Orzechowski, dyrektor naczelny i artystyczny Teatru Słowackiego.

 

Zaraz potem symbolicznego wbicia pierwszej łopaty dokonał z nim marszałek województwa Marek Nawara. - Budowa Małopolskiego Ogrodu Sztuki ma na celu stworzenie regionalnego centrum kultury teatralnej, ośrodka współczesnych form teatralnych i parateatralnych, który dzięki uzupełnieniu istniejącej luki w ofercie kulturalnej miasta i regionu wzmocni funkcję metropolitalną Krakowa - mówił marszałek województwa Marek Nawara.

Nowy, czterokondygnacyjny obiekt MOS zaprojektowali Krzysztof Ingarden i Jacek Ewy. Na powierzchni 4,2 tys. m. kw. znajdzie się sala teatralna na 250 miejsc oraz kameralna sala do projekcji dla 128 widzów, kawiarnia oraz pomieszczenia, w których można będzie organizować zajęcia edukacyjne związane ze sztuką. Nowoczesną przestrzeń, dzięki specjalnej podłodze technicznej można będzie dowolnie przekształcać (w kilkunastu wariantach) dostosowując ją do różnych potrzeb, m.in. dla spektakli teatralnych, baletu nowoczesnego, koncertów, wystaw, pokazów multimedialnych oraz zajęć edukacyjnych i terapii przez sztukę.

 

Wizytówką obiektu stanie się dziedziniec, nazwany przez architektów ogrodem sztuki. W zamyśle ma to być przestrzeń happeningów i wystaw plenerowych. W budynku powstanie także mediateka zajmująca się archiwizowaniem utworów muzycznych, nagrań realizacji teatralnych i plastycznych. Jej zbiory będą gromadzone we współpracy z Wojewódzką Biblioteką Publiczną.

 

Również z zewnątrz budynek zapowiada się ciekawie. Elewacja istniejącego budynku zabytkowego znajdującego się pod opieką konserwatora zabytków zostanie oczyszczona do gołej cegły i połączona z nową częścią wykończoną ceramiką oraz szkłem. Jak tłumaczył Krzysztof Ingarden nie był to łatwy projekt. Sam nazwał go eksperymentalnym. Architektom przyszło bowiem poruszać się w przestrzeni historycznej i połączyć ją z nowoczesną mediateką. Praca nad projektem i oczekiwanie na rozpoczęcie budowy trwały pięć lat.

 

Budowa Małopolskiego Ogrodu Sztuki ma kosztować ok. 47 mln zł. Projekt jest współfinansowany z środków UE w ramach Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2007-2013. UE dołoży do tej inwestycji 33 mln zł.

 
06.02.2010  
(WAK) , Łopata w Ogrodzie, /Dziennik Polski/
...

INWESTYCJE. - To święto całej Małopolski, nie tylko Krakowa - mówił wczoraj Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. J. Słowackiego, witając przybyłych do zrujnowanego obiektu przy ul. Rajskiej 12, [...]

INWESTYCJE. - To święto całej Małopolski, nie tylko Krakowa - mówił wczoraj Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. J. Słowackiego, witając przybyłych do zrujnowanego obiektu przy ul. Rajskiej 12, który za dwa lata ma przybrać postać wielkiej (4200 m kw.) nowoczesnej placówki kultury o nazwie Małopolski Ogród Sztuki.

 

Pomieści m.in. scenę z 250-osobową widownią, o czym informowaliśmy obszernie wczoraj. Jak tłumaczył Krzysztof Ingarden, który wraz z Jackiem Evy wygrał architektoniczny konkurs na projekt, powstanie 4-kondygnacyjny wielofunkcyjny obiekt, którego wnętrze będzie można przekształcać.

 

O ważności nowej inwestycji i jej wpływie na metropolitarną funkcję Krakowa mówił marszałek Małopolski Marek Nawara, po czym wraz z wicemarszałkiem Leszkiem Zegzdą wręczył dyr. Orzechowskiemu umowę podpisaną przez Zarząd Województwa o przekazaniu Teatrowi im. J. Słowackiego europejskich środków na kwotę 33 mln zł netto.

 

Uroczystość zakończyło tradycyjne wbicie łopaty, acz mocno symboliczne, z uwagi na skutą lodem ziemię.

 

Jedno jest pewne, dzięki uporowi dyr. Orzechowskiego, o czym wczoraj mówili obaj marszałkowie, oraz poparciu inwestycji przez władze Małopolski, rudera przy Rajskiej zamieni się w obiekt godny nazwy ulicy, przywracający zarazem tradycję tego miejsca, które przed II wojną służyło m.in. teatrowi, kinu czy varietes.

 
06.02.2010  
Marian Satała, Kraków: Ogród Sztuki wyrośnie przy ul. Rajskiej, /Gazeta Krakowska/
...

Nowoczesna przestrzeń o powierzchni 4 200 metrów kwadratowych będzie miejscem prezentacji różnych dziedzin sztuki. Główną część Małopolskiego Ogrodu Sztuki przy ul. Rajskiej stanowić będzie powierzchn[...]

Nowoczesna przestrzeń o powierzchni 4 200 metrów kwadratowych będzie miejscem prezentacji różnych dziedzin sztuki. Główną część Małopolskiego Ogrodu Sztuki przy ul. Rajskiej stanowić będzie powierzchnia teatralno-koncertowo-konferencyjna z widownią dla około 250 osób. Obiekt ma być gotowy w 2014 roku.

 

Przedstawiciele władz Małopolski mieli wbić pierwszą łopatę pod budowę obiektu, ale ziemia była zamarznięta. Skupili się więc na przerzucaniu piasku.

 

- W tym miejscu od końca XIX wieku znajdował się obiekt kulturalny - opowiada Krzysztof Orzechowski, dyrektor teatru Słowackiego, któremu podlegać będzie Małopolski Ogród Sztuki.

Były tu kina, teatry, opera i operetka, miejska sala wystawiennicza. Po drugiej wojnie obiekt zdegradowano do roli warsztatów teatralnych.

 

- Dzięki wspaniałemu projektowi Krzysztofa Ingardena, miejsce to może wzmocnić metropolitalną rolę Krakowa - zapewnia marszałek Małopolski Marek Nawara.

 

Koszt budowy Ogrodu Sztuki wyniesie ponad 47 mln zł, z czego 33 mln to dotacja z funduszy unijnych.

 

 
05.02.2010  
Wacław Krupiński, Małopolski Ogród Sztuki przy Teatrze Słowackiego, /Dziennik Polski nr 30 /
...

Krakowskiemu Teatrowi im. J. Słowackiego przybędzie scena z 250-osobową widownią. «Z rocznym opóźnieniem, ale jednak, powstanie w Krakowie przy ul. Rajskiej podległy Teatrowi im J. Słowackiego Małopol[...]

Krakowskiemu Teatrowi im. J. Słowackiego przybędzie scena z 250-osobową widownią.

«Z rocznym opóźnieniem, ale jednak, powstanie w Krakowie przy ul. Rajskiej podległy Teatrowi im J. Słowackiego Małopolski Ogród Sztuki. Koszt inwestycji to ok. 40 mln brutto, z czego większość stanowią środki europejskie. Obiekt zaprojektowany przez Krzysztofa Ingardena i Jacka Evy powinien zostać oddany w 2012 roku.

I tak rudera przy ul. Rajskiej 12 (vis a vis Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej), w której od 1947 roku mieściły się pracownie scenotechniczne Teatru im. J. Słowackiego, przerodzi się w nowoczesne centrum kultury o powierzchni użytkowej 4.200 m kw. - Pozwoli to na uruchomienie w nowym obiekcie, w skrzydle od Rajskiej, sceny dla ok. 250 widzów, czyli typowej sali kameralnej. Nasza Miniatura mieści tylko 60-70 osób - mówi Krzysztof Orzechowski, dyrektor teatru. Niewielka powierzchnia budynku Miniatury sprawia, że spektakle mające większą obsadę czy bardziej rozbudowaną dekorację - jak ostatnio "Łucja szalona" i "Malavita" - z trudem się tam mieszczą.

Nowa sala pozwoli także na organizowanie koncertów, wystaw, ale przede wszystkim na tak modne ostatnio łączenie różnych dyscyplin sztuk z działaniami multimedialnymi. - To ma być scena "dla młodych, o młodych, przez młodych". Powołam radę artystyczną i swego pełnomocnika ds. MOS-u. Otrzymają dużą autonomię, by tworzyć program, który przyciągnie młodych - twórców i odbiorców. To dopełni profil naszego teatru o działania, które w architekturze budynku przy pl. Św. Ducha byłyby zgrzytem - mówi dyr. Orzechowski. Jak akcentuje, w Krakowie nie ma obecnie miejsca, które byłoby technologicznie i infrastrukturalnie w pełni przygotowane do łączenia projektów w obrębie sztuk wystawienniczych i przedstawieniowych. Obiekt pozwoli również na prowadzenie zajęć edukacyjnych i terapii przez sztukę.

Z kolei w skrzydle od ul. Szujskiego powstanie nowoczesna mediateka, gromadząca multimedialne zasoby sceniczne, muzyczne i plastyczne. - W tym zakresie będziemy współdziałać z Wojewódzką Biblioteką Publiczną, by merytorycznie prowadziła mediatekę, a ściślej - bo do tej nazwy coraz bardziej się skłaniamy, idąc za przykładem podobnych instytucji w Europie - artetekę - mówi dyr. Orzechowski.

Arteteka, pozwalając na zupełnie inny system zapoznawania się z dziełem - głównie na monitorach - będzie służyła i teatrowi. - Podobnie jak inne sceny rejestrujemy cyfrowymi kamerami nasze spektakle, by, gdy zejdą z afisza, pozostały dostępne - zaznacza dyr. Orzechowski. Jak przewiduje, arteteka będzie też wypożyczać filmy z dziedziny sztuk plastycznych, muzycznych czy teatralnych. O szczegółach za wcześnie jednak mówić. Pewne jest, że przenikanie i uzupełnianie się programów arteteki i części teatralnej MOS-u będzie decydowało o nowoczesności i unikatowości placówki.

Nie do końca rozstrzygnięte są kwestie finansowania arteteki, ale na szczęście i teatr, i WBP mają tego samego organizatora - samorząd województwa, zatem, ocenia dyr. Orzechowski, nie powinno być większych problemów i każdy wariant dotowania będzie możliwy.

Przypomnijmy, że pierwotnie mówiło się o podwójnej podległości i zarządzaniu MOS-em także przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną. Ostatecznie okazało się, że procedura uzyskania środków europejskich nie dopuszcza w tym przypadku takiego rozwiązania, wyklucza też prowadzenie w obiekcie działalności komercyjnej. To wymusiło zmiany w projekcie, a tym samym wydłużyło fazę wstępną. - Teraz, gdy dokonano już ostatecznych ocen projektu w zakresie formalnym, finansowym i merytorycznym, środki europejskie mamy zagwarantowane. Mamy też rozstrzygnięty przetarg budowlany i wykonawcę. 5 lutego symbolicznie wbijemy pierwszą łopatę na placu budowy, a wiosną będzie można wmurować kamień węgielny - mówi dyr. Orzechowski.

Uruchomienie tej inwestycji od początku nie było proste. - Nieuregulowane od dekad kwestie prawne dotyczące tej nieruchomości przeszły nasze najczarniejsze przewidywania. Tym bardziej serdecznie dziękuję wszystkim, którzy wspierali teatr w pokonywaniu przeszkód formalno-administracyjnych, zwłaszcza radnym Sejmiku i Zarządom Województwa Małopolskiego obu ostatnich kadencji, pracownikom i szefom Urzędu Marszałkowskiego, wreszcie - administracji miasta - mówi dyr. Teatru im. J. Słowackiego.

I nie kryje, że kiedy MOS zostanie oddany do użytku, on sam będzie wchodził w wiek emerytalny. - Chciałbym mieć satysfakcję, że zostawiam następcom obiekt, który nasycą nowym życiem - dodaje dyr. Orzechowski. - Miło mi, że po moim "dyrektorowaniu" pozostanie nowoczesne, służące regionowi i miastu, centrum kultury, które będzie mogło być wykorzystywane na poszukiwania artystyczne zupełnie inne, niż te w historycznym budynku teatru.

Krzysztof Orzechowski z zadowoleniem podkreśla, że za jego dyrekcji udało się rozwiązać wszystkie problemy i zaszłości majątkowe teatru. Także te związane z majątkiem przy ul. Radziwiłłowskiej, gdzie na parceli teatru już stoi hotel, który w przyszłości wróci do teatru, a w ciągu półtora roku, na zasadach partnerstwa prywatno-publicznego, dokonany zostanie kapitalny remont budynku, dotychczas służącego jako magazyn dekoracji i kostiumów. Pomieści pracownie krawieckie i tak potrzebną salę prób z prawdziwego zdarzenia, bo liczącą ponad 200 m kw. Na parterze zaś ulokowana zostanie kawiarnia połączona z teatralnym muzeum. - Wszystko to zawdzięczam wspaniałym pracownikom teatru, którzy z niemałym wysiłkiem porządkowali odziedziczony po minionych latach prawny bałagan, a teraz są pełni nowych pomysłów i inicjatyw. W sumie nie tylko nic nie zostało za mojej dyrekcji sprzedane, ale wręcz majątek teatru został wzbogacony o cztery mieszkania, do których zostali przeniesieni lokatorzy z ul. Rajskiej, mający w nich zapewnione dożywocie - puentuje kwestie majątkowe dyrektor teatru.

- Chciałbym, by Małopolski Ogród Sztuki był obiektem na miarę XXI wieku, nawiązującym zarazem do nazwy tej ulicy - mówi na koniec Krzysztof Orzechowski.»

 

 
05.02.2010  
Tomasz Mościcki, O rozkoszy imperialnej - "O rozkoszy" w reż. Macieja Wojtyszki w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Pisze Tomasz Mościcki w Dzienniku Gazecie Prawnej - dodatku Kultura., /Dziennik Gazeta Prawna dodatek- Kultura nr 25/05/07-02-10/
...

«Najnowsze przedstawienie Macieja Wojtyszki jest nie tylko kolejną z jego biograficznych sztuk. "O rozkoszy" swoją treścią, a nade wszystko miejscem akcji, mówi coś ważnego o tym, co dzieje się tuż ob[...]

«Najnowsze przedstawienie Macieja Wojtyszki jest nie tylko kolejną z jego biograficznych sztuk. "O rozkoszy" swoją treścią, a nade wszystko miejscem akcji, mówi coś ważnego o tym, co dzieje się tuż obok nas, ponad naszymi głowami. Przypomina o teatrze zaangażowanym w dyskusję o współczesności w sposób daleki od nachalności

Sztuka Wojtyszki też nie jest nowa. 14 lat temu -jeszcze jako "Semiramidę" - wystawił ją Erwin Axer w warszawskim Teatrze Współczesnym. Po tym zapomnianym już przedstawieniu pozostała dziś już tylko anegdota o zatrudnionej w nim striptizerce, która przed jednym ze spektakli odmówiła wejścia na scenę z powodu... braku kostiumu. Kostiumem tym były sztuczne rzęsy, bez których owa dama nie wyobrażała sobie rozpoczęcia zajęć służbowych. Może wydawać się to śmieszne, ale okazała się profesjonalistką najwyższej klasy. Ta warszawska wersja sztuki Wojtyszki zeszła z afisza dość szybko. Autor wrócił do niej teraz, dokonał w niej korekt, zniknął ów sławny striptiz.

Historia intelektualno-zmysłowego związku carycy Katarzyny i Denisa Diderota, czyli - jak po diderotowsku nazywa ją Wojtyszko - "amorów filozofa", w reżyserii autora nabrała zwartości, silniejsza jest jej pesymistyczna wymowa. Słowa carycy odrzucającej przygotowany przez Diderota projekt reformy jej państwa: "imperium nie buduje się na fanatykach, ale na cynikach", brzmią dziś wyjątkowo świeżo. Swoistej pikanterii przydała krakowskiej premierze obecność rosyjskiego dyplomaty wysokiego szczebla akredytowanego w Krakowie. Nie był to zapewne dlań zbyt miły wieczór. Wojtyszko operuje kilkoma przenikającymi się czasowymi planami. Diderot opowiada o swoim pobycie na rosyjskim dworze w czasie przeszłym, ta historia jest zakończona. Ale w przedstawieniu czasów jest znacznie więcej. Historia młodej Katarzyny poddawanej przez starą carycę torturom dworskiej etykiety, które zamiast złamać przyszłą władczynię ruskiego imperium, ukształtowały i zahartowały tylko jej charakter, szaleństwo jej męża, scena uduszenia go przez faworytów Katarzyny - te retrospekcje, to jakby czas zaprzeszły. I ta zwielokrotniona czasowa perspektywa, efektowna teatralnie - postacie znikają, by za chwilę pojawić się w innym kostiumie - pokazuje niezmienność obyczajów rosyjskiego imperium, studium satrapii w jej przeszłości i teraźniejszości. Dość się dużo mówi ostatnio u nas o teatrze politycznym, a także o tym, że wszystko dziś na scenie musi nosić współczesny kostium i realia, by "odnosić się do współczesności". Sztuka i spektakl Wojtyszki udowadniają, że kostium historyczny i opowieść z dawno już zamkniętej przeszłości to świetne narzędzia do komentowania tego, co współczesne. Kilka świetnych ról, bo i Diderot Tomasza Międzika i Katarzyna Joanny Mastalerz, postać w kilku wcieleniach: bezradnej dziewczyny złamanej na carskim dworze samotnością i odrzuceniem, jako koronowana caryca elegancją i baletową niemal miękkością gestu pokazującą z pozoru nienaganne maniery swojej postaci. Potrafi jednak porzucić tę elegancję i w rozczochranej peruce, pykając fajkę na długim cybuchu brutalnie "ustawia" francuskiego gościa za samowolę i lekceważenie jej majestatu. I jeszcze jedna rola, drugoplanowa, z pozoru nieefektowna, ale zagrana po mistrzowsku: Elżbieta, poprzedniczka Katarzyny na rosyjskim tronie, czyli epizod Lidii Bogaczówny. Trzy pojawienia się na scenie, ta sama osoba rozbita jakby na dwie: caryca oficjalna, starannie upozowana, z rękami ułożonymi na krynolinie sztywnym gestem znanym z pochodzących przecież z innej nieco epoki portretów Velazqueza, zimna, wyniosła, świadoma, że każdy jej gest podlega ocenie i komentarzom. W oficjalnych sytuacjach nigdy niepodnosząca głosu, patrząca ponad osobę, której udziela upomnienia albo której rozkazuje - w sytuacji prywatnej zmienia się w rozmamłaną furię, brutalnie, na oślep bijącą swego szalonego syna, sprawcę kolejnego skandalu. Dwa oblicza tyranii. Aż korciło, by zapytać wysoko postawionego gościa z sąsiedniego kraju, czy te obyczaje są wciąż w modzie za zamkniętymi starannie kapiącymi od złota drzwiami Kremla.»

 
04.02.2010  
Joanna Targoń, Wątłe rozkosze w spektaklu Macieja Wojtyszki - "O rozkoszy" w reż. Macieja Wojtyszki w Teatrze im.Słowackiego w Krakowie. Pisze Joanna Targoń w Gazecie Wyborczej - Kraków., /Gazeta Wyborcza- Krakównr 29 /
...

«Czemu Maciej Wojtyszko dał swojej sztuce tytuł "O rozkoszy"? Ani tu o rozkoszach cielesnych ciekawie, ani o umysłowych wiele, a i z teatralnymi kiepsko. Caryca i filozof. Władza i umysł (...) Spotk[...]

«Czemu Maciej Wojtyszko dał swojej sztuce tytuł "O rozkoszy"? Ani tu o rozkoszach cielesnych ciekawie, ani o umysłowych wiele, a i z teatralnymi kiepsko.

Caryca i filozof. Władza i umysł (...) Spotkanie Katarzyny II i Denisa Diderota to temat wdzięczny i - wydawałoby się - idealny dla Macieja Wojtyszki, który lubi pisać (i reżyserować) sztuki o sławnych postaciach (...) zręcznych, opartych na źródłach historycznych, ale też bawiących grami z rzeczywistością i fikcją. Widzowie słabiej wyedukowani dostaną porcję wiedzy o życiu prywatnym władców i artystów, ci bardziej świadomi docenią swobodę autora w żonglowaniu cytatami i kontekstami (...) Jednak przedstawienie jest solenne, a nie błyskotliwe, atrakcyjne w zamyśle dialogi stają się dość beznamiętnymi równoległymi monologami, między postaciami z rzadka pojawia się jakakolwiek więź czy choćby zainteresowanie drugą osobą. Co gorsza, bohaterowie nie są pokazani ciekawie.

Tomasz Międzik gra Diderota jako poczciwego safandułę, którego na jakąkolwiek refleksję stać dopiero po 250 latach (Diderot jest również narratorem całej tej historii). Dziecko we mgle, filozof wrzucony w obcy i groźny świat dworu, którego mechanizmy objaśnia mu baron Grimm (Rafał Dziwisz) - też intelektualista, ale lepiej zaznajomiony z wielkim światem. Aż dziw, że Diderota, który był przecież przenikliwym i bystrym obserwatorem, Wojtyszko zrobił takim ciamajdą.

Żeby objaśnić charakter Katarzyny (Joanna Mastalerz), Wojtyszko wprowadza sceny z przeszłości. Żona następcy tronu jest męczennicą - ofiarą chorego umysłowo sadystycznego męża i groźnej carycy Elżbiety. Te doświadczenia mają usprawiedliwić twardy charakter Katarzyny (...) Ale ten charakter musimy przyjąć trochę na wiarę - Joanna Mastalerz jest zbyt bezbarwna i za grzeczna.

Katarzyna i Diderot prowadzą u Wojtyszki intelektualno-erotyczne gry, tyle że ani między postaciami, ani aktorami nie iskrzy, nie obserwujemy mechanizmów przyciągania i odpychania, dominacji i podporządkowania. O tytułowej rozkoszy możemy zapomnieć.

Pozostali bohaterowie są uosobieniem duszy rosyjskiej (Orłow - Tomasz Wysocki, Potiomkin - Wojciech Skibiński, Piotr, mąż Katarzyny - Grzegorz Łukawski) bądź duszy dworskiej (caryca Elżbieta - Lidia Bogacz, księżna Daszkow - Hanna Bieluszko, Bestużew - Krzysztof Jędrysek). Ci od duszy rosyjskiej demonstrują szeroki gest i szaleństwo, ci od dworskiej - wężowe charaktery pod pozorami układności.

Te ślamazarne gry i zabawy prowadzone są na scenie urządzonej po bożemu - w roli głównego elementu scenografii występuje lustrzana złocona ściana, dość siermiężnie się prezentująca w bliskim towarzystwie prawdziwych złoceń widowni teatru.

 

 
04.02.2010  
Jacek Wakar, Prawdziwe piekło Bergmana, /Dziennik Gazeta Prawna Warszawa nr 24/
...

(...) Teksty Bergmana gra się u nas rzadko i niechętnie. Zazwyczaj w stylu bezbolesne-go dinner theatre, choć popartego rzetelnym aktorstwem, jak bywa na warszawskiej Scenie Prezentacje. Z ostatnich l[...]

(...) Teksty Bergmana gra się u nas rzadko i niechętnie. Zazwyczaj w stylu bezbolesne-go dinner theatre, choć popartego rzetelnym aktorstwem, jak bywa na warszawskiej Scenie Prezentacje. Z ostatnich lat zapamiętam tylko wspaniałe "Rozmowy poufne" Iwony Kempy z krakowskiego Teatru Słowackiego. Dominika Bednarczyk pokazywała w nim wszystkie odcienie kobiecej desperacji i niezłomności jednocześnie. Jak to robiła - nie wiem.

 
03.02.2010  
Katarzyna Fortuna, Warto zobaczyć igraszki carycy i filozofa - "O rozkoszy" w reż. Macieja Wojtyszki w Teatrze im. Bogusławskiego w Krakowie. Pisze Katarzyna Fortuna w Polsce Gazecie Krakowskiej., /Polska Gazeta Krakowska nr 27/
...

«Jak się spotkali? Przypadkiem. Jak wszyscy. Jak się zwali? Na cóż wam ta wiadomość? Dokąd dążyli, albo to kto wie, dokąd dąży? - cytat z "Kubusia Fatalisty" Denisa Diderota rozpoczyna w Teatrze im. J[...]

«Jak się spotkali? Przypadkiem. Jak wszyscy. Jak się zwali? Na cóż wam ta wiadomość? Dokąd dążyli, albo to kto wie, dokąd dąży? - cytat z "Kubusia Fatalisty" Denisa Diderota rozpoczyna w Teatrze im. J. Słowackiego spektakl Macieja Wojtyszki "O rozkoszy". Fragment najbardziej znanego dzieła francuskiego filozofa pojawia się potem kilkakrotnie. Jest on też klamrą, zamykającą przedstawienie.

Spektakl został zrealizowany według dramatu "Semiramida" autorstwa Macieja Wojtyszki. Mamy tu odniesienia do historii znajomości Denisa Diderota z carycą Katarzyna II i trwającej pięć miesięcy wizyty francuskiego filozofa na jej dworze w 1774 roku.

Spektakl pokazuje wzajemne relacje i zderzenie dwu bardzo różnych osobowości. "Mało kto pamięta, że (...) szesnastoletnia zaledwie Katarzyna, doświadczyła niechęci ze strony jego matki carycy Elżbiety, musiała też zmierzyć się z alkoholizmem i impotencją Piotra. Nie skonsumowane małżeństwo (sześć lat po ślubie Katarzyna była nadal dziewicą) zaowocowało w końcu eksplozją tłumionego pożądania, a lista jej kochanków zaczynała rosnąć lawinowo" - pisze w programie Anna Burzyńska.

Każdy kochanek poddawany był nie tylko badanom lekarskim, ale też próbie wydolności seksualnej przez tzw. Probierdamę. Próbie takiej został też poddany Diderot, który jednak miał dać władczyni coś o wiele cenniejszego-czułość, troskę i rozkosz intelektualną.

Bardzo efektowna jest strona wizulana spektaklu. Jako element scenografii wykorzystano architekturę Teatru J. Słowackiego. Złocenia, okalające scenę, znakomicie współgrają z jedynym specjalnie zbudowanym elementem, którym jest złota lustrzana ściana. Widzimy świat z jednej i z drugiej strony lustra. Świetnie prezentują się efektowne kostiumy z epoki, zaprojektowane przez Annę Sekułę, która jest również autorką scenografii. Odniosłam wrażenie, że dobrze czują się w nich aktorzy, którzy znakomicie odnajdują się też w realiach rosyjskiego dworu XVIII wieku.

Na uwagę zasługuje przede wszystkim Lidia Bogaczówna jako caryca Elżbieta. Dobrze niejednoznaczny wizerunek carycy Katarzyny pokazuje też Joanna Mastalerz. Zabawny jest Rafał Dziwisz, czyli baron Grimm. Zdecydowanie najgorzej radzi sobie Tomasz Międzik jako Diderot. Trudno uwierzyć, że tak wyrafinowana osobowość, jaką była caryca, mogła go obdarzyć tak dużym zainteresowaniem.

Ale jak mówi aktorka w sztuce autorstwa carycy Katarzyny, wystawianej w jej pałacu w Petersburgu, łatwiej jest krytykować, trudniej grać. Zatem dość tego marudzenia... Warto zobaczyć spektak Macieja Wojtyszki pt. "O rozkoszy".»

 
01.02.2010  
Paweł Głowacki, Ludzie z najbliższego miejsca - recenzja ze spektaklu "O rozkoszy" Pawła Głowackiego w Dzienniku Polskim, /Dziennik Polski nr 26 /
...

«Jedną z pierwszych baśni pornograficznych mego dzieciństwa była baśń o carycy Katarzynie II i jej koniu. Że co? - pytałem zdumiony Felka, który rewelację do szkoły przywlókł i w toalecie sprzedawał s[...]

«Jedną z pierwszych baśni pornograficznych mego dzieciństwa była baśń o carycy Katarzynie II i jej koniu.

Że co? - pytałem zdumiony Felka, który rewelację do szkoły przywlókł i w toalecie sprzedawał szeptem. Że jak?... Ano z koniem wiernym, nocą, w stajni, na sianie... Skąd wiadomo o wierności?... Pewności brak, lecz chyba był wierny, to znaczy rozsądny, bo kobitka zadbana, mocarna i bogata, po cholerę więc ryzykować skoki w boki... I co dalej?... Źle się skończyło... To znaczy?... Zmarła... Na koniu?... Nie. Pod koniem. Cóż, dobrze szło, raz nie wyszło - i kurtyna, bracie...

Niezła historyjka, co? Później dołączyły doń rewelacje, które złudzeń nie zostawiły: o ile koń być może był wierny Katarzynie II, o tyle ona jemu - z pewnością nie. Po prostu - "w te klocki" caryca grała zawodowo. I to akurat prawda jest. W programie przedstawienia Macieja Wojtyszki "O rozkoszy" - historii domniemanego romansu Katarzyny II i Denisa Diderota - Anna Burzyńska skatalogowała, by tak rzec, zastępców ogiera. Legion! Caryca liczyła sobie ledwie metr sześćdziesiąt. Kto by pomyślał - mała, a zuch nad zuchy!

Jedno pewne - Wojtyszko nie pomyślał, że mądre by było pokazanie na scenie takiego "zuchostwa". Opowieść jego, owszem, ma smak bajki, przypowieści lekkiej, nie nachalnego bajania o grze "w te klocki", lecz, Boga chwalić, nie ma w niej banału tamtych Felka w kiblu szeptem snutych rewelacji końskich, nie ma dziecinnie dzielnej szczerości mówienia o legionie żołnierzy, noc w noc jękliwie dokazujących na mikrej carycy, słowem - nie ma głupoty. Są zdania.

Tak, zdania. Ogromna, gdzieś do połowy widowni sięgająca, pusta scena, z tyłu zamknięta szklaną ścianą. Po obu stronach wysokie, czerwonym pluszem obite krzesła. Od czasu do czasu kilka rekwizytów się pojawia: klatka, poduszka, flaszka szampana, skrzypce, stół, okrągłe łoże, sztuczny goryl, karłowata szubienica, misa z winogronami. To chyba wszystko. No i ludzie są.

Melchior Grimm (Rafał Dziwisz), Katarzyna Daszkow (Hanna Bieluszko), Piotr III (Grzegorz Łukawski), Grzegorz Potiomkin (Wojciech Skibiński), Aleksander Bestużew (Krzysztof Jędrysek), Mawra (Marta Waldera), Grzegorz Orłow (Tomasz Wysocki), Elżbieta (Lidia Bogaczówna), Opiekun (Maciej Jackowski), Damy dworu (Katarzyna Bąk-Chuchacz, Agnieszka Berny), wreszcie główne figury romansu - Katarzyna II (Joanna Mastalerz) i Denis Diderot (Tomasz Międzik)... Figury?

Dobrze mi się powiedziało. Tak, Katarzyna II, Diderot, cała reszta - wszyscy oni, okutani malowniczymi szatami, są na ogromnej, pustej scenie niczym filigranowe figurki z kruchej porcelany, tańczące na starej pozytywce. Nie mówię o sztuczności póz, min i gestów. Mówię o lekkości. Oglądasz ich i masz pewność, że gdy kichniesz - wszyscy zamilkną nagle i na zawsze. Czujesz, iż wystarczy dmuchnąć - a gwałtownie pierzchnie wolno tańcujący świat Wojtyszki, śladu najlichszego nie zostawi i będzie tak, jakby tu, w Teatrze im. Juliusza Słowackiego, seansu "O rozkoszy" nigdy nie było. I to jest dobre.

Lekkość, zwiewność. Jeśli kto woli - brak pretensji do bycia czymkolwiek innym, niż lekko, zwiewnie opowiedzianą bajką o domniemanym petersburskim romansie jurnej carycy z geniuszem, co lubił wszędzie łazić w szlafroku. A już z pewnością brak jest w Wojtyszce (znakomita to nieobecność) pretensji do nachalnego serwowania prawdy. Na kanwie paru faktów - Wojtyszko zmyśla. Z palca wysysa zdania smakowite i układa je w eleganc-ką przypowieść o zauroczeniu jej ciała jego mózgiem (i odwrotnie), o obopólnej fascynacji, grze erotycznej, miłości i fiasku miłości. Wojtyszko zna odwieczną zasadę: nie ważne jak było, ważne jak się napisało. Jemu "O rozkoszy" napisało się tak, że człowiek na widowni przez dwie godziny i dwadzieścia minut nie głupio wypoczywa na fikcji.

A co z prawdą? "O rozkoszy" rozpoczyna się słowami, którymi Diderot otwiera "Kubusia Fatalistę i jego pana". "Jak się spotkali? Przypadkiem, jak wszyscy. Jak się zwali? Na co wam ta wiadomość? Skąd przybywali? Z najbliższego miejsca. Dokąd dążyli? Alboż kto wie, dokąd dąży?". To jest prawda. W teatrze nie ma innej.»

 
29.01.2010  
Agnieszka Michalak, Reżyser kontra autor - rozmowa z Maciejem Wojtyszką w Dzienniku Gazecie Prawnej., /Dziennik Gazeta Prawna nr 20 dodatek - Kultura/
...

- Pisząc sztuki, jestem konserwatywny, wymagam od widza podstawowej wiedzy o przeszłości. A moje sztuki tę wiedzę mogą dopełnić - mówi MACIEJ WOJTYSZKO, który w krakowskim Teatrze Słowackiego reżyseru[...]

- Pisząc sztuki, jestem konserwatywny, wymagam od widza podstawowej wiedzy o przeszłości. A moje sztuki tę wiedzę mogą dopełnić - mówi MACIEJ WOJTYSZKO, który w krakowskim Teatrze Słowackiego reżyseruje własną sztukę "O rozkoszy".

 

«Od ponad 30 lat pisze pan dla teatru. Czy istnieje przepis na dobry dramat?

Maciej Wojtyszko: Wydaje mi się, że nie. Idzie o to, żeby sztuka była spójna i atrakcyjna dla widza. Najlepiej, żeby zdarzyły się w niej rzeczy nieoczekiwane.

 

Jest pan reżyserem swoich sztuk. Zdarzyło się panu poprawić własny tekst?

- Oczywiście. Reżyser powinien być przeciwnikiem autora. Dlatego zdarza mi się korygować własne teksty pod wpływem aktorów lub sytuacji. Reżyserowanie własnej sztuki to nie luksus, a raczej wyzwanie pod tytułem: Naucz się dostrzegać winę w samym sobie.

 

Reżyserując własne teksty, ma pan do nich dystans?

- Staram się nie reżyserować natychmiast po napisaniu. Próbuję choć trochę zapomnieć, co wymyśliłem. Czasem się to udaje. Ale do tego trzeba odnaleźć w sobie odwagę i krytyczny stosunek do tekstu.

 

W pana sztukach pojawiają się przede wszystkim postaci historyczne, np. Katarzyna II, Bułhakow, Bałucki, Petrarka. Dlaczego akurat o nich pan pisze?

- Najbardziej interesuje mnie spotkanie tych postaci. Zdarzają się takie spotkania, które stanowią kroplę wody, w której przegląda się ocean. Kiedy spotykają się Petrarka i Boccaccio, zderza się twórca idealnej poezji miłosnej z prowokatorem i erotomanem. Jak spotyka się Piłsudski z Wyspiańskim ("Chryje z Polską"), to jest to zderzenie polityka, praktyka z umęczonym i chorym poetą. Rossini i Wagner ("Grzechy starości") - spotkanie określonych postaw w sztuce. Do tych wszystkich spotkań doszło. Podobnie jak do spotkania Katarzyny II i Diderota. Moje pokolenie było wychowane w przekonaniu, że to polityka i ekonomia kształtują świat. A przecież historia muzyki potoczyłaby się inaczej, gdyby np. Wagner i Rossini częściej ze sobą rozmawiali. Oczywiście nie mam zamiaru prowadzić lekcji historii, podczas których mówię: "Czy wiecie, że Mickiewicz miał dwie żony"... A miał przez 10 lat dwie partnerki w jednym domu (opisuję to w sztuce "Epilog"). Nie chodzi o to, że autor "Dziadów" przeżył dramat osobisty, ale że "szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie". Widać w tym wstrząsającą bezradność naszego narodu w sytuacji, w której jesteśmy przegrani.

 

Dlaczego postaci historyczne są atrakcyjniejsze niż współczesne?

- Jest kilka powodów. Pisząc o nich, można używać zupełnie innego języka. Inaczej pisałem "Chryje z Polską", inaczej "Całe życie głupi", a jeszcze inaczej "Krainę kłamczuchów". Mnie to bawi. Napisałem również sztukę współczesną - "Żelazna konstrukcja" - i tam użyłem języka współczesnego. W historii fascynują mnie perypetie, które spotykają ludzi wielkich, o ukształtowanym światopoglądzie. Wydaje mi się, że od czasu do czasu można porozmawiać o tych, którzy przed nami przeżywali jakieś dramaty w wielkiej skali. W świecie przeszłości oddzielono już ziarna od plew.

Jest on uporządkowany... Tak sadzę. Tam już ustalono hierarchię ważności i nic jej nie zburzy. I nikt nie podważa, że Wyspiański czy Mickiewicz tworzyli arcydzieła. Pisząc sztuki, jestem konserwatywny, wymagam od widza podstawowej wiedzy o przeszłości. A moje sztuki tę wiedzę mogą dopełnić.

 

A co pan myśli, widząc własne sztuki na deskach, np. prapremierę "Semiramidy" wystawił w Teatrze Współczesnym Erwin Axer...

- Właśnie wtedy, kiedy Joasia Szczepkowska, Zbigniew Zapasiewicz, Bronisław Pawiik, Maja Komorowska to grali, to siedząc z boku, marzyłem, że kiedyś zrobię "Semiramidę" po swojemu. Przedstawienie Axera mi się podobało. Było wierne tekstowi, być może nawet zbyt wierne. Pan Erwin, który jest człowiekiem niezwykle szanującym literaturę, zrobił ten spektakl z taką uprzejmością wobec autora, której ja nie mam.

 

Pan z kolei jest autorem prapremiery "Miłości na Krymie" Sławomira Mrożka. Był pan wierny słynnym 10 punktom autora. Łatwo było...

- Nie było łatwo. To było przedstawienie, które powstawało w dużych mękach. Byłem zawsze przekonany, że Mrozek jest najważniejszym polskim dramaturgiem, byłem wychowany w jego kulcie od lat 60. Jednak w momencie, kiedy przeczytałem te 10 punktów, zapytałem prof. Jerzego Jarockiego, czy na pewno nie wróci do rozmów o nich z pisarzem. Prof. Jarocki powiedział, że to już zamknięte. Dopiero wtedy zdecydowałem się wystawić "Miłość na Krymie". Starałem się zostawić Mrożka, a siebie usunąć w cień. Podziałała solidarność autorów. Pomyślałem, że jeśli nie ja, to kto? Reżyser, który sam nie pisze, miałby z tym dużo większe kłopoty.

 

A pan podpisałby się pan pod takim gestem, czy zdolny byłby pan opatrzyć swoją sztukę podobnym dekalogiem?

- Nie. Wiem, że tekst to tylko schemat. Zaczyna żyć dopiero na scenie. Ale wiem też, że np. romantycy pisali utwory, zakładając, że nigdy nie będą grane. A są... Ale gdyby mnie pani zapytała, co myślę o tym, że dziś niektórzy twórcy posługując się wybitną literaturą, przesadnie ją okaleczają, tobym powiedział: Jak jesteś bracie taki mądry, to sam napisz...

 

Przygotowuje pan w krakowskim Teatrze Słowackiego spektakl według własnej sztuki "O rozkoszy". Co ona ma wspólnego z "Semiramidą"?

- To jest mój wariant "Semiramidy".

 

Dlaczego zdecydował się pan odświeżyć tę sztukę?

- Zmienił się tytuł, i chyba to jest równocześnie odpowiedź na pani pytanie. Kiedy tę sztukę realizował Erwin Axer była ona wypowiedzią głównie polityczną. Dziś jest w niej mniej polityki, a więcej rodzajowości.

 

Przygotowuje pan ją ze sprawdzoną ekipą aktorską...

- Tak. Aktorów Teatru Słowackiego lubię i szanuję. Po wspólnych przygodach z "Krainą kłamczuchów" i "Bułhakowem" cieszę się, że doszło do kolejnego spotkania. Kiedy dyrektor Orzechowski zaproponował mi, bym zrealizował swój wariant "Semiramidy", aż podskoczyłem z radości.»

 
28.01.2010  
Jolanta Ciosek, O rozkoszy - rozmowa z maciejem Wojtyszką w Dzienniku Polskim, /Dziennik Polski/
...

- Najciekawsi są zawsze ludzie i ich czasy. Świat zmieniają poszczególni ludzie, rzadziej masy. Najchętniej poszukuję takich miejsc w czasie historycznym i w relacjach międzyludzkich, które generują n[...]

- Najciekawsi są zawsze ludzie i ich czasy. Świat zmieniają poszczególni ludzie, rzadziej masy. Najchętniej poszukuję takich miejsc w czasie historycznym i w relacjach międzyludzkich, które generują napięcia między wartościami - mówi MACIEJ WOJTYSZKO przed premierą swojej sztuki "O rozkoszy" w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie.

 

«Jolanta Ciosek: W 1996 roku Erwin Axer wyreżyserował w warszawskim Teatrze Współczesnym Pana sztukę "Semiramidę", mówiącą o spotkaniu carycy Katarzyny II z Denisem Diderotem. Przed nami premiera w Teatrze im. Słowackiego Pana sztuki "O rozkoszy", również o spotkaniu carycy i Diderota. Zatem...?

Maciej Wojtyszko: Po pierwsze - bardzo lubię poprawiać własne sztuki. Po drugie - od tamtej premiery minęło tak wiele czasu, że Piotr Adamczyk, grający wówczas Żołnierza II, zdążył już zagrać papieża i zostać gwiazdą. Po trzecie wreszcie - mam nadzieję, że warto było sztukę skorygować, by znów zaistniała na scenie. A dotyczy niezwykłego spotkania jednego z najwybitniejszych oświeceniowych myślicieli, Diderota, autora słynnego "Kubusia Fatalisty", encyklopedysty, z carycą Katarzyną II. Imperatorowa zaprosiła go do Moskwy, gdzie przebywał kilka miesięcy.

 

W Pańskiej sztuce ścierają się dwa światy: oświeceniowej Francji i mrocznej, tajemniczej Rosji, ale nie brak też namiętności...

- Z korespondencji Katarzyny z Diderotem niewiele zostało, bo caryca sporo listów zniszczyła, ale sądząc po zachowanych, perypetie tych dwojga były niezwykle ciekawe. Katarzyna zainteresowała się Diderotem również dlatego, że on był libertynem.

 

Trafił swój na swego.

- Oczywiście. Zainteresowania Katarzyny erotyką i rozkoszą przeszły do legendy. A erotyka i rozkosz opisywane w dziełach Diderota też są znane - choćby amory Kubusia Fatalisty.

 

I tak nawiązaliśmy do nowego tytułu Pańskiej sztuki...

- W jednym z listów na pytanie Katarzyny o to, co jest największym dobrem dla człowieka, Diderot odpowiada: "Czy istnieje dla człowieka dobro wyższe ponad rozkosz?". Dla Axera ważna była opowieść o potędze rosyjskiej, to narzuciło tytuł: "Semiramida", jak tytułowano Katarzynę. Obecny tytuł: "O rozkoszy", wyraźnie wskazuje na przesunięcie przeze mnie akcentów interpretacyjnych.

 

W swoich autorskich tekstach sięga Pan najczęściej do poważnych, historycznych tematów. Pańskimi bohaterami byli także Rossini, Baudelaire, Wagner, Mickiewicz, Słowacki, Wyspiański, Bułhakow, Petrarka, Boccaccio. Dlaczego te spotkania sprzed wieków tak Pana ciekawią?

- Najciekawsi są zawsze ludzie i ich czasy. Świat zmieniają poszczególni ludzie, rzadziej masy. Najchętniej poszukuję takich miejsc w czasie historycznym i w relacjach międzyludzkich, które generują napięcia między wartościami. Bo wbrew wszelkim wątpliwościom bardzo wierzę w istnienie wartości. A mówiąc prościej - gdy spotkała się caryca Katarzyna z oświeceniowym filozofem Diderotem, to między nimi musiały przechodzić prądy niezwykłe. Magnetyzm, jaki wytwarzają pomiędzy sobą wielkie osobowości, jest fascynujący. Piszę o takich spotkaniach, ponieważ nie lubię abstrakcyjnych opowieści. Dialog o prawdziwych wartościach rodzi się wtedy, gdy kłócą się Słowacki z Mickiewiczem, Petrarka z Boccacciem, a nie anonimowi reprezentanci abstrakcyjnych postaw. Pisząc o takich spotkaniach, podejmuję rodzaj gry z odbiorcą, która inspirując naszą wyobraźnię, równocześnie mówi nam wiele o nas samych.

 

Jest Pan człowiekiem renesansu: reżyser, pisarz, pedagog...

- To się bierze z mojej namiętności, z tego, że zawsze żal mi nie spróbować czegoś nowego. Ta namiętność poszukiwania tajemnicy ogarnia mnie zarówno podczas pisania, jak i reżyserowania. Bez względu na to, czy reżyseruję swoje sztuki, czy cudze.

 

W sztukach, w przedstawieniach stawia Pan pytania, rzadko natomiast daje odpowiedzi.

- Słonimski napisał kiedyś o odwiedzinach przyjaciela, który zadał mu pytanie: "Co ja mam myśleć o tej twojej sztuce?". "Masz myśleć" - odpowiedział Słonimski. I to jest też moje pragnienie wobec odbiorcy... Nie chciałbym nikogo pouczać.»

 
18.01.2010  
Maria Piękoś, Zemsta, wino, kobiety i śpiew - Dziennik Teatralny o spektaklu "Malavita. Ballada o mafii", /Dziennik Teatralny Kraków/
...

Mafia w Teatrze Słowackiego. Włoska. Nie żąda haraczu. Nie przeprowadza egzekucji. Mafia się bawi, mafia śpiewa. Z zadumą pochyla się nad swą egzystencją. Z dumą mówi o swej egzystencji. Bo udział w m[...]

Mafia w Teatrze Słowackiego. Włoska. Nie żąda haraczu. Nie przeprowadza egzekucji. Mafia się bawi, mafia śpiewa. Z zadumą pochyla się nad swą egzystencją. Z dumą mówi o swej egzystencji. Bo udział w mafii to przywilej - nie każdy może do niej należeć. Jedyne prawdziwe dziedzictwo to śmierć. I zemsta. O tym śpiewa mafia w Teatrze Słowackiego.

Członkowie Malavity („złe życie”), mafii, której capo jest don Aldo Turi (Feliks Szajnert), grają w pokera. Żona jego bratanka, dona Ciccia (Barbara Kurzaj), oczekuje wieści od swego męża Nino, przebywającego w więzieniu. Don Aldo oznajmia jej, że ten niebawem powróci. Do bawiących się mężczyzn przychodzi wrogi gangster, Tito de Palermo (Wojciech Skibiński) – oferuje sojusz w zwalczeniu przeciwników należącej do Malavity rodziny Turich: rodu Santinich. Pragnie zemsty za krzywdę, jaką mężczyzna z owej familii wyrządził jego siostrze. Brat Tito, Pino (Rafał Sadowski), dostarcza Cicci list od męża, w którym ten żegna się z rodziną: warunkiem zwolnienia go z więzienia jest wyjawienie sekretów mafii. Nino łączy dane słowo, honor: widzi tylko jedno rozwiązanie… Zrozpaczona kobieta widzi w swym synu Antonio mściciela winnych śmierci ojca.

 

Z więzienia ucieka brat don Aldo – signor Pietro (Krzysztof Jędrysek). Podejrzliwość ludzi z Malavity w stosunku do Tito znajduje swe potwierdzenie w słowach zbiega: zdradził go. Zapada wyrok śmierci. Mafia jest bezlitosna: wyrok ma wykonać Pino, który żarliwie deklaruje chęć przynależności do grupy – ma to być jego inicjacja. Więzy krwi biorą górę. Zaś na scenie zamiast jednego trupa mamy cztery. I to na samym końcu sztuki. Zawodzi stare mafijne porzekadło: "pochyl się trzcino, aż przejdzie fala", określające taktykę funkcjonowania tej „organizacji” (wstrzymanie działań, stworzenie nowego planu akcji, następnie wznowienie operacji z dużo większą siłą).

 

W tym ciemnym światku mamy jasną postać: ubranego w biały lniany komplet „Mistrza Ceremonii”. Przedstawia swoją wersję mafijnych opowieści, z nonszalancją prezentuje bohaterów, zakreśla tło akcji. Nadaje lekkość sztuce, wprowadza ożywienie. Choć obecny na scenie, stoi bardziej „z boku” niż siedzący poza punktem centralnym sceny mafijni muzycy.

 

„Zemsta, wino, kobiety i śpiew” – słynne zdanie zdaje się być w sztuce powiększone o element, który jest jej głównym motywem. O zemście mówi z pasją kontrabas, agresywny akordeon i stanowcza mandolina. O zemście śpiewają mafiosi. W życiu tych ludzi to uczucie tak ważne, jak miłość, czy wiara, której pewne założenia są w nich silnie zakorzenione.

 

Anna Burzyńska i Paweł Szumiec prezentują zaledwie wycinek z życia mafii. Sztuka pozostawia uczucie niedosytu pod względem akcji, jednak wykonywane przez aktorów pieśni mafijne przesuwają środek ciężkości na stronę muzyczną. O słynnych grupach, które początek swój wzięły we Włoszech, można opowiadać, śpiewać, nie uciekając się do pełnych „mięsa” efektów, które mieliśmy okazję poznać na szklanym ekranie. Czy na pewno „życie złe”? Na pewno krótkie, krótsze od strzału.

 
02.01.2010  
JOLANTA CIOSEK I WACŁAW KRUPIŃSKI, 2009 rok w kulturze Krakowa w Dzienniku Polskim, /Dziennik Polski/
...

JOLANTA CIOSEKTOPY:(...) 5. ROLA ANDRZEJA SEWERYNA W "WYOBRAŹCIE SOBIE" W TEATRZE IM. J. SŁOWACKIEGO Andrzej Seweryn po raz kolejny udowodnił, że wielkim aktorem jest. Że jest mistrzem scenicznych met[...]

JOLANTA CIOSEK

TOPY:

(...) 5. ROLA ANDRZEJA SEWERYNA W "WYOBRAŹCIE SOBIE" W TEATRZE IM. J. SŁOWACKIEGO

Andrzej Seweryn po raz kolejny udowodnił, że wielkim aktorem jest. Że jest mistrzem scenicznych metamorfoz, który w ciągu jednego spektaklu potrafi wprowadzić nas w dziesiątki światów, nastrojów i emocji.

 

WACŁAW KRUPIŃSKI:

TOPY

1. ROLA ANDRZEJA SEWERYNA W "WYOBRAŹCIE SOBIE" W TEATRZE IM. J. SŁOWACKIEGO

Popis mistrzowski wybitnego aktora dowodzący coraz bardziej odchodzącej w przeszłość założenia, że teatr aktorem stoi. Aktorem precyzyjnym w geście, w intonowaniu każdej frazy, przeistaczającym się w kolejne postaci tak sugestywnie, jakby bohaterowie Szekspira zeszli do nas in gremio...

 
05.12.2009  
Michał Myrek, Trudne do wyobrażenia - o spektaklu "Wyonbraźcie sobie...William Szekspir w Dzienniku Teatralnym, /Dziennik Teatralny Kraków/
...

Jeden aktor, kilka rekwizytów, kilkanaście monologów Szekspira - tylko tyle i aż tyle było potrzebne, by w teatrze Słowackiego stworzyć spektakl znakomity.Aktorem jest sam Andrzej Seweryn, który ostat[...]

Jeden aktor, kilka rekwizytów, kilkanaście monologów Szekspira - tylko tyle i aż tyle było potrzebne, by w teatrze Słowackiego stworzyć spektakl znakomity.

Aktorem jest sam Andrzej Seweryn, który ostatnio coraz częściej prezentuje się polskiej publiczności. Na scenie przeobraża się w Hamleta, Otella, Henryka V, Księcia Jana, Tymona Ateńczyka…można jeszcze długo wymieniać, włączając w to również postaci kobiece, takie jak Lady Makbet czy Julia. Nie ma to jednak większego znaczenia – każda z nich grana jest w sposób zupełnie inny, lecz na monolitycznie znakomitym, najwyższym poziomie.

 

Łatwości, z jaką Seweryn nakłada kolejne teatralne maski, większość aktorów może mu tylko pozazdrościć. Worek z gatunkami ludzkich charakterów jest tu przeogromny - postaci szlachetne i nikczemne, zakochane i pogrążone w smutku, porażające inteligencją i zupełnie tępe, młode i stare – żadna z przemian, łącznie z zamianą płci, nie stanowi dla Seweryna problemu.

 

Swoją postacią jest w stanie wypełnić ogromną, zupełnie pustą i nagą scenę – wrażenie to ciężko opisać słowami i bez popadania w przesadę można nazwać genialnym. Jeżeli świat jest teatrem, to Seweryn na scenie staje się jego jednostkowym kreatorem. W jednej ze scen towarzyszy mu także poczciwy kundel, w innej młoda aktorka Marta Waldera. Jean Luc Chanonat zadbał z kolei o niesamowicie mistrzowską grę światła, którym potrafi w nieoceniony sposób zbudować atmosferę.

 

Ale najbardziej godnym pochwały w tym spektaklu jest fakt, iż nie stał się on jedynie pustą okazją do prezentacji umiejętności wielkiego aktora. I nie chodzi tu tylko o ukazanie zmiennych stanów ludzkiej kondycji. Przez subtelne gesty i odpowiednio wygrane fragmenty nawiązuje polemikę z popularnymi nurtami nowoczesnego teatru. Niejednokrotnie zahaczają one o bezpośrednią kpinę – moment zabawy z tak popularną obecnie na scenach kamerą, fragment kiczowato rapowanego tekstu czy też zapalony papieros, który z samego sufitu zjeżdża powoli do dłoni aktora, by ten mógł w ekspresjonistyczny sposób wypowiedzieć swoją kwestię – to tylko nieliczne z użytych chwytów. Za to drugie dno należą się największe brawa.

 

Warto również zauważyć, że całość ogląda się z nieskrywaną przyjemnością, także bez doszukiwania się ukrytych i głębszych sensów, co jest może nieco krzywdzące dla spektaklu. Jednak duet Seweryn-Szekspir, wraz z reżyserią Jerzego Klesyka i scenariuszem Piotra Kamińskiego składają się na sztukę łączącą klasyczny tekst, nowatorski pomysł i bezbłędne wykonanie. Chapeau bas!

 
05.12.2009  
Maria Piękoś, Dzieci miłości i grzechu - o spektaklu "Beatrix Cenci" w Dzienniku Teatralnym, /Dziennik Teatralny Kraków/
...

"Beatrix Cenci" to utwór wystawiany rzadko w teatrze - zupełnie niezasłużenie. Dramatyczna historia XVI-wiecznego włoskiego rodu Cencich, przesycona nieustającym, wręcz potęgującym się napięciem, przy[...]

"Beatrix Cenci" to utwór wystawiany rzadko w teatrze - zupełnie niezasłużenie. Dramatyczna historia XVI-wiecznego włoskiego rodu Cencich, przesycona nieustającym, wręcz potęgującym się napięciem, przywodzi na myśl mroczne fatum tragedii greckiej, połączone z grozą powieści gotyckiej. Ta symbioza gatunkowa potęguje wyjątkowość tego dzieła. Maciej Sobociński dokonał ciekawej adaptacji tekstu i na scenie teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie opowiedział na nowo osławione dzieje owej familii.

Narrator (Janusz Szydłowski) wprowadza nas w sytuację bohaterów: mówi o znęcaniu się pana domu nad córką, o jej próbach uwolnienia się spod jego wpływu. Beatrix w białej sukni pojawia się na ekranie umieszczonym nad sceną, ilustrującym w pewien sposób opowieść. Napięcie buduje od początku grupka nastoletnich może dziewczynek w jasnych sukienkach, symbol zranionego dogłębnie „ja” Beatrycze. Ona sama obdzierana jest z niewinności w przejmującej scenie gwałtu. Przejmującej nie tylko z powodu ucieczki dziewczyny przed półnagim ojcem, podobnej do makabrycznej zabawy w kotka i myszkę. Także przez figurę jej matki, zrazu wydającej się nieczułą na cierpienia córki, niemal nieruchomej, potem opanowanej, lecz zrozpaczonej kobiety. Matka jest katalizatorem dalszych wydarzeń: ostatnią deską ratunku, której może się chwycić w otchłani rozpaczy są trzy furie. Przyzywa je. Obecne są niemal cały czas na scenie, nadzorujące dopełnienie się zemsty jak i jej dalsze konsekwencje. Ojciec ginie z rąk Beatrix, która przejmuje narzędzie zbrodni, upuszczone przez brata. Podejrzenia, rzucone na wrogo usposobioną rodzinę Orsinich zostają obalone przez księdza Negri, odtrąconego przez dziewczynę. Cenci zostają wtrąceni do więzienia i postawieni przed sądem. Prawda o morderstwie wychodzi na jaw: Beatrix, jej matka i brat Fabrycy ponoszą śmierć, młodszy braciszek, Azo, musi przyglądać się egzekucji. Stracony ma zostać również ukochany głównej bohaterki, Giano Giani – malarz. Zabija on brata, którym okazuje się być Negri, gdy dowiaduje się, że ów, zaślepiony chorą miłością, wydaje dziewczynę w ręce inkwizycji. Obaj ponoszą konsekwencje grzechu ojca, kardynała, który od papieża zdobywa ułaskawienie dla syna. Giano, przejęty rozpaczą po stracie ukochanej popełnia kolejny ogromny błąd – odtrąca Azo, pomimo usilnych próśb Beatrix o opiekę nad nim. Porzuconym dzieckiem zajmują się furie.

 

Cichy, podnoszący uczucie niepokoju chichot, jaki wydają te dziwne kreatury o łysych głowach, poszarpanych, czarnych ubraniach, zwinnie przemykające w damskich szpilkach, przytwierdza do krzesła. Zrównoważyć go potrafi jedynie muzyka, zharmonizowana w duecie skrzypiec i fortepianu, dobrze przygotowana. Interesujące są też efektowne odgłosy, dobywające się czasami z instrumentów. Furie niosą bohaterom poczucie grozy, które będzie im towarzyszyło do końca trwania sztuki, apogeum znajdując w ostatniej scenie zabawy z młodszym dzieckiem Cencich. Bawiące się z nim lalkami rodem z teatrzyku kukiełkowego niemal wprost mówią, kto sterował wydarzeniami, negują jakąkolwiek przypadkowość wydarzeń. A ostatni niewinny, ukochany brat Beatrix jest stracony, podziemne trio odegrało na jego uczuciach istną suitę. Podąża za furiami, by zatrzymać się potem na chwilę w oczach widza patrzącego na ekran – na nim mały, poważny Azo. Ostatnie dziecię miłości, kolejne dziecko grzechu.

 

Sobociński punkt ciężkości sztuki kładzie właśnie na dzieciństwo, z którego główni bohaterowie zostają bezlitośnie obdarci. Pokazuje opozycję braci: Giano Gianiego i ukrywającego swą tożsamość księdza Negri. Pierwszego młodego, pięknego, drugiego – dotkniętego kalectwem, znacznie mniej urodziwego. Obu łączy talent malarski. I postać ojca, kardynała, który wybrał drogę wątpliwego powołania i skazał synów na szybsze dojrzewanie. A potem między braćmi staje kobieta – Beatrix – do której to miłość popycha Negri’ego do zdrady rodziny pożądanej dziewczyny. Galeria zbrodni się powiększa – o bratobójstwo… Mroczny sekret zacieśnia więzy między dziewczyną a malarzem Gianim. Dwójka zakochanych w sobie morderców pociesza się miłością, która przyszła zbyt późno, ale która stała się balsamem na ich poranione dusze. Miłością będącą dokładnym przeciwieństwem tego, co oboje doświadczyli ze strony ojców. Padre Anzelmo, u którego szukają schronienia staje się ich powiernikiem, więcej – opiekunem. To on pomaga wyswobodzić się Beatrix ze wspomnienia gwałtu, wypowiadając fragment trzynastego rozdziału I-go Listu do Koryntian świętego Pawła – Hymnu o miłości. Upiór z podświadomości Beatrix znika wygnany przez Anzelmo, sama scena egzorcyzmu jest wstrząsająca, przesycona „mięsem”, brutalnością. Obecność dzieci na scenie w czasie jej trwania wprawia w konsternację, zastanawiać może, w jaki sposób odbierają one to, co się dzieje.

 

Przedstawienie dwóch obrazów braci spina niejako klamrą część najbardziej dynamiczną część spektaklu. Gdy Beatrix przychodzi do zakonu padre Anzelmo szukać pomocy, okazuje się, że Giani właśnie tam przebywa. Kiedy ukrywa się przed nim, mężczyzna pokazuje zakonnikowi portret Beatrix. Wreszcie dochodzi do rozmowy młodych. Crescendo akcji się uwidacznia. Negri natomiast, prezentując na rozprawie jako dowód obraz zabitego ojca Cenci przyczynia się do wydania wyroku śmierci na oskarżonych – następuje gwałtowne diminuendo. Istotne jest też to, że te dwa dzieła prezentują ofiarę i jej kata, ale jednoznaczne określenie ojca jako ofiarę a córki jako kata nie jest możliwe. Rozważanie tego ujmując problem w kryterium winy i kary bynajmniej nie ułatwia sprawy: Francesco ponosi karę za kazirodczą rozwiązłość, a Beatrix za ojcobójstwo. Wydaje się być bardziej okrutna od swego brata, Fabrycego, który zrezygnował z zamiaru zabicia rodziciela. Maciej Sobociński skłania jednak do uznania morderstwa za zbrodnię w obronie własnej, częściowo przynajmniej uniewinniając dziewczynę.

 

Przestrzeń teatralna w spektaklu została znakomicie wykorzystana: sceną pogłębiono, przedłużając również w kierunku widowni, zmniejszając ją o kilka rzędów. Aktorzy przenosili miejsce swej gry poza scenę: wykorzystano kilka balkonów, co w scenie sądu inkwizycyjnego czyniło z widzów niejako obecnych na procesie. Wystrój sali teatralnej potęgował to wrażenie, które dopełniało sklepienie, wyświetlane na ekranie. Płynnie połączono tu nowoczesność ze stylistką epoki, Magdalena Sobocińska zharmonizowała kostiumy, oddające poniekąd charakter postaci. Spektakl wciąga, a sam dramat, którego adaptacja uwzględnia sceny skreślone, będące projektami danych fragmentów, skłania do refleksji – czy dzieciństwo może być utrzymane w niewinności i nieświadomości świata. W dzisiejszych czasach powszechnie mówi się o zjawisku pedofilii. Chociaż prawo ciągle ulega kodyfikacji w celu skuteczniejszej walki z tym zjawiskiem, ono nie zanika. Wiele dzieci zostaje w pewnym momencie rozwoju postawionych w sytuacji odzierającej je z czystości spojrzenia na życie. Zaś niewiele z nich może liczyć na ludzi, mogących pomóc uporządkować tą skomplikowaną układankę.

 
29.10.2009  
Łukasz Drewniak, Pieszczoty i pogróżki - o "Miłości i gniewie" pisze Łukasz Drewniak w Przekroju, /Przekrój nr 43/27.10.09/
...

To był kiedyś ważny dramat*. Historia młodego frustrata odbijała w sobie pokoleniową złość na świat, pokazywała, jak niezałatwione społeczne porachunki odbijają się na relacjach w rodzinie. Jimmy dręc[...]

To był kiedyś ważny dramat*. Historia młodego frustrata odbijała w sobie pokoleniową złość na świat, pokazywała, jak niezałatwione społeczne porachunki odbijają się na relacjach w rodzinie. Jimmy dręczący żonę, potem nową dziewczynę, a nawet pomieszkującego z nimi przyjaciela miał w sobie rewolucyjny potencjał. Pytano, czemu i komu zawdzięcza to, że jest właśnie taki, dlaczego zwraca swój gniew przeciwko najbliższym, zamiast zmieniać świat. Dziś Magdalenę Piekorz interesuje wyłącznie temat toksycznej miłości. Patrzy na dwie kobiety beznadziejnie zakochane w bohaterze i szuka powodów, dla których ciągle z nim są. Co je pociąga w tym nienawistniku, tej urągliwej bestii i dlaczego w końcu mówią "dość" - i odchodzą?

Błażej Wójcik jako Jimmy zmaga się dzielnie z tradycją tej roli, tworzy postać maksymalnie antypatyczną. Żaden tam buntownik z jego bohatera ani tym bardziej nadwrażliwy neurotyk! Zwykły damski bokser, furiat i psychopata. Wójcik go nie broni, Wójcik go tłumaczy. Bo w tej interpretacji agresja Jimmy'ego bierze się z nieumiejętności stworzenia innych niż intymne relacji ze światem. Wszystko, co nie jest seksem albo czułym gruchaniem z wybranką o pieszczotach, misiach i wiewiórkach, staje się dla niego nie do zniesienia. Zwykłą rozmowę, neutralne obcowanie z ludźmi Jimmy odczuwa jako udział w monstrualnym międzyludzkim fałszu. Jako gwałt na jego szczerej naturze. Po co między mężczyzną a kobietą musi istnieć coś, co nie jest emocją, tylko konwenansem? Stąd te jego wybuchy, nieustanne narzekanie, prowokacje słowne, terror psychiczny. Reżyserka skutecznie zawęża świat, w którym istnieje Jimmy, do wyboru między walką z jednym lub drugim modelem kobiecości. Pokazuje, jak w zderzeniu z takim mężczyzną obie jego wybranki stają się po pewnym czasie takie same. Karolina Kominek (Alison) i Natalia Strzelecka (Helena) dają ich bardzo wiarygodne portrety psychologiczne. Podoba mi się ten realistyczny zwrot w scenicznych próbach Magdaleny Piekorz. Bo nie ma nic wspólnego z jej poprzednimi pracami: gwiazdorskim popisem retoryki w stylu "Doktora Hausta" (warszawski Teatr Studio przed paru laty) czy metaforyczno-impresjonistycznym rozmemłaniem "Łucji szalonej" (Teatr Słowackiego, wciąż w repertuarze).

* Ba, najważniejszy dla brytyjskiej teatralno-filmowej fali tak zwanych młodych gniewnych; powstał w 1956 roku

 
28.10.2009  
PAP, Prof. Kowalczykowa krytycznie o obchodach Roku Słowackiego, //
...

Znawczyni twórczości Słowackiego, prof. Alina Kowalczykowa uznała, że podczas trwającego Roku Słowackiego zabrakło odpowiedniej informacji o organizowanych imprezach i dlatego wziął w nich udział ogra[...]

Znawczyni twórczości Słowackiego, prof. Alina Kowalczykowa uznała, że podczas trwającego Roku Słowackiego zabrakło odpowiedniej informacji o organizowanych imprezach i dlatego wziął w nich udział ograniczony krąg odbiorców.

Wszystkie te rocznice to duża strata pieniędzy w stosunku do tego, co można byłoby zrobić - powiedziała historyk literatury prof. Alina Kowalczykowa podczas wtorkowej dyskusji w Senacie poświęconej obchodom Roku Słowackiego w Polsce. Prof. Kowalczykowa - emerytowany pracownik Instytutu Badań Literackich PAN, specjalistka w zakresie literatury romantyzmu - gościła na posiedzeniu senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu.

Podjęto na nim temat "obecności Juliusza Słowackiego w polskim życiu publicznym", w związku z przypadającą w tym roku 200. rocznicą urodzin wieszcza i trwającymi od stycznia obchodami Roku Słowackiego. Wśród zaproszonych na posiedzenie byli też dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Krzysztof Orzechowski oraz dyrektor Biblioteki Narodowej dr Tomasz Makowski.

Prof. Alina Kowalczykowa uważa, że przygotowania do obchodów Roku Słowackiego powinny trwać dłużej. Ubolewała, że często w Polsce ważne rocznice "są planowane w ostatniej chwili". "Jeżeli już wiadomo, że zbliża się jakiś rok, który będzie czczony, należałoby przynajmniej rok wcześniej ustalić priorytety, określić np., jakie książki warto byłoby wznowić, ustalić ogólny plan tego,

jakie imprezy będzie się szczególnie popierać" - mówiła w Senacie uczona.

W jej ocenie, w 2009 r. "nie było jednej porządnej informacji o tym, co się dzieje" w poszczególnych rejonach kraju w związku z obchodami Roku Słowackiego. Prof. Kowalczykowa uznała, że w imprezach organizowanych dla publiczności w ramach Roku Słowackiego "wzięłoby udział o wiele więcej ludzi, gdyby wiedzieli, gdzie one się odbywają".

Dyrektor krakowskiego Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zwrócił uwagę, że młodzi polscy reżyserzy boją się adaptacji dzieł Słowackiego i w efekcie wystawień utworów tego autora jest w Polsce mało. Zdaniem Krzysztofa Orzechowskiego, w Polsce istnieje "problem recepcji Słowackiego". W teatrze polega on na trudności ze znalezieniem języka scenicznego dla dramatów wieszcza - tłumaczył Orzechowski. - Ze Słowackim jest tak, że jeśli "zrobi się" go muzealnie, jest nudny, a jeżeli zbyt nowocześnie - staje się on własną karykaturą. To jest problem - tłumaczył Orzechowski.

Przypomniał, że w kwietniu w jego teatrze odbyła się premiera rzadko grywanego dramatu Słowackiego "Beatrix Cenci", w realizacji młodego reżysera Macieja Sobocińskiego. - To bardzo nowoczesne przedstawienie. Spotkało się z jednej strony z bardzo krytycznymi opiniami tradycjonalistów, natomiast z drugiej - wręcz z uwielbieniem ze strony młodych - opowiadał dyrektor Teatru im. J.

Słowackiego. Uzupełnieniem tego wystawienia był konkurs na recenzję spektaklu "Beatrix Cenci" - pozostającego wciąż w repertuarze teatru - adresowany do uczniów szkół ponadgimnazjalnych w województwie małopolskim - dodał Orzechowski. - Ciekawe jest to, jak młodzi myślą w tej chwili o klasykach - podkreślił. Przypomniał, że konkurs będzie rozstrzygnięty dopiero w przyszłym roku oraz że prace nadsyłać można do 26 kwietnia. Patronem konkursu jest marszałek województwa małopolskiego.

Dyrektor Biblioteki Narodowej przypomniał z kolei, że Polacy mogą korzystać z nowoczesnej drogi dostępu do dzieł wieszcza. Biblioteka udostępniła bowiem w internecie prawie dwieście cyfrowych wersji utworów i korespondencji Słowackiego. Na stronie Cyfrowej Biblioteki Narodowej (www.polona.pl) zobaczyć można m.in. rękopis "Balladyny", listy Słowackiego do jego przyjaciółki Joanny Bobrowej oraz pierwodruk "Kordiana". Internauci mogą zapoznać się także z opiniami o twórczości Słowackiego, które wyszły spod pióra Cypriana Norwida, Michała Bałuckiego czy Piotra Chmielowskiego.

200. rocznica urodzin Juliusza Słowackiego minęła 4 września.

 
28.10.2009  
Magda Huzarska, Kultura w Małopolsce jest poważnie zagrożona - wywiad w Gzecie Krakowskiej z dyrektorem Krzysztofem Orzechowskim, /Polska Gazeta Krakowska nr 253/
...

Magda Huzarska: Urząd Marszałkowski planuje obciąć od przyszłego roku Pana teatrowi 15% dotacji. Ile to jest pieniędzy?  Krzysztof Orzechowski: - Prawie 1 mln 200 tys. zł. - Co to oznacza dla teatru? [...]

Magda Huzarska: Urząd Marszałkowski planuje obciąć od przyszłego roku Pana teatrowi 15% dotacji. Ile to jest pieniędzy?

 

Krzysztof Orzechowski: - Prawie 1 mln 200 tys. zł. - Co to oznacza dla teatru? - Oznacza to, że tak okrojony budżet może stać się budżetem zagłady, a nie przetrwania. Tym bardziej że z powodu recesji zmniejszają się nasze wpływy ze sprzedaży biletów. Jesteśmy zmuszeni obniżać ich ceny dla szkół, bo są one coraz biedniejsze. A ponieważ ciągle uważam, że prowadzę teatr misyjny a nie komercyjny, dlatego często ulegam ich prośbom. Jest bardzo prawdopodobne, że w przyszłym roku zmniejszą się również wpływy z wynajmu sali. Firmy, które było na to stać, też dopada kryzys, a gmach Opery staje się drapieżnie konkurencyjny.

 

- W jaki sposób zamierzacie przetrwać?

 

- Ponieważ nie możemy obniżać stałych kosztów utrzymania, które w przypadku zabytkowych budynków są bardzo wysokie, jedynym wyjściem z sytuacji jest zmniejszenie wydatków na produkcję artystyczną. Dlatego w przyszłym roku damy tylko 4, a nie jak poprzednio 6 czy 8 premier. Poza tym nie będziemy grać na Scenie w Bramie i Scenie pod Pompą. Istnieje jednak pewna granica, której nie chcę przekroczyć. Bowiem w moim przekonaniu teatr, który nie przygotowuje nowych przedstawień, przestaje istnieć, umiera. Jest to też fatalna sytuacja dla zespołu aktorskiego, który nie ma szansy się rozwijać.

 

No i mniej zarabia.

 

- Tak, zmniejszyłem o 15% normy aktorskie. Będę też musiał zredukować liczbę etatów. Ale już honorariów twórców zewnętrznych nie mogę obniżać. Jeżeli chcemy, żeby reżyser z nazwiskiem i pozycją zrealizował u nas jakąś sztukę, to nie możemy zapłacić mu kwoty mniejszej niż ta, którą dostaje w innych teatrach. Bo do nas nie przyjdzie, a to nadałoby nam status drugo-, a nawet trzecioligowców. Teatr, który nie może podjąć artystycznych wyzwań, mnie nie interesuje.

 

Na co więc mogą liczyć widzowie w przyszłym roku?

 

- Gdy małopolski sejmik zatwierdzi budżet na rok przyszły, wtedy będziemy ostatecznie wiedzieć ile mamy pieniędzy. Ciągle mam nadzieję, że radni znajdą jakieś wyjście z tej trudnej sytuacji. Dlatego nie chcę w tej chwili mówić, co zrobimy, a czego nie. Mamy kilka interesujących projektów, które są w trakcie przygotowań.

 

A może warto, żeby teatr poszukał sponsorów?

 

- Nieustannie ich szukamy, ale prywatni sponsorzy niechętnie wspomagają teatry dramatyczne. Ich udział w utrzymaniu takich scen w całej Polsce ogranicza się do błędu statystycznego i wynosi mniej więcej 3%. Poza tym sponsorzy też odczuwają recesję. Iluzoryczne są również tzw. granty ministerialne, czyli dofinansowanie projektów artystycznych. Wymagany finansowy wkład własny beneficjenta w taką pomoc stale rośnie. Sytuacja staje się absurdalna. Samorząd małopolski oczekuje coraz większego "urynkowienia" swoich instytucji, a my nie mamy na to szans bez zmian ustawowych, oczekiwanych od szeregu lat.

 

Jakie jest więc wyjście z tej patowej sytuacji?

 

- Są różne możliwości. Można rozmawiać o współfinansowaniu naszej sceny przez miasto, czy ministerstwo. Ale ja nie mam do tego uprawnień. To mogą zrobić tylko małopolskie władze. Marzę, aby problemy "Słowaka" zostały raz na zawsze rozwiązane strategicznie. To magiczne, zasłużone dla kultury miejsce i jego wspaniali pracownicy na to zasługują.

 

 

 

 

 
27.10.2009  
Paweł Głowacki, 282 Krakowski Salon Poezji. Fragmenty dalszych Pieśni "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego czytali: Anna Dymna i Krzysztof Orzechowski. Grali: Halina Jarczyk - skrzypce, Jacek Bylica i Joachim Mencel - fortepian, Grzegorz Piętak"Ani słowa więcej", /Dziennik Polski/
...

Koniec już. Ani słowa więcej. Po pięciu kolejnych niedzielach, kiedy na Salonach Poezji pięcioro aktorów odczytało pięć pierwszych Pieśni "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego - szóstej niedzieli Anna D[...]

Koniec już. Ani słowa więcej. Po pięciu kolejnych niedzielach, kiedy na Salonach Poezji pięcioro aktorów odczytało pięć pierwszych Pieśni "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego - szóstej niedzieli Anna Dymna i Krzysztof Orzechowski mówili, a raczej odgrywali głosami fragmenty, kilka świetnych łupin wyjętych z Pieśni dalszych, mniej lub bardziej... Jakich właściwie? Niedomkniętych? Zaniechanych? Porzuconych w pół oktawy? A nawet jeśli całych, to "nie wyczyszczonych" ostatecznie? Ułomnych? Być może, lecz wedle skali czyjego pióra ułomnych? Naszego? Strach odpowiadać.

Co się działo? Kozacy szli po moście. Omszały starzec tarł lirę krwawą. Przy księżycu lśniąco trwali rycerze błędni. Dalej - ogromna cisza Krymu. Tu Arabki dwie w koszulach czarnych straż przy biednej, zniewolonej Polce trzymają. Beniowski, szablą ocalającą błyskając, płoszy wściekłe stada Turków. Dalej - senna niczym dymy z orientalnych fajek audiencja u khana Kiryma Giraja. Po czym - coś jeszcze, i jeszcze, i jeszcze, kolejne migotliwe okruchy fabuły. Od biedy każdy uczniak akcję streści w pięć, góra dziesięć minut. Tak. Lecz co naprawdę działo się w czytaniu Dymnej i Orzechowskiego? Przez godzinę i dziesięć minut naprawdę działy się - słowa.

Słowa Słowackiego, jego język, rytm, rym, jego metafory i cała reszta napisanych obrazów - a wszystko gęste ostatecznie, gęste jak późniejszy malinowy chruśniak u Leśmiana. Rzecz jasna, o sensach "Beniowskiego", o skrytych w nim tzw. przesłaniach intelektualnych, treściach, tezach i innych sednach - w nieskończoność mówić można. Owszem. Lecz co mówi się w istocie, gdy zarazem elegancko się milczy o tańcu bądź śnie słów Słowackiego? Dymna i Orzechowski, ale też inni, co wcześniej czytali, choćby Krzysztof Globisz, albo Izabela Olszewska - odpowiadają taktownie: niewiele się wtedy mówi.

Klasyk uczył: "Gdy tematem jest taniec - słowa tańczą. Gdy sen - słowa idą spać". Tu jest początek, środek i koniec czytania Dymnej i Orzechowskiego. W pewności, że zdania w ogóle, a zdania Słowackiego zwłaszcza - nie są przeźroczyste i nieważkie. I że nie ma co sensów zdań szukać za plecami zdań, gdyż jest on tu, tylko tu. W ciężarze wersu. W sposobie, w jaki jest on nieprzeźroczysty.

Więc przez godzinę i dziesięć minut, w łupinach "Beniowskiego" jak w malinowym chruśniaku przed ciekawych wzrokiem zapodziani po głowy, delikatnie zrywali zdania. Dymna - odpowiedzialna za to, co u Słowackiego ciche, pierzchliwe, lekkie jak komar. I Orzechowski - malowniczy, barytonowy sybaryta gromkich brzmień, barw mięsistych i bezlitosnej ironii. Zrywali zdanie po zdaniu i mieli baczenie, by niczego z cielesności zdań nie uronić. Powtórzyli lekcję starej prawdy, że istotna fabuła to fabuła słów. I coś jeszcze.

Litościwie uśmiechali się do naszych czytelniczych nawyków, do tych pytań fatalnych: "co poeta miał na myśli?", albo "o czym to jest?" W finale Orzechowski rzekł za Słowackim: "A mnie odleciał Anioł, który stwarza". O czym jest ten wers? Nie było wątpliwości. Otóż, wers: "A mnie odleciał Anioł, który stwarza", jest, droga polonistko, o tym i tylko o tym, że: "A mnie odleciał Anioł, który stwarza". To znaczy to. To jest tym. Niczym więcej, niczym mniej. A dalej? Koniec już. Niestety. Ani słowa "Beniowskiego" więcej.

 
20.10.2009  
Paweł Głowacki, 281. Krakowski Salon Poezji. "Pięć akordów, jeden szept", /Dziennik Polski nr 246 /
...

Piątą Pieśń "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego czytał Krzysztof Globisz.  «Gdy zaczęła się spowiedź z istoty poezji, całkiem jak z grzechów - ucichły furie. "Chodzi mi o to, aby język giętki/ Powied[...]

Piątą Pieśń "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego czytał Krzysztof Globisz.

 

«Gdy zaczęła się spowiedź z istoty poezji, całkiem jak z grzechów - ucichły furie. "Chodzi mi o to, aby język giętki/ Powiedział wszystko, co pomyśli głowa:/ A czasem był jak piorun jasny, prędki/ A czasem smutny jako pieśń stepowa".

 

 

Wcześniej wszystko było niczym wodospad głazów. Każdą z siedemnastu pierwszych oktaw Pieśni Piątej "Beniowskiego", co prowadzą do spowiedzi, Krzysztof Globisz czytał jakby na jednym oddechu. Ciskał obrazami, uszy kłuł rytmem, bez litości wpychał w mózgi wielkie kawały świata ze słów. Był nieodparty. I nagle - krawędź szeptu.

 

 

"Chodzi mi o to..." Zmiękły głazy. "A czasem jako skarga nimfy miętki,/ A czasem piękny jak aniołów mowa.../ Aby przeleciał wszystko ducha skrzydłem./ Strofa być winna taktem, nie wędzidłem". Zwiądł grzechot kolosalny. Przyszło... Co właściwie? Bezradność? Lęk tego, który nie wie, czy pióro sprosta głowie myślącej? Szczypta niewiary w siebie? Cień rezygnacji? Ziarno pokory? Miękka litość dla samego siebie? Chęć skulenia ramion? Pragnienie, by usiąść na ziemi i jak florencki lutnik Belacqua w przedsionku "Czyśćca" Dantego - przyjąć pozycję pokonanego: ręce obejmują podkurczone nogi, głowa wtulona w ciemność między kolanami?

 

 

Szept Globisza był taki, że poprzedni akapit można przeczytać, opuszczając wszystkie znaki zapytania. Globisz zrozumiał dobrze, do spodu pojął, do dna, iż w Pieśni Piątej "Beniowskiego" kończą się "żarty". "Żarty" ironicznych dygresji, "kuksańce" towarzyskie, literackie "szpile", "batożenia" kolegów po piórze oraz inne bolesne "cięgi", które w poprzednich Pieśniach migotają tak chętnie - tu nie ma ich, prawie nie ma. Globisz zobaczył, że Pieśń Piąta to akt ostatecznych rozliczeń, finalne zwarcie, koniec "muskania".

 

 

Owszem, można opuścić wszystkie znaki zapytania, tak w szepcie spowiedzi z istoty poezji, jak w wodospadzie głazów przed nią i po niej. Globisz nie czytał słów, nie kuśtykał od wersu do wersu, nie gromadził piękna rymów, nie ciułał metafor. Nie czytał słów - czytał ich skóry, zapachy i barwy, ich chłód albo ciepło, ich twardość bądź miękkość, ich życie po prostu. I czytał wielkimi okresami, jakby od początku miał w gardle od razu cały obraz zamknięty w kilkunastu oktawach. Mówił trochę tak, jak pianiści wypuszczają w powie-trze wszystkie dźwięki akordu - jednym uderzeniem w klawiaturę.

 

 

Pam! - i step nad Dnieprem podnosił łeb. Pam! - ktoś okutany worem sarnę ze skóry odzierał. Pam! - w powietrzu stanęła jaskinia Sawy, jaskinia, pies wierny i barany. Pam! - wściekłość Sawy i wściekłość Swentyny za łby się wzięły. Gdzieś pomiędzy tymi akordami - szept spowiedzi. I wreszcie Pam! ostatnie, ostateczne. Wielki finał Pieśni Piątej - uderzenie w kolosa, co nazywał się Adam Mickiewicz. Ten moment gwałtowny, kiedy pokora spowiedzi z istoty poezji obróciła się w pychę, fenomenalną pychę wieszcza, który nie chciał być drugi.

 

 

Globisz był nią. A za chwilę - ciemnym spokojem wersów przedostatnich. "Obmyłem twój laur w słów ognistych deszczu/ I pokazałem, że na twojej korze/ Pęknięcie serca znać - a w liści dreszczu/ Widać, że ci coś próchno duszy porze". Cóż mógł do czerni takiej Słowacki dorzucić? Tylko tę powszechnie znaną ironiczną wielkoduszność o dwóch na słońcach swych przeciwnych - Bogach.

 

 

***

 

Teatr im. Juliusza Słowackiego. 281. Krakowski Salon Poezji. Piątą Pieśń "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego czytał Krzysztof Globisz. Grali: Przemysław Sokół - flügelhorn, Józef Michalik - kontrabas, Dominik Klimczak - perkusja. Gospodarze Salonu: Anna Burzyńska i Józef Opalski.»

 

 

 

 

 

 

 

 
20.10.2009  
Justyna Nowicka, O miłości i innych demonach - o spektaklu "Wyobraźcie sobie...William Szekspir" w miesięczniku Kraków, /Kraków nr 10/11/10/11-2009/
...

Seweryn bez zaskoczenia Andrzej Seweryn, socjetariusz Komedii Francuskiej w Paryżu potrafi zagrać wszystko. Ale to chyba wie każde dziecko? Piszę te słowa ładnych kilka dni po premierze, obrazy ze spe[...]

Seweryn bez zaskoczenia

Andrzej Seweryn, socjetariusz Komedii Francuskiej w Paryżu potrafi zagrać wszystko. Ale to chyba wie każde dziecko? Piszę te słowa ładnych kilka dni po premierze, obrazy ze spektaklu Wyobraź sobie... w Teatrze im. Słowackiego wracają z mocą i wyrazistością. Seweryn jako dziwaczejąca Lady Makbeth, Seweryn jako popadający w szaleństwo Otello, Seweryn dialogujący z psem (niewiarygodne, ale pies nie ukradł Sewerynowi tej sceny), Seweryn jako Julia, podstępny Ryszard gaworzący jak dziecko, bełkocący jak pijak. Komiczny, dziki, śmiertelnie poważny na chwilę przed śmiercią, obnażony, hamletyzujący.

Spektakl na dużej scenie teatru to montaż kilkunastu scen z różnych, częściej lub rzadziej grywanych u nas sztuk Szekspira. Aktor na prawie pustej scenie jest demiurgiem, który stwarza świat - czy jest to obłąkana planeta Otella, czy pełen majaków i obsesji kosmos żony "wodza Glamis, wodza Cawdoru", jak wróżą wiedźmy. Jest prawdziwym wcieleniem owidiuszowskiej metamorfozy, która nigdy się nie skończy - wystarczy gest, a ciała ewoluują, zmieniając formy. Tak nakazują bogowie, takie zasady rządzą światem. W spektaklu w reżyserii Jerzego Klesyka jedyną zasadą jest sam Andrzej Seweryn. To mistrzowski popis jego aktorskiej wszechmocy udzielanej widzowi z rozmachem graniczącym z pychą. Dlaczego pomyślałam o Owidiuszu, i jego niekończących się przemianach? Bo pokazują, że mistrzowskie rzemiosło to przecież tylko środek, a w "Wyobraź sobie..." zamiast celu najdobitniej ujawniają się środki.

 
19.10.2009  
Elżbieta Baniewicz, PANIE I PANOWIE REŻYSERZY (część I) - o spektaklu "Rozmowy poufne" w miesięczniku Twórczość pisze Elżbieta Baniewicz, /Twórczośc nr 9/2009/
...

(…) Prawdziwej satysfakcji dostarczyły mi za to „Rozmowy poufne” Iwony Kempy z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zrobione wedle klasycznego a zapomnianego przepisu: dobry autor, dobrzy autorz[...]

(…) Prawdziwej satysfakcji dostarczyły mi za to „Rozmowy poufne” Iwony Kempy z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie zrobione wedle klasycznego a zapomnianego przepisu: dobry autor, dobrzy autorzy i niewidoczny (prawie) reżyser. Reżyserka dokonała adaptacji powieści Ingmara Bergmana, ogołociła małą scenę teatru ze wszystkiego, co zbędne, pozostawiając ledwie dwa krzesła, stół, niewielką serwantkę z kilkoma rekwizytami. Postawiła na aktorów, bo - jak podkreślała w wypowiedziach – oni są najważniejsi, istnieją, by przekazać, urzeczywistnić na scenie myśl autora. Bergman, jak rzadko który twórca, czerpał ze swej biografii, ale też jak mało kto potrafił pokazać moralne dylematy współczesnego człowieka. Jego krótka powieść opowiada o Antonie, żonie pastora, matce jego dzieci, która jako kobieta czuje się niespełniona. Nawiązuje szczęśliwy romans z Tomasem, młodszym od siebie kandydatem na pastora. Niemniej, wiedziona wyrzutami sumienia, udaje się po radę do wuja Jakuba, także pastora, który namawia ją do wyznania mężowi prawdy. Nie polepsza to sprawy, zdradzony Henryk szaleje, wyżywa się na dzieciach, małżeństwo jest na skraju rozpadu. Tomas, przerażony odpowiedzialnością, ucieka. Dominika Bednarczyk gra Annę pięknie, najprościej jak można, jako kobietę w dużym stopniu okaleczoną przez małżeństwo, przez presję protestanckiego otoczenia, ale też przez własne poczucie odpowiedzialności za dzieci, męża, kochanka. Ono zmusza do rezygnacji z pragnień, uspokojenia małżeńskich konfliktów, ale też do życia w zakłamaniu.

Są w tym przedstawieniu dobrze zbudowane role, bynajmniej nie jednowymiarowe, jak Henryk Sławomira Maciejewskiego, śmieszny i żałosny zarazem, jak Jakub Tomasza Międzika, mądry starszy pan, który nie potępia swoich wiernych, lecz stara się ich zrozumieć. Sam jest pogodzony ze sobą, a nawet ze śmiercią, co pięknie wybrzmiewa w ostatnich scenach, zagranych z uśmiechem, a nie z rozpaczą. Z intensywnie obecnymi, wielowymiarowymi bohaterami Rozmów widz może się zidentyfikować, popatrzeć przez ich dylematy na własne życie, zadać kilka istotnych pytań. Nie jest to mało w epoce rozpadu więzi rodzinnych, patologii i dręczącej wielu samotności. (…)

 
16.10.2009  
Leszek Konarski, Szekspir jednego aktora - mówi ANDRZEJ SEWERYN w Tygodniku Przegląd, /Przeglad nr 40/
...

 - Chciałem przeżyć nową przygodę z Szekspirem, rozmawiać z nim o obsesji władzy, miłości, smutku i samotności, zazdrości i zdradzie, porażkach i pragnieniach sukcesów, o wielkości i upadkach człowiek[...]

 

- Chciałem przeżyć nową przygodę z Szekspirem, rozmawiać z nim o obsesji władzy, miłości, smutku i samotności, zazdrości i zdradzie, porażkach i pragnieniach sukcesów, o wielkości i upadkach człowieka - mówi ANDRZEJ SEWERYN o swoim monodramie "Wyobraźcie sobie... William Szekspir".

 

W spektaklu "Wyobraźcie sobie... William Szekspir", którym 26 września zainaugurował nowy sezon krakowski Teatr im. Juliusza Słowackiego, przez ponad półtorej godziny nie schodzi pan ze sceny. Jest pan Hamletem, Makbetem, Ryszardem III, Otellem, Henrykiem V, Księciem Janem, Falstaffem... Cały czas sam na sam z publicznością i genialnym autorem ze Stratfordu, z muzyką i orgią świateł, jak Madonna na estradzie. Z pewnością niewiele w Polsce osób stać na takie aktorskie non-stop.

- I równocześnie coś bardzo pasjonującego... Na scenie, poza mną, pokazuje się tylko aktorka Teatru im. Słowackiego, Marta Waldera, i pies.

 

Wielu aktorów chciałoby mieć taki gwiazdorski recital. O ile wiem, od lat marzył pan o zrobieniu spektaklu złożonego z najgłośniejszych monologów Szekspira.

- Ponad 30 lat temu, gdy grałem w Teatrze Ateneum w Warszawie, przedstawiłem pomysł takiego spektaklu dyrektorowi Januszowi Warmińskiemu. Kilka lat temu, wraz z moimi dwoma paryskimi kolegami, reżyserem Jerzym Klesykiem oraz tłumaczem Piotrem Kamińskim, zaczęliśmy myśleć, jak ten pomysł zrealizować. Spotykaliśmy się w różnych miejscach, czytaliśmy fragmenty sztuk Szekspira i zastanawialiśmy się, w jaki sposób w jednym spektaklu zawrzeć historie różnych ludzkich namiętności, opowiedzieć o miłości, zdradzie, zazdrości, nienawiści, szaleństwie, pustce, uniesieniach. Szekspir daje ogromne możliwości rozszerzenia wyobraźni.

 

A jak ten spektakl znalazł się w Krakowie?

- Krzysztof Orzechowski, dyrektor Teatru im. J. Słowackiego, od wielu lat proponował mi współpracę. Nie mogłem występować w sztukach często granych ze względu na swoją pracę we Francji i dlatego zaproponowałem mu przygotowanie spektaklu złożonego z najsłynniejszych fragmentów sztuk Williama Szekspira. On ten pomysł poparł i stąd spektakl w Krakowie.

 

Skąd u pana zainteresowanie Szekspirem? Nie pamiętam pana w roli Hamleta, Romea czy Otella.

- Grałem w wielu sztukach Szekspira, choć rzeczywiście Hamletem czy Otellem nie byłem. Nie zapomnę prof. Mariana Wyrzykowskiego, który w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie uświadamiał nas, że Szekspir to autor niezwykły i znajomość teatru bez wiedzy o tym autorze będzie niepełna.

 

Czy u aktora miłość do Szekspira nadchodzi wraz z osiągnięciem dojrzałości twórczej? Może właśnie teraz, po paśmie sukcesów, zatęsknił pan do teatru realistycznego, tradycyjnego aktorstwa, do takiej właśnie "solówki", aktorskiego singla.

- Chciałem przeżyć nową przygodę z Szekspirem, dotrzeć ponownie do jego tekstów, rozmawiać z nim o obsesji władzy, miłości, smutku i samotności, zazdrości i zdradzie, porażkach i pragnieniach sukcesów, zwątpieniach i nadziejach, o wielkości i upadkach człowieka.

 

Czym jest ten spektakl? Nie jest widowiskiem, monodramem, recitalem...

- Sam nie wiem, jak go nazwać, niewątpliwie jest to bardzo trudna forma teatralna. Wszystko robię dla Szekspira. Chcę pokazać widzowi, jak wielki jest to autor. Poddaję się temu tekstowi. A w samym fakcie, że jeden aktor do końca spektaklu pozostaje sam na sam z widownią, nie ma nic nadzwyczajnego. Szczególnie na Zachodzie jest to ostatnio forma dość często spotykana. Są aktorzy, którzy sami potrafią godzinami trzymać ludzi w napięciu. Nie chodzi tu o monodramy grane w małych salkach, lecz o solowe występy nawet przed kilkutysięczną widownią.

 

Madonna nie odniosłaby sukcesu, gdyby nie jej kilkusetosobowa ekipa i kilkadziesiąt ciężarówek ze sprzętem. Za panem też stoi sporo ludzi, z których część przywiózł pan z Paryża.

- Takiego spektaklu nie zrobiłbym sam, bez pomocy moich przyjaciół, szczególnie tych z Francji, wspomnianych już Klesyka i Kamińskiego oraz reżysera świateł Jeana Luca Chanonata. Ten ostatni to nie jest prosty oświetlacz, to wielki artysta świateł, który pracował dla Harolda Pintera, Patrice'a Chéreau, Luca Bondy i wielu innych znanych europejskich reżyserów. Gdy w 1980 r. znalazłem się we Francji, to sztuka światła w tamtejszym teatrze była dla mnie szokiem. Ci ludzie z reflektorami są prawdziwymi malarzami potrafiącymi służyć tekstowi, reżyserowi i aktorowi.

 

Ale nie wszyscy przyjechali z Paryża...

- Scenografia jest autorstwa Magdaleny Maciejewskiej, muzykę skomponował Antoni Komasa-Łazarkiewicz. Chciałbym też podziękować Halinie Jarczyk, która pomogła mi w śpiewaniu na scenie. Od czasu warszawskiego spektaklu Agnieszki Osieckiej "Niech no tylko zakwitną jabłonie", granego w Ateneum w latach 1969-1970, nigdy potem niczego nie śpiewałem.

 

Czy pan nie uważa, że w Polsce kończy się era dyktatury reżyserów i jest wyczuwalna tęsknota do teatru aktorskiego, do słowa, nie tylko obrazu?

- Być może, ale nie wyobrażam sobie teatru bez reżysera.

 

Kiedyś powiedział pan, że aktor musi mieć nie tylko ciało, ale i głowę.

- Te dwie rzeczy są niezbędne, ale wszystkiemu w teatrze muszą towarzyszyć emocje.

 

Wiem, że myśli pan już o kierowaniu teatrem. Pana była żona Krystyna Janda ma Teatr Polonia, w którym występuje pan wraz z córką Marią, pański kolega Michał Żebrowski zakłada teatr w Pałacu Kultury i Nauki. Pan we wrześniu przyszłego roku ma objąć dyrekcję Teatru Polskiego w Warszawie. Czy nie zyskamy kolejnego dyrektora, a stracimy znakomitego aktora? Gdy Janusz Warmiński został dyrektorem Teatru Ateneum, przestał występować na scenie.

- Chyba mnie to nie czeka.

 

Jaki ma być pana teatr? Czy zamierza pan wykorzystać doświadczenia z prawie 30-letniego pobytu za granicą, z pracy w Comédie Française czy Royal Shakespeare Company, z kontaktów z takimi reżyserami jak Peter Brook, Jacques Lassalle, Antoine Vitez czy Deborah Warner?

- Czy pan myśli, że mógłbym zapomnieć o tym, czego się nauczyłem przez prawie 30 lat mojego pobytu poza granicami Polski?

 

Co będzie grane?

- Mam już pewne plany repertuarowe, ale jest zbyt wcześnie, aby o nich mówić. Poza tym nie podpisałem jeszcze umowy.

 

Czy chciałby pan zreformować polski teatr? W Comédie Française aktorzy partycypują w zyskach swojego teatru, jedni mniej, drudzy więcej, zależnie od zasług. Nawet zarobki administracji i obsługi technicznej zależą od wyników finansowych. Jest to scena państwowa, ale państwo francuskie otrzymuje tylko połowę zysków, reszta jest dzielona pomiędzy tych, którzy ją tworzą. Czy w Polsce takie połączenie własności państwowej z prywatną nie byłoby kluczem do uzdrowienia naszej kultury?

- Rzecz ta jest warta przemyślenia. Świadomość, że jest się współwłaścicielem instytucji, mobilizuje do wysiłku.

 

Dlaczego dopiero od następnego sezonu obejmie pan Teatr Polski?

- Spowodowały to moje obowiązki w Comédie Française. W Paryżu będę grał w dwóch przedstawieniach.

 

A więc będzie pan do Krakowa dojeżdżał?

- Z wielką przyjemnością.

 

Dwa tygodnie temu uczestniczył pan w Gdańsku w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod budowę Teatru Szekspirowskiego. Czy chciałby pan w nim grać dzieła mistrza ze Stratfordu?

- Oczywiście, idea powrotu do Gdańska teatru szekspirowskiego jest mi bardzo bliska, ale moja ewentualna współpraca z tym teatrem będzie zależała od jego twórcy, prof. Jerzego Limona. Sprawa jest jednak odległa, bo teatr ten, budowany dzięki staraniom fundacji Theatrum Gedanense, będzie otwarty dopiero za kilka lat.

***

Andrzej Seweryn - (ur. w 1946 r.) aktor teatralny i filmowy. Ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Po studiach trafił do Teatru Ateneum, w którego zespole był nieprzerwanie do 1980 r. W 1980 r. wyjechał do Paryża, by zagrać rolę w "Onych" Stanisława Ignacego Witkiewicza, reżyserowanych przez Andrzeja Wajdę. Tam zauważony przez Antoine'a Viteza zaproszony został do zagrania w "Zamianie" Paula Claudela, następnie zaproponowano mu etat w École du Théâtre National de Chaillot. Andrzej Seweryn związany był przez cztery lata (1984-1988) z Międzynarodowym Centrum Kreacji Teatralnej Petera Brooka. W 1993 r. otrzymał angaż - jako trzeci cudzoziemiec w historii teatru francuskiego - do Comédie Française i na scenie tego teatru występuje do dzisiaj. Był wykładowcą Wyższej Szkoły Sztuki i Technik Teatralnych w Lyonie, obecnie jest profesorem w Conservatoire National Supérieur d'Art Dramatique w Paryżu. Grał w wielu filmach polskich i francuskich, zdobywając liczne nagrody na festiwalach. Od 1989 r. pracuje również w Polsce.

Pusia zamiast Edwina

Andrzej Seweryn zażyczył sobie, aby w dialogu z psem wystąpił nie psi arystokrata, ale zwykły kundelek. Na casting do Teatru im. J. Słowackiego zgłoszono kilkanaście krakowskich piesków, spośród których sceniczną szansę dostał czarny, liczący już 15 lat Edwin. Jako szczeniak został przez kogoś porzucony i od śmierci uratowała go pani Krystyna Bochenek. Mieszka z nią i jej synem na krakowskim Kazimierzu, ale uwielbia samotne wędrówki po całej dzielnicy i dlatego nazywają go też Dzielnicowym lub Zwiadowcą. Pół roku temu potrącił go samochód i znalazł się w azylu, gdzie został odnaleziony przez panią Krystynę. Na próbach Edwin nie bał się świateł i muzyki, znakomicie udawał, że rozumie Szekspira.

Tuż przed premierą realizatorzy spektaklu doszli do wniosku, że Edwin musi mieć dublera, i zaczęli uczyć roli czarną suczkę Pusię, wybraną bez castingu, poleconą przez kogoś z teatru, a więc dzięki znajomościom. W spektaklu premierowym wystąpiła Pusia, bo podobno Edwin nie był tego dnia dysponowany. Nawet kundlowi przydają się układy...»

 

 

 
15.10.2009  
Tomasz Gromadka, "Młodzi kontra życie" - "Miłością i gniewem" Piekorz wraca do lat 50., /Rzeczpospolita nr 242 /
...

«Dramat opowiada o trudnych relacjach trójki mieszkających ze sobą młodych ludzi. Jimmy Porter, główny bohater, dręczy psychicznie domowników i zanudza ich pesymistycznymi tyradami. Odreagowuje w ten [...]

«Dramat opowiada o trudnych relacjach trójki mieszkających ze sobą młodych ludzi. Jimmy Porter, główny bohater, dręczy psychicznie domowników i zanudza ich pesymistycznymi tyradami. Odreagowuje w ten sposób swój strach przed życiem.

 

- Diagnozy Osborne'a są wciąż aktualne - mówi Magdalena Piekorz, zdobywczyni Złotych Lwów za film "Pręgi" (2004 r.), po raz szósty reżyserująca w teatrze. - Młodzi uciekają od problemów i odpowiedzialności. Nie chcą się wiązać na stałe. Twierdzą, że samotność im nie doskwiera. Ale jest to złudne przekonanie - tempo życia i lęk przez zaangażowaniem powoduje, że tracą szanse na szczęście.

 

Miłość i uśpienie

 

John Osborne należał do powojennego pokolenia angielskich pisarzy, zwanych "młodymi gniewnymi" (razem z m.in. Kingsley'em Amisem czy Philipem Larkinem). Byli wrażliwymi społecznie inteligentami, pochodzącymi z robotniczych rodzin. W swoich dziełach reagowali na krzywdę zwykłych ludzi i sprzeciwiali się mieszczańskim normom.

 

- Nie interesuje mnie bunt, ani wymiar polityczny dramatu. Biorę na warsztat los młodego pokolenia, biernego wobec wyzwań życia. Opowiadałam już o tym w filmie "Senność" (2008 r.). Moi kinowi bohaterowie mieli świadomość marazmu, ale brakowało im odwagi, aby coś zmienić - mówi Piekorz.

 

Allison, żona Jimmiego, jest największą ofiarą jego despotyzmu. Jednak kocha męża i trwa potulnie w toksycznej relacji.

 

- Partnerstwo to często złudzenie. W związku zawsze ktoś dominuje, a czasem nawet tłamsi drugą osobę - komentuje reżyserka.

 

Natomiast Cliffa, przyjaciela Jimmiego, można podejrzewać o skrywaną miłość do głównego bohatera. Osborne, nie pisze jednak o homoseksualizmie wprost - w latach 50. był on tematem tabu.

 

- Ta sztuka mnie fascynuje, ponieważ rozgrywa się między słowami. Opiera się na niedopowiedzeniach i przemilczeniach. Bohaterowie ukrywają swoje myśli i prawdziwe uczucia, tak jak my w życiu. Osborne potrafił stworzyć postacie z krwi i kości - twierdzi artystka.

 

Teatr z ogórka

 

W spektaklu oddane zostaną realia lat 50. - poprzez ubrania , fryzury i przedmioty.

 

- Od dawna marzę o zrobieniu filmu kostiumowego. Chcę sprawdzić, czy potrafię pokazać nie istniejący już świat. Uwspółcześniając utraciłabym klimat i aurę tamtych czasów, tak ważne w sztuce. A postać pułkownika z kolonii brytyjskich, ojca Allison - musiałabym przekształcić - wyznaje Piekorz.

 

Reżyserka deklaruje także wierność tekstowi sztuki i zapowiada realistyczną scenografię.

 

- Dramat jest silnie umocowany w życiu - pokazuje wiele codziennych czynności. Wbrew pozorom krojenie warzyw czy parzenie herbaty może wyrażać emocje. - mówi artystka.

 

Magdalenę Piekorz inspirowały dwa dzieła na podstawie "Miłości i gniewu" - film Toniego Richardsona z Richardem Burtonem (1958 r.) i spektakl Teatru Telewizji Mariusza Benoit z Michałem Żebrowskim jako Jimmim (1996 r.).

 

- Chciałabym sfilmować sztukę, chociaż jest osadzona w angielskich realiach - w teatrze to nie przeszkadza, ale kino ma swoje prawa. Nie rezygnuje jednak ze swoich marzeń - ta historia mogłaby się rozegrać w każdej szerokości geograficznej.»

 

 

 

 

 

 
12.10.2009  
Paweł Głowacki, "Trwanie widoku", /Dziennik Polski nr 237/
...

Na ulicach, w kawiarniach, w prasie, na spacerach, w telefonicznych pogaduchach, tu i tam - narastają kwaśnawe głosy zawiedzionych. Wie pan, dobre to było przedstawienie, samotny na scenie Andrzej Sew[...]

Na ulicach, w kawiarniach, w prasie, na spacerach, w telefonicznych pogaduchach, tu i tam - narastają kwaśnawe głosy zawiedzionych. Wie pan, dobre to było przedstawienie, samotny na scenie Andrzej Seweryn znakomity, bo cóż za warsztat, talent i charyzma, słowem wszystko, drogi panie, niby w porządku, udany wieczór, tylko że, wie pan - fabuły jakoś nie widać! Przesłanie? Morał? Teza? Za chińskiego boga nie znajdziesz tego, bo reżyserii chyba nie ma... Nie ma reżysera? Otóż - jest. I to bardzo jest - pisze Paweł Głowacki w swojej Dostawce w Dzienniku Polskim.

 

"Wyobraźcie sobie..." Jerzego Klesyka to - widok. Trwanie widoku dzień po dniu. Kawałek świata w otwartym oknie sceny.

Rankiem patrzę przez otwarte okno. Garbuska taszczy na skwer gar kiszonej kapusty dla gołębi, szefowa nie wiadomo czego parkuje białe bmw pod jemiołą, kloszard chromą nogą zgniata przy koszu papuzie puszki, w ogródku przed regionalnym barem rozszczebiotane Francuzki wąchają dymiącą jajecznicę na cebuli, w sieni domu obok kaszle ktoś, odeszły nocne deszcze, schnie wilgoć, pisk sygnalizacji dla ociemniałych sunie od przejścia dla pieszych Jaki jest sens tego widoku? Poranny teatrzyk - co za akcję opowiada?

 

Na jaką nić i kto nawleka codzienne koraliki? W jaką prawidłowość, w jaką fabułę, która ma porządny początek, porządne rozwinięcie i zakończenie tak samo porządne, układają się łupiny świata pod moim oknem? A inne łupiny innych widoków? Co z nimi? Na przykład, co ze strzępami nieogarnionymi - monologami wyłuskanymi z dzieł Williama Szekspira - które w Teatrze im. Juliusza Słowackiego są seansem, są widokiem zatytułowanym "Wyobraźcie sobie..."?

 

Owszem, banał tych zagwozdek ontologii pensjonarskiej obezwładniający jest, lecz jak go nie przywołać, skoro od premiery głosy się podnoszą? Na ulicach, w kawiarniach, w prasie, na spacerach, w telefonicznych pogaduchach, tu i tam - narastają kwaśnawe głosy zawiedzionych. Wie pan, dobre to było przedstawienie, samotny na scenie Andrzej Seweryn znakomity, bo cóż za warsztat, talent i charyzma, słowem wszystko, drogi panie, niby w porządku, udany wieczór, tylko że, wie pan - fabuły jakoś nie widać! Ni cholery nie wiadomo, o czym to jest! Gdzie początek? Gdzie akcja? Gdzie porządny finał? Nie docieczesz. Przesłanie? Morał? Teza? Za chińskiego boga nie znajdziesz tego, bo reżyserii chyba nie ma...

 

Nie ma reżysera? Otóż - jest. I to bardzo jest. Tyle że troską jego nie było sklecenie z szekspirowskich łupin atrakcyjnej akcji miłosnej, kryminalnej bądź politycznej. Troską Jerzego Klesyka był - widok. Kawałek świata w otwartym oknie sceny. Trwanie widoku dzień po dniu, trwanie, którego sedna nie zmienia fakt, że łupiny zmieniają się dzień po dniu. Ta Klesyka troska reżyserska była, jest szekspirowska, intensywnie szekspirowska. Klesyk powiada tylko: popatrz, jest, co jest - to, co zawsze. Wszystko. Zobacz wszystko.

 

I przez godzinę - jest wszystko. Seweryn - jest wieloma. Jakubem, Lady Makbet, Ryszardem III... szkoda wymieniać. Jest każdą łupiną, wielką bądź małą, królewską, kobiecą, błazeńską i chłopięcą. I każdą namiętnością łupin. I coś jeszcze. W tych nagłych przeskokach z postaci w postać jest znakiem starej oczywistości, że choć ludzie i namiętności nic o sobie nie wiedzą nawzajem - blisko im do siebie, bardzo blisko. Między moją garbuską z garem a Francuzkami nad jajecznicą, między kaszlem w sieni a piskiem dla niewidomych, między papuzią puszką i białym bmw - ile centymetrów powietrza? Tyle, co u Klesyka między jękiem Lady Makbet a szeptem Julii. Tylko kilka kroków. Kilka kroków Seweryna, albo twoich.

 

Blisko. Od trupa do uśmiechu. Od ciemności do łyka kojącej gorzały. Od rezygnacji do wysoko uniesionego czoła. Jak wiele, albo jak niewiele trzeba, by jutro łupiny zamieniły się miejscami? Wystarczy kichnąć? Ból utraty, frenezja miłości, kolosalna pycha, łęk ludzi bez właściwości, przesuwanie granic, głaskanie psa, dzielenie królestw, bezradność, łza, rechot, cisza, śpiew... Owszem, tak blisko jest od jednego do drugiego, że wystarczy tylko kilka kroków, albo kichnięcie, i nagle, jak Seweryn, jesteś, kim nie byłeś - a widok, inaczej zwany światem, pozostaje niewzruszony.

 

Mędrzec uczy: "Nie to, jaki jest świat, jest tym, co mistyczne, lecz to, że jest". Gdybym miał istotę przedstawienia Klesyka w jednym zdaniu zamknąć - właśnie tego zdania bym użył. Co pozostaje, gdy za całe wyjaśnienie sensu widoku musi wystarczyć słowo "jest"? Jak Seweryn - za Błaznem z "Wieczoru Trzech Króli" zaśpiewać: "Bo ten deszcz to pada czy nie chcesz czy chcesz,/A choć deszcz chlup, i wiatr wiu-wiu/Nam w to graj, by wam go grać dzień po dniu". Tak, można zaśpiewać to. Albo otworzyć okno o poranku. I zobaczyć garbuskę, kloszarda, szczebioczące Francuzki, szefową nie wiadomo czego. Usłyszeć kaszek pisk, trzask puszki. Poczuć parującą jajecznicę, schnącą wilgoć po nocnym deszczu.

 

 

 

 
07.10.2009  
Iwona Kruk, List: "Pawi ogon Andrzeja Seweryna" - Czytelnicy do Gazety, /Gazeta Wyborcza - Kraków nr 235 /
...

Zdarza się, że w jednym miejscu zbierze się całkiem sporo nie dość, że idiotów, to jeszcze do tego tzw. filistynów. Nie pamiętam, ile miejsc liczy widownia Teatru im. Słowackiego, ale wygląda na to, ż[...]

Zdarza się, że w jednym miejscu zbierze się całkiem sporo nie dość, że idiotów, to jeszcze do tego tzw. filistynów. Nie pamiętam, ile miejsc liczy widownia Teatru im. Słowackiego, ale wygląda na to, że musiało ich być całkiem sporo. Na szczęście wśród całej tej bandy znalazła się osoba prawa i mądra - pani Joanna Targoń - pisze Iwona Kruk w odpowiedzi na artykuł pani Joanny Targoń "Pawi ogon ["Gazeta Wyborcza" z 28 października - przyp. red.].

Czy jeden sprawiedliwy to jednak nie za mało? Pani Targoń bardzo szybko przejrzała Andrzeja Seweryna. W sumie aktor doskonały, ale jak się tak przyjrzeć - okiem znawcy oczywiście - to od razu widać błędy i niedociągnięcia, czyli jednym słowem tandetę. Tyle pani Targoń, a teraz ode mnie. Radzę pani Targoń dokładną lekturę Szekspira. Szekspir bowiem pisze swoje dramaty z perspektywy aktora, bawiąc się równocześnie metaforą teatrum mundi, co zaznaczone zostało zaraz na początku spektaklu monologiem Jacques'a z "As You Like It". I właśnie tę różnorodność ról zaznaczoną w monologu w sposób arcyciekawy pokazuje nam na scenie Andrzej Seweryn. Zupełnie naturalnym więc jest podkreślenie kunsztu aktorskiego - to właśnie jeden z wątków budujących całość sztuki. Tak, Andrzej Seweryn potrafi zagrać wszystko. Od lat powtarzałam wszystkim, że może zagrać nawet Julię - i zagrał, więcej - na scenie stanęła Julia. Miałam wielkie szczęście oglądać tego genialnego aktora na scenie wielokrotnie (Henryk w "Ślubie Gombrowicza", Alceste w "Mizantropie" Moliera, Dom Juan w "Dom Juanie" Moliera, Shylock w "Kupcu Weneckim", pan Jourdain w "Mieszczaninie szlachcicem", "Dzienniki" Gombrowicza). I zawsze wiedziałam, że jeżeli zobaczę jego nazwisko w obsadzie, to idę do teatru "bez pudła". Tak stało się i tym razem. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek określał mnie jako publiczność oklaskującą nazwisko i nic więcej. Każda postać otrzymała swoje własne gesty, swoją własną barwę głosu, a przede wszystkim swoją twarz. Na kilka minut zjawiali się przed publicznością szekspirowscy bohaterzy, by zniknąć równie szybko jak się pojawili. Andrzej Seweryn zmieniał się niczym barokowy Proteusz, nie pozwalając ani na chwilę wytchnienia - sceniczna iluzja trwała bez końca. Opisane zostało wszystko - cały wachlarz ludzkich namiętności, wahań, całe ludzkie życie. I udało się to jednemu aktorowi. Współczuję pani Targoń, jeżeli tego nie zauważyła. Oczywiście też rozumiem jej motywacje. Łatwo zbudować własne nazwisko krytykując najlepszych. Cieszę się jednak, że przed panią Targoń jest jeszcze sporo pracy. Na początek proponuję ostrą krytykę "Ostatniej Wieczerzy" Leonarda da Vinci, następnie zmieszanie z błotem "Króla Leara", a potem na przykład wzięcie pod obcas "Ojca chrzestnego" Coppoli (oczywiście jeżeli pani Targoń nosi obcasy).

 

 

***

 

Od autorki:

 

 

Szanowna Pani, przede wszystkim czuję się zaszczycona tym, że zechciała Pani wniknąć w moje motywacje - niczego tak nie pragnę, jak zdobyć sławę, krytykując nietykalny skarb światowej kultury, czyli Andrzeja Seweryna, którego Pani umieszcza między "Ostatnią wieczerzą", "Królem Learem" a "Ojcem chrzestnym". Dla jasności: uważam Andrzeja Seweryna za aktora ciekawego, wybitnego, interesującego - w zależności od roli, spektaklu, filmu, reżysera. Co nie znaczy, że niepodlegającego krytyce. I nie jestem jedyną osobą, której jego występ w Teatrze im. Słowackiego nie zachwycił.

Choć Pani sądzi inaczej, czytałam dramaty Szekspira - i nie uważam, żeby pisał je wyłącznie z perspektywy aktora, "bawiąc się równocześnie metaforą teatru mundi". Pisał je z perspektywy ludzkiej, a metafora świata jako teatru jest w jego twórczości jedną z wielu, wcale nie najważniejszą. W spektaklu Andrzeja Seweryna przeszkadzało mi przede wszystkim to, że różnorodność ludzkich dramatów i losów została zrównana z różnorodnością scenicznych konwencji, stosowanych pospiesznie, dla efektu i często w sposób niezbyt przemyślany. Na koniec - czasami noszę buty na obcasach; akurat na premierę "Wyobraźcie sobie..." ich nie włożyłam.»

 

 
05.10.2009  
Tomasz Mościcki, Dziennik Kontaktowy - XIX. Festiwal Teatralny Kontakt w Toruniu. Pisze Tomasz Mościcki w Odrze., /Odra nr 9/
...

Środa, 27 V. Dzień polski Dwa teatry z tego samego kraju. Dwie różne estetyki, dwa wybitne teksty, pardon, jeden to przecież arcydzieło. Na kameralnej scenie toruńskiego teatru oglądam wreszcie przeds[...]

Środa, 27 V. Dzień polski

Dwa teatry z tego samego kraju. Dwie różne estetyki, dwa wybitne teksty, pardon, jeden to przecież arcydzieło. Na kameralnej scenie toruńskiego teatru oglądam wreszcie przedstawienie, którego nie zdążyłem w tym sezonie zobaczyć w Krakowie, w Teatrze im. Słowackiego. Rozmowy poufne Bergmana w reżyserii Iwony Kempy. Teatr, jakiego dziś (w naszym kraju!) nikt już właściwie nie uprawia. Kameralny, wycyzelowany dialog, starannie wypracowane wzajemne reakcje na najdrobniejszy gest, postaci budowane od środka, od aktorskiego wnętrza, czyli zaprzeczenie festiwalu grepsów i "własnej prawdy aktora", tak forsowanej przez nieutalentowanych artystów i ich nadwornych recenzentów. A przecież to, co rozgrywa się na tej małej scence, niemal pozbawionej rekwizytów i scenografii (tylko stół albo łóżko!), czy raczej, jak się rozgrywa, niemal bez podniesienia głosu, krzyk pojawia się tylko w kulminacji, krzyk-protest, krzyk-bezradność, krzyk-błaganie o pomoc - to nie jest pusta wirtuozeria wygnanego z polskich scen psychologicznego teatru. Nie, pomiędzy tymi raniącymi się wzajemnie ludźmi rozgrywa się wielka rozmowa o obowiązku, obecności czy nieobecności Boga w ludzkim życiu, padają więc pytania, z których nieustannego zadawania nasz zaangażowany politycznie, społecznie, genderowo teatr ostatnio się zwolnił. Świetny Tomasz Międzik jako pastor, kapitalny - jak zwykłe zresztą - Sławomir Maciejewski, gwiazdor toruńskiego teatru, na swojej scenie występujący tym razem gościnnie, ale nade wszystko Dominika Bednarczyk, na której aktorski rozwój patrzę od kilku lat z radością i nadzieją. To na razie mój prywatny faworyt tegorocznego KONTAKTU.

Którym raczej nie stanie się mocno zachwalany "Makbet" Mariusz Grzegorzka z łódzkiego Teatru im. Jaracza. Nawet i piękny "dekor" - płonące gromnice umieszczone w przesuwanych ogromnych świecznikach, gromnice zamykające także sceniczny prospekt, przypomina to co prawda pomysły Nekrośiusa, ale niechby, za to oprawa dźwiękowa!... Dwóch muzyków walących przez cały czas w kotły, dodatkowo jeszcze nagłośnione ogromnymi JBL-ami. Efekt mający budować wzniosłość byłby może i ciekawy, gdyby nie to, że po półgodzinie zaczyna straszliwie nużyć. O czym miał być ten powierzchownie efektowny, ale dość pusty w środku "Makbet" Grzegorzka - doprawdy nie wiem.

Dwa polskie teatry. Oba przecież niezłe, liczące się w naszym życiu kulturalnym. Dwa ważne teksty. Dwoje świetnych reżyserów średniego pokolenia. I dwie nieprzystające do siebie jakości. Czy coś wynika z tego porównania? Ano, chyba nic.

 
02.10.2009  
Tomasz Mościcki, "Trzy powroty" - "Wyobraźcie sobie... William Szekspir" Pisze Tomasz Mościcki w Dzienniku Gazecie Prawnej - dodatku Kultura., /Dziennik Gazeta Prawna nr 231 dodatek - Kultura/
...

Ogromna scena krakowskiego teatru. Na niej samotny aktor, który tę przestrzeń musi wypełnić sobą. Niemal cud. Jednak "Wyobraźcie sobie...", ze cuda się zdarzają. Nie wszystkim. Na ogół tym największy[...]

Ogromna scena krakowskiego teatru. Na niej samotny aktor, który tę przestrzeń musi wypełnić sobą. Niemal cud. Jednak "Wyobraźcie sobie...", ze cuda się zdarzają. Nie wszystkim. Na ogół tym największym.

Do Polski znów zawitał Andrzej Seweryn. To już regularna obecność wielkiego artysty, wciąż działającego w dwóch krajach i poruszającego się swobodnie w dwóch kulturach. Praca Andrzeja Seweryna w Polsce nie jest już sensacją - tak było 15 lat temu. To oznaka normalnienia polskiego świata kulturalnego. Wiadomo zresztą, że związki Seweryna z Polską będą wciąż się zacieśniać. Po niemal 20 latach nieobecności w kraju przedstawieniem w Teatrze im. Słowackiego wraca do kraju także Jerzy Klesyk, absolwent warszawskiej PWST z 1983 roku, świetnie zapowiadający się aktor Teatru Współczesnego. Zanim wyjechał, zagrał kilka świetnie rokujących ról w teatrze przy Mokotowskiej. Stanął przed kamerą Wajdy i Zaorskiego. Dziś jest we Francji pedagogiem i reżyserem. Wraz z Sewerynem przygotowali spektakl niezwykły. Nie tylko przez maestrię wykonania, ale i sam pomysł. Na ogromnej scenie Teatru Słowackiego, tej "czterdzieści kroków wzdłuż i wszerz", ogołoconej z dekoracji, z kilkoma najpotrzebniejszymi rekwizytami, samotny aktor. Mówi i śpiewa Szekspira. "Burza", "Dwóch panów z Werony", "Hamlet", "Ryszard III", "Makbet", "Henryk V", "Sen nocy letniej", "Tymon Ateńczyk", sonety... Szlachetna zabawa dla erudytów, której swoim słynnym powiedzeniem: "A z czego to, koteczku?", zdaje się patronować Stefan Kisielewski. Andrzej Seweryn jest młodzieńcem, po chwili przeobraża się w starca, gra wielkich tego świata i szekspirowskich prostaków. Jest mężczyzną, po chwili kilkoma gestami staje się postacią kobiecą. Przechodzi błyskawiczne przemiany, nie daje nam czasu na przyzwyczajenie się do oglądanej postaci. To trochę jak skakanie po kompaktowej płycie, zmiana ścieżek, ten porządek jest zaprogramowany, ale odnosi się wrażenie, że można zaproponować także inny, równoważny. I to wszystko czyni Seweryn z precyzją w naszym kraju coraz trudniejszą do zobaczenia - a co gorsza - do wyegzekwowania. Po niedawnych odejściach największych mistrzów słowa nie gości już na naszych scenach polszczyzna tak czysta, nasycona emocjami o najlżejszych niuansach. Mowa - choć trudno w to już uwierzyć tym, którzy z takim teatrem się nie zetknęli - była naprawdę ważną częścią dzieła teatru. Seweryn tym monodramem przywraca wiarę, że dalej tak jest. Nie oznacza to, że obcujemy z muzeum sztuki aktorskiej. Twórcy przedstawienia pokazują, że ostatnie mody są im dobrze znane - Seweryn hiphopuje Szekspira, bawi się kamerą wideo, pokpiwając sobie z multimedialności w teatrze, co zamiast być zdobyczą i nowym środkiem wyrazu, ostatnio stało się straszliwą łatwizną. Zaprzecza starej teatralnej prawdzie, że zwierzę wprowadzone na scenę zatupie każdego, największego nawet aktora. Kundelek, który za wierne partnerowanie, czyli niemą rolę w scenie z "Dwóch panów z Werony", zebrał huczne brawa - był przecież także dobrym żartem. Groteskowa deformacja postaci, wirtuozowskie posługiwanie się ciałem, niezwykłe bogactwo intonacji każą pamiętać, że to aktor wywodzący się z kultury, która swego czasu wydała tak wielkich wirtuozów, jak Łomnicki (twarz aktora czasem w tym monodramie wręcz układa się w maskę wielkiego Łoma!) czy Woszczerowicz, a z tym ostatnim Seweryn grał przecież jeszcze w Teatrze Ateneum. Już odezwały się zarzuty, że to nie spektakl, tylko recital, że wielki artysta rozkłada pawi ogon. A cóż w tym złego? Wielki artysta - nawet jeśli w recitalu - nikogo nie nabiera, pokazuje rzetelną sztukę, lekcje prawdziwego aktorstwa, umiejętność skomponowania z samego siebie wiarygodnej. scenicznej postaci. Ze to aktorstwo "zimne i nieludzkie" - bo i taki zarzut zdarzyło mi się usłyszeć? No cóż - co kto lubi. Wolę ja to rzekomo "zimne" i zakomponowane aktorstwo od nieustannych popisów "absolutnej ludzkiej szczerości", czyli dość niesmacznych i nudnych już dziś popisów apostołów "nowej wrażliwości" epatujących widza swoimi problemami, dla których miejsce nie na scenie, tylko na kozetce psychoanalityka. Ten "recital" spółki Klesyk - Seweryn to także inny powrót - bodaj czy nie najważniejszy. A jest nim powrót normalności.

 
29.09.2009  
Magda Huzarska, "Seweryn pokazał teatr wielki jak świat"- Pisze Magda Huzarska w Polsce Gazecie Krakowskiej., /Polska Gazeta Krakowska nr 228 /
...

«Wybitny aktor pokazał klasę w Słowackim. "Wyobraźcie sobie" to spektakl ciekawy acz trudny. Ile masek może nałożyć na siebie aktor? Ilu bytów dotknąć? Ile stworzyć postaci, w których istnienie siedzą[...]

«Wybitny aktor pokazał klasę w Słowackim. "Wyobraźcie sobie" to spektakl ciekawy acz trudny.

Ile masek może nałożyć na siebie aktor? Ilu bytów dotknąć? Ile stworzyć postaci, w których istnienie siedzący na widowni widz mógłby uwierzyć? Może kilka, może kilkanaście.

Wszystko jedno, bo suche liczby nie mają tu żadnego znaczenia. Znaczenie ma te kilka strun wrażliwości, na których potrafią grać tylko najwięksi. Andrzej Seweryn jest bez wątpienia wirtuozem. Na dodatek wirtuozem, który dostał do ręki instrument w postaci monologów Williama Szekspira. Wraz z reżyserem Jerzym Klesykiem stworzył z nich spektakl "Wyobraźcie sobieWilliam Szekspir", w których udowadnia, że teatr naprawdę może być wielki jak świat.

Seweryn sam stojąc na dużej scenie Teatru im. J. Słowackiego zdaje się początkowo białym, zagubionym w mroku punkcikiem. Tylko, że wystarczy jeden gest, jeden grymas twarzy, zmiana tembru głosu, byśmy w absolutnie niebywały sposób znaleźli się wraz z nim na polu bitwy, gdzie ścierają się ze sobą wrogie wojska i ich walczący o władzę dowódcy.

Za chwilę poczujemy niemal fizycznie tortury, jakie dotykają morderczynię króla. Targać będą nami namiętności wielkich i małych tego świata. Poczujemy wódkę rozgrzewającą żyły wieśniaka i samobójczy dylemat księcia, który zastanawia się, być albo nie być, trzymając przy nadgarstku rozbitą szyjkę flaszki. Poczujemy kuszącą żądzę starucha na widok białej skóry dzierlatki i siłę uczucia rozdzielonych kochanków.

Nie mam pojęcia, jak Seweryn to robi i guzik to mnie obchodzi. Podobnie jak nie obchodzi mnie, który monolog jest z którego dramatu Szekspira. Analiza aktorskiej techniki czy korepetycje z historii literatury nie były mi potrzebne do odbioru przedstawienia. Od pierwszej minuty weszłam w stwarzane światy, dawałam się przez nie prowadzić, intuicyjnie odbierając płynące ze sceny emocje.

A te w sposób naturalny rozładowywane były czasami komediowymi, a czasem uszczypliwymi komentarzami, oczywiście odgrywanymi na podstawie tekstów wielkiego Williama. Rozbawiły mnie szczególnie fragmenty stanowiące polemikę twórców spektaklu z "coraz młodszymi i coraz zdolniejszymi" polskiego teatru, którzy dalej mimo upływu lat z uporem maniaka rapują na scenie i nieustająco bawią się technikami wideo.

Seweryn udowodnił nie tylko im, że jego teatr jest o wiele bardziej współczesny. Bowiem można go odbierać na różnych poziomach, w zależności od indywidualnej wrażliwości. I to jest najcenniejsze w tym niezwykłym acz nie przeczę, że niełatwym przedstawieniu.»

 

 
29.09.2009  
Jan Bończa-Szabłowski, "Andrzej Seweryn potrafi być Makbetem, Learem i Julią" - Pisze Jan Bończa-Szabłowski w Rzeczpospolitej., /Rzeczpospolita nr 228 /
...

«Wspaniały monodram złożony z Szekspirowskich monologów. Stojąc na pustej scenie krakowskiego Teatru im. Słowackiego, w fascynujący sposób daje przypowieść o magii teatru, ale też ludzkim losie. Opowi[...]

«Wspaniały monodram złożony z Szekspirowskich monologów.

Stojąc na pustej scenie krakowskiego Teatru im. Słowackiego, w fascynujący sposób daje przypowieść o magii teatru, ale też ludzkim losie. Opowiada o człowieku w chwilach triumfu, jak też zwątpienia i klęski. Rozprawia o jego słabościach, a równocześnie o sile marzeń. Znakomicie żongluje konwencjami. Wielokrotnie zaskakuje.

Andrzej Seweryn potrafi być tragiczny, wzruszający, patetyczny, czasem ironiczny i prześmiewczy. Ze wzruszeniem słucha się jego spowiedzi Króla Leara. W pamięci pozostaje monolog Henryka V. Na początku kreowany przezeń bohater przypomina strzęp człowieka: starego, zmęczonego, wyczerpanego. Nagle, gdy widzi scenę, młodnieje w oczach, ma "świeży wygląd i promienne oko", "zmęczenie kryjąc dostojeństwa blaskiem". "Wszystkich obdziela dumnym spojrzeniem", które ma stopić jego "lód przerażenia".

Aktor potrafił nawet przeobrazić się w Julię, która ufnie marzy o wielkiej miłości. Majstersztykami są etiudy wpisane w monolog Jakuba z "Jak wam się podoba".

Gdy zaś wygłaszał monolog Makbeta o władzy - widz miał wrażenie, iż Andrzej Seweryn mógłby zabić wzrokiem.

W spektaklu "Wyobraźcie sobie" dworuje też z tzw. eksperymentów teatralnych, które tak bardzo lubią młodzi reżyserzy. Najsłynniejszy monolog Hamleta wypowiadał więc w "ogromnym napięciu", przykładając do żyły rozbitą butelkę.

Kpi z modnego dziś niemieckiego ekspresjonizmu. Kwestie rzemieślnika Pyrama i jego pomysły inscenizacyjne ze "Snu nocy letniej" są w tej właśnie konwencji. Fragment jednego

z monologów wypowiada więc, paląc spuszczonego na linie papierosa. W innym - towarzyszy mu kamera, która na zawieszonym w głębi ekranie potrafi wyeksponować każdą zmarszczkę na jego twarzy.

A jako Tymon Ateńczyk po słowach "zostawiam wam moją nagość" zrzuca ubranie i wędruje w głąb sceny, jakby chciał powiedzieć widowni: tak mogę też zagrać Szekspira. Pytanie tylko, po co.

To spotkanie z Szekspirem i Sewerynem jest wielką lekcją teatru, ale i przejmującą opowieścią o samotności artysty.»

 
29.09.2009  
Paweł Głowacki, Obudzone znaczenia - 278. Krakowski Salon Poezji. Drugą Pieśń „Beniowskiego" Juliusza Słowackiego czytała Izabela Olszewska. , /Dziennik Polski/
...

Dalibóg! Malownicze słowo, dostojne - sama powaga. Dalibóg!  Omszały wykrzyknik, co go pradziadowie nasi w celu wzmożenia prawdziwości słów swoich w zamierzchłych epokach skandowali. Dalibóg - szlach[...]

Dalibóg! Malownicze słowo, dostojne - sama powaga. Dalibóg!

 

Omszały wykrzyknik, co go pradziadowie nasi w celu wzmożenia prawdziwości słów swoich w zamierzchłych epokach skandowali. Dalibóg - szlachetna wersja trywialnego "daję słowo". Dalibóg - powszednie "naprawdę", arystokratycznym pluszem wypolerowane. Pachnie salą tronową, poranną kawą posiadaczy krwi najbłękitniejszej z błękitnych bądź oracją sejmową naczelnego marszałka, gdy wróg u bram. Jednoznaczność spiżu. Patos bez światłocienia... Czy tak? I wszystko to niewzruszone, do wierzenia dane na wieki wieków?

Gdyby nie Izabela Olszewska czytała na Salonie Poezji Pieśń II "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego - zapewne długo jeszcze zagwozdka ta, pozornie detaliczna, do głowy by mi nie przyszła. Niby nic wielkiego się nie stało przedwczoraj. Ot, początek niepozorny - Olszewska i dwa wersy oktawy pierwszej. "O! nie lękajcie się mojej goryczy!/ Dalibóg! Nie wiem sam, skąd mi się wzięła;". Tylko tyle - a wystarczyło, by nawyki naszych uszu na rozkurz poszły.

Dalibóg! Gdy rzekła to - nie sposób było nie postawić sobie rozwlekłego pytania. Dalibóg! - czy w tym Dalibóg! naprawdę jest tylko koturn, marsowe oblicza tonu i nasze klękanie w jego cieniu?... I Dalibóg! - jeśli nie tylko, to czy tylko ostentacyjne nieklękanie i sztubackie śmieszki nasze winny się w starym patosie słowa Dalibóg! znaleźć? Pierwsze, czy drugie? Dociążenie, czy odciążenie? Powaga, czy groteska? Baryton, czy falset? Ujmując rzecz od naszej strony - jak słowa tego słuchać, by właściwie usłyszeć?

Dalibóg! - kto jeszcze, prócz Olszewskiej, który aktor bądź aktorka mógłby czytaniem odpowiedzieć tak, jak ona przedwczoraj? Otóż - ani tylko jedno, ani tylko drugie! Powaga i groteska - naraz! Obie skrajności - w tym samym czasie, w jednym wypowiedzeniu, nicujące się wzajem, znoszące wzajem swe nieomylności, rozmywające swoje kontury ostre, umykające! Dwa grzyby w barszczu - i to takie grzyby, co w miejscu ani przez chwilę spoczywać nie chcą.

I tak było ze wszystkim, nie tylko z Dalibóg! Tak w czytaniu Olszewskiej było od początku do końca, z każdym słowem, każdą Słowackiego myślą, obrazem, nastrojem, tonem. Z precyzją dziś w aktorstwie rzadko spotykaną, iście zegarmistrzowską, i z obezwładniającą lekkością - rozmigotała całą tę ferajnę 94 oktaw Pieśni II, roztańczyła ich sensy, barwy, smaki. To, co jest główną zasadą poematu - ciągłą grę wielkich partii opowieści właściwej z wielkimi partiami dygresji, która właściwą opowieść w nawias ironiczny bierze bez litości - przeniosła na drobiny poematu, na zdania pojedyncze, obrazki, westchnienia.

Było tak, jakby słowa u Olszewskiej nabierały trzeciego wymiaru. Przestrzenne się stawały i każde z osobna wszystkimi znaczeniami i smakami swymi bawiło się wewnątrz siebie w coś na podobieństwo błyskotliwego berka kucanego, w nieskończoność odwlekając odpowiedź na pytanie o sens obowiązujący. Jak maestrii tej słuchać należało, by usłyszeć dobrze? Od początku godząc się na nieuchwytność Olszewskiej i Słowackiego? Dalibóg - tylko tak.

 
28.09.2009  
Paweł Głowacki, Wszystkie słowa Szekspira - "Wyobraźcie sobie...William Shakespeare" Pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim., /Dziennik Polski nr 227 /
...

«"Ofiarowuję panu pierścień króla". To zdanie usłyszał nieistniejący Hermann Soergel pewnej nocy, której nie było, gdyż była słowem, jak wszystko w tej opowieści, jak Soergel, Daniel Thorpe i pierście[...]

«"Ofiarowuję panu pierścień króla". To zdanie usłyszał nieistniejący Hermann Soergel pewnej nocy, której nie było, gdyż była słowem, jak wszystko w tej opowieści, jak Soergel, Daniel Thorpe i pierścień cudowny, co pozwalał rozumieć mowę ptaków. Najpierw posiadał go król Salomon, później żebrak, po nim - nie wiadomo kto. Gdzie szukać go teraz? Na palcu człowieka, który żyje tam, gdzie nie ma ptaków? A może ptaków jest tak wiele, że sens ich mowy gubi się w chaosie nadmiaru i pierścień milczy? Soergel i Thorpe marzyli tak, aż ten ostatni wyszeptał wielkodusznie...

"Ofiarowuję panu pierścień króla. Oczywiście chodzi o metaforę, ale to, co kryje owa metafora, jest równie cudowne jak pierścień. Ofiarowuję panu pamięć Szekspira". Soergel nic nie odrzekł. Pomyślał tylko: "Było tak, jakby podarowano mi morze". Biedny. Niby jak to udźwignąć? Z takim morzem w głowie - jak być czymś więcej, niż piękną bezradnością? Biedny... Hermann Soergel? A może Andrzej Seweryn? W gruncie rzeczy - jaka to różnica? Widziałem Seweryna, który był monologami Szekspira. I wiem - nie ma różnicy.

Być monologiem jednym, piątym, dwunastym... Dziwnie to brzmi? Może, lecz jak inaczej być Otellem, Makbetem, Lady Makbet, Hamletem, Ryszardem III, Tymonem Ateńczykiem, Falstaffem, Prosperem, bądź Julią? Jak inaczej być nimi przez chwilę, skoro w istocie ich nie ma, nigdy nie było, bo są tylko słowami, które mówią? W wyreżyserowanym przez Jerzego Klesyka monodramie "Wyobraźcie sobie...", w tym półtoragodzinnym seansie samotności, pustej sceny, kilku rekwizytów biednych, wędrujących świateł i nieogarnionego języka Szekspira - Seweryn był właśnie tak.

Królem i błaznem, królową i pijakiem, księżną i ludzkim potworem o uschniętym ramieniu, wahającym się księciem i nieznającą wahania Lady, śmiertelnie zakochaną dziewczynką i nikim, co w postrzępionym kapelutku i umordowanych butach gada z psem. Był ich słowami. Był słowami, którymi oni są, dzięki którym żyją przez chwilę, o ile znajdzie się aktor. Na dnie nieruchomego powietrza, wędrującym światłem wykrawany z ciemności, dotykając ażurowego krzesła, flaszki przeźroczystego trunku, białego szala, motka pomarańczowej włóczki, kupki piachu obojętnego jak czas - sylaba po sylabie stawał się opowieścią. Był niczym Proteusz - coraz mniej sobą, coraz mocniej skórą nie swoich słów. Ciepłotą lub lodem cudzych zdań. Włosami intonacji, co przychodzi z daleka. Palcami odległego rytmu. Twarzą wszystkich twarzy stamtąd. Był kilkunastoma odpryskami brzmienia morza, które mu podarowano?

Ciszej powiem. Seweryn był teatrem. I jak w "Pamięci Szekspira" Jorge Luisa Borgesa biedny Soergel - był pięknie bezradny. Bo ile z aż takiej pamięci zmieścić się może w głowie Soergela, zwyczajnej przecież, ułomnej i ciasnej jak każda? Nigdy wszystko. Tak Seweryn mówi zdania Szekspira. Wie, że nie sposób dotknąć wszystkiego, co w nich tkwi, że jutro trzeba będzie doń wrócić, jutro, pojutrze, a później znów, jeszcze raz, i jeszcze - i tak aż do końca. I wie, że po każdym mówieniu - tego, który mówi, i tych, co słuchają, zawsze to samo czeka. Niedosyt, czerstwy smak fiaska. Wie to, dlatego jego "Wyobraźcie sobie..." jest, wyobraźcie sobie, lekcją pokory. Seweryn był mniejszy od zdań Szekspira - i w tym cała moc Seweryna.

Gdy już przyjął i oswoił dar - Soergel wie to samo. Wyznaje: "Księżyc dla Szekspira był nie tyle księżycem, ile Dianą, i nie tyle Dianą, ile owym mrocznym, zwlekającym słowem - moon". Ilu jest takich w teatrze, którzy pytają: w jaki sposób Szekspir jest dziś aktualny? I ilu jest tych, co mają pychy na tyle, by odpowiadać? W zupełnie innym teatrze Klesyk i Seweryn nie sprawdzają poziomu aktualności księżyca. Stąd bierze się czystość brzmienia ich opowieści. Przyjmują mroczność i wieczne zwlekanie księżyca. To im wystarcza: skóry, zapachy, barwy i gesty wszystkich słów Szekspira.

Tak, to im wystarcza. Dlatego każda minuta jest cierpka niczym żal Pałasza w "Dwóch panach z Werony". Oto Seweryno-Pałasz, albo Pałaszo-Seweryn, w postrzępionym kapelutku i umordowanych butach, psu o imieniu Śledzik spowiada się z bólu. Żywego ducha w pobliżu. Tylko pies. I psie oczy jak słowo śledzik. Błyszczące. Mokre.»

 
28.09.2009  
Joanna Targoń, "Pawi ogon Andrzeja Seweryna" - Pisze Joanna Targoń w Gazecie Wyborczej - Kraków., /Gazeta Wyborcza - Kraków nr 227 /
...

«Co łączy kilkanaście fragmentów kilkunastu dramatów Szekspira pokazanych przez Andrzeja Seweryna na dużej scenie Teatru im. Słowackiego? Andrzej Seweryn.   Scena jest pusta. Wiemy więc, że będziemy o[...]

«Co łączy kilkanaście fragmentów kilkunastu dramatów Szekspira pokazanych przez Andrzeja Seweryna na dużej scenie Teatru im. Słowackiego? Andrzej Seweryn.

 

 

Scena jest pusta. Wiemy więc, że będziemy obcować jedynie z aktorem i autorem, a także - co podpowiada tytuł spektaklu - z siłą wyobraźni. Autora, ale i aktora stwarzającego na naszych oczach mocą swego talentu rozmaite światy, różne osobowości, przywołującego różne konwencje teatralne. No i tak jest, tyle że aktor skupił się na zadziwianiu publiczności skalą własnego talentu i umiejętnością błyskawicznego przeobrażania się z postaci w postać, skutkiem czego same postaci stworzone przez autora zeszły na dalszy plan.

Scenariusz został tak ułożony, by służyć popisowi, a nie myśli. Metamorfozy następują po sobie tak szybko, że ani widzowie nie mają możliwości zagłębić się w sens słów, ani aktor stworzyć zajmujących postaci. I w tym może tkwi tajemnica owych błyskawicznych metamorfoz ze smutku, bólu, tragedii, powagi w komizm, błazeństwo, groteskę (i na odwrót). Żadna z tworzonych przez Seweryna postaci nie jest pełna, więc opuścić ją nie jest trudno. Można z dyskretną kokieterią zakryć twarz dłońmi, przygładzić bądź rozburzyć włosy i już zamiast Hamleta mamy Julię, zamiast Henryka - Falstaffa, zamiast błazeńskiego Lancy z pieskiem - Ryszarda III, Lady Annę (i Strażnika na dodatek) w jednej osobie.

Seweryn postanowił pokazać, że potrafi wszystko. Zagrać bohaterów i błaznów, kobiety i mężczyzn, młodość i starość. Zaśpiewać, zatańczyć, zarapować, rozebrać się do naga, zakwilić jak dziecko, zamamlać jak bezzębny starzec. Zadziałać i słowem, i cielesną ekspresją. Zagrać i w tradycyjnym, i w nowoczesnym teatrze. Pokazać, że stać go i na powagę, i na wygłup, i na ironię. Roztoczyć przed widzami pawi ogon i olśniewać ich każdym piórkiem.

Owacja na stojąco po premierze dowiodła, że wiele osób lubi być w taki sposób olśniewanych. Sławny aktor się przecież napracował, nauczył tekstów sławnego autora, pokazał, co potrafi. Mnie te popisy nie olśniły. Lady Makbet czytająca list od męża była tandetnie demoniczna. Tymon Ateńczyk jednoznacznie zgryźliwy. Hamlet zastanawiający się przy być albo nie być, czy podciąć sobie żyły kieliszkiem - dyskusyjny. Pokaz aktorskiej ekwilibrystyki, czyli zagranie Lady Anny i Ryszarda III, nużył prymitywnym pomysłem na rozdzielenie postaci - jak Lady Anna, to zwrot w lewo, oczy w górę i złożenie rąk, jak Ryszard - to zwrot w prawo, pochylenie i jadowity syk. Postaci rysowane grubą kreską, pospiesznie, byle tylko efektownie zaistnieć na scenie. Najlepiej jeszcze wypadły etiudy komiczne, staranniej dopracowane, zwłaszcza monolog Lancy z "Dwóch panów z Werony", gdzie Seweryn miał za partnera miłego stremowanego kundelka.

Andrzej Seweryn wielokrotnie deklarował, że miła jego sercu jest wierność autorowi. Sądząc po spektaklu w Teatrze im. Słowackiego, nie jest z tym najlepiej. Zamiast "Wyobraźcie sobie... William Szekspir" przedstawienie powinno nosić tytuł: "Popatrzcie na mnie... Andrzej Seweryn".

 

 
25.09.2009  
Wacław Krupiński, Teatru nie robi się w pojedynkę - Rozmowa Wacława Krupińskiego z Andrzejem Sewerynem w Dzienniku Polskim., /Dziennik Polski nr 255/
...

- Pracy w Komedii Francuskiej, acz zaszczytnej, nigdy nie traktowałem jako ostatecznego celu mojego życia. I oto uznałem, że przyszedł moment zmierzenia się z czymś innym, bycia w większym stopniu aut[...]

- Pracy w Komedii Francuskiej, acz zaszczytnej, nigdy nie traktowałem jako ostatecznego celu mojego życia. I oto uznałem, że przyszedł moment zmierzenia się z czymś innym, bycia w większym stopniu autorem swojego artystycznego losu - mówi Andrzej Seweryn, który w pzyszłym sezonie ma objąć dyrekcję warszawskego Teatru Polskiego.

 

«Wacław Krupiński: Był Pan w swej karierze Klaudiuszem, Shylockiem, Ryszardem III, Ryszardem V, Koriolanem, ale tak intensywnie, bo samotnie, spotka się Pan na scenie z Szekspirem pierwszy raz...

 

Andrzej Seweryn: W czasie kręcenia filmu "Dyrygent" John Gielgud miał taki wieczór, bodaj w Ateneum, podczas którego prezentował kilka tekstów Szekspira i bardzo mnie tym przejął. Kilka lat później zobaczyłem w monodramie szekspirowskim Iana McKellena. Znów podobne wrażenie. I tak ten prezentowany samotnie Szekspir zaczął za mną chodzić; nawet proponowałem go dwukrotnie dyr. Ateneum Januszowi Warmińskiemu, ale nie doszło do realizacji.

 

A dlaczego Szekspir? Poza jego głębią filozofa, znawcy człowieka, znawcy duszy ludzkiej widzę również w jego twórczości niezwykłego znawcę teatru i sztuki aktorskiej. I pewnie to jest jedno z poważniejszych uzasadnień naszej pracy, która chcemy, by była refleksją również o teatrze i aktorstwie. W moim wieku warto mierzyć się z najwyższym.

 

Wcześniej widzieliśmy Pana w monodramie według "Dziennika" Gombrowicza.

 

-..wciąż go prezentuję, podobnie jak "Tryptyk rzymski" Ojca Świętego.

 

Czyżby podążał Pan w kierunku intymnej, samotnej obecności na scenie?

 

- Wprost przeciwnie, coraz bardziej rozumiem, że jedna osoba w teatrze niewiele zdziała, że teatr jest sztuką zespołową. Nie byłoby tego spektaklu, gdyby nie Jerzy Klesyk - reżyser i Piotr Kamiński, który dokonał nowych przekładów... I Magda Maciejewska, autorka scenografii i kostiumu - a ten w monodramie, niezmieniając się, wymaga szczególnej wizji, i Antoni Komasa-Łazarkiewicz - autor muzyki, i Jean Luc Chanonat - reżyser światła. I gdyby nie, od czego może powinienem zacząć, dyr. Krzysztof Orzechowski, który złożył mi propozycję współpracy. Nie, nie szukam samotności na scenie. Teatru nie robi się w pojedynkę.

 

Interesuje mnie kryterium doboru Szekspirowskich monologów, które Pan wygłosi...

 

- Najkrócej mówiąc szło o ich różnorodność, odmienność... To pozwala mi zagrać kobietę - Lady Macbeth czy Julię.

 

W czasach Szekspira, jak wiemy, grali wyłącznie mężczyźni. Zatem osią spektaklu będzie nie tyle jeden temat, ile Pan?

 

- Niezręcznie to zabrzmi, ale tak.

 

To może i lepiej, że nie udało się przed laty w Ateneum. Wszak, zacytuję Pana, "Z wiekiem gra się lepiej, czas jest przyjacielem".

 

- Dla mężczyzn na pewno, bo nie wiem, czy podobny pogląd o zawodzie aktorskim mają kobiety... Z wiekiem człowiek staje się wyrazistszy, naznaczony czasem, poza tym ma się też inny stosunek do tekstów, mniej histeryczny. Tak w podziwie dla autorów, jak i w nienawiści czy w pogardzie.

 

W przyszłym sezonie obejmie Pan dyrekcję Teatru Polskiego w Warszawie. Oznacza to rozstanie ze słynną Comédie Franaise?

 

- Pracy w Komedii Francuskiej, acz zaszczytnej, nigdy nie traktowałem jako ostatecznego celu mojego życia. I oto uznałem, że przyszedł moment zmierzenia się z czymś innym, bycia w większym stopniu autorem swojego artystycznego losu.

 

Jest Pan kolejnym polskim artystą, który, osiągnąwszy wiele na obczyźnie, wraca do kraju. Ciągnie na stare lata, choć Pan ich wielu nie ma, do ojczyzny?

 

- Moją potrzebą artystyczną jest praca w Polsce, granie w Polsce. Wydaje mi się, że mogę być pożyteczny, przydatny.

 

Jak Pan chce być przydatny?

 

- Powinnościami kogoś, kto będzie odpowiadał za ważny polski, i Polski, teatr. Tym samym zacznę się zajmować czymś innym niż tylko samym sobą.

 

29 lat spędził Pan we Francji, większość swego zawodowego życia...

 

- Pojechałem do Polski po 12 latach pracy w zawodzie. Tak więc jestem ukształtowany w dużym stopniu przez teatr, a także kino zachodnie, w którym mniej pracowałem, niemniej zagrałem parę ważnych ról w paru ważnych filmach. Jestem też pewnie naznaczony nie tylko przez francuski język, ale i system organizacji pracy. Wreszcie jestem demokratą francuskim. Wyjeżdżałem z Polski, w której nie było demokracji. Zatem mój demokratyzm francuski będzie stykał się ze sposobem traktowania demokracji przez Polaków żyjących na terenie naszego kraju.

 

I ma Pan lęk, że te dwa modele są od siebie zbyt oddalone.

 

- Pewnie mam, ale i w tym przepadku czas przydaje spokoju. Już niehisterycznie patrzę na mój kraj, zatem i lęk jest mniejszy. Bardziej się boję o siebie niż o świat dookoła mnie. O to, jak ja będę reagował na ten świat, niż o to, co ten świat będzie robił ze mną.

 

Dla Pana, perfekcjonisty, który od lat podkreśla istotę pracy, mówiąc, że jest ważniejsza niż talent, dyrekcja teatru może być szczególnym wyzwaniem...

 

- Zobaczymy... Będę się starał, by było jak najlepiej, jak sobie marzę; chociaż i moje marzenia przystosowują się do świata.

 

Zakłada Pan kompromisy?

 

- Tak, i mam nadzieję, że świat, z którym się będę stykał, będzie szedł na kompromis ze mną.

 

Pytam, bo pamiętam, jak przed ośmiu laty, nie przyjąwszy propozycji objęcia dyrekcji Starego Teatru, mówił Pan podczas spotkania w Warszawie, iż jednym z powodów była obawa, czy zespół zaakceptuje Pana wysokie wymagania.

 

- Jeżeli takie moje były refleksje, to pewnie taka była moja ówczesna prawda, dzisiaj - jakby to sformułować... Powiem krótko: dam sobie radę.

 

Gdy rozmawialiśmy z pięć lat temu o Pana pracy we Francji, mówił Pan o wysokich standardach pracy, w Polsce aktorzy gonią z teatru do serialu, reklamy... Nie boi się Pan...

 

- Mógłbym zacytować prezydenta Wałęsę, że boję się tylko Pana Boga. Oczywiście, wyobrażam sobie trudności, ale nie stanowi to dla mnie problemu. Ja tak kocham teatr, aktorów, reżyserów i wierzę, że ta moja miłość będzie pomagać rozwiązywać trudności.

 

Drążę ten wątek, bo bez wątpienia jest Pan jednym z ostatnich autorytetów w teatrze, choćby i z racji sławy aktora Komedii Francuskiej, i zarazem kimś, kto kojarzy się ze szlachetnym, a jak chcą inni "staroświeckim" - tak etykietowała część polskiej krytyki spektakl Comédie -Franaise "Dom Juan", z Panem w roli tytułowej - modelem teatru.

 

- Na pewno chcę prowadzić teatr, w którym pewne wartości, sposoby traktowania pracy aktorskiej, teatralnej, inscenizacyjnej byłyby obecne. I nie będę też robić teatru przeciwko komukolwiek. Ale nie mówmy o Teatrze Polskim. Za wcześnie. Chciałbym, by moja dyrekcja była niespodzianką i dla tych, i dla tych.

 

"Jestem facetem opętanym przez pracę" - to Pana wyznanie.

 

- Zatem zaproszę wszystkich do intensywnej pracy, i może nawet nie będę musiał nikogo specjalnie przekonywać. Ważne będzie zgromadzenie w teatrze ludzi, którzy zechcą intensywnie pracować, zdolnych, mądrych, oddanych... To nie będzie proste. Wiem. Wiem także, że Seweryn nie zrobi nic, jeśli mu koledzy nie pomogą.

 

A jeśli nie pomogą?

 

- To nie osiągnę, co zamierzam, co moją jest ambicją.

 

A co jest?

 

- By Teatr Polski, mający przecież wspaniałe tradycje, był miejscem przez duże "M". Cieszył się będę z wylansowania młodych zdolnych aktorów, z zaproszenia ciekawych reżyserów do współpracy - także spoza Polski.

 

- Zaprosi Pan również córkę?

 

Ona ma pracę, swój teatr.

 

- To będzie rodzinna rywalizacja - była żona ma swój teatr, córka swój - teraz dołączy Pan...

 

Prawda, jakiż wspaniały pretekst do najzłośliwszych komentarzy.

 

- Zatem odejdzie Pan po 17 latach z Komedii Francuskiej.

 

Przede mną jeszcze w tym sezonie role Doktora Kajusa w "Wesołych kumoszkach z Windsoru" i Amfitriona w "Szaleństwie Heraklesa" Eurypidesa.

 

- Wyobraża Pan sobie ostatni spektakl ze swym udziałem?

 

Kiedy przyjechałem do Francji w 1980 roku, strasznie przeżywałem ostatnie przedstawienie - "Onych" Witkacego, potem kolejnych spektakli. Tam ostatnie spektakle są bardzo ważne, są zapowiedziane. Z góry wiadomo, do kiedy spektakl będzie eksploatowany. Ja też, rozpoczynając pracę w Komedii Francuskiej, wiedziałem, że kiedyś zdarzy się to ostatnie przedstawienie. Dlatego jestem przygotowany.

 

Wspomniał Pan "Onych" Witkacego; to w nich, w teatrze Nanterre, obsadził Pana Andrzej Wajda, sprawiając, że został Pan we Francji.

 

- Tak, Wajda to sprawił, także moją rolą w "Dyrygencie", nagrodzoną Srebrnym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie.

 

W 1984 roku siedem miesięcy żył Pan z zasiłku dla bezrobotnych, a potem otrzymał rolę u Petera Brooka w "Mahabharacie".

 

- Ale wiedziałem, że będę pracował z Brookiem, zatem nie przeżyłem tak dramatycznych sytuacji jak wielu kolegów.

 

I tak Brook dołączył do Pana mistrzów.

 

- Wielu ich: Świderski, Łomnicki, Bardini, Warmiński, Śląska, Mrozowska, Mikołajska, Mrożewski... To oni mnie kształtowali, podobnie jak polski teatr, polskie kino, reżyserzy, profesorowie i Jacek Kuroń, i nasza ówczesna sytuacja geopolityczna. Dlatego niełatwo było mną manipulować we Francji.

 

To i w Polsce Pan sobie poradzi. Bo wyobrażam sobie, że jako dyrektor "Polskiego" będzie Pan pod szczególną lupą.

 

- Przez dwa tygodnie...

 

Sądzę, że dłużej. W książce o Panu przywołana jest myśl Gombrowicza: "Nie jest może zbyt trudno stać się wartością w obrębie narodu, natomiast żeby stać się kimś w świecie, trzeba nie lada wysiłku".

 

- Powtórzę się; teraz chciałbym zrobić coś w kraju, już tą zagranicą tak się nie zajmować.

 

Tam Pan już wiele osiągnął; Legii Honorowej nie dają przypadkiem.

 

- Jestem z niej bardzo dumny, w ogóle wszelkie odznaczenia, w przeciwieństwie do niektórych kolegów, bardzo szanuję.

 

Wspominał Pan mistrzów z Polski, a kto jeszcze ze świata wywarł duży wpływ na Pana?

 

- Bez wątpienia Jacques Lasalle, znakomicie pracujący z aktorem, wykształcony, a to nie zawsze jest oczywiste w naszym zawodzie.

 

Od lat podkreśla Pan wagę intelektualnego pierwiastka w aktorstwie.

 

- Niestety, straciliśmy ostatnio aktorów, którym myśl nie przeszkadzała - Gustawa Holoubka, Zbigniewa Zapasiewicza. Bo przecież znamy choćby uwagi pana profesora Jerzego Kreczmara, że aktor przede wszystkim nie powinien myśleć. Może to było żartem... Ja od myśli uciekać nie będę i będę namawiał moich towarzyszy pracy, by czynili podobnie.

 

Był Pan profesorem paryskiej szkoły teatralnej, w Polsce też podejmie Pan trud nauczania?

 

- Na pewno chciałbym pracować z młodzieżą. Mam pewne pomysły, o których za wcześnie mówić. Na pewno moja praca pedagogiczna nie zatrzyma się na Francji.

 

Co ze swych paryskich doświadczeń scenicznych chciałby Pan głównie przenieść w polskie realia?

 

- Służbę autorowi, przez co wcale nie chcę powiedzieć, że tam w każdym teatrze taka misja jest zawsze wypełniana. To zarazem przekonanie będące rezultatem moich przemyśleń na temat teatru. Choć mam świadomość, że każdy może powiedzieć, iż służy autorowi... Fakty będą mówiły same za siebie.

 

Człowiek ma wyjść z teatru lepszy, mocniejszy piękniejszy - usłyszałem od Pana przed laty.

 

- To rozwinięcie myśli Gustawa Holoubka, który mówił nam w szkole, że teatr ma służyć uszlachetnianiu człowieka. I to pozostaje wciąż absolutnie aktualne. Niech teatr rozświetla umysły.

 

To wróćmy do Szekspira. Klaus Kinski, który miał w repertuarze monodram zbudowany głównie z tekstów autora "Hamleta", grał go w wielkich salach tak ekspresyjnie, takie budził emocje, że na widowni dochodziło do bijatyk...

 

- Ja zadowolę się spokojną i prawdziwą refleksją.

 

 
22.09.2009  
Paweł Głowacki, 277. Krakowski Salon Poezji. Pierwszą Pieśń "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego czytał Mariusz Benoit. Grał kwintet jazzowy New Bone. , /Dziennik Polski/
...

Mruk. Zdawał się nie mieć końca. Zmęczony mruk wprost z dna jakiegoś. Od czasu do czasu - oleiste buczenie sytego trzmiela. I jeszcze wargi jakby ospałe, na krawędzi ruchu, gardzące artykulacyjnym bar[...]

Mruk. Zdawał się nie mieć końca. Zmęczony mruk wprost z dna jakiegoś. Od czasu do czasu - oleiste buczenie sytego trzmiela. I jeszcze wargi jakby ospałe, na krawędzi ruchu, gardzące artykulacyjnym barokiem. Od tego zaczął się pierwszy powakacyjny, 277. Krakowski Salon Poezji. Tym był - godziną aktorskiego umiaru.

Gdyby Mariusz Benoit ton mruku, natężenie buczenia obniżył choćby o mikron prawie niesłyszalny, gdyby ruch warg ograniczył tylko o ćwierć milimetra - nawet słuch najintensywniej absolutny z absolutnych nikomu z nas by nie pomógł. Słowa: Za panowania króla Stanisława/ Mieszkał ubogi szlachcic na Podolu;/ Wysoko potem go wyniosła sława;/ Szczęścia miał mało w życiu, więcej bolu;/ Albowiem była to epoka krwawa/ I kraj był cały na rumaku, w polu;/ Łany, ogrody leżały odłogiem,/ Zaraza stała u domu za progiem - nie weszłyby w powietrze. Nie byłoby tej oktawy, otwierającej "Beniowskiego" Juliusza Słowackiego, ani żadnej następnej. Nie byłoby całej Pieśni Pierwszej. Zmęczony mruk bez końca. I buczenie sytego trzmiela. Tylko to by zostało.

Jak Benoit to robi, że bezlitosny umiar gardła i twarzy rodzi litery czyste i pełne niczym kulki z zadymionego szkła? I jak z takim, bądź innym umiarem, albo też z brakiem umiaru jakiegokolwiek sprawy na salonach będą się miały przez najbliższych pięć niedziel, kiedy to Izabela Olszewska, Aleksander Fabisiak, Marian Dziędziel, Krzysztof Globisz, wreszcie Anna Dymna i Krzysztof Orzechowski przeczytają cały poemat? Ciekawe. Pożyje się, usłyszy się. Na razie jest w pamięci przedwczorajsza dyskrecja. I uwiera.

Stał. W czarnym garniturze, bordowej koszuli, za mikrofonem, w przerwach słuchając jazzowego kwintetu New Bone. Stał, a w istocie było tak, jakby siedział. Gdzieś z boku, przy stoliku w kącie zadymionej knajpy, sam. I jakby właśnie tam, nad kawą bądź gorzałą, albo nad tym i nad tym, sam sobie - bo niby komu innemu? - nucił "Beniowskiego". Od dołu? Chyba można tak rzec. Benoit czytał - od dołu. Dokopując się do słów od spodu, od jakiegoś ich dna ciemnego, półprywatnego. Pukając w plecy liter. Drapiąc kark zdań. Mówił, mruczał, buczał, jakby tylko sprawdzał, zaledwie próbował jakość intonacji, smak słów, falowanie sensów, lepką gorycz ironii. Taka samotność - to było dobre. Bardzo dobre.

To, co jest sednem "Beniowskiego" - ten Słowackiego taniec z samym sobą, z własną i cudzą wielkością poetycką, to mordercze, uparte dziurawienie patosu obrazów dygresjami tylko pozornie przaśnymi, to ciągłe dławienie koturnowych metafor lodowatym śmiechem i niekończące się umykanie wszystkim smakom, tonom, sensom nazbyt jednoznacznym - w czytaniu Benoita wybrzmiało... dziwnie? Dziwnie znajomo? A niby co miałoby to znaczyć? Ironia Słowackiego smakowana nad kawą i gorzałką, przy stoliku w kącie knajpy bez nazwy, kiedy wokół nawet pół żywego ducha - nagle jest na wyciągnięcie ręki. W tym rzecz cała. W tym maestria Benoita.

 
18.09.2009  
Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz, Kundel i Szekspir, /Dziennik Polski nr 219/
...

Chodziła wkoło, zaglądała, w końcu wdrapała się na samochód i znalazła wyrzuconego, wycieńczonego małego psia-ka. Zabrała go ze sobą i tak Edwin rozpoczął spokojne życie.  Pół roku temu piesek zniknął[...]

Chodziła wkoło, zaglądała, w końcu wdrapała się na samochód i znalazła wyrzuconego, wycieńczonego małego psia-ka. Zabrała go ze sobą i tak Edwin rozpoczął spokojne życie.

 

Pół roku temu piesek zniknął. Szukano go wszędzie. Po trzech miesiącach znalazł się w azylu, potrącony przez samochód. - Długo go leczyliśmy, ale już jest w dobrej formie i znowu łazi gdzie popadnie - mówi Krystyna Bochenek.

 

Wszystko dobre, co się dobrze kończy

 

Nowe obowiązki Edwina - czasem próby trzy razy dziennie - zmobilizowały rodzinę, sąsiadów i znajomych pani Krystyny, która choć jest na emeryturze, dorabia na portierni Urzędu Marszałkowskiego. Nie zawsze ma czas na wyjście do teatru. - Nie martwię się, bo Edwin należy do takich psów, które z każdym pójdą. Zawsze będzie ktoś go mógł doprowadzić do teatru. Już wiem, kiedy są zaplanowane przedstawienia. Czekam na szczegółowy grafik, abym i ja mogła się do niego dopasować - podkreśla Krystyna Bochenek.

 

Edwin był już na kilku próbach z Andrzejem Sewerynem. Aktor karmił go parówką, głaskał, kładł się na scenie obok niego, a także wygłosił do niego monolog. Pies bardzo dobrze sprawował się w światłach, był ciekawy nowego otoczenia i potrafił nawet udawać, że słucha aktora.

 

Mimo to nie wiadomo czy Edwin weźmie udział w premierze, bo obok niego ćwiczy też na scenie inny pies, czarna suczka Pusia, która rolę dostała dzięki znajomościom i nie musiała brać udziału w castingu.

 

Wszystko zależy od tego jak wypadną próby generalne. Reżyser zadecyduje.»

 

 
18.09.2009  
(WER), Kraków. Seweryn inauguruje sezon w Słowackim, /Polska Gazeta Krakowska nr 219/
...

W iście mistrzowskim wydaniu rozpocznie się 26 września nowy sezon artystyczny Teatru im. J. Słowackiego. Zainauguruje go premiera spektaklu pt. "Wyobraźcie sobie... William Szekspir" w reżyserii Jer[...]

W iście mistrzowskim wydaniu rozpocznie się 26 września nowy sezon artystyczny Teatru im. J. Słowackiego. Zainauguruje go premiera spektaklu pt. "Wyobraźcie sobie... William Szekspir" w reżyserii Jerzego Klesyka. Z Andrzejem Sewerynem w roli, a właściwie rolach głównych.

«Zainauguruje go premiera spektaklu pt. "Wyobraźcie sobie... William Szekspir" w reżyserii Jerzego Klesyka. Z Andrzejem Sewerynem w roli, a właściwie rolach głównych.

Aktor, który na co dzień występuje na deskach paryskiej Comedie Francaise, wcieli się w postacie bohaterów najsłynniejszych sztuk Szekspira - od "Makbeta" przez "Ryszarda III", "Hamleta", "Otella"do "Henryka V". Aktor będzie się starał opowiedzieć widzom historię ludzkich namiętności.

 

 
05.09.2009  
KR, Kwiaty dla patrona Teatru Słowackiego, /Dziennik Polski nr 208/
...

"Patronowi - Teatr im. Juliusza Słowackiego" - wieniec z takim napisem złożyli wczoraj, w 200. rocznicę urodzin Juliusza Słowackiego, przedstawiciele Teatru im. J. Słowackiego - Anna Burzyńska, Barbar[...]

"Patronowi - Teatr im. Juliusza Słowackiego" - wieniec z takim napisem złożyli wczoraj, w 200. rocznicę urodzin Juliusza Słowackiego, przedstawiciele Teatru im. J. Słowackiego - Anna Burzyńska, Barbara Kurzaj i Krzysztof Dubiel - w krypcie katedry na Wawelu, gdzie w 1927 roku złożono prochy wieszcza.

«16 października, w setną rocznicę nadania przez Radę Miejską teatrowi imienia poety, w foyer teatralnym zostanie odsłonięta upamiętniająca ten fakt tablica. Dziś natomiast (godz. 19.30) będzie okazja zobaczyć w katedrze Wawelskiej "Tryptyk Stanisławowy", odwołujący się do sporu między biskupem Stanisławem a królem Bolesławem Śmiałym, który oddali swymi strofami Słowacki, Stanisław Wyspiański i Karol Wojtyła.»

 

 
04.09.2009  
Joanna Targoń, Mini przewodnik po premierach i festiwalach, /Gazeta Wyborcza - Kraków nr 207 /
...

Jakie nowości będziemy oglądać w nowym sezonie? Co przygotowują krakowskie teatry? Co sprowadzą teatralne festiwale? Kiedy rezerwować czas i na co odkładać pieniądze?Sezon teatralny rozpoczyna się tra[...]

Jakie nowości będziemy oglądać w nowym sezonie? Co przygotowują krakowskie teatry? Co sprowadzą teatralne festiwale? Kiedy rezerwować czas i na co odkładać pieniądze?

Sezon teatralny rozpoczyna się tradycyjnie we wrześniu. Oto krótki (choć gęsty) przegląd tego, co przygotowują krakowskie sceny.

(...)

Teatr im. Słowackiego

 

Na Dużą Scenę można się wybrać już 15 września (na "Chorego z urojenia"), do Miniatury - 12 (na "Pułapkę na myszy"). 26 września pierwsza premiera - na Dużej Scenie Andrzej Seweryn wystąpi w monodramie "Wyobraźcie sobie...", składającym się z fragmentów dramatów Szekspira. Również na Dużej Scenie Maciej Wojtyszko przygotowuje własną sztukę "Paradoks o amorach czyli Semiramida"; bohaterką jest Katarzyna II. Premiera 12 grudnia. Na Scenie Miniatura Łucja Piekorz wyreżyseruje "Miłość i gniew" Johna Osborne'a (premiera 17 października)

Redbad Klynstra będzie pracować nad "Makbetem" Szekspira - będzie to "work in progress": najpierw warsztaty dla aktorów, potem spektakl. Premiera w kwietniu. W drugiej połowie sezonu zaczną próby Agata Duda-Gracz i Iwona Kempa. Duda-Gracz pracuje nad adaptacją opowiadania Oskara Tauschinskiego "Świętokradztwo" (premiera w kwietniu), Kempa jeszcze się nie wybrała sztuki (premiera na początku przyszłego sezonu).

Szykują się również dwie produkcje niezależne - monodram Radka Krzyżowskiego "Noc przed lasami" Koltesa i dwuosobowy spektakl poświęcony Wierze Gran (scenariusz Anna Burzyńska, reżyseria Paweł Szumiec).

Teatr obchodzi w tym roku 100. rocznicę nadania imienia Juliusza Słowackiego - uroczystość poświęcona temu wydarzeniu planowana jest na 16 października

(...)

 
02.09.2009  
Wacław Krupiński, Jesień premier i jubileuszy, /Diennik Polski nr 205 /
...

Krakowskie teatry za moment inaugurują nowy sezon. Zapowiada się kilka jubileuszy - Teatr im. Słowackiego, Bagatela, Groteska, wiele premier, niektóre już we wrześniu. Jesień przyniesie m.in. festiw[...]

Krakowskie teatry za moment inaugurują nowy sezon. Zapowiada się kilka jubileuszy - Teatr im. Słowackiego, Bagatela, Groteska, wiele premier, niektóre już we wrześniu. Jesień przyniesie m.in. festiwale Dramaty Narodów - Słowacki, Genius Loci i Boska Komedia, jak i dwa sceniczne spotkania z Andrzejem Sewerynem.

 

(...)

W Teatrze im. Słowackiego, który w październiku będzie obchodził 100-lecie nadania mu imienia wieszcza, już pod koniec września wystąpi gościnnie Andrzej Seweryn, by przedstawić kolaż tekstów ze sztuk Szekspira, na nowo przełożonych przez autora scenariusza Piotra Kamińskiego, zatytułowany "Wyobraźcie sobie". Reżyseria Jerzy Klesyk.

Na tejże scenie w grudniu Maciej Wojtyszko wystawi swą sztukę o pobycie Diderota na dworze carycy Katarzyny II; już kiedyś graną, teraz znacznie zmienioną i pod nowym tytułem: "Paradoks w amorach, czyli Semiramida".

W październiku w Miniaturze klasyka brytyjska, czyli głośna ongiś "Miłość i gniew" Johna Osborne'a w nowym tłumaczeniu Piotra Kozłowskiego i w reżyserii Magdaleny Piekorz. W obsadzie ostatnio nieoglądany w tym teatrze Błażej Wójcik.

(...)

 
27.06.2009  
JOLANTA CIOSEK , Opowiadać wzruszające historie - Poczet Aktorów Krakowskich: Anna Cieślak, /Dziennik Polski/
...

Szczupła, wysoka, o wielkich sarnich oczach i ogromnym wdzięku - od pięciu lat idzie jak burza w teatrze i filmie. Czy od takiej kariery nie może przewrócić się w głowie? Jej wujek-dziadek Zygmunt sta[...]

Szczupła, wysoka, o wielkich sarnich oczach i ogromnym wdzięku - od pięciu lat idzie jak burza w teatrze i filmie. Czy od takiej kariery nie może przewrócić się w głowie?

 

Jej wujek-dziadek Zygmunt statystował w filmie obok Gerarda Philipa, jej stryjek, Bronisław, vel porucznik Borewicz, zagrał rolę życia w serialu "07 zgłoś się". Jako licealistka zadebiutowała sztuką teatralną, później znalazła się w czołówce castingu na rolę Zosi w filmowym "Panu Tadeuszu".

W ciągu pięciu lat od ukończenia szkoły teatralnej zdążyła zdobyć Nagrodę im. Leona Schillera, zagrać w kilkunastu filmach i spektaklach teatralnych, zdobyć laury za rolę Marioli w filmie "Mam na imię Justine". Uwielbia sporty ekstremalne i dobrą kuchnię. Szczupła, wysoka, o wielkich sarnich oczach i ogromnym wdzięku - Anna Cieślak, aktorka Teatru im. Juliusza Słowackiego, od pięciu lat idzie jak burza w teatrze i filmie. Czy od takiej kariery nie może przewrócić się w głowie?

- Miałam w szkole wspaniałych pedagogów. To oni uczyli mnie pokory do zawodu - mówi na początku spotkania pani Ania wyłączając komórkę. - A jak będzie ten najważniejszy telefon, może z Hollywood? - pytam prowokująco. - Trzeba mieć szacunek dla osoby, z którą się rozmawia i do samego siebie - pada zdecydowana odpowiedź.

Aktorka przyznaje, że kilka kropli aktorskiej krwi od wujka i stryjka na pewno zaważyło na jej wyborze życiowym. A przecież jako absolwentka klasy matematyczno-fizycznej szczecińskiego liceum powinna celować na ścisłe kierunki. Do dziś, dla relaksu i rozćwiczenia umysłu, czasami rozwiązuje zadania matematyczne. - To są geny po tacie, który jako inżynier matematykę i fizykę ma w małym palcu. Mnie i całej grupie koleżanek udzielał korepetycji z fizyki - Boże, co się wtedy działo w domu, jaki był surowy. A aktorstwo to sprawka mojej starszej siostry, Agnieszki. Najpierw poszłam w jej matematyczne ślady licealne, potem brałam udział w różnych konkursach recytatorskich... No jeszcze był mój dziadek, z którym pisywaliśmy listy - rymowanki: "Jak się czuje kochana babcia, czy chodzi po domu w ciepłych kapciach?" - pytałam. - "Dziadek, choć stary, to młodym pannom kręci gitary" - odpowiadał wuj Czesiek. I te częstochowskie rymowanki doprowadziły mnie do napisania współczesnej wersji "Kopciuszka". Byłam chora i siedząc w domu, wymyśliłam rymowaną sztukę, którą zatytułowałam "Marysia praczka". W szkole wszystkim spodobała się i wystawiliśmy ją na Przeglądzie Małych Form Teatralnych w Szczecinie. Koleżanka zachorowała, więc musiałam wziąć za nią zastępstwo i zagrałam Marysię praczkę! Na scenie stroboskop - to były takie czasy: do Berlina jeździło się na Love Parada, chodziło się w sztormiakach, z gwizdkami, jeździło maluchem, a na scenie, jako główna atrakcja, królował stroboskop. Zajęliśmy pierwsze miejsce. To był pierwszy sukces, ale przede wszystkim wspaniała praca i zabawa.

Kolejny krok też zawdzięcza siostrze: "Skoro tak cię bawi to aktorstwo, to jedź na ten casting na Zosię do Pana Tadeusza" - usłyszała. Pojechała będąc w III klasie. To był jej pierwszy pobyt w Warszawie. - Akuratnie strajkowali bezdomni, dworzec był ich pełen. Przeraziłam się. Pojechałam do Wytwórni Filmowej na Chełmską: "O Boże, chyba wszystkie dziewczyny z całej Polski chcą być Zosią" - pomyślałam. W eliminacjach dostałam się do ścisłej piątki, którą przesłuchiwał sam Andrzej Wajda. Myślałam, że śnię. Ubrali mnie, wymalowali, doczepili długi warkocz. Sądzę, że zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mnie wtedy spotkało. I fakt, że to nie ja w efekcie zagrałam Zosię, wcale mnie nie załamał. Również nie poddałam się, kiedy pierwszy raz nie dostałam się do krakowskiej PWST: słaby, wysoki, gardłowy i niesceniczny głos - usłyszałam. Wtedy przez rok przygotowywałam się w prywatnej szkole aktorskiej Leszka Zdybała - tam właśnie Tomek Obara ustawił mi głos, uświadomił błędy, wyzbył zachwytu dzidzibutki nad światem, ale w efekcie dodał wiary w siebie. Z tym długo miałam kłopot: nieśmiała, raczej wycofana, zestresowana. Pracowałam też w kawiarni filmowej Graffiti - zarabiałam na prywatną szkołę, a studentką byłam średnią, bo się zakochałam i to oczywiście było najważniejsze. Uwielbiałam Graffiti: Kino Letnie, w czwartki nieme kino z taperem... Kiedy za drugim razem zdałam do szkoły teatralnej, też nie było łatwo, ale udało się. Byłam długi czas spięta, z "fuksówki" wszyscy wspominają mnie jako długą, bladą, z wielkimi oczami. Tak mniej więcej wyglądała połowa studiów: walka ze stresem. Dopiero pedagodzy dali mi wewnętrzny spokój i obdarzyli zaufaniem. Z czasem dopiero zrozumiałam słowa Anny Dymnej: "Kobieta aktorka, zwłaszcza typ amantki, musi mieć wrażliwość królewny i odporność k...". Z czasem też zrozumiałam słowa prof. Korneckiej: "Jeśli wychodzisz na scenę z przekonaniem, że teraz, to ja wam pokażę, to z gruntu jesteś spalona. Między aktorem a widzem ma się zdarzyć coś pięknego, tego nie da się założyć". Z kolei Jan Peszek uczył nas odpowiedzialności, silnego aktorstwa, odporności.

Anna Cieślak za rolę Nataszy w dyplomowych "Ćwiczeniach z Czechowa" wg "Trzech sióstr" otrzymała nagrodę aktorską na festiwalu w Kaliszu przyznaną przez młodzieżowe jury. - Praca z Pawłem Miśkiewiczem, reżyserem, nie była łatwa. Długo nie mogłam poczuć metody Pawła, metody drążenia w głąb siebie. Czułam się jak kauczuk rzucony o ścianę. Ten proces był dla mnie za głęboki. Aż pewnego dnia stało się to "coś", co mnie otworzyło.

Pani Ania przyznaje, że ma dwoistą naturę: z jednej strony jest najzwyklejszą, młodą radosną dziewczyną, z drugiej zaś potrafi przeistaczać się w graną postać, nawet, jeśli ta pełna jest sprzeczności i demonów. - Na scenie stać mnie na wiele więcej niż w życiu. Scena prowokuje, wyzwala ze mnie owo drugie ja - śmieje się pani Ania. Zapewne dlatego tak dobrze poczuła się w tak różnych postaciach jak Julia w Szekspirowskiej "Miarce za miarkę", Nina Zarieczna w Czechowowskiej "Mewie", Laura w "Kordianie" czy Felicja w "Pułapce" Różewicza. Domalik, Sass, Wiśniewski, Babicki - różne osobowości reżyserskie, różne metody pracy, różne teatralne światy. - Oni wszyscy obdarzyli mnie wielkim zaufaniem, nasycali teatrem - podkreśla aktorka.

W życiu artystycznym aktorki role teatralne i filmowe nieustannie przeplatają się. Była zaledwie rok po studiach, gdy zgrała Mariolę w filmie "Mam na imię Justine" w reżyserii Wenezuelczyka Franco de Pena. Wygrała casting. Za tę rolę zdobyła wiele nagród. - To była mordercza praca i psychicznie i fizycznie. Przejść etapy od naiwnego dziewczątka do gwałconej i sprzedanej do Niemiec jako prostytutka dziewczyny - to nie takie proste, szczególnie dla młodej aktorki. Franco dał mi nieźle w kość, to istny furiat, ryzykant, ale i świetny fachowiec, perfekcjonista. To była ostra szkoła zawodu. Franco kontrolował mnie na każdym kroku, sprawdzał czy poza planem pracuję nad scenariuszem, czy przypadkiem nie balanguję. Film objechał wiele festiwali, m.in. w Montrealu, Brukseli i w Petersburgu, był świetnie przyjmowany. Za to w Polsce... niewielu o nim wie.

Były też inne ważne projekty filmowe w życiu Anny: "Egzamin z życia" Teresy Kotlarczyk, "Glina" Władysława Pasikowskiego obok Jerzego Radziwiłowicza, "Dlaczego nie" - komedia romantyczna, "Jak żyć", "Karol, człowiek, który został papieżem" i wreszcie "Generał Nil", gdzie zagrała córkę generała Fieldorfa. - Podczas przymiarki kostiumu na planie "Gliny" poprosiłam Władka o rozmowę na temat mojej roli. - "O czym chcesz rozmawiać?" - "O tym jak budować tę postać". - "Aniu, ale ja cię zaangażowałem nie po to, żeby z tobą dyskutować, tylko dlatego, że wiedziałem, że ty właśnie potrafisz zagrać Julię". To była jedna z pierwszych ważnych lekcji - została mi do dziś. Zaufał mi. Innym razem poprosiłam Władka o drugiego dubla, bo czułam, że pierwszy nie wyszedł mi. Na to usłyszałam: "Czy ty jesteś tak świetną aktorką jak Jerzy Radziwiłowicz?" - "Nie" - mówię. - "A czy jesteś taka znana i tak dobrze zapowiadająca się jak Maciek Stuhr?" - "No, nie" - rzekłam. - "To jakim prawem prosisz mnie o drugiego dubla na taśmie?". I choć go dostałam, to ta uwaga poszła mi w pięty. Za dobrze się poczułam. Dzwonek "pokora" zadzwonił. To mi bardzo pomogło przy pracy z Franco. Po jego filmie byłam szczęśliwa, choć tak zmęczona, że przez pierwsze trzy tygodnie niemal bez przerwy spałam.

Był taki czas, że Anna Cieślak spędzała życie w ekspresie Kraków - Warszawa, miała zdjęcia, spektakle, próby i... miłość w Łodzi - ta ostatnia nie wytrzymała próby czasu - a równoczesne granie w serialach, filmach i teatrze przerosło siły aktorki. - Powiedziałam sobie: "Stop". Musisz porządkować sprawy zawodowe, musisz mieć czas na przeżycie czegoś w życiu. I ten stop pojawił się przez kilka miesięcy. Po doświadczeniu kieratu nagle nie dostawałam żadnych propozycji. Po miesiącu byłam przerażona, ale kiedy zaakceptowałam ten stan zaczęły pojawiać się propozycje. Za chwilę zaczynamy filmowe "Śluby panieńskie", a w Teatrze STU próby do "Króla Lira" w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego.

Anna Cieślak nie ukrywa, że jest aktorką emocjonalną i owe emocje często w pracy musi ściągać. Jako zodiakalna Panna jest też dość nieufna, pełna dystansu podczas pierwszych prób. I wciąż podkreśla jak wiele zawdzięcza pedagogom i reżyserom - mis-trzom. - Władek Pasikowski - konkret, absolutny profesjonalizm i dyscyplina pracy. Andrzej Domalik - wiara w aktora, Jan Peszek - gotowość i walka o kształt roli, pasja, Romek Gancarczyk - zaufanie do aktora, Dorota Segda - ciepło, serdeczność. Po egzaminie zaprosiła nas do domu, zrobiła fantastyczną kolację i razem ze Staszkiem Radwanem, który siedział w bujanym fotelu i palił fajkę jak stary Indianin, urządzili nam uroczy wieczór.

Anna Cieślak nie tylko jest utalentowaną aktorką, która już zrobiła karierę, a wiele jeszcze przed nią, ale i w życiu prywatnym osobą odważną. Lubi sporty ekstremalne, choć jej wygląd kruchej i delikatnej kobiety na to nie wskazuje. - Nurkuję, latam na motolotni, żegluję, uczę się jazdy na snowboardzie. I uwielbiam przyrządzać kolację przyjmując gości. Wtedy gotuję np. kaczkę w pomarańczach.

- I nadal jest Pani aktorką po to, by - jak powiedziała Pani niedawno - opowiadać ludziom wzruszające historie?

Tak, Bo Warto.

 
25.06.2009  
Joanna Barska, Mon cœur s'ouvre à ta voix... - (Akompaniator), /Dziennik Teatralny Kraków/
...

"Akompaniator" autorstwa Anny Burzyńskiej to sztuka przewrotna, co rusz wyprowadzająca w pole widza naiwnie wierzącego, że z łatwością potrafi przewidzieć następny krok postaci. Gdy już myślimy, że ko[...]

"Akompaniator" autorstwa Anny Burzyńskiej to sztuka przewrotna, co rusz wyprowadzająca w pole widza naiwnie wierzącego, że z łatwością potrafi przewidzieć następny krok postaci. Gdy już myślimy, że koniec okaże się banalnym happy endem, Burzyńska, jak w "Fabulancie", puszcza do nas oko, pchając fabułę w zupełnie innym kierunku.

 

Tytułowy akompaniator (Marcin Kuźmiński) po trzydziestoletniej współpracy z Amelią, diwą operową (Monika Niemczyk), pierwszy raz zmusza kobietę, by go wysłuchała. Wyznanie miłosne, początkowo ignorowane przez kobietę, zadziwia, potem zaś już tylko przeraża – zwłaszcza, gdy akompaniator przywołuje każdy znakomicie zapamiętany gest Amelii, kolor jej sukienek, zapachy i kolejnych kochanków, gdy wyciąga wielką księgę spisanego dzień po dniu życia śpiewaczki, wreszcie, gdy opowiada kobiecie, jak kupuje jej bieliznę i perfumy, gotuje i sprząta pokój, który urządził jej w swoim domu.

 

I już do końca spektaklu nie wiemy, kto do nas mówi: nieprzytomnie zakochany mężczyzna, szalony fantasta, kabotyn czy psychopata. Prawdopodobnie po części każdy z nich. Znakomity Marcin Kuźmiński staje się demiurgiem pociągającym za sznurki nie tylko kariery, ale i życia osobistego, przekraczając wszelkie granice, czego najostrzejszym przejawem jest otrucie ostatniego kochanka Amelii. A więc psychopata owładnięty pożądaniem – a jednak nie do końca cielesnym. Tworzy sobie bowiem w wyobraźni świat, w którym mieszka z Amelią, jednak, mimo że przeszło trzydzieści lat temu to poniekąd z nią (masturbując się) przeżywa inicjację seksualną, gdy tylko kobieta wkracza z całą swą seksualnością, akompaniator panikuje. Skrywane do tej pory uczucie rozbrzmiewa pełną mocą i we wszystkich swych odcieniach, bohaterowie zaś przechodzą kolejne etapy miłosnego cierpienia, opracowanego przez R. Barthesa we „Fragmentach dyskursu miłosnego”, co Burzyńska wyraźnie zaznacza w programie. A że reżyserem jest Opalski, nie mogło zabraknąć głosu Marii Callas, zwłaszcza po aluzji w samej sztuce. Wydaje się jednak, że finał z Amelią w bieli jest trochę za ciężki i w gruncie rzeczy zbędny, nawet jeśli miałaby być to gra z operową formą.

 

Amelia, rozkapryszona gwiazdka, trochę śmieszna w samouwielbieniu, w przerysowanych gestach (przydługi taniec godowy), typowa jest jednak dla środowiska, w jakim żyje. Niemczyk wypada jednak blado i zbyt koturnowo przy Kuźmińskim o tylu twarzach, ile widzów i interpretacji. To głównie dzięki jego grze możemy zadać sobie pytanie o to, kto jest właściwie ofiarą: pogardzany, niezauważany akompaniator, który poświęcił swojemu wyobrażeniu Amelii trzydzieści lat życia czy śpiewaczka, którą ominęła szansa międzynarodowej kariery, a życie osobiste legło w gruzach (przynajmniej na chwilę)? I dla tej gry warto na „Akompaniatora” się wybrać.

 
13.06.2009  
Aleksandra Kamińska, Podróż po slumsach umysłu (Galgenberg w Dzienniku Teatralnym), /Dziennik Teatralny Kraków/
...

"Galgenberg" Agaty Dudy-Gracz to świetny spektakl: uderzający, poruszający, zapadający głęboko w pamięć. W cyklu historii ujętych w ramę kompozycyjną oczekiwania na nadchodzącą śmierć podróżujemy popr[...]

"Galgenberg" Agaty Dudy-Gracz to świetny spektakl: uderzający, poruszający, zapadający głęboko w pamięć. W cyklu historii ujętych w ramę kompozycyjną oczekiwania na nadchodzącą śmierć podróżujemy poprzez zakamarki ludzkiej natury, nie unikając jej ciemnych stron.

 

Galgenberg to droga przez kolejne odsłony nowotestamentowych (i nie tylko) historii opowiedzianych z podkreśleniem ludzkiego brudu, obnażających małość i podłość człowieka. Płaczące niewiasty z drogi krzyżowej okazują się dewotami o kamiennych sercach, gotowymi niemalże pobić nietolerancyjną Weronikę ze swoją chustą. Maria Magdalena objawia się w całym upodleniu swojej profesji, a wskrzeszona cudownie córka kupca nie chce wracać do życia pośród okrutnych ludzi, którzy ją otaczają. Inna opowieść obnaża śmieszność i bezduszność władzy i karykaturalność jej ceremonii. Spektakl opowiada jednak również – a może przede wszystkim? - historię o strachu przed śmiercią i nieuniknioności przemijania. W ostatniej scenie bohaterowie z okrzykiem radości z ocalenia przed nadchodzącą śmiercią na ustach nieuchronnie i ostatecznie zamieniają się w proch. „Naśmiawszy się nam i naszym porządkom / wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom...”. Świat pokazywany w spektaklu nie jest ani sensowny, ani dobry, ani bezpieczny.

 

Trzeba jednak przyznać, że Duda-Gracz wykazuje się przez cały czas świetnym wyczuciem nastroju. Umiejętne wykorzystanie groteski zarazem zabezpiecza pokazywane sceny przez popadnięciem w niechciany patos i podkreśla tkwiącą w nich straszną prawdę o człowieku.

 

Poza tym absolutnie niesamowita jest wykreowana w spektaklu przestrzeń. To jakieś zakurzone, zarośnięte pajęczynami Sanatorium Pod Klepsydrą o wyglądzie jakby żywcem wyjętym z obrazów Beksińskiego; wypełnione zepsutymi i niepotrzebnymi sprzętami, tkwiące w zawieszeniu poza czasem i przestrzenią, po którym poruszają się wyplute przez świat groteskowe postaci poubierane w niepasujące do siebie strzępki zniszczonych ubrań. Przy takiej ilości naładowanych nawiązaniami bodźców wyobraźnia płata nam figle i po chwili można ulec wrażeniu że kostiumy przedstawiają skarlałe, okaleczone formy czegoś, co już się kiedyś widziało – cienie postaci znanych z teatru, malarstwa, literatury.

 

Niebagatelną rolę odgrywa też muzyka - szczególnie odśpiewana na początku przedstawienia wulgarna nihilistyczna piosenka i rozbrzmiewający w drugiej części spektaklu utwór „Le vent l'emportera” Noir Desire. Mocno dokładają się one do budowania towarzyszącego przedstawieniu uczucia miałkości, kalekości przedstawionego świata.

 

Podsumowując, „Galgenberg” raczej nie poprawi nam nastroju ani nie przywróci sensu życia, a raczej natchnie do trudnych i bolesnych przemyśleń. Mimo to towarzyszy mu jakiś rodzaj perwersyjnej radości, że się coś takiego zobaczyło, przeżyło. Jest w tym spektaklu coś z rzeczywistości snu, wywlekającej na powierzchnię świadomości strzępy wspomnień i skojarzeń, lęków i rozczarowań, dawno zepchnięte na peryferie pamięci. Po wyjściu z teatru z ulgą chłoniemy w zmęczone ciało światło i powietrze – ale przecież idziemy bogatsi, mądrzejsi.

 
10.06.2009  
Joana Weryńska, Juliusz Słowacki zostanie wpuszczony w maliny - z Anną Burzyńską, autorką scenariusza spektaklu "Zakręcony Słowacki, czyli noc w malinach", którego premierę w Teatrze im. J. Słowackiego zobaczymy w piątek w ramach Krakowskiej Nocy Teatrów, rozmawia Joanna Weryńska , /Polska Gazeta Krakowska/
...

Pewnie wie Pani już wszystko o Juliuszu Słowackim...Absolutnie nie. Przed przystąpieniem do pisania tej sztuki musiałam przekopać sporo materiałów biograficznych i przypomnieć sobie dzieła wieszcza. P[...]

Pewnie wie Pani już wszystko o Juliuszu Słowackim...

Absolutnie nie. Przed przystąpieniem do pisania tej sztuki musiałam przekopać sporo materiałów biograficznych i przypomnieć sobie dzieła wieszcza. Przeczytałam też skandalizującą książkę o Słowackim Jana Zielińskiego pt. "Szat Anioł", która pokazuje zupełnie inne oblicze poety, niż to, które znamy ze szkoły.

 

Nie obawia się Pani, że duch wieszcza będzie miał Pani za złe żarty z jego osoby?

Myślę, że Juliusz Słowacki miał poczucie humoru. O tym, że pojawi się na scenie w tę magiczną noc, jestem przekonana. I będzie zachwycony tym, że jego teksty są wciaż aktualne. Być może nieco mniej spodoba mu się obecność Adama Mickiewicza, który też pojawi się w mojej sztuce.

 

O co właściwie chodzi w tym przedstawieniu?

Pisząc tę komediofarsę inspirowałam się nie tylko utworami poety, ale i faktami z jego życia. Zastanawiałam się, co by było, gdyby błąkający się w zaświatach duch wieszcza trafił niespodziewanie do naszego "Słowackiego" akurat w tę szaloną, teatralną noc i spotkał tu swoich bliskich, konkurentów oraz damy serca. Na scenie pojawią się też postacie z jego dramatów, co zaowocuje serią dość niespodziewanych i zabawnych perypetii.

 

Co z tego wyniknie?

Nie powiem. Zdradzę tylko, że wieszcz wpuszczony zostanie w niezłe maliny.

 

A jaką oprawę muzyczną będzie miało przedstawienie?

Dosyć nietypową, jak na Słowackiego. Podczas spektaklu widzowie będą mogli usłyszeć muzykę grupy Abba z polskimi tekstami mojego autorstwa.

 

W spektaklu wystąpi niemal cały zespół teatru. Chyba niełatwo opanować taką ekipę?

To prawda, zobaczymy aż 35 osób. Co miałam zrobić. Aktorzy sami dopominali się, żeby zagrać w tym przedstawieniu. Problem był tylko z próbami, bo ze względu na swoje zobowiązania, nie zawsze mogli w nich uczestniczyć. Dlatego piątkowa premiera będzie jedną wielką improwizacją.

 

Spektakl nie tylko reżyseruje dyrektor Słowackiego, Krzysztof Orzechowski, ale też w nim gra. W jaką rolę się wcieli?

Obiecałam mu, że tego nie powiem.W każdym razie będzie ona dosyć zaskakująca i zabawna.

 
09.06.2009  
Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz , Po wąskiej i niebezpiecznej ścieżce - wywiad z Krzysztofem Orzechowskim, /Dziennik Polski/
...

KARIERA: KRZYSZTOF ORZECHOWSKI, dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie Podobno Cyganka wywróżyła Panu karierę? - Miałem wtedy kilkanaście lat. Na molo w Sopocie podeszła do mnie i koniecz[...]

KARIERA: KRZYSZTOF ORZECHOWSKI, dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

 

Podobno Cyganka wywróżyła Panu karierę?

- Miałem wtedy kilkanaście lat. Na molo w Sopocie podeszła do mnie i koniecznie chciała mi powróżyć. Powiedziałem jej, że nie mam pieniędzy. Spojrzała na mnie pogardliwie i odburknęła, że i tak mi powie, co mnie czeka. Popatrzyła na moją dłoń i zawyrokowała, że zrobię karierę, ale późno, dopiero po czterdziestce.

 

Jest Pan aktorem i reżyserem. Od dwunastu lat piastuje Pan też stanowisko dyrektorskie - najpierw w Teatrze Bagatela, a od dziesięciu lat w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Kogo jest w Panu w tej chwili najwięcej: aktora, reżysera czy dyrektora?

- Przez ostatnie lata niewątpliwie najwięcej było we mnie dyrektora. Pewnie dlatego, że nie umiem tego jakoś połączyć. To trudne, zwłaszcza, gdy prowadzi się duży teatr. Kiedy zostałem dyrektorem Bagateli, postanowiłem odsunąć swoje ambicje artystyczne, zarówno aktorskie jak i reżyserskie, i skupić się wyłącznie na dyrektorowaniu. Tak jest do dzisiaj.

 

Czy jako menedżer dobrze się Pan czuje?

- Do pewnego momentu tak było, ale ostatnio zaczynam znowu tęsknić za reżyserią i aktorstwem. W moim przypadku bycie dyrektorem stanowiło wybór naturalny i poniekąd uwarunkowany genetycznie. Mam w sobie bowiem dwa rodzinne pierwiastki: artystyczny po babci, pochodzącej z Kresów Wschodnich, rozczytanej w poezji Lermontowa i Puszkina oraz kupiecki po dziadku, który w Toruniu był właścicielem wielkiej firmy. Zacząłem od aktorstwa, ale ten zawód przestał mi wystarczać. Poszedłem więc na studia reżyserskie. Kiedy zacząłem reżyserować, praktycznie zrezygnowałem z aktorstwa. Wreszcie zostałem dyrektorem teatru, rezygnując z reżyserii. Ale dzisiaj znowu o niej myślę, podobnie jak o aktorstwie.

 

A więc kim Pan się czuje przede wszystkim?

- Człowiekiem teatru. To nie jest wykręt, ani banalna odpowiedź. Człowiek teatru to kategoria, która w dzisiejszych czasach przestaje być doceniana. To ktoś, kto zdobył wiele doświadczeń na różnych polach teatralnego wtajemniczenia. Uprawiałem nie tylko aktorstwo i reżyserię, ale także układam scenariusze, zajmuję się pedagogiką teatralną, z pasją fotografuję życie w teatrze, jako widz podglądam inne sceny. Tymczasem świat zmierza do wąskich specjalizacji i to, że o teatrze wiem tak dużo, jest zarówno moim sukcesem, jak i porażką. Pewnie byłoby lepiej, gdybym był świetnym aktorem albo uznanym reżyserem, a kłopoty związane z zarządzaniem pozostawił innym, bo w dzisiejszych czasach bycie dyrektorem jest niebezpieczne.

 

Niebezpieczne?

- Instytucje teatralne nie zostały zreformowane, tylko - nieco na siłę - przystosowane do warunków gospodarki rynkowej. W polskich teatrach powszechny jest nadal system "dwa w jednym": dyrektor naczelny jest zarówno menedżerem, jak i szefem artystycznym. A ludzi, którzy potrafią to łączyć jest w naszym kraju coraz mniej. Dlatego, podobnie jak w Europie, teatrem powinien zarządzać menedżer, a dyrektor artystyczny mógłby wtedy skupić się wyłącznie na sprawach artystycznych. Kłopot w tym, że nie ma teatralnych menedżerów, nikt tego fachu nie uczy. Fakt, nie jest to łatwe, bo dzisiaj muszą oni balansować na granicy przestępstwa. Gdyby chcieć zastosować się do całej gamy obowiązujących przepisów, np. o zamówieniach publicznych, czy finansach publicznych - które są przede wszystkim przeznaczone dla przedsiębiorstw, ale nas też obowiązują - trzeba byłoby zamknąć teatry. Dyrektorzy muszą więc stąpać po bardzo wąskiej i niebezpiecznej ścieżce, często na krawędzi przepaści.

 

Co w kierowaniu teatrem jest dla Pana największym absurdem?

- Kodeks pracy, który zrównuje aktorów z pracownikami przedsiębiorstw produkcyjnych, nie dostrzegając żadnej różnicy. Na przykład - zasada rozliczania dni wolnych i godzin pracy w teatrze nie może być taka sama, jak w wytwórni spinaczy. Absurdalne są też przepisy dotyczące zamówień publicznych. Obowiązują mnie, kiedy angażuję reżysera. Na szczęście nie muszę już ogłaszać przetargu na reżyserię i wybierać najtańszej oferty (jeszcze do niedawna tak było!). Ale jestem zobowiązany zrobić to na podstawie negocjacji, z czego sporządzam sążnisty protokół. Podobnie jest, kiedy zapraszam teatr z innego miasta. Funkcjonujemy w oparach fikcji, co jest przekleństwem tego kraju i tego narodu. Komuna nauczyła nas, że największą sztuką jest sprytnie obejść ustawę czy przepis. Niestety nadal jest to aktualne.

 

A czy przypadkiem jeszcze do tego nie skończyły się czasy, w których teatr był potrzebny, i społeczeństwu, i władzy?

- Wierzę, że społeczeństwu teatr nadal jest potrzeby. Najlepiej świadczy o tym frekwencja na spektaklach. Co do władzy, to mam poważne wątpliwości. Na pewno i na szczęście teatr przestał być orężem propagandy. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że sztuka jest dzisiaj marginalizowana przez władzę oraz przez tzw. czynniki opiniotwórcze - prasę, media... Liberałowie tworzą wizję kraju opartą na gospodarce wolnorynkowej i programowo odcinają się od przeszłości, przez co czerpanie z tradycji sztuki, nawiązywanie do jej misyjności, nie wydają się im istotne. Konserwatyści zaś traktują sztukę instrumentalnie - głównie jako narzędzie rozliczania się z komunistyczną przeszłością lub kultywowania bogoojczyźnianej tradycji, co również hamuje jej rozwój. Sztuka zeszła do kanałów ... tematycznych w telewizji, została unieważniona na rzecz sensacyjnych newsów i politycznych afer.

 

Czy mimo to dyrektorowanie nadal sprawia Panu przyjemność?

- Sprawia, sprawia - inaczej bym się tym nie zajmował. Uważam, że coś przez te dziesięć lat dla Teatru Słowackiego zrobiłem. Teraz nikt tego nie przyzna, pewnie ktoś powie to dopiero w mowie pogrzebowej. Nie lubimy chwalić żyjących.

 

Z czego jest Pan najbardziej dumny?

- Zmusza mnie pani do wystawienia sobie laurki - ale proszę. Udało mi się wyprowadzić ten teatr z głębokiego kryzysu, odbudować morale zespołu aktorskiego, rozwijając je jednocześnie. Zapełniłem widownię, bo gdy obejmowałem teatr, frekwencja była słaba, niewiele ponad 50 proc. Przywróciłem właściwy rytm premier. Po wielu konfliktach zapewniłem właściwe stosunki z Operą Krakowską na ostatnie lata naszej koegzystencji. Udowodniłem, że Teatr Słowackiego liczy się na rynku i że jest potrzebny. Uważam, że to wszystko mi się udało, choć wielu moich oponentów nie podziela zapewne tego zdania, ale ocena zależy przede wszystkim od wizji artystycznej: jaki powinien być to teatr.

 

A jaki powinien być Teatr Słowackiego?

- Przede wszystkim eklektyczny, nie monotematyczny i nie jednego twórcy. Powinien być to teatr, gdzie nowoczesność łączy się z poszanowaniem tradycji, z lekkim wskazaniem na tradycję, ale nie tak dużym, o jakie jestem posądzany. Mamy ogromną rzeszę widzów i sporą ilość nieżyczliwej krytyki. A to znaczy, że nasze dokonania są dostrzegane i obiektywnie mają znaczenie. Nie pasujemy do schematu: stare - złe, nowe - dobre, a więc wzbudzamy emocje. Nawiasem mówiąc, taki podział nie ma sensu, bo dobrze pojęta nowoczesność zawsze czerpie z tradycji. A doraźne podążanie za modami ma bardzo krótkie nogi.

 

Co Pan uważa za swoją największą dyrektorską wpadkę?

- Każdy nieudany spektakl. Jednak to publiczność, a nie recenzenci, decyduje o tym, czy spektakl jest udany, czy nie. Najbardziej gorzko i przykro jest mi wtedy, gdy negatywne opinie recenzentów pokrywają się z ocenami widzów. Na szczęście zdarza się to bardzo rzadko. Częściej bywa tak, że opinie te się rozmijają i kto wie, czy nie jest to znacznie bardziej frustrujące. Ale największą porażką teatru jest, gdy nie przychodzą do niego widzowie - bo to porażka naszej misji. Na szczęście Teatru Słowackiego to nie dotyczy. Mówię "na szczęście" wbrew lansowanym ostatnio i modnym opiniom, że teatr zapełnionych foteli to obrzydliwy, nietwórczy, mieszczański teatr. Dopiero puste krzesła na widowni świadczą o jego wysokim poziomie artystycznym. To wyjątkowo perfidne usprawiedliwienie braku akceptacji ze strony publiczności!

 

Skąd u Pana zrodziła się miłość do teatru?

- Wszystko zaczęło tak banalnie, że aż mi jest głupio o tym mówić: w Toruniu, w Teatrze Baj Pomorski, gdzie jako małe dziecko byłem prowadzany na spektakle. Dlaczego mnie to tak zafascynowało? Nie wiem. Może dlatego, że życie było wtedy szare, a na scenie - bajecznie kolorowe. Po każdym przedstawieniu wracałem z wypiekami na twarzy i w domu tworzyłem swój teatr w kartonowym pudle. Zapraszałem dzieciaki z sąsiedztwa i robiłem dla nich widowiska. Moim największym artystycznym osiągnięciem było wówczas wyniesienie Twardowskiego na księżyc za pomocą sznurków, kolorowej bibuły, sreberek i nocnej lampki. Zamiłowanie do słowa i poezji wykształciła we mnie babcia. To ona kiedyś sprowadziła do domu aktorkę z Baju, która pokazała mi lalkę "jawajkę". Co za przeżycie! A potem było kółko dramatyczne w podstawówce, gdzie grałem m.in. Kirkora. Później - znakomite Liceum im. J. Słowackiego w Warszawie i polonistka, która bardzo często zabierała nas do teatru i polecała pisać recenzje. Na końcu zdarzył się rodzinny dramat. Gdy postanowiłem zdawać do warszawskiej Szkoły Teatralnej, babcia, która do tej pory podsycała moje sceniczne pasje, nagle oświadczyła zdecydowanie: "Ty - aktorem?! Przecież się garbisz i nosisz okulary!". Oblałem egzamin wstępny i przez rok studiowałem na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Po roku spróbowałem jeszcze raz zostać aktorem, tym razem w szkole krakowskiej, gdzie zostałem przyjęty. Po studiach wróciłem do Warszawy, tam grałem, a potem zdałem na reżyserię.

 

Zawodową pracę rozpoczął Pan w Teatrze Komedia w Warszawie...

- ... następnie trafiłem do Teatru Dramatycznego, gdzie szefem był Gustaw Holoubek. Tam najwięcej nauczyłem się o teatrze. Tam też przygotowywałem się do zawodu reżysera.

 

Który ze spektakli przez Pana wyreżyserowanych uważa Pan za najbardziej istotny?

- "Hymn" G. Szwajdy, który zrobiłem we wrocławskim Kalamburze. Była to opowieść o ludziach zredukowanych przez komunę do roli zwierząt. Udało mi się wtedy dotknąć czegoś istotnego, znaleźć odpowiednią hiperrealistyczną formę dla przekazania treści. Cenię także "Tango" i "Pana Jowialskiego" w Teatrze Ludowym, "Tomasza Manna" na małej scenie przy ul. Sławkowskiej, należącej wówczas do Starego Teatru, "Pannę Tutli-Putli" w Teatrze Bagatela. Miło wspominam też "Kandyda" w krakowskiej Bagateli.

 

Dziś kształci Pan przyszłych reżyserów w warszawskiej Akademii Teatralnej. Czego ich Pan uczy przede wszystkim?

- Dyscypliny twórczej i intelektualnej. Tego, by rozpoczynając pracę nad spektaklem wiedzieli, w jakim kierunku zmierzają i aby robili to konsekwentnie. W trakcie pracy mogą zmienić założenia, ale powinni to robić świadomie. W żadnym wypadku nie ograniczam im środków wyrazu, ani też nie polemizuję z wybraną przez nich konwencją. Uczę ich także, że nie wolno ślepo podążać za modami, bo to ogłupia twórcę. Powinni robić swoje, przepychać się łokciami, szukać dla siebie miejsca w teatrze. Pokazywać to, co ich dotyka i wybierać taką formę, jaka ich interesuje. Teatr jest wspaniały, bo jest pojemny i wszystko pomieści.

 

 

 

Krzysztof Orzechowski

Ur. 6 września 1947 w Toruniu - aktor i reżyser teatralny. Ukończył Wydział Aktorski PWST w Krakowie i Wydział Reżyserii PWST w Warszawie. W latach 70. pracował jako aktor, a później jako reżyser w teatrach warszawskich, m.in. w Teatrze Komedia, Teatrze Dramatycznym oraz Teatrze Narodowym. W latach 1989-96 był etatowym reżyserem w Teatrze Ludowym w Krakowie. Od 1981 roku jest związany pracą pedagogiczną z Akademią Teatralną w Warszawie. W latach 1997-99 był dyrektorem Teatru Bagatela w Krakowie. Od 1999 roku pełni funkcję dyrektora naczelnego i artystycznego Teatru im. Słowackiego w Krakowie.

 

 
02.06.2009  
(WAK), Toruń-Kraków. "Rozmowy poufne" nagrodzone, /Dziennik Polski nr 128/
...

«Na zakończonym w Toruniu festiwalu "Kontakt" główne nagrody zdobył spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu "Sprawa Dantona": najlepszy reżyser (Jan Klata), scenograf (Mirek Kaczmarek), aktor (Marcin C[...]

«Na zakończonym w Toruniu festiwalu "Kontakt" główne nagrody zdobył spektakl Teatru Polskiego we Wrocławiu "Sprawa Dantona": najlepszy reżyser (Jan Klata), scenograf (Mirek Kaczmarek), aktor (Marcin Czarnik) i spektakl festiwalu.

Dziennikarze z kolei nagrodzili spektakl Iwony Kempy "Rozmowy poufne", z krakowskiego Teatru im. J. Słowackiego. Spektakl cieszył się takim uznaniem widzów, że krakowianie zgodzili się zagrać go drugi raz, czego wcześniej nie było w planie.»

 

 
02.06.2009  
Grzegorz Giedrys, "Zdrada w spokojnym domu pastora" - "Rozmowy poufne" w reż. Iwony Kempy. Pisze Grzegorz Giedrys w Gazecie Wyborczej - Toruń., /Gazeta Wyborcza - Toruń/
...

Ingmar Bergman stworzył całą plejadę silnych postaci kobiecych. Należy do nich Anna z "Rozmów poufnych" - żona pastora, którego zdradza ze studentem teologii. To kobieta wyemancypowana: nie jest kolej[...]

Ingmar Bergman stworzył całą plejadę silnych postaci kobiecych. Należy do nich Anna z "Rozmów poufnych" - żona pastora, którego zdradza ze studentem teologii. To kobieta wyemancypowana: nie jest kolejnym zasobem mężczyzny, nie daje się sprowadzić do roli matki i posłusznej żony i wyraźnie dominuje nad słabszym partnerem. Zauważa, że kiedy związek gaśnie, gdy brakuje w nim pasji i wzajemnej ciekawości, zamienia się w niezobowiązujące koleżeństwo, które spaja jedynie rodzina i wspólne mieszkanie. Zdradza i oczekuje zrozumienia swoich czynów. Warunkiem rozgrzeszenia jest skrucha i chęć naprawienia skutków przewinienia. Ale Anna nie czuje w sobie winy. Iwona Kempa, która zainscenizowała ten tekst na scenie krakowskiego Teatru im. Słowackiego, mimo to ani nie potępia swojej bohaterki, ani jej nie rozgrzesza. "Rozmowy poufne" to typowa sztuka Bergmana. Pojawiają się w niej motywy, które powracaj ą w niemal wszystkich artystycznych wypowiedziach wielkiego szwedzkiego reżysera. Akcja dramatu dzieje się w domu pastora - ten dom nie świeci wzorem cnót rodzinnych, za to rozpalają go wielkie namiętności. Kempa błyskotliwie wychwyciła i podkreśliła autobiograficzne perseweracje Bergmana. Szwed, wychowany w rodzinie protestanckiego duchownego, porzucił religię - jego niewiara w Boga podszyta była jednak wieloma wątpliwościami. Tę aksjologiczną niepewność przekazał swoim bohaterom - w "Rozmowach poufnych" nawet duchowni nie są w stanie wyznać, czy wierzą. Pod koniec sztuki w rozmowie, która przypomina krótką katechezę, pastor Jakub opowiada Annie o największym cudzie chrześcijaństwa. Według niego Jezus umarł na krzyżu i nie zmartwychwstał - jego uczniowie rozeszli się w poczuciu całkowitej porażki. Coś jednak się w nich zmieniło, że w ciągu następnych dwóch lat nauki Chrystusa pojawiły się w kilkudziesięciu greckich i rzymskich diasporach w Europie, a jego wyznawcy zaczęli rosnąć w siłę.

"Rozmowy poufne" to też typowa sztuka w dorobku Kempy. Reżyserka stawia na teatr minimalny, w którym więcej odbywa się w sferze słów i relacji między postaciami, niż w działaniach na scenie. Odchodzi od linearnego przedstawiania zdarzeń. Unika też widowiskowości - liczy się tylko aktor i tekst na zacienionej, niemal pustej scenie. Wygląd i opis ruchu scenicznego zredukowała do didaskaliów odczytanych przez aktorów. Najważniejsze motywy - wzorem reżyserów filmowych - kontrapunktuje muzyką. Na ogół sięga po repertuar popularny - tak samo jak w zrealizowanym w Teatrze Horzycy "In Extremis" słychać utwory brytyjskiej grupy Archive.

Spektakl Kempy niewiele mówi o moralnych konsekwencjach zdrady. Skupia się za to na emocjach zdradzającej, tłumaczy motywy jej działania tak racjonalnie i przekonująco, że jesteśmy skłonni bronić kobiety. To proste przedstawienie jest jak gra na odsłoniętych nerwach - każde poruszenie potęguje jedynie ból. Na polskich scenach rzadko można spotkać spektakl, który z taką intensywnością apeluje do moralności widza.

Widownia Kontaktu dwukrotnie zobaczyła "Warum Warum", który Peter Brook zainscenizował w Schauspielhaus Zurich. Spektakl wybitnego angielskiego reżysera zapowiadał się na największe wydarzenie tegorocznej edycji festiwalu. Miriam Goldschmidt, jedna z ulubionych aktorek Brooka, odpowiada na pytania typu: kto mówi, gdy mówi ktoś inny? Jak można umieścić duchy na scenie? Czy powinniśmy spalić dzieła Szekspira? Jak wychodzić na scenę? Co to znaczy istnieć? Brook ujął w sztuce teksty wielkich rewolucjonistów teatru, jak m.in. Antonin Artaud, Edward Gordon Craig, Charles Dullin, Wsiewołod Meyerold, Zeami Motokiyo i Szekspir.

Niemal na początku przedstawienia słyszymy, że jest w błędzie ten, kto oczekuje od teatru wielkiej literatury. To znakomita autorecenzja tej sztuki. Tekst, który Peter Brook napisał z Marie-Helene Estienne, jest naiwny i pretensjonalny. Aktorka chce ujawnić tajemnice swojego artystycznego warsztatu, ale mówi cały czas o rzeczach oczywistych. Nie mówi niczego nowego ani o teatrze, ani o scenie. Ci, którzy spodziewali się poważnej, autote-matycznej wypowiedzi o scenie i manifestu artystycznego wielkiego brytyjskiego reżysera, musieli się zawieść. Spektakl doszczętnie pogrążyło zmanierowane aktorstwo»

 

 

 

 

 
01.06.2009  
Jacek Wakar, Jan Klata bierze wszystko - XIX Międzynarodowy Festiwal Teatralny Kontakt w Toruniu. Pisze Jacek Wakar w Dzienniku, /Dziennik/
...

«"Sprawa Dantona" [na zdjęciu] z Teatru Polskiego we Wrocławiu zdobyła w Toruniu niemal wszystko, co było do zdobycia. Oprócz Grand Prix spektaklowi Jana Klaty przypadły wyróżnienia dla najlepszego re[...]

«"Sprawa Dantona" [na zdjęciu] z Teatru Polskiego we Wrocławiu zdobyła w Toruniu niemal wszystko, co było do zdobycia. Oprócz Grand Prix spektaklowi Jana Klaty przypadły wyróżnienia dla najlepszego reżysera, scenografa (Mirek Kaczmarek) i aktora (Marcin Czarnik).

Tegoroczny werdykt przyjęto bez szczególnych emocji, bo i o żadnym rażącym nieporozumieniu nie może być mowy. "Sprawa Dantona" to ewidentnie najlepsze z dotychczasowych przedstawień Klaty - teatr mocny, prześmiewczy i ironiczny jednocześnie. Wierna jak na reżysera adaptacja klasycznego tekstu Przybyszewskiej jasno podkreśla przyjętą z góry tezę o tym, że prędzej czy później każda rewolucja połknie własny ogon i zeżre swe dzieci. Spektakl, ociosany w festiwalowych bojach, w Toruniu zabrzmiał doskonale. Pokazał wrocławskich aktorów jako zespół, spoił reżyserskie efekty z myślą głębszą. Mimo to tak hojnie bym go nie nagradzał. Na jedno z najważniejszych wyróżnień "Sprawa Dantona" z pewnością zasłużyła. Skoro dostała główne, być może reżyserski laur powinien przypaść komu innemu. Moich wątpliwości nie budzi uhonorowanie scenografa Mirka Kaczmarka, ale już ról wybitniejszych niż Robespierre Marcina Czarnika znalazłbym na festiwalu, i to nawet we wrocławskim przedstawieniu, kilka.

Decyzja jury ustawia "Sprawę Dantona" jako bezdyskusyjnego zwycięzcę Kontaktu, a sprawa nie jest tak oczywista. Ostatnie dni imprezy nie zmieniły mojego przekonania, że największym wydarzeniem festiwalu był węgierski "Lód" Kornela Mundruczo. Adaptacja powieści Sorokina, zdecydowanie przewyższająca literacki oryginał, jako jedyna postawiła fundamentalne pytanie o możliwości teatru repertuarowego i zdefiniowała je jako bardzo szerokie. Olbrzymie wrażenie robi współistnienie budapesztańskich aktorów na scenie, odrzucenie bezpiecznych norm i wytrychów. Wobec odwagi Węgrów w odrzuceniu najmniejszych prób podobania się widzom polskie rewolucje w rodzaju "Factory 2" Krystiana Lupy zdecydowanie tracą na znaczeniu.

Mundruczo dostał wyróżnienie dla młodego reżysera, "Lód" - trzecią nagrodę. Pokonała go jeszcze "Muszka owocowa" Marthalera - dowód formalnego mistrzostwa i poczucia humoru, ale tym razem nic poza tym. Spektakl ogląda się z szacunkiem, ale bez emocji. Potem zaś narasta znużenie i pojawia pytanie o granice pastiszu. Bo widowisko Marthalera nie jest niczym więcej i dlatego wydaje mi się przecenione.

Na Kontakt można patrzeć jak na sportową rywalizację. Do wyników nie trzeba zanadto się przywiązywać, bo przecież można wyobrazić sobie drużyny złożone z innych zawodników. O poziomie rosyjskiego teatru nie mówią nic dwie kuriozalne produkcje moskiewskiej Praktiki. Teatr czeski ciekawszy jest niż archaiczny "Proces" i sprowadzona do wymiaru jałowego skeczu (choć nagrodzona) "Tyka, tyka, polityka". Jeśli sądzić po fatalnym "Wujaszku Wani", przygotowanym w Wilnie przez Francuza Erica Lacascade'a, litewski teatr chyli się ku upadkowi. Banałem w postrzeganiu powojennej traumy na Bałkanach razi "Wróg klasowy" z Bośni i Hercegowiny, sprowadzający rzecz do rozbijania stołów i krzeseł.

Na tym tle dobrze wypadła reprezentacja Polski. "Rozmowy poufne" z krakowskiego Teatru Słowackiego to próba teatru ascetycznego i szlachetnego. Portret Anny wpisuje się w galerię najciekawszych kobiet w teatrze i kinie Bergmana, a grająca ją Dominika Bednarczyk w niczym nie ustępuje najwybitniejszym aktorkom mistrza. Jej Anna chce być wierna sobie, kochać i nie ranić. I nie postępować wbrew sobie. Jury pominęło Bednarczyk, wyżej stawiając holenderską aktorkę Halinę Reijn w jej monodramie "Głos człowieczy". Kreacja znakomita, jednak waga "Rozmów poufnych" i roli Dominiki Bednarczyk wydaje mi się większa. Iwona Kempa przygotowała bowiem spektakl z niedzisiejszą klasą, a przy tym oparty na czystych emocjach. Toruńska scena zdusiła natomiast znakomitego "Makbeta" Mariusza Grzegorzka, nie dała wybrzmieć wybitnej tytułowej roli Ireneusza Czopa. Tak czy inaczej zobaczyliśmy na Kontakcie trzy kompletnie różne znakomite polskie przedstawienia. Podobno od lat tak nie było.»

 
29.05.2009  
Janusz R. Kowalczyk, Różne odcienie namiętności - "Rozmowy poufne" na Festiwalu KONTAKT w Toruniu, /Rzeczpospolita nr 125/
...

Różne odcienie namiętności"Rozmowy poufne" w reż. Iwony Kempy z Teatru im. Słowackiego w Krakowie i "Makbet" w reż. Mariusza Grzegorzka z Teatru im. Jaracza w Łodzi na XIX Festiwalu Teatralnym Kontakt[...]

Różne odcienie namiętności

"Rozmowy poufne" w reż. Iwony Kempy z Teatru im. Słowackiego w Krakowie i "Makbet" w reż. Mariusza Grzegorzka z Teatru im. Jaracza w Łodzi na XIX Festiwalu Teatralnym Kontakt w Toruniu. Pisze Janusz R. Kowalczyk w Rzeczpospolitej.

 

«Nigdy dotąd w 19-letniej historii Międzynarodowego Festiwalu Kontakt w Toruniu nie zdarzył się tak dobry "dzień polski". Złożyły się nań pokazy dwóch znakomitych - choć zasadniczo różnych - przedstawień. Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie przywiózł po skandynawsku ascetyczne "Rozmowy poufne" według Ingmara Bergmana, a łódzki Teatr im. Jaracza wystylizowanego "Makbeta" Szekspira.

Krakowskie przedstawienie z gościnnym udziałem Sławomira Maciejewskiego, aktora toruńskiego Teatru im. Horzycy, jest dziełem Iwony Kempy, od trzech lat dyrektor artystycznej tej sceny.

Widowisko nieskazitelnie czyste w przesłaniu, zrealizowane skromnymi środkami w pełni zasługiwało na tak ogromne zainteresowanie widzów, z jakim spotkało się w Toruniu.

W swej twórczości Bergman był krytykiem instytucjonalnego traktowania związków między ludźmi, wnikliwie analizował konflikty małżeńskie. W "Rozmowach poufnych" nakreślił portret Anny, kobiety skazanej na życie u boku niekochanego męża, pastora Henryka. Miłość do młodego studenta teologii Tomasa jest dla niej, młodej żony i matki, przeżyciem równie radosnym, jak i arcytrudnym do akceptacji.

Wyciszona, delikatnie opowiedziana historia przyniosła fenomenalne role Dominiki Bednarczyk (Anna), Tomasza Międzika (Jakub) i Sławomira Maciejewskiego (Henryk), a także całej reszty znakomitego zespołu.

Wśród wielu ostrych widowisk, z przemocą i seksem na pierwszym planie, jakich nie brak na tym festiwalu, tak głębokie wejrzenie w duszę człowieka spotkało się z entuzjastycznym odbiorem widzów.

Zupełnie inny w klimacie był łódzki "Makbet". Mariusz Grzegorzek pokazał wyrafinowane estetycznie widowisko o magicznej sile oddziaływania, którą podkreślały dziesiątki płonących świec. Role spragnionej władzy pary porywająco zagrali Ireneusz Czop i Ewa Audykowska-Wiśniewska.

Oba polskie przedstawienia wykazały, że teatr bynajmniej nie musi odwoływać się wprost do naszej codzienności ani podpierać współczesnymi gadżetami, żeby intrygująco mówić o konfliktach ludzkich sumień.»

 
28.05.2009  
Joanna Barska, Życie rozpisane na sześć rozmów (Rozmowy poufne), /Dziennik Teatralny Kraków/
...

Krakowski Teatr im. Słowackiego ukazuje nam spektakl wysmakowany, oszczędny w formie, oparty na emocjach, najintymniejszych sekretach; zdradzie, poczuciu winy, lęku. Tytułowe rozmowy poufne nawiązują [...]

Krakowski Teatr im. Słowackiego ukazuje nam spektakl wysmakowany, oszczędny w formie, oparty na emocjach, najintymniejszych sekretach; zdradzie, poczuciu winy, lęku. Tytułowe rozmowy poufne nawiązują do luterańskiego ekwiwalentu spowiedzi, gdzie anonimowy konfesjonał został zastąpiony szczerą rozmową z powiernikiem, ale i rozrachunkiem z samym sobą.

 

Anna (Dominika Bednarczyk) to żyjąca w rutynie małżonka szanowanego pastora (Sławomir Maciejewski) i dobra matka, która pewnego dnia pozwala owładnąć się irracjonalnemu uczuciu: zakochuje się w znacznie młodszym studencie teologii (Tomasz Augustynowicz). Pozycja jej męża, Henryka, jedynie pogłębia rozterki od początku towarzyszące kobiecie. Zdecydowana jest jednak trwać w związku z Tomasem, a wyznając wszystko mężowi (tak jak radził jej wuj Jakub; Tomasz Międzik), ma nadzieję, że ten pozwoli jej zachować chwile szczęścia. Początkowy szok, ujmujące współczucie i zgoda kochającego ją wciąż Henryka ustępują jednak szałowi pożądania, zazdrości i rozwijającej się z wściekłości chorobie psychicznej.

 

Estetyka spektaklu oszczędza nam scen drastyczniejszych: o wymiotach Anny, wydzielinie towarzyszącej agonii Jakuba czy przemocy ze strony Henryka dowiadujemy się z didaskaliów wplecionych w spektakl i wyrecytowanych publiczności niczym powieściowa narracja. Napisy wyświetlane na ścianie pomagają zorientować się w czasie niechronologicznie ułożonych rozmów, które, ukazując się w takim porządku, oświetlają się wzajemnie i, oceniane przez widzów z perspektywy całości, rzucają na siebie zupełnie nowe światło. Zanurzone w Bergmanowskiej estetyce niejednoznaczności confessions, których jesteśmy świadkami, składają się na historię cichego dramatu, skrywanego po powierzchnią pozoru – jeśli nie szczęścia, to przynajmniej spełnienia w życiu rodzinnym. Słuchamy historii znanej i bliskiej, jak może się wydawać, dotykającej problemu poszukiwania szczęścia, pytania, czy na owo szczęście zasługujemy, a jeśli tak, dokąd możemy się posunąć, chcąc je dla siebie zbudować. Poruszamy się więc między pragnieniem a konwencjami, narzuconą społecznie rolą. Ważnym, jak sądzę, zagadnieniem jest również śmierć – utrata osób bliskich, powierników.

 

Konsekwencji nigdy nie da się do końca przewidzieć; czy Anna żałuje? Może tylko tego, że w końcu poddała się, przyjmując na powrót rolę matki i żony tak, jak niegdyś poddała się nakazowi matki i przystąpiła wbrew sobie do komunii świętej. Spowiedź Anny stopniowo przenosi się do wnętrza, zapał gaśnie, tak jak pragnienie doświadczania szczęścia. Bohaterka zostaje w końcu sama, otoczona ludźmi, którzy nie chcą pamiętać. Mąż udający, że wszystko jest w porządku, kochanek, który zbyt boi się konsekwencji, by ryzykować, matka, której nie udaje się pokonać tkwiącej w niej bariery niepozwalającej dotrzeć do własnego dziecka, wreszcie wuj, któremu Anna wmawia, że wszystko potoczyło się dobrze, a który jest już zbyt chory, by dostrzec chłodne kłamstwo.

 

Iwona Kempa z niezwykłym wyczuciem wycina z Bergmanowskiego materiału przerysowane emocje literackiej Anny: o ile w wersji filmowej (Intymne zwierzenia Liv Ullmann ) na pierwszy plan wysuwa się autobiograficzny aspekt niekochanego dziecka, o tyle tu Anna jest kreacją wyjętą wprost spod pióra Flauberta, co jest zasługą przede wszystkim znakomitej Dominiki Bednarczyk, która – nie starając się usprawiedliwić swojej bohaterki, narzucić widzom oceny – tworzy rolę zmienną i niejednoznaczną. Dzieci pojawiają się jedynie gdzieś w tle rozmów, zdominowanych pragnieniami i oczekiwaniami Anny, zakończenie jest tylko inne, niż w Madame Bovary, choć w obu przypadkach tragiczne. W spektaklu Kempy jest to tragedia bardzo osobista, z której nikt już chyba nie zdaje sobie sprawy. Wszystko zostało gdzieś w przeszłości, martwy uśmiech zasłania prawdę, a ostatnia rozmowa – chronologicznie pierwsza – gdzie wypowiedziane zostają marzenia dziewczynki, tylko przygnębia, wiemy bowiem, że zakazy i konwencje, które uniemożliwią ich spełnienie mają nadejść już wkrótce.

 
20.05.2009  
Elżbieta Baniewicz, Dürrenmatt po latach - "Frank V. Komedia bankierska" w reż. Krzysztofa Babickiego w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie i "Romulus Wielki" w reż. Krzysztofa Zanussiego w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Elżbieta Baniewicz w Twórczości., /Twórczość nr 5/05.2009/
...

«"[...] dwa mamy powody do dumy: nie załatwiliśmy dotychczas żadnego uczciwego interesu i nigdy nie zwróciliśmy wpłaconych pieniędzy, i to w mieście, którego rzetelność i cnoty obywatelskie są przysło[...]

«"[...] dwa mamy powody do dumy: nie załatwiliśmy dotychczas żadnego uczciwego interesu i nigdy nie zwróciliśmy wpłaconych pieniędzy, i to w mieście, którego rzetelność i cnoty obywatelskie są przysłowiowe w całym świecie, w mieście, które ma policję zorganizowaną wzorowo" - mówi bohaterka "Franka V" [na zdjęciu] Dürrenmatta, a nie - jak można by przypuszczać - sztuki młodego autora, odrabiającego lekcję z kryzysu. Otylia jest żoną prezesa, czyli współwłaścicielką banku, od pokoleń należącego do rodziny. Jest też matką dwójki dzieci, które kształcą się w elitarnych szkołach za granicą, by niczego nie wiedziały o gangsterskich metodach prowadzenia interesu. Rodzice pielęgnując idyllę mieszczańskiej rodziny, widocznie mimochodem wpoili zasady zbrodni potomkom, ci bowiem bezbłędnie wprowadzą je w życie, gdy tylko odziedziczą schedę.

 

 

Fabuła "opery bankierskiej" przypomina kryminał, gdzie trup ściele się gęsto, i prowadzi do wniosku, że gangsterstwo jest nieodłącznym składnikiem mieszczańskiej moralności. To wniosek ostrzejszy niż u Brechta, który wyśmiewał tylko gangsterów pielęgnujących mieszczańskie cnoty.

 

 

W 1962 roku - gdy po "Franka V" sięgnęli Konrad Swinarski w warszawskim Teatrze Dramatycznym, Jerzy Jarocki w Katowicach i Jerzy Goliński w Gdańsku - aktualność sztuki wydawała się dość egzotyczna. Przeżywaliśmy okres małej stabilizacji, sumy na książeczkach PKO nikogo nie przyprawiały o wielkie emocje, krwawy kapitalizm wydawał się ustrojem pokonanym przez sprawiedliwy socjalizm. Bardziej interesująca była forma widowiska, nawiązująca wyraźnie do "Opery za trzy" grosze Brechta, aczkolwiek bardziej radykalna; zmieniła się rzeczywistość, zatem i chwyty artystyczne, tworzące model sztuki, uległy zmianie. Friedrich Dürrenmatt pisał "Franka V" w latach pięćdziesiątych, trzydzieści lat po "Operze" Brechta, gdy Niemcy po przegranej wojnie przeżywali (ku niemałemu zaskoczeniu) okres cudownej prosperity. Sztukę czytano jako moralny osąd pisarza, który - posługując się ironią i szyderstwem - stawiał pytania całkiem serio. Zbrodnia dopóty zostaje bezkarna, dopóki pozostaje zbrodnią systemu; ta największa została rozbrojona, nikt nie chciał rozmawiać o winie, wszyscy chcieli się bogacić i czynili to. Gdy Otylia Frank w końcowej scenie domaga się sprawiedliwości za zbrodnie popełnione przez nią i jej bank, Prezydent Państwa obiecuje jedynie łaskę, bo nie potrafi wymierzyć kary w kategoriach prawnych.

 

Moralne przesłanie syna pastora z Konolfingen zawiera się w rozumieniu winy w kategoriach teologicznych, choć farsa ociera się tu o dramat, komedia sąsiaduje z kryminałem, a melodramat z groteską. Wszystkie postacie są w równej mierze sztuczne, co prawdziwe, tak samo realne i modelowe, ironia wzmacnia wielkie serio, a satyra społeczna miesza się z moralnym osądem. Inna jest też funkcja muzyki: w "Operze za trzy" grosze songi bohaterów służą uogólnieniu problematyki tak dalece, że stały się przebojami wielu wykonawców. Songi w "operze bankierskiej" należą do struktury specyficznego moralitetu i wyrażają marzenia postaci, są źródłem poezji, która krwawe zbrodnie ujmuje w ironiczno-liryczną formę. I tak też są w przedstawieniu Krzysztofa Babickiego rozumiane, co nadaje mu wymiar teatralnej metafory.

 

Aktorzy Teatru Słowackiego wykonują trudne muzycznie songi z towarzyszeniem orkiestry bardzo dobrze. Role mówione również, zwłaszcza duet Krzysztof Jędrysek i Beata Fudalej. On - szef personalny banku Richard Egli, ona - szara biurowa myszka Fryda Fürst (przeistaczająca się w damę lekkich obyczajów, by odzyskiwać od klientów pieniądze) marzą o małżeństwie oraz gromadce dzieci w słodkim domku z ogródkiem. Gdy bank znajdzie się w tarapatach, on nie zawaha się zabić ją w piwnicy, jak robił to wiele razy; i tylko ze względu na pamięć dwudziestoletniego związku owinie głowę "ukochanej" szalem, gdy ona pokornie schodzić będzie na miejsce kaźni. Także Tomasz Mędzik, jako Frank V, i Dorota Godzić, jako jego żona Otylia, wykonują swe zadania aktorsko-wo-kalne z lekkością, bez cienia psychologii, co jednak nie odejmuje im prawdy scenicznych wcieleń. Zwłaszcza w scenie unicestwiania Bóckmana (Feliks Szajnert), który chciał opowiedzieć publicznie o zbrodniach swych szefów z banku. Otylia dokonuje (śpiewając song) eutanazji, a chory marzy, "by znów tryskać zdrowiem". Tylko pani Streuli (Ewa Worytkiewicz) udało się wygrać z bankiem, to znaczy otrzymać odszkodowanie za spalony dom - za cenę kalectwa; dumna ze zwycięstwa zjawia się na wózku cała w bandażach.

 

Tłem dla działań aktorów odzianych w czarne garnitury (Otylia w czarnej sukni) jest mi-nimalistyczna scenografia Marka Brauna. Czerwoną płaszczyznę horyzontu ujmują po bokach czarne kulisy, scena w gabinecie prezesa banku rozgrywa się za niewielką szklaną ścianą, na której w ostatniej sekwencji pojawi się wielkie oko opatrzności. Niepokorni lub nazbyt samodzielni pracownicy firmy giną w piwnicy, czyli w teatralnej zapadni, z kulis zaś wysuwają się niezbędne sprzęty - kawiarniany stolik czy szafa pancerna. Cały ciężar spektaklu spoczywa zatem na aktorach, którzy wykonują swe zadania sprawnie i konsekwentnie. Z tego punktu widzenia to jedno z najlepszych przedstawień reżysera. Byłoby ono jeszcze lepsze, gdyby teatr zamówił nowy przekład, bowiem tłumaczenie Ireny Krzywickiej ma już ponad czterdzieści lat i aktorzy męczą się niemiłosiernie, wypowiadając anachronicznie brzmiące zdania.

 

Szkoda tym bardziej, że dramat Dürrenmatta pojawił się jak meteor i znikł, obecna realizacja jest wskrzeszeniem po prawie pół wieku. Udanym, bo oto znów mamy nie tylko kapitalizm, lecz także kryzys, większy niż ten z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, wywołany chciwością możnych tego świata, którzy nie zawahali się używać do pomnażania majątków kreatywnej księgowości, zwykłych oszustw, nieznanych w zdrowym systemie bankowym itd., itp. Jeśli ktoś ma program, a dyrekcja teatru musiała planować "Franka V" najpóźniej zimą ubiegłego roku, ma też niespodzianki nadprogramowe. Premiera odbyła się 15 września 2008 roku, w dniu upadku jednego z największych banków inwestycyjnych, Lehman Brothers, a dalej było (i jest) tylko gorzej. Takiej koincydencji i sam diabeł by nie wymyślił.

 

 

O podobnym sukcesie nie można mówić w przypadku "Romulusa Wielkiego", choć nazwiska na afiszu zapowiadały wydarzenie nie tylko w Teatrze Polonia. Byli to Krzysztof Zanussi, Ewa Starowieyska, Janusz Gajos, Ewa Wiśniewska oraz Friedrich Durrenmatt, który w latach sześćdziesiątych miał swój dom w Teatrze Dramatycznym. "Wizyta starszej pani", "Fizycy" z Wandą Łuczycką, "Anioł zstąpił do Babilonu", "Romulus Wielki" z Janem Świderskim, wspomniany już "Frank V" z Idą Kamińską, przyciągały tłumy delektujące się wspaniałymi przedstawieniami. Nie udało się tym razem znaleźć formy, czyli urzeczywistnić na scenie ani treści, ani poetyki sztuki. Nie dlatego, że się tak bardzo zestarzała, choć w sferze języka, czyli starego przekładu Ireny Krzywickiej i Jana Garewicza, i owszem. Nie udało się to przede wszystkim aktorom, którzy grali tak, jakby na pierwszych próbach sytuacyjnych szkicowali role. To znaczy - reżyser puścił wszystko na żywioł i każdy bronił się, jak umiał, co w żargonie określa się: grają, że grają. Cesarz wschodniego Rzymu Zenon Isauryjczyk (Piotr Kozłowski) zaciągał z rosyjska, minister spraw wewnętrznych Tulius Rotundus (Aleksander Mikołajczak) przyjmował pozy zblazowanego pederasty. Spurius Tytus Mamma (Paweł Okraska), prefekt konnicy, który przynosi Cesarzowi wieść o najeździe Germanów, bezustannie podrygiwał, krzycząc, jestem zmęczony". Julia (Ewa Wiśniewska), żona cesarza, starała się być wyrazistą sekutnicą, jego córka Rea (Magdalena Wałach) nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić: równie nieprzekonująco kochała patrycjusza Emiliana (Rafał Maćkowiak), co ojczyznę, dla której chciała się go wyrzec. Najlepiej bronił się Janusz Gajos jako Romulus Augustus, wypowiadając powoli i wyraźnie długie kwestie z powagą podszytą ironią. Tyle że nie bardzo wiadomo w jakiej sprawie.

 

Szkoda, bo ta "historyczna komedia niehistoryczna" o ostatnim Cesarzu Rzymu, który przez dwadzieścia lat udawał błazna i hodował kury, by świadomie doprowadzić do upadku cesarstwa, nadal może dać do myślenia. Wprawdzie należy do gatunku historical fic-tion, ale to nie przeszkadza wyobrazić sobie, że Romulus swe państwo, które "stało się światowym mocarstwem, czyli instytucją, jawnie uprawiającą mord, rabunek, ucisk i wyniszczenie innych narodów", postanowił zniszczyć. Nad zainteresowanie podbojami, bohaterskimi czynami poddanych, przedkładał lektury poetów, dowcipne rozmowy toczone między sutymi posiłkami ze szklaneczką najlepszego wina. Był humanistą. Chciał "zabawić się w los", zginąć w obronie Rzymu, jaki sobie wymarzył, a ten rzeczywisty skazać na zagładę, bo bał się jego przeszłości. Germańscy najemcy splądrowali i podbili kraj, którego nie bronił, lecz zamiast zginąć z ręki ich wodza Odoakera, przyjmuje jego hołd i wyrazy poddaństwa, a później emeryturę wraz z prawem dożywotniego zamieszkiwania w swojej willi w Kampanii. Wódz Germanów także hoduje rasowe kury i wielbi Romulusa jako wielkiego człowieka, humanistę, bo boi się przyszłości, czyli powstania germańskiego imperium.

 

Obaj jednak nie pomyśleli o teraźniejszości, która uzmysławia, że instynkty Germanów i Włochów są podobne, oba ludy pragną krwi i zwycięstw, więc ich władcom nie pozostaje nic innego, jak zawrzeć przymierze. Romulus mianuje Odoakera królem Italii, co zapewni jej "parę lat, o których zapomni historia,

 

bo będą to lata niebohaterskie, ale będą to lata, które zaliczy do najszczęśliwszych na tym zagmatwanym świecie". Wprawdzie oskarżony będzie przez swych bliskich i poddanych o zdradę stanu, ale z punktu widzenia historii dokona właściwego wyboru - barbarzyńskie plemiona germańskie Rzym ucywilizuje. I bratanek Odoakera, Teodoryk, zostanie zabity przez stryja, co uniemożliwi powstanie imperium, ufundowanego przemocą na krwi podbitych narodów. Ten scenariusz historii jest zbyt piękny, by się urzeczywistnił, Teodoryk zaspokoi swoje barbarzyńskie instynkty tak skutecznie, że historia nazwie go Wielkim.

 

Po dwóch aktach ekspozycji, jedząc jajka na miękko, ale tylko od kury zwanej Markiem Antoniuszem (tych od kury zwanej Dioklecjanem nie je, bo to był zły cesarz), Romulus nie chce przyjąć posłańca z wieścią o podboju kolejnej prowincji. W akcie trzecim odbywa się sąd nad nim, w czwartym zaś on staje się sędzią historycznego Rzymu. Niestety, na scenie przemiana błazna w humanistę nie wypada przekonująco, Janusz Gajos jest od początku do końca sympatycznym panem, który deklamuje bon moty i bawi się paradoksami. Szkoda, spotkanie Romulusa z Odoakerem (Szymon Kuśmider) mogłoby mieć przebieg tyleż zaskakujący, co dramatyczny, bo to aktor uzdolniony. Ubrany w czarny skórzany kombinezon i hełm z rogami, wódz Germanów tylko krzyczy, podobnie jak jego bratanek. Reżyser nie znalazł wiele poza sztampowymi pomysłami na poszczególne postacie, licząc na to, że znani aktorzy obronią się tekstem dobrego dramatopisarza. Zamiast robić pospolite aluzje (na tarczy jednego z patry-cjuszy widnieje napis "Spieprzaj dziadu", antykwariusz posługuje się kalkulatorem, handlarz spodni nosi dżinsy, palenie archiwów rzymskich nie obywa się bez aluzji do akt IPN), można się było skupić na solidniejszej analizie sztuki i prowadzeniu ról. Scenografia Ewy Starowieyskiej, ukazująca willę Romulusa, całąz marmurów z pejzażem sielskiej Kampanii zamykającym portyk, odwołuje się do historii, ale ma w sobie nutkę ironii. Podobnie kostiumy patrycjuszy w wielu odcieniach czerwieni, pełna zawiłych loczków fryzura cesarzowej, jej przerysowany strój podróżny i odwołująca się do formy tuniki suknia czy suknia jej córki Rei. Staranność, z jaką wykonana została scenografia, budzi żal, że przez brak uwagi reżysera Romulus Wielki stał sie straconą szansą na pokazanie Dürrenmatta tak, jak na to zasługuje. W swych sztukach opartych na intelektualnym koncepcie potrafił bowiem wyczarować własną formę dramatu, operującego błyskotliwym dialogiem, paradoksem, kalamburem, nieoczekiwaną, a często szyderczą pointą, bez używania chwytów teatru realistycznego, psychologicznego.

 

Krzysztof Babicki tę specyficzną realistyczno-poetycką formę znalazł, Krzysztof Zanussi nawet się o to nie starał.

 

 
14.05.2009  
Antoni Winch, Złe złego początki - O "Franku V. Komedii bankierskiej" w reż. Krzysztofa Babickiego z Teatru im. Słowackiego w Krakowie pisze Antoni Winch z Nowej Siły Krytycznej., /Nowa Siła Krytyczna/
...

Twierdzenie, że kiedyś, dawno, dawno temu istnieli ludzie uczciwi, szlachetni, godni zaufania, sprawiedliwi i łagodni jest zupełnie pozbawione podstaw. Dobro byłoby niczym bez zła (wszak Chrystus nie [...]

Twierdzenie, że kiedyś, dawno, dawno temu istnieli ludzie uczciwi, szlachetni, godni zaufania, sprawiedliwi i łagodni jest zupełnie pozbawione podstaw. Dobro byłoby niczym bez zła (wszak Chrystus nie byłby Chrystusem bez Judasza), nawet jeśli zło stać by się miało wszystkim. Ludzie od zawsze kłamali, zdradzali się nawzajem, mordowali, nienawidzili. Można zaryzykować tezę, iż zeszli z drzew tylko po to, aby móc wieszać na ich gałęziach swoich wrogów, przyjaciół, rodziny i sąsiadów. Zło od niepamiętnych czasów dominuje nad dobrem. Nie jest jednak tak źle. Zło bowiem, w okresach swojej przewagi nie czuje się dobrze i niszczy samo siebie. Stąd przysłowie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mądrość ta, podobnie jak każda inna, ma to do siebie, że jest prawdziwa, póki istnieją ludzie czy zjawiska, do których może się odnosić. Ludzie z kolei przemijają, pokolenia następują po sobie, zmieniają się prawdy, definicje, wartości. A wraz z nimi przysłowia.

 

Friedrich Dürrenmatt w swojej sztuce "Frank V. Komedia bankierska" przedstawił niezbyt wesoły obraz świata. Rzecz dzieje się w banku. Założyli go i prowadzą mafiosi, pracują w nim gangsterzy, jego klientami są mniejsi lub więksi oszuści. Co jakiś czas ktoś ginie zamordowany, ktoś inny okradziony zostaje ze wszystkich oszczędności, bez przerwy natomiast każdy każdego chce przechytrzyć, wykorzystać. Ludzie, wartości, uczucia, marzenia - to jedynie niewielkie, bezludne, skute lodem planety krążące wokół ogromnego, dającego jedynie złudną obietnicę ciepła, a tak naprawdę zimnego, słońca, jakim jest pieniądz. Gdy jedna z nich wypada z orbity, zamarza w chłodzie centralnej, najjaśniejszej gwiazdy. Dürrenmatt naśmiewa się ze świata, który tak na dobrą sprawę go przeraża. Uśmiech ukrywać ma tu grymas odrazy i niesmaku, a chichot pozwala powstrzymać krzyk. Tylko łzy lecą, same nie wiedząc dlaczego.

 

Przedstawiony powyżej obraz osładza nieco muzyka. "Frank V. Komedia bankierska" jest bowiem sztuką muzyczną, czymś na kształt musicalu czy operetki. Swoją konstrukcją przypomina "Operę za trzy grosze" Bertolta Brechta. Songi wybijają z toku akcję, stanowią komentarz do niej, wprowadzają luźniejszą atmosferę. Przez rozbicie na chwilę iluzji tworzonej w ramach zabarwionego co prawda groteską i absurdem, lecz wciąż jednak realistycznego teatru, utwierdzają widza w świadomości, że to nie dzieje się naprawdę. Konieczność wykonywania piosenek wymusza na aktorach specyficzny sposób gry, na reżyserze natomiast umiejętne poruszanie się pomiędzy lekkością formy a powagą treści, odpowiednie wyważenie tego, co ma być na serio i tego, co jest jedynie żartem.

 

Inscenizacja "Franka V. Komedii bankierskiej" Teatru im. Słowackiego z Krakowa spełnia te wymogi. Jej twórca, Krzysztof Babicki, przeniósł beztroskę formalną songów do właściwej akcji sztuki. Z kolei niewesołą diagnozę w niej zarysowaną włączył do atmosfery piosenek. Zrobił to w sposób spójny, jego przedstawienie odznacza się jasno skrystalizowaną poetyką, którą wyczuwa się od razu (inna sprawa, czy się ona podoba, czy nie) i która jest konsekwentnie realizowana. Współtworzą ją aktorzy. Grają nierealistycznie, przesadnie akcentują gesty, przerysowują zachowania, mechanizują ruchy oraz głosy, podkreślając w ten sposób najbardziej charakterystyczną cechę ludzi zamieszkujących świat sztuki Dürrenmatta, a jest nią: podporządkowanie wszystkiego (od rozkładu dnia, po uczucia i marzenia) bankowi, przeistoczenie się w posłusznie wykonujące nawet najobrzydliwsze polecenia roboty. Dzięki temu zyskują również na wyrazistości wady fizyczne, jakich nabawili się pracownicy banku w ramach wypełniania swoich obowiązków (czyli mordowania, łgania, naciągania) - np. tiki nerwowe Richarda Egli (Krzysztof Jędrysek), których nabawił się zapewne przez ciągły strach przed tym, że ktoś może odkryć jego oszustwa i zbrodnie. Przede wszystkim jednak taka, a nie inna gra aktorów jest tym samym dla świata przedstawionego na scenie, czym songi dla dialogów - zaburza narrację, podważa jej powagę, stanowi kontrast dla kreowanego przez nią ponurego nastroju.

 

Ostatnie słowo, a raczej, ostatnie nuty, należą jednak do smutku, a nie śmiechu. Oto Frank V (Tomasz Międzik) zostaje zabity przez swoje dzieci - Herberta (Krzysztof Piątkowski) oraz Franciszkę (Karolina Kominek), które chcą samodzielnie kierować jego bankiem. Tu złe nie wychodzi na dobre, lecz na gorsze. Nowe pokolenie gangsterów nie rozróżnia już bowiem szlachetnych uczynków od zbrodni, a jedynie przestępstwa lżejsze od cięższych.

 

 
12.05.2009  
Kazimierz Targosz, Kurtyna się podnosi na 85-lecie MARIANA CEBULSKIEGO, /Miesięcznik społeczno-kulturalny "Kraków"nr 4/2009/
...

Kiedy w 1947 roku teatry Kameralny i Powszechny zostały rozwiązane, matka zapytała Mariana: – Co ty teraz będziesz robił synku? –Zaangażowałem się do Teatru im. J. Słowackiego. – Nie żartuj sobie ze s[...]

Kiedy w 1947 roku teatry Kameralny i Powszechny zostały rozwiązane, matka zapytała Mariana: – Co ty teraz będziesz robił synku? –Zaangażowałem się do Teatru im. J. Słowackiego. – Nie żartuj sobie ze starej matki. – Pokazał więc pisemny angaż. – Jezus Maria! To niemożliwe! Lecę do kościoła pomodlić się.

Teatr m. J. Słowackiego to była wtedy świętość, prawdziwa świątynia teatralna. Najlepszy teatr w Krakowie, ba, jedna z pierwszych scen teatralnych w Polsce. Marian Cebulski jest wciąż aktorem tego teatru, od paru lat już mniej formalnie, na umowie o dzieło, ale gra w trzech sztukach. 62 lata w jednym teatrze, to dzisiaj rekord trudny do pobicia, a dla wielu, zwłaszcza współczesnych młodych aktorów takie przywiązanie do jednej sceny wydaje się czymś dziwnym, niezrozumiałym.

Powojenną działalność teatr przy placu Św. Ducha rozpoczął od przedstawienia Uciekła mi przepióreczka w reżyserii Juliusza Osterwy. Do teatru powrócili między innymi Mieczysława Ćwiklińska, Zofia Jaroszewska, Jerzy Leszczyński, Jan Kurnakowicz, Ludwik Solski. Pojawili się nowi: Helena Chaniecka, Halina Gryglaszewska, Halina Mikołajska, Zofia Niwińska, Marta Stebnicka, Gustaw Holoubek, Tadeusz Łomnicki, Adam Hanuszkiewicz. Z teatrem współpracowali scenografowie Andrzej Pronaszko, Andrzej Stopka, Karol Frycz, Tadeusz Kantor i reżyserzy, m.in. Bronisław Dąbrowski (dyrektor teatru w latach 1947-1950 oraz 1955-1972), Władysław Krzemiński, Jerzy Ronard Bujański, Janusz Warnecki.

Marian Cebulski był ważnym i znaczącym aktorem tej sceny. Odnalazł ducha tego teatru, którego wszyscy aktorzy poszukują, ale nie wszystkim udaje się z nim spotkać. Wystąpił w blisko 200 rolach! To m.in. syn w sztuce Hikmeta Pierwszy dzień święta, Jasiek w Weselu, Piotrek w Popasie Króla Jegomości A. Drzymały-Siedleckiego, Sganarel w Don Juanie Moliera, Don Bazylio w Cyruliku Sewilskim P. Beaumarchais, Żołnierz Samochwał w komedii Plauta. Kilka jego ról zostało nagrodzonych, np. Sczastliwcew w sztuce Ostrowskiego Las czy Hummel w Przygodzie z Vaterlandem Kruczkowskiego. Stworzyl ciekawe kreacje w sztukach Kisielewskiego W sieci, Gorkiego Jegor Bułyczow i inni, w Rewizorze Gogola (Horodniczy). Pozostał wierny tej scenie, mimo kuszących warszawskich propozycji ze strony Dejmka, Axera. Jeździł na rozmowy, dziękował za propozycje i – wracał do Krakowa. Dostał też ofertę pracy od Jana Pawła Gawlika i Stanisława Radwana w Starym Teatrze, ale odpowiedział: – Stasiu, z tonącego okrętu, tylko szczury uciekają. – Brawo, Marianie! – odpowiedział Radwan i uściskał kolegę.

– Zostałem w Krakowie, bo tu zawsze było mi dobrze. Dużo grałem, piękne role. No i Kraków, moje ukochane miasto. Całe życie sprowadza się właściwie do ulicy, domu w którym mieszkasz, miejsc, które kochasz, kolegów, przyjaciół. – Jest jednym z najpopularniejszych aktorów, cieszy się sympatią krakowian. W latach 1965 i 1966 został laureatem Złotej Maski w plebiscycie „Dziennika Polskiego”. 25 marca ukończył 85 lat co mogłoby go nastrajać nostalgicznie. Melodia wspomnień bywa wszak patetyczna, czasem ma się poczucie niespełnienia. Pan Marian jest daleki od takich nastrojów. – Było, minęło. Nostalgia zawsze człowiekowi towarzyszy. Czar przeszłości, jak pisał Słonimski, polega na tym, że minęła. Coraz częściej mam poczucie, że nasze doświadczenia są nieprzekładalne, mają swój czas.

Ten dystans do siebie i świata sprawia, że mówiąc o swoim długim życiu inaczej rozkłada akcenty. Mam wrażenie, że równie ważne jak teatr są dla niego okruchy wspomnień z czasów okupacji, traumatyczne przeżycia w obozie w Płaszowie, gdzie był zakładnikiem i gdyby w Krakowie wybuchło powstanie, zostałby rozstrzelany, teatr podziemny, nauka rzemiosła aktorskiego w Studio Teatralnym przy Starym Teatrze, kabaret w Jamie Michalikowej, stadion Cracovii.

Urodził się na Krzemionkach. Ojciec był wojskowym i miłośnikiem teatru. W jednostce prowadził teatr amatorski, w którym grał i reżyserował, a członkami zespołu była cała rodzina: mama, siostra i syn Marian. To były jego pierwsze teatralne kroki, potem teatr podziemny. W 1942 roku, w kawiarni Rolada przy ul. Lubicz 3 poznał twórcę Krakowskiego Teatru Podziemnego Adama Mularczyka i Wiktora Sadeckiego, którzy namówili go do udziału w tym teatrze. Mularczyk założył go we wrześniu 1940 roku i prowadził przez całą wojnę do 17 stycznia 1945 roku. W zespole składającym się z blisko 100 osób znaleźli się profesorowie, literaci, aktorzy i entuzjaści teatru. Byli wśród nich: Marian Friedman, Wiesław Gorecki, Tadeusz Kwiatkowski, Juliusz Kydryński, Jerzy Merunowicz, Halina Mikołajska, Jerzy Passendorfer. Pracowali w 20. zakonspirowanych lokalach rozrzuconych po całym mieście. Wykłady, ćwiczenia teoretyczne, warsztatowe, próby aktorskie i przedstawienia. Dla imiennie zaproszonych gości zaproszenia roznosili członkowie zespołu.

Ogółem zorganizowano 16 przedstawień, w tym 8 premier. Obejrzało je 2000 widzów. Repertuar obejmował m.in. Wesele Wyspiańskiego (premiera 21 III 1941 przy ul. Lea 41 m.5), Zemstę Fredry (premiera 28 V 1944 przy ul. Kanoniczej 6, w stolarni), Werbel domowy J. K. Gregorowicza (premiera 3 X 1943 przy Floriańskiej 15), Niespodzianka K. H. Rostworowskiego (premiera 28 V 1944 przy Kanoniczej). Po wojnie, w 1947 roku Adam Mularczyk zgłosił działalność Krakowskiego Teatru Podziemnego w ZASP-ie, przedkładając siedem tomów bogato ilustrowanej Kroniki teatru, w opracowaniu której brali udział członkowie zespołu. Po tym zgłoszeniu Mularczyk otrzymał zezwolenie na wydanie członkom teatru specjalnej legitymacji. Pan Marian pokazuje mi swoją, nr 28, z nadrukiem „Krakowski Teatr Podziemny, 1940-1945” i pieczątką Zarząd Główny Związku Zawodowego Artystów Scen Polskich.

– W 1945 roku Kraków stał się prawdziwym centrum kulturalnym Polski. Ocalały budynki teatralne, mieszkania, w których znaleźli schronienie uchodźcy z Warszawy i przybysze ze Wschodu, no i – mimo wojennych strat – zachowało się środowisko twórcze, które przystąpiło do odbudowy życia artystycznego. Ważną rolę odegrały nowe, utworzone w czasie wojny w konspiracyjnych warunkach grupy młodych twórców, by przypomnieć tylko zespoły Kotlarczyka czy Kantora. Wychodziliśmy z koszmaru wojny pełni nadziei i zapału do pracy. Było biednie, ale mieliśmy w sobie entuzjazm, nieprzepartą chęć działania.

Kiedy w styczniu 1945 roku powstało Studio Aktorskie przy Starym Teatrze, zgłosiło się ponad 100 osób. Byli wśród nich: Irena. Babel, Anna Lutosławska, Marta Stebnicka, Halina Mikołajska, Tadeusz Łomnicki, Andrzej Szczepkowski, Tadeusz. Schmidt, Kazimierz Mikulski (bardziej znany jako malarz i scenograf), Wiktor Sadecki, Stanisław Zaczyk, Jerzy Passendorfer, Andrzej Hiolski (późniejszy świetny baryton). Zajęcia prowadzili: Maria Biliżanka, Maria Dulęba, Halina Gallowa, Zofia Małynicz, Juliusz Osterwa, Jerzy Warnecki. Wykładali: J. R. Bujański, A.E. Balicki, W. Gorecki, W. Horzyca, T. Kantor, L.H. Morstin, A. Pronaszko, K. Wyka.

– To byli prawdziwi mistrzowie. Dulęba mówiła mi: będziesz aktorem dramatycznym, a Warnecki: będziesz komikiem. Nie tylko nauczyli nas rzemiosła, ale odsłonili tajemnicę teatru jako sztuki, która zdaje egzamin w zbiorowym przeżywaniu. Jak mawiał Osterwa: teatr stworzył pan Bóg dla tych, którym nie wystarcza kościół. Marta Stebnicka, koleżanka ze Studia:– Zapamiętałam Mariana z tamtego okresu jako niesłychanie napalonego na teatr, na granie, jakby świat inny nie istniał.

Już w pierwszych miesiącach zaczął występy na scenie prowadzonej przez Karola Adwentowicza. Jedną z ciekawszych ról, jaką tam zagrał, był Montek w prapremierowym przedstawieniu Dwóch teatrów Szaniawskiego. Sztuka zrobiła na nim ogromne wrażenie, miał też okazję poznać autora, który zjawił się na prapremierze. Potem był Teatr im. Wojska Polskiego, a w latach 1946-1947 Teatr Powszechny TUR (Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego), po rozwiązaniu którego znalazł się na całe życie w Teatrze im. J. Słowackiego.

Role teatralne przyniosły mu dużą popularność, ale na to, że jest od lat jednym z najbardziej znanych aktorów w Krakowie, duży wpływ miały jego występy estradowe. Przez kilka lat występował z Wiktorem Sadeckim na różnych estradach jako jeden z braci Gzymsików. Brał udział we wszystkich programach Jamy Michalikowej – kabaretu literackiego, który powstał z inicjatywy Tadeusza Kwiatkowskiego, Brunona Miecugowa i Jacka Stwory. To był w tamtym czasie (1965-1991) pełnokrwisty kabaret. Ostre dowcipy, aluzje polityczne, świetni aktorzy, ciągłe kłopoty z cenzurą i niebywałe powodzenie wśród widzów, którzy przyjeżdżali do Jamy także z innych miast. Pan Marian wspomina, że bilety do kabaretu były cenniejsze od szynki...

Bruno Miecugow: – Marian był podporą kabaretu, nie tylko solidnie traktował swoją robotę, ale był też świetnym organizatorem. No i był wolny od zazdrości o brawa i śmiech publiczności. Marta Stebnicka: – Marian miał wrodzone poczucie humoru, świetnie opowiadał dowcipy. Razem z Witusiem (Sadeckim) potrafił uratować nas w najbardziej stresowych sytuacjach.

– Wie pan, często się zastanawiam, dlaczego dzisiaj nie ma w Krakowie, ba, w Polsce kabaretu literackiego. Przecież nie ma cenzury, wszystko wolno, tematów nie brakuje. Coś się chyba zmieniło w naszym życiu. Zmieniła się publiczność. Kiedyś chodziła do kabaretu, by łapać aluzje, co między wierszami, a nawet po to, by smakować frazy. Dzisiaj nikomu się nie chce doszukiwać drugiego dna. Być może ludzie są zmęczeni codziennym życiem i dlatego poczucie humoru jako rodzaj inteligentnego postrzegania świata nie ma wzięcia.

Z Marianem Cebulskim mamy obok teatru także inną wspólną pasję – piłkę nożną. Obaj jesteśmy kibicami, pan Marian Cracovii, a ja Wisły. Czasem sobie dokuczamy, ale w granicach poprawności. I obaj nie chodzimy już na mecze, bo – jak słusznie mówi – „Nie mam ochoty dostać w m...”. Przyjaźnił się z wieloma piłkarzami Cracovii, ale także Garbarni i Wisły, np. z Mieczysławem Graczem czyli popularnym „Mesu”. Tadeusz Parpan, legenda Cracovii organizował wigilie u Wierzynka, na które przychodzili nie tylko piłkarze Cracovii, ale także Wisły, Garbarni. Docinali sobie, wspominali cwaniackie zagrania z boiska, żartowali i były to – jak pan Marian mówi – cudowne, urocze spotkania.

– Mecze Wisły z Cracovią to była „święta wojna”, ale też towarzyskie party, wśród widzów było wielu profesorów, artystów, panowała świetna atmosfera. Podczas jednego meczu siedzieliśmy razem z Sadeckim, a parę rzędów wyżej siedział znany aktor Tadziu Wesołowski. Cracovia przegrywała 0:1, ale w pewnym momencie wyrównała z rzutu karnego. Wesołowski macha do nas rękami i woła: „nasi górą”. A na to Witek Sadecki: – Ale karnego nie było. Na co Wesołowski ze złością: – Pan się g... zna na piłce. – Witek: – Marian to samo mówi. Po tych słowach zaskoczony Wesołowski spojrzał na mnie spode łba, a wiedział, że jestem kibicem Cracovii tak jak i on, i z niesmakiem wykrzyczał: –A pana ostatnia rola była do d...

Derby derbami, ale równie popularne były przed laty mecze piłkarskie między aktorami a dziennikarzami i literatami. To było prawdziwe show, widownia przepełniona, dowcipni konferansjerzy Tadeusz Oszast i Bruno Miecugow, znakomita atmosfera. W roli bocznych sędziów piękne, kuso ubrane aktorki Jedna z nich, Marta Stebnicka sędziowała razem ze swoim psem, który bardzo lubił bawić się piłką. I kiedy piłka wędrowała pod bramkę aktorów spuszczała boksera...

Sześćdziesiąt kilka lat na scenie, występy u boku największych gwiazd polskiego teatru, zmieniające się czasy, hierarchie wartości, kryteria, nasza wrażliwość i pogłębiająca się szczelina międzypokoleniowa. Czy możliwy jest dzisiaj teatr bez nachalnego uwspółcześniana, za to z prawdziwymi emocjami?

– Wypowiadać się staremu aktorowi na temat współczesnego teatru jest trudno, bo my, starzy, żyjemy wspomnieniami dawnego teatru, kiedy byliśmy popularni, lubiani, nagradzani i ten teatr był dla nas znakomity, bo nam było w nim dobrze. Rozumiem, że nie można dzisiaj grać jak dawniej, niemożliwe jest proste odtwarzanie. Ale chyba możliwe jest wystawianie np. klasyki tak, żeby była konfrontacją postaw sprzed lat z dzisiejszymi wyborami i zmianami dokonywanymi podczas kolejnych lektur, inscenizacji, bez potrzeby odrzucania wszystkiego. Przecież taki Czechow, Gogol są wciąż aktualni, bo teatr zajmuje się człowiekiem, a jego sytuacje życiowe są wypadkową narodzin i śmierci, miłości i nienawiści. To świat się zmienił, niekoniecznie na lepsze. Może nie powinienem się do tego przyznawać, ale tęsknię za teatrem, w którym duchy chodzą naprawdę, ale nie skrzypią, w którym co prawda strzelba wisi na ścianie, ale nikt z niej nie robi użytku. Jest duża scena, są kotary. Lubię piękny dźwięk gongu, który zawsze robi na mnie wrażenie. Jest w tym coś odświętnego – kurtyna się podnosi i zaczyna się teatr...

 
05.05.2009  
Anna Szczygieł, Kiedy każdy szelest ma znaczenie. Beatrix Cenci w Słowackim., /kulturatka.pl/
...

Mawia się, że opowieść poety staje się sztuką, kiedy przez jego wersety sączy się uczucie, ale jeśli mowa o teatralnych wizjach reżysera, to ożywają i zamieniają się w krew i ciało dopiero wtedy, gdy [...]

Mawia się, że opowieść poety staje się sztuką, kiedy przez jego wersety sączy się uczucie, ale jeśli mowa o teatralnych wizjach reżysera, to ożywają i zamieniają się w krew i ciało dopiero wtedy, gdy każdy szelest sukni niesie ze sobą ważką treść: niesłyszalną dla ucha, nie do uchwycenia przez szkiełka. Suknia Beatrix Cenci, raz biała raz kruczoczarna, szeleściła gwałtownie, ale i delikatnie, z subtelnością kochającej kobiety i rozpaczliwym krzykiem ginącej miłości. Każdy jej szelest był inny i każdy szelest miał znaczenie.

Historia dręczonej rodziny i hańbionej przez własnego ojca córki zainspirowała Słowackiego. Finałem tak w życiu i w dramacie było zabójstwo ojca i późniejsze skazanie jego rodziny na tortury i śmierć. Słowacki opowiedział tę historię swoim kunsztownym językiem, ale zabarwił ją dodatkowo echem Szekspira, greckiej tragedii i rzymskich demonów. Odziani w szpilki aktorzy-Furie stąpają delikatnie po deskach sceny, prężą się jak koty, czając się gdzieś w ciemności z ironicznym uśmiechem zastygłym na budzących grozę twarzach.

Nieprzypadkowość. Spektakl był jej pełen. Nieprzypadkowe słowa i szelesty sukni. Ale i nieprzypadkowe śnieżnobiałe sukienki małych dziewczynek, biała suknia Beatrix i na śnieżnobiałej koszuli czerwone, krwawe plamy. Ale i farby – jedna karminowa, druga czarna jak smoła: mieszają się i łączą, by po chwili spłynąć na scenę. Czarne żałobne suknie i zakryta kruczoczarną woalką twarz Beatrix. Trzy kolory Słowackiego-Sobocińskiego tworzą oś – wyznaczają i kształtują kolejne kroki tragicznych bohaterów: biel niewinności miesza się z czerwienią zbrodni, przechodzącą w czerń żałoby i śmierci.

Reżyser – jak malarz: naniósł najpierw barwy i podkłady, dodał szelesty i dźwięki i na tym tle zbudował słowami mistyka misterną konstrukcję. Z tyłu sceny postawił ekran, na którym co chwilę postać jakaś przemykała i rozmazywał się z wolna jej obraz. Takich audio-wizualno-telewizyne błyskotki są niebezpieczne zwłaszcza w dramacie romantycznym. Ale u Sobocińskiego to wszystko zagrało. Magicznie jakoś, jakby ręką wieszcza poprowadzone. Zagrało znakomicie, pięknie, subtelnie, ale i złowieszczo, mrocznie, bez nadziei na światło.

Taką ciemność jaką Słowacki wlał w swoją Beatrix Cenci, taką ciemność zobaczyłam w oczach Dominiki Bednarczyk, która klęcząc w celi żegnała się ze swoim malarzem, ocierającym plamy czarnej farby z brudnych dłoni. Z nutą nowoczesności, z farbą spływającą po scenie i szekspirowską tragedią w tle. To cała Beatrix. Jej suknia swym szelestem krzyczała zamiast niej, kiedy w milczeniu szła na śmierć. A tle cichy stukot furiowych obcasów się rozległ.

Historie niespełnionej miłości i ginących kochanków budzą niepokój, bo mogą trącić nadmuchanym patosem i wyświechtanymi formułkami, które rzucają nadęci, kartonowi bohaterowie, kochając i ginąc w dusznych oparach romantycznej quasi-rzeczywistości. Sztuką prawdziwą jest opowiedzieć w teatrze taką historię - przedstawić ją mieszkańcom naszego nowoczesnego, racjonalistycznego światka i przekonać ich, że miłość jest prawdziwa jak warstwy farby na płótnie artysty, a śmierć nie zawsze jest jak powietrze. Sztuką jest stworzyć spektakl wzruszeń, w którym mimo, że ta miłość zawsze przychodzi za późno, to wgryza się łapczywie w nasze życie i każe naszym pełnym racjonalizmu uszom, wychwytywać niesłyszalne szelesty żałobnych sukien i pusty dźwięk kropli krwistoczerwonej farby spadającej na scenę.

 
27.04.2009  
Paweł Głowacki, 270. Krakowski Salon Poezji. Wiersze Franciszka Klimka o kotach czytali: Małgorzata Gałkowska, Tomasz Międzik i Zbigniew Ruciński., /Dziennik Polski nr 89/
...

«Moja Chinka ma futerko... No proszę - jak tu kotów nie cenić, skoro pozwalają językowi na takie dwuznaczności? Moja Chinka ma futerko, cztery nogi i ogon. Lubi surową pierś indyczą, tuńczyka, a gdy ł[...]

«Moja Chinka ma futerko... No proszę - jak tu kotów nie cenić, skoro pozwalają językowi na takie dwuznaczności? Moja Chinka ma futerko, cztery nogi i ogon. Lubi surową pierś indyczą, tuńczyka, a gdy łaskawie zechce coś powiedzieć, mówię wam - Lao Tse w oryginale! Na przykład: "Doskonały władca/ to taki, o którego istnieniu nikt nie wie". Co robiła Chinka wczoraj rano? Odpowiedź jest jasna.

 

Nie wiem, co robiła. Nigdy nie wiem, co robi i czy w ogóle coś robi. Ja na Salonie Poezji poświęconym kotom byłem, a Chinka tam, gdzie była - coś robiła, albo nie robiła. Małgorzata Gałkowska, Tomasz Międzik i Zbigniew Ruciński niepojętym światom kotów poświęcone wiersze Franciszka Klimka czytali - a Chinka patrzyła z parapetu na kwitnące drzewa, wąchała kaktusy, gołębiowi za szybą tikiem ucha jasno do zrozumienia dawała, że gdyby nie szyba - byłoby po ptakach. Było tak, albo inaczej. Gdybam, bo kot - co salon wczorajszy udowodnił niezbicie - to jest nasza bezradność.

 

Co możemy? Możemy tylko powiedzieć coś, co nigdy w sedno nie trafia. Możemy badać jakość sierści, co nią oblazły nasze swetry. Możemy się łudzić, że gdy daje się go raz w tygodniu poskrobać w doskonałą czaszkę - to jest nasz na wieki wieków. Albo możemy - jak Klimek - obchodzić zdaniami ten sekret w futrze, wierszami go jak jeża okrążać bez żadnej nadziei na sensowne dotknięcie.

 

Właśnie tak bawi się Klimek. Ciepłym dowcipem, lekko nadając wszystkim Chinkom świata cechy ludzkie, po biblijne, polityczne, filozoficzne kategorie sięgając - tańcuje wokół sekretu w futrze. I nie inaczej czytane były wiersze jego. Gałkowska, Międzik i Ruciński - tańcowali niespiesznie. A moja Chinka - co wtedy robiła? Może ziewała? Nie zdziwiłbym się. W końcu jak dorośli ludzie, aktorzy do tego, by kotem być przez moment, czarne okulary zakładają - to jak kot na taką metaforę odpowiedzieć ma inaczej? A gdyby na skądinąd urocze, w foyer pokazywane "kocie" obrazy Agnieszki Safińskiej, Chineczka spojrzała - jaką litość by wymruczała?

 

Dajmy spokój. Lepiej już zostać w naszym, ludzkim gronie, i łudzić się, że wiemy. Lepiej za aktorami powtarzać jak mantrę: "Kot to też pies - tyle że z wyższym wykształceniem". A najlepiej słuchać urokliwych "bajań" Klimka i jakieś stare, kiedyś przeczytane frazy o kotach sobie przypominać. Choćby tę jedną, Cortazara, finałową frazę z opowiadania o tajemnicy jego żony Alany i ich Ozyrysa bez rodowodu. Alana patrzy w muzeum na obraz przedstawiający kota patrzącego przez okno, kota łudząco podobnego do Ozyrysa, a Cortazar notuje swą, twoją, naszą bezradność. "Weszła w obraz, ale już nie wróciła, była tam obok kota, patrząc daleko za okno, gdzie nikt nie mógł widzieć tego, co oni widzieli, co tylko Alana i Ozyrys widzieli, ilekroć patrzyli mi prosto w oczy".

 

Tak - najlepiej tak. Najrozsądniej. Słuchałem bezradnych, pięknie czytających napisaną bezradność bezradnego Klimka, i na chwilę zapomniałem o istocie rzeczy, o tym, że moja Chinka, która lubi surowe piersi indycze i gardzi gołębiami za szybą, będąc władcą doskonałym, przez cały boży czas, jaki jest jej dany, miała mnie i mieć mnie będzie - wytwornie w dupie.»

 

 
07.04.2009  
Justyna Stasiowska , "Ciągła pogoń"- o spektaklu Tango Piazzolla w Dzienniku Teatralnym, /Dziennik Teatralny Kraków /
...

W szarym, brzydkim barze spotyka się dwoje ludzi. Obrzydliwie konwencjonalna scena znika, nonsensowne dialogi i płytka fabuła ich spotkania wyparowuje, gdy zaczyna grać muzyka. Lepiej, żeby nic nie mó[...]

W szarym, brzydkim barze spotyka się dwoje ludzi. Obrzydliwie konwencjonalna scena znika, nonsensowne dialogi i płytka fabuła ich spotkania wyparowuje, gdy zaczyna grać muzyka. Lepiej, żeby nic nie mówili tylko zatańczyli. Słów nie trzeba, a tango mówi wszystko. "Tango Piazzolla" w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Spektakl rozpoczyna się w biednym, brudnym, szarym, polskim barze o nazwie "Marzenie". Młoda dziewczyna pragnie przenieść się do serca tanga, którym jest Argentyna. Sypiąc potężne ilości brokatu na siebie, scenę i młodzieńca, który jest z gatunku niespodziewanych przybyszy, przenosi się do brudnego, biednego, kolorowego argentyńskiego baru. Uruchamia się machina konwencji musicalowo–Noire. Jesteśmy w egzotycznym miejscu, w którym zawsze chcielibyśmy być, lecz nie dla wszystkich jest to raj. Stali bywalcy pragną miłości i, związaną z tym uczuciem, stworzenia domu połączoną z wyjazdem z miasta. Osiągając to pierwsze, mają nadzieje na kolejne, lecz skazani są na samotność przy muzyce. Doznajemy kumulacji uczuć oglądając ten korowód, rażący nas barwami oraz natężeniem światła i dźwięku. Każdy kocha kogoś, ktoś miłuje kogoś innego, a ten z kolei lokuje swoje uczucia w zupełnie innej osobie. Zawiłość relacji jest trudna do prześledzenia, lecz najważniejszym jest w tym spektaklu uczucie i muzyka.

 

Na scenie widzimy kilka stolików, ladę po prawej stronie, po lewej orkiestrę na podwyższeni, a z tyłu potężne, wiszące okna. Kolorowe żarówki porozwieszane nad wszystkim na łukach nadają klimatu starego kabaretu lub ekskluzywnego baru. Świetność ich jednak już minęła, jak dawne marzenia i plakat śpiewaczki zawieszony po środku. W pewnych chwilach obraz ożywa, aby wykonać wzruszającą piosenkę i zapowiedzieć powrót dawnej gwiazdy, która kiedyś była zwykłą dziewczyną śpiewającą w tym barze. Powraca teraz do swojego domu, mając w życiu wszystko, lecz oczywiście nie miłość. Potem już tylko przychodzi, jako najlepiej ubrana w swej karierze śmierć, aby przeprowadzić ojca na drugą stronę, w ostatnim tańcu.

 

Spektakl jest opowieścią przeplecioną piosenkami, tańcem. W kilku momentach zdecydowano się na konwencję komedii. Niczym w dobrym musicalu, te chwile są świetnie wyreżyserowane, jak na przykład walka miedzy barmanem, a jednym z bywalców baru. W zwolnionym tempie, dopracowane do perfekcji przez aktorów postacie przechodzą przez cały bar wraz kolejnymi uderzeniami. Lądują za ladą i widzimy jak jedna z osób uderza, natychmiast wyłania się noga, głowa niesiona siła ciosu. W radykalny sposób zmienia to nastrój, odrywając nas od uczuciowego marazmu głównych wątków.

 

Tango jest nie tylko tańcem, lecz stanem, w którym ludzie zapominają na chwilę o swojej wiecznej samotności, nieznośności życia. W przedstawieniu staje się ono jedyną prawdą, osiągalną tylko przez moment i pochłaniającą niczym narkotyk. Wszystko wokół staje się banalne i papierowe, lecz obecność muzyki pozwala przełknąć tę gorycz nieudolności ludzkiej. Widzimy, jak rodziny się rozbijają, związki rozpadają, i to wszystko przez te kilka chwil pasji i uczucia, jakie daje im taniec.

 

Świetna muzyka wytrzymuje banalne słowa, a taniec jest ostoją prawdziwego uczucia. Aktorzy, śpiewając, tańcząc i grając, próbują oddać pasję, jaką jest tango, mieszając w tym sentymentalność, ceremonialność i pożądanie. Spektakl wydaje się być ciągłą pogonią za prawdziwym uczuciem - płonącym, parzącym, czystym. Niszczy słowa próbujące je opisać, obrazy, relacje, odrzuca na samym końcu konwencje, aby opowiedzieć o tangu. Znikają okna, bar oraz czerń wokół, aby przemienić się w przestrzeń otoczoną bielą, gdzie gra orkiestra i tańczą pary.

 
30.03.2009  
Paweł Głowacki, "Jedno miękkie, długie brzmienie" 267. Krakowski Salon Poezji. Utwory Josepha von Eichendorffa czytali: Marta Klubowicz i Fred Apke. Śpiewała Aleksandra Maurer. Muzyka Piotr Andrzej Walewski. , /Dziennik Polski/
...

Jest w fortepianach ustrojstwo, które pozwala dźwiękowi trwać tyle, na ile dźwiękowi starcza oddechu. Prawie w nieskończoność. Im mocniej grzmotniesz w klawisz, najlepiej w któryś po lewej stronie - t[...]

Jest w fortepianach ustrojstwo, które pozwala dźwiękowi trwać tyle, na ile dźwiękowi starcza oddechu. Prawie w nieskończoność. Im mocniej grzmotniesz w klawisz, najlepiej w któryś po lewej stronie - tym nieskończoność dłuższa jest. Głęboki, studzienny, ciemny mruk kroczy aż do finalnej ciszy. Kroczy bez przystanków, brzmi bez punktów ciszy. Ciągły, uparty, czysty. Wczorajszy Salon Poezji właśnie tak wybrzmiał.

Marta Klubowicz i Fred Apke czytali utwory Josepha von Eichendorffa. Mówi wam coś to nazwisko? No właśnie. Klubowicz, sama tłumacząc zdania tego na Śląsku urodzonego, późnego romantyka niemieckiego - przypomina, co z takich, bądź innych przyczyn na nicość skazane było. Odkopuje delikatne dziełka pety urodzonego w Łubowicach koło Raciborza i pochowanego w Sanoku, ledwie pół kilometra od miejsca narodzin Klubowicz. Odkopuje zapadłą przeszłość i lepi z niej coś na podobieństwo seansu pożegnania. "Śmierć romantyzmu" - taki tytuł nosił poranek wczorajszy. Lecz słowo "śmierć" to słowo za mocne, jak się okazuje.

W czterdziestu minutach czytania Klubowicz i Apkego, w kilku maleńkich, doskonałych śpiewach Aleksandry Maurer - nic nie było z chłodu trupa, z ostateczności trumny, oraz z tej chwili dwuznacznej ulgi żywych, kiedy grudy pukają w wieko, a proboszcz pieje o gościnności anielskich chórów. Nie. Przypomnienie Klubowicz to same nienachalne dotknięcia.

Trochę nostalgii, naparstek melancholii, dwie, trzy łzy, przez Eichendorffa napisane w "Trenach" po odejściu córki, która żyła tyle, co nic. w każdym wersie - miękki portret czegoś, co przepadło, kogoś już po tamtej stronie. w każdym słowie, zdaniu, metaforze - intonacje utraty. Coś było, trwało - a teraz nie ma. Zostaje tylko to, co słyszycie. Słowa. O ile ja, pisząc, znalazłem zaklęcie, a wy, słuchający, chcecie słuchać. Tak zaczął się poranek. Od dwugłosu, od ulepionego z niemczyzny Apkego i polszczyzny Klubowicz duetu, który brzmiał: "W każdej rzeczy pieśń zamknięta/ Wszystko śpi i śpi i śni/ Świat zaczyna śpiewne święta/ Gdy zaklęcie znajdziesz ty". To może być, a nawet to z pewnością jest formuła odpominania.

Tak zaczął się salon i tak szedł, sunął - delikatnie, na krawędzi szeptu, do ostatniej ciszy. Tak długo, na jak długo starczyło jednego wydechu? Właśnie. Klubowicz i Apke czytali w dwóch językach, Maurer śpiewała, ale istotę czterdziestu minut gdzie indziej usłyszałem. w fortepianie Piotra Andrzeja Walewskiego.

Ma te nuty napisane? Improwizował? Obojętne. Wypuszczał dźwięki na krawędzi słyszalności i pozwalał im trwać. To, co czytane i co śpiewane, w jakby jedno zlepiał - w długie brzmienie bez dziur ciszy, bez zająknięć, powtórek, nagłych finałów. Czynił ciągłość. i nawet jeśli prawda o pamiętaniu jest inna, jeśli przywoływanie duchów jest z reguły toporną kakofonią, mordęgą, bezradnością - dobrze jest czasem wypocząć przy jednym, miękkim, długim dźwięku.

 
28.03.2009  
Mska, Przez komórkę zapłacisz za bilet do teatru, /Gazeta Wyborcza Kraków/
...

Od piątku za bilet do Teatru im. Słowackiego w Krakowie można płacić za pomocą telefonu komórkowego. Za dwa, trzy miesiące w ogóle nie trzeba będzie mieć biletu, bo wystarczy pokazać komórkę. Taką nie[...]

Od piątku za bilet do Teatru im. Słowackiego w Krakowie można płacić za pomocą telefonu komórkowego. Za dwa, trzy miesiące w ogóle nie trzeba będzie mieć biletu, bo wystarczy pokazać komórkę.

 

Taką niespodziankę technologiczną jako pierwszy teatr w Polsce przygotował Teatr Słowackiego. Wystarczy zarejestrować się na stronie www.slowacki.krakow.pl, by móc z tego ułatwienia skorzystać.

 

- Chcemy uprościć sposób kupowania biletów. Do tej pory trzeba było je rezerwować z miesięcznym wyprzedzeniem, a potem jeszcze udać się do kasy i trzeci raz już na przedstawienie. Teraz siedząc w domu, można zapłacić za bilet, a odebrać go tuż przed spektaklem - tłumaczy Krzysztof Dubiel, kierownik działu marketingu teatru.

 

Na stronie teatru widz będzie mógł też rozejrzeć się po wirtualnej sali i wybrać odpowiednie dla siebie miejsce. Potem wystarczy już tylko wybrać formę płatności: karta kredytowa, przelew lub komórka. W tym ostatnim przypadku system poprowadzi do programu firmy mPay, który przez bezpłatny SMS wygeneruje czterocyfrowy kod PIN. Korzystając z niego, można zapłacić za bilet.

 

- System pozwoli nam w przyszłości elastycznie podchodzić do cen biletów. Na razie ci, którzy zarejestrują się w systemie, jako bonus dostaną na swoje konto 5 zł - mówi Dubiel. Jak zapewnia, wkrótce w ogóle znikną papierowe bilety. Informacje o zakupie przez komórkę trafiać będą na ekran telefonu, który widz przy wejściu pokaże bileterce.

 
27.03.2009  
(WAK), Święto teatru - radość, troska i premiery, /Dziennik Polski/
...

SCENA. Muzyczne przedstawienie "Tango Piazzolla" zostało w plebiscycie widzów uznane za najpopularniejsze w roku 2008. Przypadający dziś Międzynarodowy Dzień Teatru dał niektórym instytucjom asumpt do[...]

SCENA. Muzyczne przedstawienie "Tango Piazzolla" zostało w plebiscycie widzów uznane za najpopularniejsze w roku 2008.

Przypadający dziś Międzynarodowy Dzień Teatru dał niektórym instytucjom asumpt do dodatkowych inicjatyw lub do uhonorowania tych, którzy pracują na rzecz sceny.

 

Coroczne orędzie z okazji święta teatru odczyta w PWST Ludwik Flaszen, wybitny znawca teatru, współtwórca Teatru La-boratorium i najbliższy współpracownik Jerzego Grotowskiego, któremu poświęcona trzydniowa sesja kończy się dziś w Krakowie. Tytuł orędzia: "Dzień Teatru - laurka z troską".

Dziś też w Teatrze im. J. Sło-wackiego przed wieczornym spektaklem "Tanga Piazzolla" dyr. Krzysztof Orzechowski ogłosi, iż właśnie to muzyczne przedstawienie Anny Burzyńskiej w reżyserii Józefa Opalskiego zostało w plebiscycie widzów uznane za najpopularniejsze w roku 2008. Napłynęły 732 odpowiedzi, a do wyboru mieli widzowie jedną z 22 sztuk, granych na trzech scenach. Kolejno wskazane zostały: "Chory z urojenia", "Bliżej", "Galgenberg" i "Rozmowy poufne".

Więcej o samym plebiscycie i wyróżnionych spektaklach można przeczytać w wydanej przez teatr po raz drugi z okazji międzynarodowego święta jednodniówce "Recenzent", rozdawanej podczas spektakli. Przypomina ona m.in., że w tym roku, 16 października, teatr będzie obchodził setną rocznicę nadania mu imienia Juliusza Słowackiego. A zawdzięcza to swemu ówczesnemu dyrektorowi Ludwikowi Solskiemu.

Premierami uczczą dzisiejsze święto: Stary Teatr - wystawiając na Nowej Scenie "Starostę kaniowskiego" Marii Spiss, jak i Bagatela, proponując na Scenie na Sarego sztukę Piotra Waligórskiego "I będzie wesele...", w której gra obchodzący półwiecze pracy Bogdan Grzybowicz (więcej - str. 20). Ponadto zasłużeni aktorzy tej sceny otrzymają przyznawane przez prezydenta Krakowa Odznaki Honoris Gratia.

Zadbał o uhonorowanie wete-ranów scen także krakowski Zarząd Oddziału Związku Artystów Scen Polskich. W poniedziałek, w Klubie Aktora Loża podczas uroczystego wieczoru wspomniane odznaki w uznaniu zasług dla Krakowa odbiorą osoby obchodzące 50., 55. i 60. rocznicę pracy. Będą też przyznane przez prezydenta RP Krzyże Zasługi.

Teatr Ludowy z kolei zaprasza teatromanów na spotkanie w niedzielne południe, kiedy w foyer nowohuckiej sceny o jej ostatnich latach będą rozmawiać Jerzy Stuhr, Jerzy Fedorowicz i obecny dyrektor - Jacek Strama. Wstęp na spotkanie przy kawie i łakociach - wolny. (wak)

PS Organizatorzy trwającej w Krakowie międzynarodowej konferencji "Grotowski: samotność teatru. Dokumenty, konteksty, interpretacje" informują, że z powodu olbrzymiego zainteresowania przesuwają dzisiejszą sesję z UJ do Sali im. Wyspiańskiego PWST. Zacznie się o godz. 10.

 
27.03.2009  
Iga Dzieciuchowicz, Aktor z nitką w zębach, /Gazeta Wyborcza Kraków/
...

Garderoba teatralna to wyjątkowo ważna przestrzeń dla aktora - miejsce na chwilę koncentracji i skupienia przed wyjściem na scenę. Ale nie tylko. W krakowskich garderobach można się przebrać za mumink[...]

Garderoba teatralna to wyjątkowo ważna przestrzeń dla aktora - miejsce na chwilę koncentracji i skupienia przed wyjściem na scenę. Ale nie tylko. W krakowskich garderobach można się przebrać za muminka, pobawić z psem, a nawet zagrać w ping-ponga.

 

 

Każda ma swój niepowtarzalny mikroklimat. W teatrze Bagatela garderoby - choć wielkie - są przytulne, wypełnione kostiumami zwisającymi nawet z sufitu. W "Słowackim" trudno się do garderób docisnąć wąskim korytarzem, często wypełnionym tłumem aktorów. Niezwykłe są obie garderoby w teatrze Groteska - jedna, pełna manekinów i lalek, to wielka kuchnia z okrągłym stołem, druga - służy za salę do... gry w ping-ponga. W Starym Teatrze garderoby przy ul. Jagiellońskiej oklejone są zdjęciami aktorów, a w garderobie przy scenie Kameralnej zaskakuje brak zwykłego w takich miejscach chaosu. Ta garderoba przypomina bardziej salon piękności.

 

Z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru zajrzeliśmy do tych mało znanych dla widzów miejsc, w czterech krakowskich teatrach. Za przewodników służyły nam oczywiście panie garderobiane, najczęściej pracujące w teatrach od wielu lat. To od nich usłyszeliśmy opowieści o chwilach zwykłych i niezwykłych, zabawnych i nerwowych.

 

Turniej ping-ponga

 

- Tego chyba nigdy nie zapomnę - zaczyna Barbara Stawowczyk, od kilkunastu lat garderobiana w teatrze Groteska. - Nerwowa atmosfera tuż przed premierą. Jedna z aktorek, która grała wiedźmy, miała wielowarstwową suknię. Gdy wchodziła na scenę, zauważyłam, że do kostiumu przyczepił się wieszak, raczej mało elegancki. Było już jednak za późno... Aktorka nie zorientowała się całkiem co się dzieje, tymczasem widzowie co jakiś czas wybuchali śmiechem.

 

W teatrze Groteska nie jest tajemnicą, że wielu aktorów to pasjonaci ping-ponga. Na środku męskiej garderoby stoi więc stół z paździerzowych płyt, na którym toczą się zażarte pojedynki. Zdarza się, że inspicjent musi kilka razy wywoływać aktorów na scenę, bo właśnie rozgrywa się emocjonujący mecz. - Aktorzy to wrażliwcy i indywidualiści. Niektórych trzeba pilnować, bo mają zwyczaj wychodzić na scenę w spodniach założonych na lewą stronę albo bez kapelusza. No i trzeba pamiętać o teatralnych przesądach. Nie można gwizdać w garderobie, by nie zostać wygwizdanym, a jeśli szyjemy kostium, który podarł się na aktorze, to aktor musi trzymać nitkę w zębach, by nie zaszyć mu talentu - opowiada Wanda Świadek, druga garderobiana z długim stażem.

 

Zabawne sytuacje zdarzają się co roku podczas Reality Szopka Show, w którym występują politycy. - Janusz Korwin-Mikke nie chciał założyć białego kombinezonu, wydał mu się nieodpowiedni. Scenografka długo go przekonywała i tak skutecznie, że nie tylko w nim wystąpił, ale nawet paradował w nim na bankiecie - wspomina Stawowczyk.

 

Ósemka dla gwiazd

 

Garderoba numer osiem w teatrze Słowackiego to miejsce wyjątkowe - w niej przebierały się takie gwiazdy jak Tadeusz Łomnicki, Gustaw Holoubek, Jan Peszek czy Jan Frycz. Wielu młodych aktorów marzy więc, by właśnie tam przygotowywać się do wyjścia na scenę. Czasem jednak z garderoby trudno wyjść. Zdarzało się bowiem, że garderobiane zamykały w niej aktorów na klucz i szły do domu. - Przydarzyło się to Andrzejowi Grabowskiemu, którego zamknięto, gdy brał prysznic. Na szczęście inspicjentka usłyszała krzyki i walenie do drzwi. Inaczej spędziłby noc w teatrze - opowiada Ewa Balicka, garderobiana.

 

Na długim korytarzu w "Słowaku" codzienny rwetes - aktorzy biegają od garderoby do garderoby, trzeba coś przyfastrygować, szybko poszerzyć kostium. Pani Władzia ma 80 lat, w teatrze pracuje już 30 lat, choć zatrudniła się na zaledwie trzy miesiące. Dobrze wie, który aktor lubi mocną kawę, a który herbatę z plastrem cytryny. - Niektórzy notorycznie się spóźniają, trzeba stać w drzwiach wejściowych z przygotowanym kostiumem. Zatnie się zamek, coś się podrze, a nas to zwykle bardzo stresuje - dodaje Balicka.

 

Nieżywa pędzę bo bonżurkę

 

- Kiedyś młody aktor z przejęciem mówił jakiś monolog, a publiczność ryczała ze śmiechu. Biedak był tak skupiony na roli, że nie zauważył, że spadły mu spodnie - opowiada pani Mira, jedna z garderobianych w Starym Teatrze.

 

W garderobie przy scenie Kameralnej wszystko uporządkowane, panuje cisza, bo akurat nie ma prób. - Pamiętam, że byliśmy we Francji ze spektaklem Krystiana Lupy "Bracia Karamazow". Przedstawienie piękne, mistrzowskie. Tak zapatrzyłam się zza kulis na grę aktorów, tak przeżywałam, że zapomniałam przygotować bonżurkę dla Jana Peszka. Ocknęłam się dopiero, gdy rozległa się muzyka. Prawie nieżywa pędziłam po tę bonżurkę, już widziałam swoje nazwisko w raporcie, trzęsły mi się ręce. Tymczasem Jan Peszek z uśmiechem powiedział, że przecież nic się nie stało. I równie świetnie zagrał bez bonżurki - opowiada pani Mira. - Aktorzy podczas wpadek muszą wykazać się refleksem i inteligencją. Kiedyś podczas przedstawienia, którego tekst był mówiony wierszem, aktorowi odpadł guzik. Aktor zawołał: "O! Guzik mi odpadł", a drugi odparował: "Ty mi tu fircyku nie mów o guziku!" - śmieje się pani Mira.

 

Spadające halki

 

W teatrze Bagatela drzwi do męskiej garderoby pilnuje duży, czarny pies (pupil jednego z aktorów). Z damskiej garderoby wybiega kilkuletnia Ewa - buzia wymalowana w kocie wąsy, spod koszulki wystaje długi, różowy ogon. Ewa czeka na mamę, która właśnie występuje w wieczornym przedstawieniu "Okno na parlament".

 

- Odkąd pamiętam w Bagateli panuje taka domowa atmosfera. Z tym teatrem związana była cała moja rodzina: babcia, brat, mama była kierowniczką pracowni perukarskiej, tata brygadierem sceny. W charakterze garderobianej pracuję krótko, tylko sześć lat. Na początku byłam przerażona liczbą kostiumów, dodatków, poza tym nie znałam wszystkich aktorów, trudno było to wszystko zapamiętać. No i oczywiście zdarzają się wpadki. Ja akurat mam pecha do halek - opowiada Magdalena Skąpska. Halka spadła aktorce w przedstawieniu "Skrzypek na dachu", guzik od halki zerwał się także Zosi, córce Krzysztofa Jasińskiego, która wystąpiła w spektaklu "Tajemniczy ogród". Na szczęście publiczność zareagowała gromkimi brawami.

 
26.03.2009  
(WAK), Bilet przez komórkę, /Dziennik Polski/
...

TEATR. Od jutra Teatr im. J. Słowackiego - jako pierwszy w Polsce - zaoferuje płatność za bilet przez telefon komórkowy.  Docelowo - jak zapewnia Krzysztof Dubiel, kierownik Działu Marketingu tego tea[...]

TEATR. Od jutra Teatr im. J. Słowackiego - jako pierwszy w Polsce - zaoferuje płatność za bilet przez telefon komórkowy.

 

Docelowo - jak zapewnia Krzysztof Dubiel, kierownik Działu Marketingu tego teatru - komórka stanie się również biletem do teatru. Od jutra widz będzie miał także w Internecie (na stronie www.slowacki.krakow.pl) podgląd na całą widownię, co da mu możliwość wyboru miejsca, po czym program pozwoli mu zapłacić za bilety z konta bankowego lub kartą kredytową. Ale też - i to jest novum - właśnie telefonem komórkowym.

 

W tym celu stosowny klawisz poprowadzi nas do programu firmy MPay, który drogą SMS-ów - co ważne bezpłatnych! - pozwoli otrzymać 4-cyfrowy kod PIN i opłacić bilet, który potem odbierzemy w kasie tuż przed spektaklem. To rozwiązanie wyeliminuje dwukrotne udawanie się do teatru, jak to ma miejsce w przypadku tradycyjnej rezerwacji biletów.

 

A jak przekażemy pieniądze za bilet? - Dokona się to poprzez tzw. Portmonetkę w systemie MPay i to na nią przelejemy środki z naszego konta bankowego. W przyszłości, o czym już MPay rozmawia z operatorami sieci, płatność za operacje dokonane przez komórkę ma być wliczana do rachunku za telefon - mówi Krzysztof Dubiel.

 

 
26.03.2009  
Katarzyna Pawlicka , Czekając na śmierć - o spektaklu Galgenberg w Dzienniku Teatralnym, /Dziennik Teatralny/
...

Tutaj, na scenie "Miniatury", podobnie jak w "Oczyszczonych" w reż. Warlikowskiego, życie jest bliżej niesprecyzowanym ośrodkiem- przestrzenią zamkniętą, podrzędną, w której przebywając, należy zachow[...]

Tutaj, na scenie "Miniatury", podobnie jak w "Oczyszczonych" w reż. Warlikowskiego, życie jest bliżej niesprecyzowanym ośrodkiem- przestrzenią zamkniętą, podrzędną, w której przebywając, należy zachować szczególną ostrożność i gotowość. Tam przestrzeń ośrodka była sterylnie czysta, tutaj to tajemnicza graciarnia, w której metalowe, zardzewiałe przedmioty pokryte są grubą pajęczyną. Przywołuje to automatycznie topos życia jako śmietnika, który zostaje wzmocniony pierwszym songiem, wykonanym przez wszystkich aktorów, oswajającym śmierć.

W „Galgenbergu” Agata Duda- Gracz buduje swój autonomiczny świat. Nieco odrealniony poprzez światło, a także elementy niezwykle interesującej scenografii (np. powyginane klatki, szare skrzydła, brudne schodki), a jednocześnie bardzo bliski widzowi, przede wszystkim, przez poruszane tematy. Punktem wyjścia do teatralnych rozważań jest pojawienie się grupy, przypominającej trupę Franciszka Villona- ludzi pokrzywdzonych przez los, brudnych, niosących ze sobą, niczym Kantorowski wędrowiec, balast bogatego w doświadczenia życia. Tworzą rodzaj komuny odrzutków, którzy budują swoją własną rzeczywistość, by jak najdalej uciec od tej powszechnie akceptowalnej, tej, która tak bardzo ich skrzywdziła. Słysząc dzwony, czekają na śmierć, która, z jednej strony, wiąże się ze strachem, ale z drugiej obiecuje przejście w świat, który może przynieść ocalenie.

 

Ta sytuacja teatralna jest klamrą kompozycyjną całego spektaklu. W chwilach największego napięcia najstarszy członek grupy, niczym guślarz, rozpoczyna opowieść, która jest teatralizowana przez wszystkich znajdujących się na scenie. Dzięki temu zabiegowi poszerza się znacznie możliwość i perspektywa poruszanych problemów. Pierwsze dwie historie to teatr stricte polityczny, podany wprost, broniący się wspomnianą klamrą oraz bardzo dobrym aktorstwem. Historia męki Chrystusa obnaża najgorsze strony polskiego katolicyzmu: przywiązanie do dewocjonaliów, brak głębszej refleksji, pozorność przestrzegania nauki Pisma. A wszystko to z przymrużeniem oka, z nadzieją na zrozumienie ze strony widza. W kolejnej odsłonie oglądamy słabego, groteskowego władcę państwa, manipulowanego przez równie nieudolnych ministrów, którego obywatele popełnili zbiorowe samobójstwo. Etiuda roi się od aluzji i nawiązań do współczesnej sceny politycznej, co owszem, imponuje śmieszy lub oburza, ale spłyca nieco, tak dobrze zapowiadający się początek.

 

Od tego momentu spektakl płynie bez podziału na dwa plany: „realny” i opowieści. Jego konstrukcja zaczyna przypominać święto „Dziadów”. Dzieje się tak, gdyż obok przesiąkniętej bylejakością i bliskością śmierci atmosfery, pojawiają się retrospekcje, dotyczące przeszłości bohaterów. Wśród nich są zarówno bardzo bliskie aktualnym problemom społeczno- politycznym, jak na przykład historia nauczyciela wyrzuconego ze szkoły za homoseksualizm, a także osnute tajemnicą, nieprzystające do codziennej rzeczywistości (na przykład zmartwychwstanie młodej dziewczyny, która wyrzuca z siebie śmierć, by ujawnić wszystkie przemilczane występki jej bliskich). Wyłaniają się z mroku przez intensywny, krótki błysk światła, przywodzący na myśl podpalanie kądzieli przez guślarza.

 

„Galgenberg” to spektakl nierówny: hipnotyzuje widza swą oryginalną plastyką, aurą tajemniczości, czasem głębszą refleksją, by zapomnieć się co jakiś czas i dopowiedzieć pewne myśli wprost, postawić niepotrzebne kropki. A przecież każdy bohater niesie ze sobą ładunek doświadczeń, ładunek obserwacji, które pozwalają na zrozumienie. Tym bohaterem mógł być też widz.

 
23.03.2009  
Paweł Głowacki, "Kogo kocham, tego kocham" 266. Krakowski Salon Poezji. Wiersze Friedricha Hölderlina czytali: Tomasz Augustynowicz i Bartosz Mazur. Na fortepianie grała Renata Żełobowska-Orzechowska. , /Dziennik Polski/
...

"Jeśli nie tylko masz rozum, ale i serce, pamiętaj: Ujawniaj tylko jedno, bo dwakroć cię potępią". Taki tytuł twórcy wczorajszego Salonu Poezji występowi swemu nadali. Tomasz Augustynowicz oraz Bartos[...]

"Jeśli nie tylko masz rozum, ale i serce, pamiętaj: Ujawniaj tylko jedno, bo dwakroć cię potępią". Taki tytuł twórcy wczorajszego Salonu Poezji występowi swemu nadali. Tomasz Augustynowicz oraz Bartosz Mazur wiersze Friedricha Hölderlina czytali. Na fortepianie grała Renata Żełobowska-Orzechowska. Cóż mam powiedzieć? Że zgadzam się? Na panią Renatę? Bez dyskusji.

Tak - tego się trzymajmy. Nie tylko rozum, jak uczył Hölderlin, nie tylko łeb - ale i serce posiadam. Więc nie ujawnię, co myślę o niebywałej pani Renacie Żełobowskiej-Orzechowskiej. A skoro - by mnie po dwakroć nie potępiono - zataję swą istotę - to co wyjawię?

Pan Hölderlin oszalał. Tak się wyroki boskie poskładały, że... od pewnej chwili był, ale jakoby go nie było. To kłopot jest. Kłopot klasyczny. Mianowicie: zamiast czytać, co stoi napisane - czyli wiersze - młodzi starają się udźwignąć szaleństwo. Nie smakują metafor, nie badają rytmu, nie słuchają brzmienia wersów, jeno zachwycają się: ależ chłopina popier... był strzeliście!

Owszem - był. I co z tego? Tomasz Mann lubił chłopców, Truman Capote po "Z zimną krwią" już do końca nie był trzeźwy, natomiast Bruno Schulz - śnił. I tak dalej... Krótko mówiąc - nie jest istotne czy w ogóle oraz jak kto żył. Istotna - powieść.

Opowieść Hölderlina - ciemna? Oczywiście? Niepotrzebnie frazy jego z życiem jego spinając - ciemność narasta? Niepotrzebnie. I teraz pytanie: gdy odpiąć szaleństwo od słów? Co wtedy pozostaje?

W każdym razie: fiksacja człowieka, którego wiersze się czyta, nie jest usprawiedliwieniem żadnym. I tyle. Koniec

 
20.03.2009  
Michał Myrek, Rozśpiewana mafia - o spektaklu "Malavita" w Dzienniku Teatralnym, /Dziennik Teatralny/
...

Filmowe losy rodziny Vito Corleone na dobre wzmogły fascynację światem mafii, która w świecie popkultury nie ustaje aż do dnia dzisiejszego. Serialowe losy Tonyego Soprano przyciągają przed odbiorn[...]

Filmowe losy rodziny Vito Corleone na dobre wzmogły fascynację światem mafii, która w świecie popkultury nie ustaje aż do dnia dzisiejszego. Serialowe losy Tonyego Soprano przyciągają przed odbiorniki telewizorów kolejne miliony widzów. Triumf święci "Gomorra" Roberta Saviano i jej ekranizacja pod tym samym tytułem. W takich niewątpliwie sprzyjających okolicznościach Teatr Słowackiego wystawia "Malavitę. Balladę o mafii", której reżyserem jest Paweł Szumiec.

Z góry trzeba nam zrezygnować z kuszących wizji zapierających dech w piersiach pościgów samochodowych, kilkuminutowych strzelanin, stosu trupów i innych typowych atrakcjach, które zazwyczaj bezwiednie przychodzą nam na myśl. Ale nie ze wszystkich. Nie zabraknie opowieści o mafijnym honorze i rządzących nią zasadach. Pojawią się dobrzy i źli gangsterzy. Kobieta ( niejaka Donna Ciccia ), pragnąca bezskutecznie wyrwać się z przestępczej sieci. Mężczyzna ( zwany Pino Di Palermo ), który musi zabić brata, by wkupić się w łaski rodziny. Wracający z więzienia boss na nowo będzie pragnął zasiąść na tronie ( w tej z kolei roli wózek inwalidzki ) a jego śmiertelni rywale będą starali się temu zapobiec. Ukazana zostanie walka dwóch zwaśnionych grup przestępczych a słowa, od których zazwyczaj włosy stają dęba, wymawiane będą z największym spokojem i wyrachowaniem. A na wszystko z boku patrzyć będzie milcząco figurka Matki Boskiej z czerwoną aureolą, przypominającą nieco lampki choinkowe.

Całość w rytmach wesołych, czasami tylko nieco nostalgicznych utworów wykonywanych na żywo. „Malavita” bowiem to przede wszystkim muzyka. Fabuła, miejscami tylko wychodząca poza ograne schematy, jest tylko dodatkiem i pretekstem do zaintonowania kolejnych nut. Przełożone z włoskiego teksty utworów są podobno autentycznymi pieśniami włoskiej mafii. Nieistotne to zresztą zupełnie, gdyż nikt nie sili się na jakikolwiek realizm. I bardzo dobrze, gdyż brak dystansu i w pełni poważne potraktowanie tematu mogłoby skończyć się zupełną porażką. A tak jest czasami i śmieszno i straszno, ze zdecydowaną przewagą pierwszego. Muzycznie spektaklowi nie można mieć wiele do zarzucenia, muzycy wraz z akordeonem, mandoliną i kontrabasem stanowią najjaśniejszy punkt przedstawienia. Śpiew aktorów raz brzmi lepiej, raz gorzej, nie można jednak od mafiosów wymagać wyjątkowych zdolności wokalnych.

„Malavita” niewątpliwie nie zapisze się w historii, jednak spędzonej w teatrze godziny nie powinniśmy żałować. Z przedstawienia powinniśmy wyjść cało i o własnych siłach, nawet nie będąc szczególnymi fanami książek Maria Puzo.

 
12.03.2009  
Agnieszka Dziedzic, Ja, czyli kto? - recenzja ze spektaklu "Ja, Feuerbach" , /Teatralia Kraków/
...

Jeśli narzucimy perspektywę patrzenia przez pryzmat autonomicznego podmiotu, przez owe nieśmiertelne literackie „ja” , to czyż nie czeka nas nieuchronnie zalanie potokami cudowności, wzniosłości, czy [...]

Jeśli narzucimy perspektywę patrzenia przez pryzmat autonomicznego podmiotu, przez owe nieśmiertelne literackie „ja” , to czyż nie czeka nas nieuchronnie zalanie potokami cudowności, wzniosłości, czy patetyczności? Już samo użycie słowa „podmiot” przez duże P prowadzi do wartościowania, do tworzenia opozycji lepszy – gorszy, podmiotowy – przedmiotowy. Nie inaczej było w przedstawieniu „Ja, Feuerbach” – tytułowe „ja” rozlało się po scenie, wypełniło sobą wszystkie kąty i chciwym okiem spozierało ku widowni. Pozostaje tylko pytanie: kto się za nim krył?

Premiera spektaklu odbyła się w ramach jubileuszu siedemdziesiątych urodzin Tadeusza Kwinty, co ciekawe nie było to jednak pierwsze zmierzenie się aktora z tekstem Tankreda Dorsta. W 1986 Tadeusz Kwinta przeczytał dramat na łamach „Dialogu”, zastanawiał nad jego realizacją, ale ostatecznie nie zdecydował się, gdyż onieśmielił go fakt, że sam Tadeusz Łomnicki zainteresował się wówczas tekstem i wziął go na warsztat. Po upływie 10 lat Tadeusz Kwinta zagrał Feuerbacha w krakowskim Teatrze STU, teraz zaś wraca do dramatu w Teatrze im. Słowackiego. Kiedy napiszę, że wiele się przez ten czas zmieniło, zabrzmi to banalnie, ale jednak nie bez związku z treścią utworu Dorsta.

W dramacie tytułowy bohater, aktor Feuerbach, wraca po długiej nieobecności do teatru, pragnie znów grać, poruszać serca ludzkie, całym sobą – swoimi umiejętnościami, pasją – dawać świadectwo nieograniczonej możliwości kreacji rzeczywistości przez teatr . Propagowanie gry aktorskiej jako sacrum, czy też rodzaju łaski to jego idée fixe, która przed siedmioma laty doprowadziła na skraj załamania nerwowego i spowodowała zamknięcie go w szpitalu psychiatrycznym. W miarę rozwoju akcji widzowie zaczynają się orientować się, że Feuerbach bynajmniej nie wyleczył się z idealistycznej wiary w teatr i co gorsza nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji, już nie tylko jako aktor, ale i jako człowiek. Publiczność staje się uczestnikiem walki Starego z Młodym, obserwuje młodzieńczą nonszalancję i ignorancję wobec tradycji i historii teatru, której reprezentantem jest asystent reżysera (Rafał Sadowski), oraz pełną pokory i niemal służalczej czci postawę natchnionego starego aktora (Tadeusz Kwinta) wobec sztuki w ogóle. Wydaje mi się, że wyrazistość obu postaw, przybierająca niekiedy wyolbrzymioną, przejaskrawioną formę, oraz ich kontrastowe zestawienie nieco łagodzi presję opowiedzenia się za Starym albo Nowym i pozwala na przyjrzenie się samej istocie konfliktu, tkwiącej w odmiennym stosunku do teatru.

Wrócę teraz do zasygnalizowanej we wstępie kwestii podmiotu i jego roli. Niewątpliwe postać kreowana przez Tadeusza Kwintę determinuje pozostałe postaci oraz przestrzeń sceniczną, posiada bowiem umiejętność przetwarzania wszystkiego, co go otacza w element własnego nieprzerwanego performance’u (choć Feuerbach nigdy nie posłużyłby się tym określeniem!). I tak, na przykład zwykłe krzesło w zetknięciu z Feuerbachem staje się częścią nowych, zmienianych z zawrotną szybkością światów – tronem królewskim, ławką dla zakochanych, krzesłem przy karcianym stoliku w zadymionej knajpie i czym jeszcze tylko wyobraźnia Feuerbacha zechce. To zadziwiające jak w tym filigranowym, starszym mężczyźnie aż kipi od pomysłów, jak rozpiera go energia, której na próżno szukać by u niektórych młodszych kolegów „po fachu”. Ciekawe, że także w chwilach, kiedy Feuerbach zostaje skompromitowany a jego idealistyczne poglądy zostają wystawione na pośmiewisko i tak pozostaje dominantą. Umiejętności Kwinty są tu zdecydowanie kluczem do zawładnięcia sceną i publicznością, ale czy tylko umiejętności? Już sam fakt, że aktor gra aktora i to aktora wywołującego z przeszłości duchy dawnych ról mocno rozmywa status kreowanej postaci. Ostatnia scena, kiedy Feuerbach popada w obłęd zdaje się być jednoznaczną i bezdyskusyjną, zresztą widz został już poinformowany o wcześniejszym pobycie aktora w szpitalu psychiatrycznym. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że ten obłęd jest największą, może ostatnią, próbą aktorską, gestem na zawsze żegnającym scenę. Czy mam podstawy by tak mniemać? Odpowiedzią niech będzie błyszczący wzrok Feuerbacha, obejmujący całą publiczność – nie, nie szaleństwem a władzą nad wyobraźnią.

O ile o fenomenie Kwinty pisze się z przyjemnością, o tyle o innych zabiegach przyjemniej byłoby milczeć. Nawet wzniosłość Podmiotu nie ochroniła przedstawienia przed przedmiotowym przegadaniem, przypadkowością i barakiem uzasadnienia dla oderwanych od całości działań. Chylę zatem czoła przed Tadeuszem Kwintą, milcząc o reszcie, by wszystkim było przyjemnie.

 
12.03.2009  
mowa [Monika], Łódź. "Rozmowy poufne" na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, /Gazeta Wyborcza - Łódź nr 60 /
...

12 i 13 marca o godz. 19 w Teatrze Powszechnym zagrają aktorzy Teatru Słowackiego z Krakowa. Pokażą "Rozmowy poufne" na podstawie scenariusza Ingmara Bergmana. Spektakl Iwony Kempy był światową prapr[...]

12 i 13 marca o godz. 19 w Teatrze Powszechnym zagrają aktorzy Teatru Słowackiego z Krakowa. Pokażą "Rozmowy poufne" na podstawie scenariusza Ingmara Bergmana. Spektakl Iwony Kempy był światową prapremierą sceniczną tekstu wielkiego szwedzkiego reżysera.

 

«Poznajemy historię Anny, która od lat żyje w pozbawionym emocji małżeństwie z wikarym. Spektakl rozpoczyna się poufną rozmową, którą Anna prowadzi z pastorem Jakubem przyznając się do zdrady. Kochankiem kobiety jest student teologii i kandydat na pastora. Anna decyduje się na bezkompromisowe poświęcenie dotychczasowej stabilności. "Wędrujemy (czy raczej skaczemy) po wydarzeniach z życia Anny - cofamy się w przeszłość, zaglądamy w przyszłość. Taki ostry rytm dobrze organizuje spektakl, chroni go przed ześlizgnięciem się w jakże często spotykane na scenach łzawe rozbabrywanie duchowych problemów" - pisała w recenzji Joanna Targoń.

 

 

Ewa Pilawska, dyrektor artystyczny festiwali: - "Rozmowy poufne" urzekły mnie kunsztem reżyserii Iwony Kempy, która znakomicie zakomponowała dojmujący świat Bergmana. Wpisała go w doskonale zaplanowaną teatralnie przestrzeń. Dojrzałe kreacje aktorskie, spokojnie i klarownie odsłaniają historię nieudanych miłości.»

 

 
10.03.2009  
Paweł Głowacki, Maestro nie pozwala umierać - o spektaklu "Malavita. Ballada o mafii" pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim, /Dziennik Polski nr 58/
...

«Wieki temu, gdyśmy po długim obiedzie u Gustawa Herlinga-Grudzińskiego schodzili z Józefem Opalskim stromą uliczką starego Neapolu o zmierzchu, miałem pewność, że Opalski, co od zawsze dba o moje wyk[...]

«Wieki temu, gdyśmy po długim obiedzie u Gustawa Herlinga-Grudzińskiego schodzili z Józefem Opalskim stromą uliczką starego Neapolu o zmierzchu, miałem pewność, że Opalski, co od zawsze dba o moje wykształcenie, wiedzie mnie oto szemraną trasą tanich burdeli. W każdym, jeśli nie w każdym, to w co drugim oknie tuż nad brukiem po obu stronach - podobizny serca skleconego z tanich czerwonych żarówek. Nad nami, na sznurach w poprzek rozpiętych między kruszejącymi balkonami - pranie schnące w krwistej łunie. Nieprzeliczone gacie nad rozpustą aż po horyzont. - Co tak będziemy szli - rzekłem - wstąpmy i odsapnijmy, profesorze...

Nie wstąpiliśmy. Myliłem się. To nie było to, co myślałem. To były ołtarzyki. W środku konturów z czerwonych żarówek - ledwo widoczne figurki Matki Boskiej. Więc - nieprzeliczone gacie nad świętością aż po horyzont? Małe przestawienie akcentów - i zmienił się smak marszruty? Od burdelu do ołtarzyka - niewielka odległość? Rozpusta i świętość w jednym stoją domku? Tak rozpięty jest duch Neapolu? Takie jest całe południe Włoch? I na nieodległej Sycylii - podobnie wątła granica między ciemnością a jasnością?

Noże sycylijskiej mafii i ołtarzyki sycylijskiej mafii. Bez zmrużenia oka podrzynanie gardeł i bez zmrużenia oka czynione znaki krzyża. Trup jak bułka z masłem i krystalicznie czysta miłość do rodziny. Zdrada i wierność. Jedno od drugiego - co najwyżej na wyciągnięcie ręki. Palec, który o drugiej po południu naciska spust, wieczorem gładzi święty medalik na szyi matki rodu. Niewiele, w wyreżyserowanej przez Pawła Szumca "Malavicie, balladzie o mafii" Anny Burzyńskiej, bardzo niewiele dzieli te i sto innych jakości, co tylko nam wydają się sprzecznościami nie do pogodzenia.

W knajpie, która jest jak dom, Don Aldo (Feliks Szajnert), Rocco di Calabrese (Rafał Dziwisz) i Luca Conti (Grzegorz Łukawski) grają w karty, piją wino, gadają. W kaburach pod pachami - spokojne pistolety, jeszcze spokojne. Gadają o Pietro Turim (Krzysztof Jędrysek), co ponoć dziś ma wyjść z więzienia. Wpadną jeszcze odwieczni ich wrogowie, bracia Tito di Palermo (Wojciech Skibiński) i Pino di Palermo (Rafał Sadowski) - ale to później. Trochę później tuż pod gipsową, biało-błękitną figurką Matki Boskiej w aureoli z tanich czerwonych żarówek, padną cztery trupy. Na razie jest czekanie w upale. Krucha Donna Ciccia (Barbara Kurzaj) donosi świeże butle. Na razie tylko papieros, karta i próby zaklinania ciemnego losu odwiecznymi pieśniami sycylijskiej mafii. Tak.

Tak, ale też nie w pełni tak. Rzecz w tym - i to jest sedno historii Szumca i Burzyńskiej - że oni wszyscy przez krótką godzinę nie opowiadają siebie. Oni wszyscy - są opowiadani. Maestro di Cerimonie (Przemysław Chojęta), cały w jasnych lnach - reżyser? demiurg? duch opowieści? - uruchamia ich całkiem tak, jak lalkarz ożywia marionetki. Uruchamia ludzi, jasne światło sunące przez żaluzje w drzwiach, wyśmienitą kapelę (Jacek Hołubowski na akordeonie, Grzegorz Piętak na kontrabasie, Michał Półtorak na mandolinie), krwistą aureolę nad gipsowym czołem Matki Zbawiciela, wszystko. Czyni teatr z byle czego. Który to już raz?

O to samo pytałem wieki temu, na tamtej w dół wiodącej drodze przez świętość aż po horyzont dziwnie zapętloną z rozpustą, na brukowanej ścieżce pod gaciami i pod nieludzkim rykiem półnagich, upoconych neapolitanek, co na balkonach, tuż nad Matkami Boskimi w sercach z żarówek - pozagryzałyby się chętnie o zmierzchu. Kto i który już raz kleci ten fenomenalnie odpustowy teatr Neapolu, teatr południowych Włoch, teatr Sycylii nieodległej? Kto powtarza stare dzieje, sklecone z najbanalniejszych gestów, słów i namiętności, co je dobrze znamy z filmów, ksiąg, pieśni, słowem - z legendy?

Z drugiej strony - po co pytać? "Malavita" Szumca nie jest epistemologią mafii sycylijskiej. Jest pyszną lekkością żonglowania kilkoma najprostszymi smakami. Szelki, kapelusz, rewolwer, karty, wino, śpiew, wierność, śmierć. To wszystko. I w finale - cztery trupy. Nieudane. Maestro di Cerimonie zaraz każe im wstać. Nie można umierać. Nie uchodzi, bo kto jutro w cieniu gipsowej Matki Zbawiciela powtórzy odwieczną opowieść o umieraniu z miłości?»

 
09.03.2009  
Henryka Wach-Malicka, "Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje już rozpoczęty""Rozmowy poufne" w reż. Iwony Kempy na XI Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje w Katowicach. Pisze Henryka Wach-Malicka w Polsce Dzienniku Zachodnim., /Polska Dziennik Zachodni nr 57/
...

«Prawie rok przygotowań, a w ostatnich tygodniach nerwy skumulowane do ostatecznych granic, to w przypadku Interpretacji... nic nowego. Każda z dziesięciu poprzednich edycji Ogólnopolskiego Festiwalu [...]

«Prawie rok przygotowań, a w ostatnich tygodniach nerwy skumulowane do ostatecznych granic, to w przypadku Interpretacji... nic nowego. Każda z dziesięciu poprzednich edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej była inna, każda wymagała nowych pomysłów i rozwiązań.

Warto o tym przypomnieć na początku festiwalu, bo gdy impreza rusza, i nagle wszystko samo się układa, zapominamy o ludziach, których wysiłek puścił tę machinę w ruch. Liczący się w kraju konkurs przedstawień reżyserów młodego i średniego pokolenia finansowany jest głównie przez miasto Katowice, zaś nad dograniem szczegółów organizacyjnych czuwa, od początku przeglądu, Estrada Śląska.

Tak więc w minioną sobotę zainaugurowaliśmy kolejny, XI Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej, w którym o Laur Konrada walczyć będzie sześcioro twórców: Grzegorz Kempinsky, Gabriel Gietzky, Paweł Passini, Jan Klata, Monika Strzępka i Wiktor Rubin.

Interpretacje rozpoczęły się symbolicznym akcentem - spektaklem mistrzowskim, wyreżyserowanym przez Iwonę Kempę. W ubiegłym roku utalentowana reżyserka startowała jeszcze po drugiej, konkursowej stronie barykady i w pięknym stylu zdobyła Nagrodę Główną festiwalu. Prezentowanymi teraz Rozmowami poufnymi wg Ingmara Bergmana, które zrealizowała w krakowskim Teatrze im. J Słowackiego, potwierdziła znajomość scenicznego rzemiosła, a przede wszystkim wrażliwość w portretowaniu ludzkich uczuć. Rozmowy poufne to spektakl w pełni autorski; Iwona Kempa go wyreżyserowała, dokonała adaptacji tekstu i opracowania muzycznego. Powstało przedstawienie zawieszone pomiędzy intymnością a uniwersum. Los głównej bohaterki tyleż jest indywidualnym doświadczeniem Anny, co udziałem wielu pokoleń kobiet, rozdartych pomiędzy swoimi pragnieniami a rolą wyznaczaną przez kulturowy nakaz. Anna - w kreacji Dominiki Bednarczyk, złożonej z delikatnych niuansów, a jednocześnie silnych emocji - tkwi od lat w małżeństwie. Właśnie tkwi, a nie żyje czy jest, bo upływ czasu tego związku nie cementuje, choć nie dzieje się w nim też najgorzej. I nagle Anna doznaje pokusy bycia z młodym mężczyzną, który zdaje się dopełniać jej marzenia i potrzeby...

Bergman, jak mało który z twórców, wiedział wiele o miłości. I potrafił tę wiedzę przeobrazić w sztukę. Iwona Kempa wie, jak robić teatr, w którym to, co zawarte w dialogach i sytuacjach jest równie ważne jak uczucia nienazwane. Z banalnej na pozór historii, bo ileż to zdrad i ileż pokut rozgrywa się każdego dnia na świecie, wydobyła wiele bólu i kilka fundamentalnych pytań, które wloką się ciężarem pamięci za postaciami.

Reżyserka konstruuje akcję na zasadzie mozaiki, której poszczególne elementy nie następują wprost po sobie. Obrazy mieszają się w czasie, spowiedź bohaterki dotyka różnych okresów jej życia. Prócz pytania o prawo do obrony własnych namiętności, Iwona Kempa akcentuje też pytanie: czy prawda rzeczywiście oczyszcza?

Po spektaklu mistrzowskim, rozpoczęła się ostra walka konkursowa. W niedzielę Grzegorz Kempinsky zaprezentował spektakl Zdobycie bieguna południowego Manfreda Karge. To, rzec można, nasze barwy. Spektakl powstał w Teatrze Śląskim w Katowicach.

Przedstawienia reżyserów, walczących o Laur Konrada - nagrodę, którą symbolizuje statuetka autorstwa Zygmunta Brachmańskiego - ocenia jury w składzie: Ewa Wójciak, Stanisław Radwan, Piotr Tomaszuk, Andrzej Witkowski i Maciej Wojtyszko. Festiwalowi patronuje redakcja Polski Dziennika Zachodniego.»

 
07.03.2009  
Paweł Głowacki, "Nic, tylko stacja" 263. Krakowski Salon Poezji. Wiersze o Włoszech czytali Natalia Strzelecka i Radosław Krzyżowski., /Dzienniik Polski/
...

Dokąd bym pojechał? Do Ferrary? Na Piazza San Marco? W stronę długich cieni domostw Capulettich i Montecchich o zmierzchu? Do kota pod ławką na jednej z kamiennych ścieżek Florencji? Do nieogar[...]

Dokąd bym pojechał? Do Ferrary? Na Piazza San Marco?

W stronę długich cieni domostw Capulettich i Montecchich o zmierzchu? Do kota pod ławką na jednej z kamiennych ścieżek Florencji? Do nieogarnionego Rzymu, który jest jak twarde światło? A może na ten wielki kamień tuż za czubem Buta - na Sycylię? Pod masyw Etny? Do nieruchomego skwaru Taorminy? Nigdzie? Wszędzie? Dokąd bym pojechał, gdybym miał wybierać wedle głosów i krajobrazów twarzy Natalii Strzeleckiej i Radosława Krzyżowskiego, którzy na Salonie Poezji "Podróż do Włoch" - czytali wiersze zrodzone z cudów Buta?

"Jeżeli wybierasz się w podróż - uczy Zbigniew Herbert w wierszu, co otwierał niedzielny poranek - niech będzie to podróż długa/ wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku/ żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi/ i abyś całą skórą zmierzył się ze światem".

Czytali te i inne słowa Herberta i sycylijskie sonety Jarosława Iwaszkiewicza, fragment "Nieobjętej Ziemi" i "Czeladnika" Czesława Miłosza, Cypriana Kamila Norwida drobiazg o Weronie, "Elegie rzymskie" i "Eklogę czwartą" Josifa Brodskiego, to i jeszcze kilka innych rzeczy, większych i mniejszych. Szli po słowach, co miały być, co są odpowiedzią na cuda utkane z kamieni, powietrza, światła i wody. Dokąd mam pojechać?

Strzelecka, Krzyżowski. Ich głosy, cisze - jakie były? Trochę za mało w nich nadziei na podróż długą, bez końca. Za mało bezradności, za dużo pewności wykluczającej lęk przed zagadkami - miasto na wodzie, miasto na siedmiu wzgórzach, miasto zwieńczone "masywem jajka, które zniósł Brunelleschi" - co nigdy nie znajdą odpowiedzi. Krajobrazy ich twarzy nie obiecywały błądzenia po omacku. I oczy nic nie mówiły o szorstkości ziemi na dnie wygłaszanych słów. Czytali. Słuchałem, tylko słuchałem. Nie potrzebowałem całej skóry, by zmierzyć się z opiewanym światem. Wystarczało ucho.

Dokąd więc bym pojechał, gdybym cele miał wyznaczyć wedle ich twarzy i głosów? Donikąd? Nie, w żadnym razie nie jest tak, że czytanie Strzeleckiej i Krzyżowskiego było złym czytaniem. Problem wszakże w tym, iż Włochy pod piórem Herberta, Iwaszkiewicza, Miłosza czy Brodskiego to nie jest zwyczajna krajoznawcza bułka z masłem. Nic tam ponoć nie jest takie, jak reszta świata. Nawet pusta stacyjka w mieścinie bez znaczenia, gdzieś między jednym a drugim ogromem pamiętnego piękna Rzymu albo Florencji. Rovigo? Tak.

To pozorne NIC właśnie tak się nazywa. Rovigo. I nie daje spokoju. Niby NIC, jak powiada Herbert - arcydzieło przeciętności, proste ulice, nieładne domy, ale... "W asyście jakich dzwonów zjawiasz się Rovigo// Zredukowane do stacji do przecinka do przekreślonej litery/ nic tylko stacja - arrivi - partenze -// i dlaczego myślę o tobie Rovigo Rovigo". Strzelecka odczytała całą gorycz bezradności tego jednego słowa Herberta: dlaczego. Tak, pojadę do Rovigo. Tylko tam. Do przecinka. Do przekreślonej litery.

263 Krakowski Salon Poezji. Wiersze o Włoszech czytali Natalia Strzelecka i Radosław Krzyżowski. Na fortepianie grała Marta Mołodyńska. Śpiewała Katarzyna Oleś-Blacha. Gospodarze Salonu: Anna Dymna, Anna Burzyńska, Józef Opalski.

 
05.03.2009  
Justyna Stasiowska, O nieistnieniu - o spektaklu "Ja Feuerbach" pisze Justyna Stasiowska w Dzienniku Teatralnym, /Dziennik Teatralny/
...

W teatrze każdy występ jest wyjątkowy. Nie da się go powtórzyć, zapisać w odpowiedni sposób. Tym właśnie jest fenomen teatru i aktora. Nie do odtworzenia, nie do zapisania, zostaje jedynie w pamięci. [...]

W teatrze każdy występ jest wyjątkowy. Nie da się go powtórzyć, zapisać w odpowiedni sposób. Tym właśnie jest fenomen teatru i aktora. Nie do odtworzenia, nie do zapisania, zostaje jedynie w pamięci. Aktor, który opiera na tej ulotności swoje życie, balansuje ciągle na granicy nieistnienia. Trudno znaleźć opowieść, która ukazuje to w tak ciekawy sposób jak "Ja Feuerbach".

Na scenie montowane są kolejne elementy – ścianki i kran. Buduje się jakaś prowizoryczna, obskurna kuchnia. W tle włączone zostaje radio, nadające aktualne wiadomości. Przed widzem odsłaniają się kulisy teatru – pospolitość i rutyna. Żadnych sztuczek i magii – tylko nudne i mozolne budowanie kuchni do jakiegoś spektaklu. Po ułożeniu wszystkiego pracownicy znikają. Gaśnie światło. Słychać głos, który próbuje określić swoje miejsce w ciemności, mówiąc do mężczyzny i oczekując, domagając się jakiejkolwiek reakcji, uwagi. W głosie słychać błaganie i desperację oraz wiarę, że widz, obserwujący go biernie, jednak odpowie.

 

W świetle widzimy drobnego mężczyznę ubranego w garnitur, kamizelkę, koszulę i krawat. Odcina się całkowicie od współczesnego otoczenia, wydając się wyjętym z innej epoki. W trakcie spektaklu uczucie nieprzynależności tego osobnika do rzeczywistości będzie uderzało w widza falami. Zatopiany zostanie w niezwykły świat Feuerbacha (Tadeusz Kwinta) – życia aktora oraz wszystkich postaci granych przez niego samego.

 

Prezentowany jest kontrast miedzy starym, a nowym w teatrze. Teatr Freubacha nie niszczy iluzji przedstawienia. Nie widzimy ukazywania kulis występu, przygotowań, „szwów”. Zostajemy wciągnięci w klasyczny spektakl magii, pełen popisów niezwykłej sprawności, przekonywującej gestykulacji oraz możliwości głosu i wspaniałej roli.

 

Ten seans widm jest przerywany co jakiś czas, przez ironiczne uwagi asystenta reżysera (Rafał Sadowski). Postać, która przypadkowo znalazła się w teatrze, postanowiła zostać reżyserem, nie interesując się niczym, co istniało przed nim. W cieniu postaci Feuerbacha, który prezentuje przed nim wachlarz swoich możliwości, historię oraz ciemne strony zawodu, asystent reżysera zmienia się. Od pogardy przechodzi do współczucia, ustawiony przez starego aktora w pozycji widza daje się wciągnąć w jego sztukę. Gdy Feuerbach powołuje do życia słowami kolejne ptaki, które zaczynają swoje trele, słyszymy coraz więcej głosów. Ta wizja jest niezwykle sugestywna i staje się przełomowym momentem dla młodego człowieka, który dostrzega całą chmarę ptaków. Ulega iluzji tak mu na początku obcej - tak samo najbardziej krytyczny widz musi uznać wielkość rzemiosła Tadeusza Kwinty.

Dla Feuerbacha TEATR to świątynia sztuki, pełna iluzji i magii, aktorstwo jest powołaniem, pełnym pracy, poświeceń, upokorzeń. Każda rola jest najważniejsza, a wiedza o autorach jest wielka. Dostrzegamy również destruktywny element teatru – zatracenie się w sztuce i fałszywej rzeczywistości. Stary aktor poddający w wątpliwość nierealność świata dramatów, ją jednak wybiera ponad szarość codzienności. Tragedie są w nim wyrazistsze i pełne godności a nie lekceważenia i litości, z jaką traktowany jest stary aktor. Jego śmierć nie ma nic z wielkości postaci, lecz w jego teatrze jest ona zakończeniem godnym artysty. Wychodzi w jasność zostawiając buty, aby najmniejszym dźwiękiem nie zmącić ciszy.

 
04.03.2009  
(WAK) , Malavita - piosenki mafii - zapowiedź w Dzienniku Polskim, /Dziennik Polski/
...

"Malavita" oznacza życie złe, choć dla włoskich mafiosów wcale takie kiepskie ono nie jest, a gdyby patrzeć przez pryzmat oryginalnych piosenek sycylijskiej mafii, które wybrał do swego spektaklu na s[...]

"Malavita" oznacza życie złe, choć dla włoskich mafiosów wcale takie kiepskie ono nie jest, a gdyby patrzeć przez pryzmat oryginalnych piosenek sycylijskiej mafii, które wybrał do swego spektaklu na scenie Miniatura Teatru im. J. Słowackiego, Paweł Szumiec, niemało w nim i urody.

Spektakl "Malavita. Ballada o mafii" to powiązanych ze sobą 15 piosenek, tworzących opowieść, wpisaną w scenariusz Anny Burzyńskiej; piosenek o honorze, zdradzie, zemście, o gangsterskich porachunkach, życiu za kratami. "Aspromonte /tyś banitów miła ziemia/ bądź mi schronieniem/ bo zwiałem dziś z więzienia" - śpiewają postaci z "Malavity". Wydane na płycie tak urzekły Szumca (wcześniej reżysera jakże zgrabnego spektaklu złożonego z pieśni neapolitańskich śpiewanych przez Martę Bizoń), że postanowił stworzyć z nich spektakl. Oczywiście, nie realistyczny, a właśnie balladę - na poły żartobliwą, na poły nostalgiczną, acz nie wolną od tego, co jest żywiołem mafii, znanym choćby ze sfilmowanej powieści Mario Puzio - wojny klanów.

- Mimo żartobliwego klimatu tej opowieści, sprawa jest poważna - mówił przewrotnie podczas konferencji prasowej dyr. teatru Krzysztof Orzechowski, anonsując, iż tego typu formy muzyczne będą w Miniaturze pojawiać się częściej.

Walorem spektaklu na pewno będzie muzyka - za tę jego istotną część odpowiada Halina Jarczyk - zwłaszcza że grana na żywo przez wybornych muzyków: Jacka Hołubowskiego (akordeon), Grzegorza Piętaka (kontrabas) i Michała Półtoraka (mandolina). A piosenki, mimo że mafijne, urzekają prostymi melodiami, a zarazem szczególną "chropowatością" - wszak wykonują je mafiosi, w których wcielają się: Feliks Szajnert, Krzysztof Jędrysek, Rafał Dziwisz, Grzegorz Łukawski, Wojciech Skibiński, Rafał Sadowski i Przemysław Chojęta; i tylko Barbara Kurzaj jako Donna Cicia zaburza ów męski świat.

Premiera spektaklu, do którego scenografie i kostiumy przygotował Ryszard Melliwa - w piątek. A potem będzie on grany 8, 10, 14, 15 marca.

 

 
03.03.2009  
Aneta Kyzioł, Zjazd teatralnych gwiazd, /Poilityka nr 9/
...

Wybitne spektakle, najlepsi polscy reżyserzy i gwiazdorskie obsady to znaki rozpoznawcze XV Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, który odbędzie się w Łodzi pomiędzy 26 lutego[...]

Wybitne spektakle, najlepsi polscy reżyserzy i gwiazdorskie obsady to znaki rozpoznawcze XV Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych, który odbędzie się w Łodzi pomiędzy 26 lutego, a 22 marca. Na deskach Teatru Powszechnego, organizatora festiwalu, pokazane zostanie m.in. „Wymazywanie” – arcydzieło Krystiana Lupy z warszawskiego Teatru Dramatycznego, „Sprawa Dantona” w reż. Jana Klaty z wrocławskiego Polskiego – najgłośniejszy spektakl minionego roku, oraz mistrzowskie „Anioły w Ameryce” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego z TR Warszawa i „Kosmos” w reż. Jerzego Jarockiego z Teatru Narodowego.

 

Do Łodzi przyjedzie także „Marat-Sade”, wyreżyserowany w Teatrze Wierszalin w Supraślu przez Piotra Tomaszuka, „Utwór sentymentalny na czterech aktorów” – wspólne dzieło Piotra Cieplaka i aktorów warszawskiego Teatru Montownia, intymne „Rozmowy poufne” w reż. Iwony Kempy z krakowskiego Teatru im. Słowackiego oraz „Wizyta starszej pani” w reż. Michała Zadary ze szczecińskiego Współczesnego. Zagranicę w tym roku reprezentują Mladinsko Theatre z Lublany i Teatr Odeon z Bukaresztu (ten ostatni pokaże „Spowiedź w Tanacu” w reż. Andrei Şerbana).

 

Program uzupełnia przegląd teatralnej i filmowej twórczości zmarłego niedawno wybitnego operatora i reżysera światła Edwarda Kłosińskiego oraz panel dyskusyjny zatytułowany „Estetyka współczesnego teatru”. Wygląda na to, że Łódź na poważnie zaczęła starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

 

 
27.02.2009  
Piotr Rąpalski, Kotlet zagrał kota Behemota , /Gazeta Krakowska/
...

Prawdziwy czarny kot, z futra, krwi i kości, zagrał w sztuce Teatru Słowackiego "Bułhakow". Poszukiwania idealnego aktora trwały od miesięcy. Reżyser spektaklu, Maciej Wojtyszko, zażyczył sobie, żeby [...]

Prawdziwy czarny kot, z futra, krwi i kości, zagrał w sztuce Teatru Słowackiego "Bułhakow". Poszukiwania idealnego aktora trwały od miesięcy. Reżyser spektaklu, Maciej Wojtyszko, zażyczył sobie, żeby zwierzak był idealnie czarny, duży i spokojny. Do teatru nadeszło około stu zgłoszeń od właścicieli kotów i... nie tylko. Ostatecznie wybrano kiciusia, który doskonale nadał się do roli, choć posiada mało poetyckie imię - Kotlet.

 

"Bułhakow" to sztandarowa i bardzo popularna sztuka Teatru Słowackiego. Opowiada o ostatnich dniach życia autora powieści "Mistrz i Małgorzata", gdzie symboliczną rolę odgrywa kot Behemot. Przedstawienie było grane w teatrze od siedmiu lat, ale teraz zostanie zdjęte z afisza. Ma jednak zostać po nim nagranie dla teatru telewizji. - Właśnie w tym celu poszukiwaliśmy kota. W teatrze można symulować jego obecność, ale na ekranie musi być prawdziwy - mówi Lucyna Marchewczyk, kierownik koordynacji pracy artystycznej. - Przyszło do nas prawie sto propozycji. Nawet z Zamościa i Gdańska. Niektóre całkiem oryginalne. W paru e-mailach ludzie twierdzili, że z chęcią nawet przefarbują swojego kota. Był też pan, który proponował swojego czarnego pudla - dodaje pani Lucyna.

 

Bezkonkurencyjny okazał się jednak kot o imieniu Kotlet Aleksandry Borelowskiej, studentki Uniwersytetu Pedagogicznego. - Nazwałam go tak, bo od małego był taki rozlazły i tłuściutki - mówi właścicielka aktora. - Zgłosiłam się, bo chciałam przeżyć przygodę związaną z teatrem i zobaczyć z bliska, jak powstaje sztuka - dodaje. Pierwsze zdjęcia odbyły się wczoraj w budynku teatru. Kotlet na początku zachowywał się aż nadto spokojnie, nie chciał nawet wyjść z koszyka. Udało się go jednak wywabić. Zapewne wizją sławy i ponętnych spojrzeń krakowskich kotek. Aktor jednak, widząc zamieszanie podczas przygotowań do próby, zaczął odczuwać tremę. W panice uczepił się pazurami swojej właścicielki i nie chciał puścić. Dopiero godzina głaskania i czułych słówek wypowiadanych przez aktorów- ludzi uspokoiła ich nowego kolegę po fachu.

 

Rola Kotleta nie była trudnym wyzwaniem, choć mogła kłócić się z kocim poczuciem godności. Jego bohater, Behemot, leży na stole w bufecie teatru. Nagle bufetowy Jermołaj zrzuca go z blatu. W innej scenie pod adresem kota padają obelgi "Sukinkot łososia mi zeżarł". Taka jednak jest praca aktora i czego się nie robi dla zainkasowania gaży. A ile ona wyniesie? - Nie mogę tego zdradzić, ale będzie za to dużo smakołyków dla Kotleta - zapewnia Aleksandra.

 
26.02.2009  
Łukasz Gazur, Kultura w cenie - tej samej, /Dziennik Polski/
...

Okazuje się, że obawy o to, iż kryzys gospodarczy odciśnie wyraźne piętno na kulturze, a dostęp do rozrywki na wyższym poziomie stanie się dużo droższy, były przedwczesne. - Myślę, że nie ma na razie [...]

Okazuje się, że obawy o to, iż kryzys gospodarczy odciśnie wyraźne piętno na kulturze, a dostęp do rozrywki na wyższym poziomie stanie się dużo droższy, były przedwczesne. - Myślę, że nie ma na razie powodów do niepokoju. Nie widzę, żeby specjalnie podrożał dostęp do kultury. Wszyscy zdają sobie sprawę, że bilety do kina czy płyty z muzyką wciąż uchodzą w Polsce za towar luksusowy. Podniesienie cen mogłoby oznaczać dobicie rynku - mówi Mariusz Cieślak, specjalista ds. promocji kultury w Dzienniku Polskim.

 

«Jego słowa zdają się potwierdzać fakty. W Krakowie właściwie żaden z teatrów nie zdecydował się na podniesienie cen biletów. - Od kilku sezonów ceny wstępów w Starym Teatrze nie uległy zmianie. Na razie nie widzimy skutków kryzysu, może na to za wcześnie? - zastanawia się Danuta Rogowska ze Starego Teatru.

A pójście na przedstawienie to już w tej chwili koszty niemałe. By obejrzeć spektakl na scenie Dużej i Kameralnej "Starego" trzeba wydać na bilet normalny 43 zł, na ulgowy zaś 27 zł. Na Nowej Scenie tej placówki to odpowiednio 33 i 22 zł. W Teatrze im. J. Słowackiego bilet normalny na tzw. I miejsca to 37 zł, na II miejsca - 32 zł. W przypadku biletów ulgowych musimy się liczyć odpowiednio z ceną 27 zł i 22 zł. Oczywiście, z wyjątkami, bo np. za spektakl "Tango Piazzolla" trzeba już zapłacić za normalny bilet 50 lub 40 zł, zaś za ulgowy - 35 lub 25 zł. W Teatrze Ludowym ceny są dużo bardziej zróżnicowane. W zależności od tego, na której scenie chcemy zobaczyć spektakl - wahają się od 15 zł do 40 zł. Warto zaznaczyć, że na niektóre spektakle (szczególnie te dla najmłodszych) nie ma rozróżnienia na bilety normalne i ulgowe.

- Nie dziwi mnie postawa krakowskich teatrów. Przecież ceny biletów na spektakle są w naszym kraju stosunkowo wysokie. To dużo większy procent pensji polskiego Kowalskiego niż angielskiego Smitha czy francuskiego Dubois - podkreśla Mariusz Cieślak.

Podobnie jest z cenami biletów w krakowskich kinach. Dotąd żadne nie zdecydowało się na podwyższenie kosztów wstępu ze względu na kryzys. Zazwyczaj ceny wahają się od 10 zł do 18 zł (w weekendy). Co więcej, większość kin stawia na tzw. programy lojalnościowe, które mają przywiązać widzów do danej placówki. Stąd właśnie rozmaite karty "klubu przyjaciół", "kinowe indeksy", "seans z hejnałem", "pokaz niespodzianka" czy przyznawanie za obejrzenie filmu punktów, które później można wymienić na darmowy bilet. Poza tym, by przyciągnąć publiczność, prawie każde krakowskie kino ma jeden dzień w tygodniu (zazwyczaj poniedziałek), kiedy oferuje bilety w niższej cenie - Pod Baranami wstęp kosztuje wtedy tylko 9,90 zł, w Centrum Kinowym ARS - 11 zł, w Kijowie - 13 zł.

Niespecjalnie powinni przejmować się także wielbiciele muzycznych CD i DVD. Jak zapewniają największe firmy produkujące płyty, na razie nie ma powodów do obaw. - Nie podnieśliśmy cen pomimo wahań kursów euro. Jeżeli europejska waluta nadal będzie na takim poziomie, jak obecnie, to w kwietniu będziemy zmuszeni do drobnych korekt cen katalogu międzynarodowego, gdyż za CD i licencje zagranicznych artystów płacimy w euro - zapowiedział Piotr Kabaj z EMI Music Polska.

Jak twierdzi, początek roku jest zawsze słabszym okresem sprzedaży płyt, co wynika z sezonowości, branży muzycznej. Podkreśla, że sprzedaż w styczniu i lutym 09 była na podobnym poziomie jak w tych samych miesiącach w 2008 roku. - Najważniejszy jest tak naprawdę repertuar. Jeżeli artyści nagrają dobre płyty, to klienci i tak je kupią - dodaje Kabaj.»

 

 
26.02.2009  
(buń), W teatralną rolę kota Behemota wcielił się "Kotlet" , /Polska Gazeta Krakowska/
...

Futrzany aktor amator, czarny kot o wdzięcznym imieniu "Kotlet" zagrał wczoraj swoją pierwszą rolę w przedstawieniu Teatru Słowackiego "Bułhakow" . Aktora na czterech łapach wyłoniono na castingu spoś[...]

Futrzany aktor amator, czarny kot o wdzięcznym imieniu "Kotlet" zagrał wczoraj swoją pierwszą rolę w przedstawieniu Teatru Słowackiego "Bułhakow" . Aktora na czterech łapach wyłoniono na castingu spośród ok. 100 zwierząt, których właściciele zapragnęli okryć swoich pupili sławą. Teatr Słowackiego utrwala na taśmie filmowej swoją sztandarową sztukę "Bułhakow".

Sztuka opowiada o losach Michaiła Bułhakowa, twórcy "Mistrza i Małgorzaty" Zadaniem . zwierzaka było odegrać rolę pierwowzoru kota Behemota, bohatera powieści. "Kotlet" miał leżeć i mruczeć na bufetowym stoliku (na zdjęciu z Jermołajem, aktorem Teatru Słowackiego Sławomirem Rokitą). Choć na początku wbijał ze strachu pazury w swoją panią, to jednak gdy kamery poszły w ruch zachował się jak rasowy aktor. Za swój występ dostanie gażę, jaka należy się statyście. O tym jak wypadł w sztuce koci artysta przeczytasz więcej w jutrzejszym wydaniu "Gazety Krakowskiej" .

 
25.02.2009  
Paweł Głowacki, 262. Krakowski Salon Poezji. "Coś namalować, zaśpiewać coś" , /Dziennik Polski/
...

Coś namalować, zaśpiewać coś Pamiętne są chwile, gdy czujesz, że szybka cenzurka to nędza. Masz w takiej minucie pisać bądź mówić coś o teatrze, filmie, książce - i doszczętnie przez rodaków przeżute,[...]

Coś namalować, zaśpiewać coś

 

Pamiętne są chwile, gdy czujesz, że szybka cenzurka to nędza. Masz w takiej minucie pisać bądź mówić coś o teatrze, filmie, książce - i doszczętnie przez rodaków przeżute, nic już nie znaczące kulfony przymiotników typu "dobre, złe, piękne, brzydkie" łaszą się psio, pójście na krytyczną łatwiznę podszeptują, bo przecież czytelnik, słuchacz lubi się nie męczyć... A ty co? Wiesz, że gdy ulegniesz tej nędzy, gdy sięgniesz po stylistyczny muł sztancy: "wybitna aktorka X genialnie wykonała utwór Y" - w istocie gówno powiesz, bo tylko bąkniesz, co każdy bąknąć może i chętnie bąka.

Tak, wieki łudzisz się, że nie jesteś jak każdy, lecz dopiero ostatniej niedzieli, kiedy Teresa Budzisz-Krzyżanowska czytała "Rzecz o wolności słowa" Cypriana Kamila Norwida, pojąłeś jasno: gdy jej słuchałeś - naprawdę nie byłeś jak każdy. Kulfon "genialna" wreszcie okazał się trupem. Byłeś sam jak nigdy. Kiedyś próbowałeś przebrnąć przez "Rzecz...". Raz, drugi, piąty telefony wyłączałeś, story zaciągałeś, drzwi ryglowałeś, księgę otwierałeś i przez zawrotny język Norwida brnąłeś pokornie. I raz, drugi, dziesiąty - to samo. Po chwili lektury - kapitulacja. Metaforyczno-semantyczne labirynty "Rzeczy..." za wielkie - ty za mały. I byłeś jak każdy - kolejny Minotaur, stada Minotaurów. I mogłeś zawadiacko wymachiwać starą nędzą wykrzyknika "genialny tekst!!!" - więc wymachiwałeś.

Mogłeś być jak każdy, byłeś jak każdy - ale już nie możesz. Budzisz-Krzyżanowska przeszła przez labirynt jakby to nie labirynt, tylko włos, był. Z karkołomności Norwida zbudowała jasność zawstydzającą twe ucho. Chcesz wchodzić w filozofię "Rzeczy o wolności słowa"? Chcesz gadać o jej stylistycznych przepaściach, co kiedyś były nie do pokonania, a po godzinie czytania Budzisz-Krzyżanowskiej stały się powietrzem? Nie czas na to. Niech wystarczą dwie frazy krótkie, co je zanotować zdołałeś. Jedna tyczy biedy, powodu biedy twoich słów: "nałóg je codzienny podrzędni". Druga - biedy twej głowy: "człowiek myśląc - maluje i śpiewa zarazem".

Kiedy ostatni raz malowałeś tak i śpiewałeś? Zostaw bieguny, między którymi Norwid rozpiął opowieść o języku - to są, przeżuwaczu słów upodrzędnionych codziennym musem prostactwa, skale obezwładniające. Zostaw je i zapytaj siebie: kiedy ostatni raz pisząc cokolwiek - zadbałem o barwę, kształt, brzmienie zdań zaczernianej stronicy? No? Kiedy pomyślałeś, że najgłębszym sensem twej opowieści jest obraz i dźwięk, a nie słownikowy - owszem, prosty i jasny - lecz tylko banał lity kilku trupków typu "dobre, złe", co je każdy wypluć może w dowolnej sprawie i bez wahania?

Ty, ja, on, ona - co i kiedy powiemy o Budzisz-Krzyżanowskiej, która "Rzeczą o wolności słowa" tak doskonale upokorzyła naszą epokę ulicznej wolności słówek zwiędłych? Trzeba coś zdaniem namalować, coś zaśpiewać. Tak. Może jutro, albo w piątek. A dziś? Siedź cicho i cierpliwie czekaj na kolor, kształt, intonację. Siedź sam.

Teatr im. J. Słowackiego. 262. Krakowski Salon Poezji. Na wiolonczelach grali: Dorota Imiełowska i Łukasz Pawlikowski

 
18.02.2009  
Paweł Głowacki, 261. Krakowski Salon Poezji. "Mała wojenka miłosna", /Dziennik Polski/
...

Boczą się. Od pierwszego wejścia, na krótkiej trasie od drzwi do bordowych krzeseł i czarnych mikrofonów, zanim cisną w siebie słowami wierszy o miłości - wyraźnie słychać syk żyletek, fruwających mię[...]

Boczą się. Od pierwszego wejścia, na krótkiej trasie od drzwi do bordowych krzeseł i czarnych mikrofonów, zanim cisną w siebie słowami wierszy o miłości - wyraźnie słychać syk żyletek, fruwających między źrenicami jej i jego. Ona - kobiecość niepowszedniej klasy. Rzekłbym chętnie - kobiecość egzotyczna, tylko gdzie, na jakiej mapie szukać dalekich wysp, na których ona jest normalnością? On - wysoki, szczupły, arystokratycznie szczupły, o głosie niskim tak, że mógłby nim drążyć najgłębsze korytarze krecie. Ewa Kaim i Tomasz Wysocki. Przez godzinę boczą się malowniczo.

Grają maleńkie tąpnięcie miłości. Odgrywają pretensje wzajemne - o nadmiar codziennej obojętności, o stygnącą czułość, o jakiś gest nieopatrzny, o jakieś za grube słówko, o milczenie zbyt długie, jeszcze o to, jeszcze o tamto, o wszystko po prostu, o wszystko, co między dwojgiem śmiertelnie w sobie zakochanych może zdarzyć się niezręcznego. Dają pyszny pokaz wojenki, co do której już od pierwszego ich wejścia widz ma pewność, że skończy się jak zwykle. Przytuleniem. Pocałunkiem. Przejściem jego palców po jej włosach.

Niewielki zgrzyt uczucia Kaim i Wysocki grają - i gra ta ma swą jedną, niełamliwą intonację. Od początku do końca smak tylko jeden. Między ciszą a wściekłością nieustannie falujące, lecz wciąż jedno brzmienie - wyłącznie ich własne. I na tym właśnie polega cała pyszność ostatniego, walentynkowego Salonu Poezji "Tym tylko jestem, czego ty dotykasz dłonią..."

Mrowie wierszy odczytywali, wierszy z różnych planet emocjonalnych. Wersy Cwietajewej i Tetmajera, dzieła Brodskiego i Szymborskiej, słowa Cummingsa, Poświatowskiej, Hardy'ego, Frosta, Szekspira, Donne'a, Cartwrighta, Gravesa, Broniewskiego, Osieckiej i kogo tam jeszcze. Kosmos czytali, owszem, lecz tak, jakby odległe i obce sobie planety nizali na tę ich jedną, intymną nitkę - na ich ton, falowanie ich brzmień, na jeden jedyny smak ich boczenia się wzajemnego. Szekspir, Osiecka albo Donne - byli jedynie żołnierzykami maleńkiej ich wojenki. Zacnych klasyków sprowadzili do poziomu pięknie syczących żyletek. Inaczej mówiąc - stworzyli opowieść spójną.

Tak oto potencjalny patos miłości - w końcu gdyby całość nabrała spiżu godnego sławnych, dziś już dokumentnie ślubną recytacją zgnębionych fraz z Listu św. Pawła do Koryntian, nikt nie mógłby się dziwić zanadto - obrócony został w realną lekkość, w radosną grę, w kawał godzinnego śmiechu wyzwalającego zawsze w sprawach sercowych z pretensjonalnej powagi i przykrych nadęć.

Po prostu - to niby groźne tąpnięcie ich kochania się wzajemnego przez godzinę było na wyciągnięcie ręki. Ot, coś uroczo codziennego, zza okna, coś najnormalniejszego pod słońcem. Wiele hałasu o nic! A później? Jak zwykle. Jutro jego palce przejdą po jej włosach - i na powrót będzie, jak było. Samo ciepło między nimi.

 

Teatr im. Juliusza Słowackiego. 261. Krakowski Salon Poezji. Wiersze o miłości czytali: Ewa Kaim i Tomasz Wysocki. Śpiewali: Beata Malczewska, Halina Jarczyk i Rafał Dziwisz. Na fortepianie grał: Jacek Bylica. Gospodarze Salonu: Anna Burzyńska i Józef Opalski.

 
13.02.2009  
Wacław Krupiński, Walory zespołu sterującego, /Dziennik Polski/
...

DOTACJE. Oszczędność jakże osobliwa, bo szło raptem o 25 tys. zł, dotknęła Krakowski Salon PoezjiMinisterstwo kultury rozdzieliło nie tylko, o czym pisaliśmy, dotacje ze środków europejskich, ale i wł[...]

DOTACJE. Oszczędność jakże osobliwa, bo szło raptem o 25 tys. zł, dotknęła Krakowski Salon Poezji

Ministerstwo kultury rozdzieliło nie tylko, o czym pisaliśmy, dotacje ze środków europejskich, ale i własnych, które trafiły do wnioskodawców w ramach m.in. programu "Wydarzenia artystyczne". Wśród instytucji, których wnioski rozpatrzono pozytywnie, wiele pochodzi z Krakowa i Małopolski. Są i takie, które zlekceważono.

- W tym roku Ministerstwo Kultury odrzuciło w zasadzie wszystkie nasze wnioski o dofinansowanie. Nie chciałbym tego komentować. Głośnego protestu wymaga jednak odmowa symbolicznego choćby wsparcia Krakowskiego Salonu Poezji. I to po raz pierwszy od lat! Jest to policzek nie tylko dla organizatorów, którzy bezinteresownie i z ogromnym nakładem pracy przygotowali już 260 salonowych premier, nie tylko dla wybitnych często artystów, którzy czytają wiersze za symboliczne wynagrodzenie, bo wiedzą, że uczestniczą w czymś ważnym i potrzebnym, ale - przede wszystkim - dla publiczności, która w każde niedzielne przedpołudnie tłumnie szturmuje bramy Teatru, ponieważ nadal, i mimo wszystko(!), wierzy w potęgę słowa i magię poetyckiej metafory. Kulturotwórcze i edukacyjne znaczenie Krakowskiego Salonu Poezji oraz jego licznych krajowych (i zagranicznych już!) naśladowców wydaje się nie do przecenienia. To że resort kultury prezentuje tu odmienny pogląd, graniczy, w moim przekonaniu, z nonszalancją, żeby nie użyć mocniejszego słowa! - mówi dyr. Teatru im. J. Słowackiego Krzysztof Orzechowski.

A co na to resort kultury? Z wyjaśnienia, jakie otrzymaliśmy z biura rzecznika prasowego ministerstwa, wynika, że wszystko jest OK. Wnioski analizuje i rekomenduje ministrowi "zespół sterujący", a przesądza przyznana średnia ocena punktowa. "Generalnie - w zależności od programu - każdy ze zgłoszonych projektów może otrzymać maksymalnie od 6 do 20 pkt, a w zależności od programu minimum dające rekomendację to średnia od 5 do 11 pkt". A Salon Poezji, zgłoszony do programu "Edukacja kulturalna", otrzymał średnią 3,89 w skali 11 pkt.". A - pada wyjaśnienie - "Warto dodać, iż uprzednia edycja przedsięwzięcia otrzymała dotację w ramach programu "Promocja twórczości", będącego poprzednikiem tegorocznego programu "Wydarzenia artystyczne". Tak więc podstawą zeszłorocznej rekomendacji była ocena walorów artystycznych projektu, które w programie "Edukacja kulturalna" z oczywistych względów nie są traktowane priorytetowo".

Czyli Salon Poezji nie dostał pieniędzy, bo w programie "Edukacja kulturalna" "z oczywistych względów" walory artystyczne nie są ważne!!!

Pytaliśmy także o powody niskiej dotacji - 240 tys. zł, dla krakowskiego Stowarzyszenia Sezony Teatralne i Baletowe, organizującego Dramaty Narodów - Festiwal Słowacki 2009. W roku tego twórcy wygląda to dziwnie. Ale odpowiedź znów ograniczyła się do punktów i procentów oraz informacji, że "Projekt Dramaty Narodów - Festiwal Słowacki 2009 ze średnią punktową 7,88 znalazł się w grupie nieco niżej punktowanych zadań". To widać. Bo np. szczeciński XLIV Przegląd Teatrów Małych Form KONTRAPUNKT dostał 400 tys., a gdański XIII Festiwal Szekspirowski - 300 tys.

- Niemile zaskoczony przyjmuję tę decyzję, bo nie wiem, czy dysponując takimi środkami, będziemy w stanie cokolwiek zorganizować. Chcieliśmy i przygotować produkcje własne, i zorganizować przegląd spektakli dramatu romantycznego. Liczyliśmy na dotację w granicach 400-450 tys. Nie umiem powiedzieć, co w tej sytuacji, bo jeszcze nie mamy decyzji o pomocy z Urzędu Miasta - powiedział nam strapiony prof. Jacek Popiel, dyrektor artystyczny Festiwalu Słowacki.

W ogóle widać, że klasyka nie była ceniona. 240 tys. dostały też tak wpisane w tradycję XXXIV Opolskie Konfrontacje Teatralne "Klasyka Polska", a połowę tej sumy 49. Kaliskie Spotkania Teatralne - Festiwal Sztuki Aktorskiej. Co innego Przegląd Teatrów Małych Form KONTRAPUNKT. "To festiwal o ponad 40-letniej tradycji, postrzegany jako jeden z najważniejszych festiwali w kraju i jedno z najważniejszych przedsięwzięć artystycznych w regionie zachodniopomorskim" - jak nam wyjaśniono.

Ale to i tak nic. Wrocławski Instytut im. Jerzego Grotowskiego - otrzymał łącznie 1,6 mln zł! - po 600 na Festiwal Świat Miejscem Prawdy oraz Europejską Nagrodę Teatralną i 400 tys. w ramach innego programu na modernizację budynku dla Instytutu. Dlaczego aż tyle? "Obchody Roku Grotowskiego są jednym z najważniejszych wydarzeń teatralnych w skali światowej, organizowane są pod auspicjami UNESCO, zaś Europejska Nagroda Teatralna, której wręczenie uświetni obchody, uznawana jest za najważniejsze wyróżnienie teatru europejskiego" - wyjaśniono.

Dodajmy, gospodarzem będzie minister kultury Bogdan Zdrojewski. Z Wrocławia. Czy to aby też czegoś nie wyjaśnia?

A 600 tys. zł na Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog - też wrocławski... Pewnie też dobrze wypadł w punktacji utajnionego zespołu sterującego. Anonimowego "dla uniknięcia ewentualnych nacisków ze strony wnioskodawców". Kto owe wnioski przedkładał ministrowi, dowiemy się po zamknięciu procedur związanych z II naborem - w czerwcu.

 

 

KOMENTARZ

 

Wacław Krupiński

Dzielenie pieniędzy, zwłaszcza, gdy ich brak, zawsze rodzi pytania i domysły. Wzbudza je - w wielu miejscach - i lista beneficjentów ministerialnych dotacji. Europejska Nagroda Teatralna ważna jest - tak, Grotowski - podobnie. Ale Słowacki przy nim aż taki nieważny? A co Gombrowicz nauczał - "Słowacki wielkim poetą był".

A mówiąc całkiem serio; pominięcie Salonu Anny Dymnej jest osobliwe. Toż kwot 25-tysięcznych rozdano multum. A już kuriozalne jest tłumaczenie, że edukacja kulturalna ma się odbywać bez względu na jej walory artystyczne. Tego poglądu resortu kultury komentował nie będę. "Z oczywistych względów". I tylko zastanawiam się, czy aby tego typu walory myślowe nie miały wpływu i na inne dotacje.

 
11.02.2009  
Paweł Głowacki, 260. Krakowski Salon Poezji. "Kazimiera Iłłakowiczówna dzwoni na mszę" 260. Krakowski Salon Poezji. Wiersze Juliana Tuwima i Kazimiery Iłłakowiczówny czytali: Marzena Trybała i Wiesław Komasa. , /Dziennik Polski nr 35/
...

Gdyby jeszcze jeden wiersz przeczytali tak, jakby to nie liryk Juliana Tuwima bądź Kazimiery Iłłakowiczówny, tylko "Tryptyk rzymski" Karola Wojtyły był - w dwudziestej piątej minucie Salonu Poezji zat[...]

Gdyby jeszcze jeden wiersz przeczytali tak, jakby to nie liryk Juliana Tuwima bądź Kazimiery Iłłakowiczówny, tylko "Tryptyk rzymski" Karola Wojtyły był - w dwudziestej piątej minucie Salonu Poezji zatytułowanego "Mieszkam w porze truskawek" niechybnie na kolana cichuteńko bym padł, przeżegnał się, głowę pokornie opuścił i zdrowaśkę wyszeptał. Kto wie, nawet może Wacława Krupińskiego, który ze mną na sofie siedział, do wspólnego różańca bym nakłonił?

Nie wiem, skąd aktorzy ostatniej niedzieli czytający doskonałe drobiazgi wyżej wspomnianych poetów wzięli pomysł, by tym przecież nigdy nie koturnowym frazom intonacją nadać walor wersetów biblijnych. Nie pojmuję, dlaczego tytułowe truskawki w porze głośnej lektury Marzeny Trybały i Wiesława Komasy - pachniały kadzidłem, nie truskawką. Któreś z nich recytowało: "Już niczego nie pragnę, oprócz wielkiej ciszy" - a w złotym foyer było nagle tak, jak w kościele moment przed podniesieniem. Ze łzami na krawędzi powieki ona oznajmiała albo on szeptał: "Dawniej nie było śmierci, dziś jest pod ręką" - więc na widowni usta się otwierały na przyjęcie ciała Chrystusa. Gdy pod sufitem zawisła mglista prośba: "Weźcie mnie do siebie (...) gdy dusza się urwie" - wszyscyśmy pewni byli, że rychło wybrzmią słowa finalne: "Idźcie, ofiara spełniona", a my godnie i pokornie odpowiemy: "Bogu niech będą dzięki" oraz: "Amen".

Rzecz jasna, w czytaniu Trybały i Komasy nie każdy wiersz komżą był otulony i rymem bądź rytmem na mszę dzwonił. Nie. Ale też jeśli przez godzinę z lwią częścią utworów, powiedzmy sobie z 25 na 30, mniej więcej właśnie tak sprawy się miały - całość musiała dziwnie brzmieć. Dziwnie i monotonnie. Owszem, pięć, może osiem liryków zatańczyło tak, jak je poetka i poeta roztańczyli - lekko, jasno, bez bombastycznych gestów - lecz gdy reszta unosiła się na komżach, dzwonach, kadzidłach i opłatkach - musiało przyjść znużenie. I wrażenie na podobieństwo odpustowej tandety tuż za znużeniem.

Pytanie, skąd wzięli pomysł na seans monotonii świętej, inaczej jeszcze postawić można. Otóż, jakim cudem zapomnieli, akurat oni - aktorzy przecież nie byle jacy, że wszystko, co jest i co ma później być w czytaniu, tkwi tu, w wierszu, na dnie wiersza, a nie gdzie indziej? Klasyk uczył: gdy tematem jest taniec, słowa tańczą, gdy sen - słowa idą spać. Przekładając to na niedzielny występ Trybały i Komasy - gdy wiersz tańczy, to nie można mu kazać klepać zdrowaśki, gdy spać idzie - idzie do łóżka, nie do spowiedzi. Słowem - jest jak było od początku. Ufność wobec tekstu i miarkowanie prywatnych, spoza tekstu przyłażących wzruszeń - w teatrze popłaca zawsze. W przeciwnym razie bywa jak ostatniej niedzieli na Salonie.

Kościelnie było. Tak. I przez to też - kłopotliwie. Bo oto Iłłakowiczówny wiersz otulony komżą na mszę dzwonił, a przecież Iłłakowiczówna, co nie jest wielką tajemnicą, całe życie była, że tak powiem, poręcznym kolegą dla swych spragnionych koleżanek...

 

Teatr im. Juliusza Słowackiego. 260. Krakowski Salon Poezji. Wiersze Juliana Tuwima i Kazimiery Iłłakowiczówny czytali: Marzena Trybała i Wiesław Komasa. Śpiewał Szymon Komasa. Na fortepianie grała Anna Graczykowska.

 
05.02.2009  
Łukasz Maciejewski, "Rozmowy poufne" w reż. Iwony Kempy w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. Pisze Łukasz Maciejewski w Teatrze., /Teatr nr 1/01.2009/
...

Pani Bovary to Anna«W napisanej w 1994 roku powieści Ingmara Bergmana, której krakowski spektakl jest światową prapremierą, pierwsza poufna rozmowa głównej bohaterki Anny (Dominika Bednarczyk) z wujem[...]

Pani Bovary to Anna

«W napisanej w 1994 roku powieści Ingmara Bergmana, której krakowski spektakl jest światową prapremierą, pierwsza poufna rozmowa głównej bohaterki Anny (Dominika Bednarczyk) z wujem Jakubem (Tomasz Międzik) uruchamia lawinę wyznań. Iwona Kempa wyreżyserowała spektakl o spowiedzi bez końca, bez kresu. To przedstawienie o drobnych winach i ich wielkich konsekwencjach, o odwadze przyznania się do własnej życiowej klęski i o gorzkiej zgodzie na trwanie w hipokryzji. Czysty i mądry teatr. Jeden z najciekawszych spektakli w repertuarze Teatru im. Juliusza Słowackiego w ostatnich latach. Może nawet najciekawszy.

"Rozmowy poufne", wcześniej m.in. "Sceny z życia małżeńskiego" w Teatrze Scena Prezentacje, nieudana "Sarabanda" z Budzisz-Krzyżanowską, "Sonata jesienna" z Landowską i Wiśniewską w Ateneum. Czyżby teatralna moda na Bergmana? Niekoniecznie. To jednak karkołomny materiał literacki. Pozornie nic prostszego. Wystarczy przenieść gęste, doskonale podpatrzone portrety i pokazać twarze uchwycone w przełomowym momencie życia. Łatwo jednak dać się uwieść świetnie skonstruowanym, niepokojącym Bergmanowskim kadencjom i skandynawskiej gorączce słów. Ale w teatrze trzeba Bergmana czytać inaczej niż w kinie. Z dystansem, sceptycyzmem, z wątpliwościami. Myślę, że właśnie dlatego Iwona Kempa w swojej adaptacji taktycznie ograniczyła wszystkie histeryczne, emocjonalne naddatki literackiego pierwowzoru. Wyrzuciła typowo melodramatyczne sceny, zostawiając tylko to, co być może dla samego autora miało znaczenie drugoplanowe - stłumione pytania o sens międzyludzkich relacji, brak miłości matki do córki, żony do męża, kochanka do starszej od niego kobiety. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że z gęstej prozy Bergmana Kempa wydestylowała tylko banał. Ten banał jest jednak bardzo dotkliwy.

Spektakl ma zaburzony układ czasowy. Cofamy się w przeszłość, wracamy do teraźniejszości, wybiegamy w przyszłość. Oglądamy zaledwie kilka scen z życia Anny, kilka jej niestosownie podsłuchanych, poufnych rozmów. A przecież mamy pewność, że taka jest właśnie esencja życia tej kobiety.

Nic więcej się nie wydarzy, nic szczególnie ważnego.

Temat, wydanych również w Polsce (w znakomitym tłumaczeniu Haliny Thylwe) "Rozmów poufnych" leży w szerokim kręgu zainteresowań wielkiego filmowca. Jak wiemy, Bergmana fascynował przede wszystkim Bóg i Eros, zniewolenie wiarą, albo jej brakiem, ale także fizjologia i popędy oraz - może nade wszystko - rodzinna opresja. Grzechy babki dziedziczone przez wnuki, żądza ojca przechodząca w erotyzm syna, myślowe lenistwo, egotyzm. Okrucieństwo - czerpiącego obficie z własnej biografii autora -

bywało u niego sadystyczne, ale nigdy nie oderwane od psychologii. Gorzki literacki portret stawał się naszym deprymującym autoportretem.

Bergmanowi chodziło o zrozumienie dla trudnej i skomplikowanej kobiecości. Tą kobietą była Anna, matka późniejszego reżysera. Oglądamy moment, kiedy decyduje się ona przyznać do grzechu wiarołomstwa. Co daje nam konfesja, czy pomaga w czymkolwiek? Tytuł "Rozmowy poufne" nawiązuje do rozmów, jakie zalecał Luter w miejsce zlikwidowanej przez niego katolickiej spowiedzi. Pozbawione intymności i anonimowości konfensjonału, rozmowy takie zmuszały do odważnego przyjrzenia się grzesznemu życiu - konfrontacji z samym sobą.

Bergman pisał "Rozmowy poufne" jako dalszy ciąg autobiograficznych "Dobrych chęci", przeniesionych z sukcesem na duży ekran przez Billego Augusta. W 1996 roku długi (prawie trzyipółgodzinny) film według "Rozmów..." (pokazywany w polskiej telewizji pod tytułem "Intymne zwierzenia") wyreżyserowała Liv Uli mann - aktorska muza Bergmana i matka ich córki. Spektakl Iwony Kempy jest jednak diametralnie inny. I nie chodzi, co oczywiste, o odmienną, bo teatralną formę, ale o różny przekaz, nazwijmy go, moralny. O ile Ullmann interesowały głównie rozdzierające, mające autobiograficzne uzasadnienie paralele pomiędzy niekochanym dzieckiem a niekochaną matką, o tyle Kempa zobaczyła w Annie kogoś w rodzaju pani Bovary a rebours. W krakowskim przedstawieniu dzieci Anny jakby nie istniały, jest tylko zduszony konwenansami kobiecy egoizm, udawane pożądanie, wreszcie nijacy mężczyźni pojawiający się na drodze tej wyjątkowej - głównie we własnym mniemaniu -dziewczyny.

W przeciwieństwie do bohaterki Flauberta Bergmanowska Bovary nie decyduje się jednak na żaden ostateczny krok. Jest zbyt przebiegła, a może jednak nazbyt złamana niepowodzeniami. W każdym razie, w trakcie finałowego, pełnego goryczy spotkania z umierającym wujem, w Annie nie ma już nawet śladu entuzjazmu, z którym przychodziła do tego samego domu przed laty, żeby opowiedzieć pastorowi, że kocha młodego mężczyznę, a jej dotychczasowe małżeństwo z Henrykiem (Sławomir Maciejewski), przed którym przestrzegała ją matka (świetna Anna Tomaszewska), uważa za udany układ koleżeński. Gdy Jakub nakazał wtedy Annie, żeby szczerze wyznała wiarołomstwo mężowi, kobieta rozpoczęła nowy rozdział życia. Miłosne oczarowanie szybko zostało zastąpione przez rozczarowanie. Życiem, nie tylko miłością.

Kreację w "Rozmowach poufnych" stworzła dawno nie oglądana na Scenie Miniatura Bożena Adamek. W "pięciominutowej" roli Marii, żony umierającego Jakuba, zagrała i desperacki lęk kobiety przed odejściem męża, i bezbronne dobro, perspektywę samotności i zbyt mocno uwierające milczenie w pustym domu. O rolach takich jak ta mówi się, że błyszczą. To blask wielkiego aktorstwa.

Ale najważniejsze okazało się, oczywiście, trafne obsadzenie postaci Anny. Tu niepowodzenie w wyborze skazałoby spektakl na katastrofę. Zadanie było tym trudniejsze, że musiała ją uwiarygodnić aktorka nie tylko bardzo utalentowana, ale śmiem twierdzić - bogata wewnętrznie. Nie chodziło w końcu tylko o perfekcyjne odtworzenie cudzego emocjonalnego rozchwiania, ale o prywatne zrozumienie dla niejednoznaczności ludzkich wyborów, słów, namiętności. Dlatego grająca tę rolę Dominika Bednarczyk w żadnym stopniu nie usprawiedliwia bohaterki, nie wymusza sympatii, litości, współczucia. Cudem zadziwiającej aktorskiej mimikry staje się konglomeratem tych samych co Anna, tragiczno-komicznych poblądzeń, zakochań i wytłumaczeń.

Długo czekałem na moment, kiedy ta znakomita i ciągle jeszcze bardzo młoda artystka Teatru im. Juliusza Słowackiego otrzyma wreszcie zadanie na miarę swojego talentu. Po ostatnich spektaklach (choćby po niefortunnym "Bliżej" w reżyserii Redbada Klijnstry) było mi przykro, że się trochę pogubiła. Na szczęście w "Rozmowach poufnych" Bednarczyk udowadnia, że jest nadal jedną z najbardziej intrygujących aktorek w naszym kraju. Jej Anna wydala mi się nawet ciekawsza od kreacji - znakomitej przecież - Pernilli August, grającej w filmie Ullmann.

Bednarczyk z łatwością (wynikającą jednak z bezbłędnego rzemiosła) przechodzi płynnie przez całą gamę zmiennych kobiecych emocji, nastrojów. Gwałtowne spazmy i wymowne przemilczenia. Ale Anna w krakowskich "Rozmowach poufnych" nie pozwala sobie na komfort pa tet ycz ny c h, u per fu mowa nyc h tonów z teki Emmy Bovary. Jej egzaltacja wynika z pięknego marzenia, że szczęście nie jest tylko surowym, protestanckim zapisem biblijnej perspektywy wiekuistej. Przeciwnie - pojawia się niespodziewanie w naszym życiu i jest na wyciągnięcie ręki. To zakazany owoc. Ale warto go skosztować. Również po to, aby zrozumieć, że tak naprawdę często okazuje się on gorzką trucizną"

***

Łukasz Maciejewski - filmoznawca, dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny; publikuje m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Dzienniku" i "Kwartalniku Filmowym". Stale współpracuje z "Teatrem".

 
04.02.2009  
Marta Odziomek, II Katowicki Karnawał Komedii. Pisze Marta Odziomek w artPapierze., /www.artpapier.com/
...

Z uśmiechem nam do twarzy «Śmiać się lubimy i śmiać się chcemy. Potwierdza to popularność II edycji Katowickiego Karnawału Komedii, która przerosła oczekiwania organizatorów - bilety ponoć rozeszły si[...]

Z uśmiechem nam do twarzy

 

«Śmiać się lubimy i śmiać się chcemy. Potwierdza to popularność II edycji Katowickiego Karnawału Komedii, która przerosła oczekiwania organizatorów - bilety ponoć rozeszły się nie w kilka dni, a w kilka godzin! Każdy spektakl przyciągnął rzesze zwyczajnych ludzi - gdyż, wspominając słowa dyrektora artystycznego festiwalu i Teatru Korez Mirosława Neinerta, jest to impreza, która takich zwyczajnych widzów ceni sobie najbardziej, bo to właśnie dla nich Katowicki Karnawał Komedii powołany został do życia.

Komedia to słowo o dość dużej rozpiętości znaczeniowej, czego organizatorzy Katowickiego Karnawału Komedii są jak najbardziej świadomi i dbają tym samym o różnorodność stylistyczną repertuaru. I chwała im za to, bo nie wyobrażam sobie, że mielibyśmy przez dziewięć wieczorów oglądać li tylko schematycznie napisane farsy. Na szczęście, obok przyzwoicie odegranych fars, można było podczas festiwalu obejrzeć również te spektakle, które z banalnymi komediami nie miały wiele wspólnego, a ich komizm przejawiał się nie w samonapędzającej się serii gagów, lecz w wyrafinowanym, często subtelnym dialogu, ironicznych ripostach czy też w konstrukcji postaci.

I było takich sztuk więcej niż fars. Do tej kategorii spektakli należał z pewnością "Frank V. Komedia bankierska" [na zdjęciu] krakowskiego Teatru im. Słowackiego, tragikomedia "Sami" - udany debiut dramaturgiczno-reżyserski aktorskiego małżeństwa z legnickiego Teatru im. Modrzejewskiej, monodram "Czołem wbijając gwoździe w podłogę" Teatru im. Jaracza z Łodzi w wykonaniu Bronisława Wrocławskiego, jak i spektakl "Trzy po trzy" - premierowa realizacja Teatru Śląskiego, współorganizatora festiwalu. Najbardziej charakterystyczne dla tej premiery było bardzo wyraźne podzielenie publiczności (i krytyki) na entuzjastów spektaklu oraz jego przeciwników. Entuzjaści chwalili adaptację, bądź co bądź, trudnego i niescenicznego tekstu, będącego swoistym pamiętnikiem Aleksandra Fredry z czasów, kiedy uczestniczył w licznych wyprawach wojennych, a także gawędą szlachecką opisującą ówczesne życie i - przy okazji - rozległym freskiem o Polsce i Polakach. Podobała im się gra aktorska oraz koncepcja reżysera Rudolfa Zioły, który w minimalistycznej przestrzeni i z użyciem kilku wymownych rekwizytów (zwłaszcza stołków) zawarł całą prawdę o naszym narodzie. Przeciwnicy wad upatrywali zgoła w tym samym (sic!) i dodawali, że przecież wszystkie owe prawdy, którymi raczy nas reżyser, są nam dobrze znane. Cóż rzec, spektakl zapewne nie należał do najłatwiejszych pod względem treści i zapewne nie był komedią. Trudno jednak nie przyznać entuzjastom racji, że aktorzy Teatru Śląskiego (zwłaszcza Michał Rolnicki, Artur Święs i Maciej Wizner) poradzili sobie świetnie i stworzyli intrygujące postaci.

Nie inaczej było z "Frankiem V. Komedią bankierską", nieco zapomnianą sztuką Dürrenmata, w której część widzów dostrzegła znakomitą parodię na świat ogarnięty manią bogacenia się, w dodatku parodię z wybornie odśpiewanymi songami, a część uznała ją za nudną, niemiłosiernie dłużącą się ramotkę. O przystawalność treści do dzisiejszego świata można by się długo spierać, ale każdy, kto widział "Franka V", nie mógł nie dostrzec rewelacyjnego aktorstwa niemal całej trupy krakowskiego "Słowaka".

Tak się złożyło, że pierwszy karnawałowy weekend upłynął właśnie pod znakiem takiego "niefarsowego" zestawu spektakli, co ponoć widzowie w foyer, przy kasach biletowych i w fotelach komentowali słowami: "Kiedy wreszcie komedia?", a czego dyrektor Neinert nie omieszkał wykorzystać jako anegdoty w trakcie którejś z zapowiedzi. No i ku uciesze publiczności komedie pojawiły się już w poniedziałek. Farsy te charakteryzowały się przede wszystkim obsadami, w których często figurowały gwiazdy małego, rzadziej wielkiego, ekranu. I tak zagościli na deskach śląskich teatrów Katarzyna Figura, Grażyna Wolszczak, Andrzej Grabarczyk i Marek Siudym. Wymienione panie były główną atrakcją "Koleżanek" warszawskiego Teatru Komedia, bulwarowej farsy o życiu ukochanej żony swojego męża, która oczywiście nie mogła obyć się bez towarzystwa swoich kilku koleżanek. Mąż, rzecz jasna, nie był z owego faktu zadowolony i ot, cała "sztuczka". Zaś panowie Grabarczyk i Siudym postanowili zauroczyć nas przyjemną, acz nie pozbawioną mankamentów reżyserskich (co przejawiało się głównie brakiem pomysłów na inscenizowanie kolejnych scen) sztuką o miłości, młodości i... aniołach zstępujących z niebios. Po cóż jednak ganić i wybrzydzać, jeśli właśnie takich sztuczek publiczność się domagała?

Najciekawiej spośród fars i lekkich komedyjek wypadł spektakl krakowskiego Teatru Ludowego "Pół żartem, pół sercem", również z gwiazdorską obsadą. W roli głównej wystąpił Tomasz Schimscheiner, świetny aktor kojarzony niestety raczej z serialami, choć Teatr Korez robi, co może, aby śląska publiczność poznała go również jako aktora teatralnego m.in. zapraszając aktora na gościnne występy do Korezu z monodramem "Zwierzenia pornogwiazdy". Spektakl zaprezentowany podczas festiwalu był sprawnie i żwawo zagraną sztuką, będącą pastiszem zarazem Szekspirowskich dramatów, jak i hollywoodzkich filmów. Mniej wprawnych widzów bawiło mnóstwo damsko-męskich przebieranek i gagów z tym związanych, zaś tych bardziej zorientowanych w historii dramatu europejskiego cieszyło wynajdywanie w spektaklu Szekspirowskich tropów. Warto wspomnieć, że przedstawienie otrzymało nagrodę publiczności w kategorii "spektakl na dużej scenie".

Monodram to gatunek, który na Katowickim Karnawale Komedii dobrze się miewa - w tym roku mieliśmy ich pod dostatkiem. Pierwszy z prezentowanych monodramów - wspomniany już "Czołem wbijając gwoździe w podłogę" był jednym z tych spektakli, które, owszem wywołują (czasem nawet gromki) śmiech, ale jest to zawsze śmiech z domieszką goryczy. Świetnie skonstruowany tekst amerykańskiego dramaturga Erica Bogosiana znakomicie wybrzmiał na scenie, co było zasługą fenomenalnej gry Bronisława Wrocławskiego. Pomysł sztuki polegał na odgrywaniu przez Wrocławskiego serii różnych postaci - typów męskich i prezentowaniu ich życiorysów, poglądów i bolesnych doświadczeń poprzez publiczne wystąpienia. Zatem o znużeniu bohaterem nie mogło być mowy, bo wchodziło ich na scenę co najmniej pięciu! Nie wspominając o scenicznych umiejętnościach samego Wrocławskiego, który każdej personie przydawał oryginalne i niepowtarzalne cechy psychofizyczne. Obok Bronisława Wrocławskiego mogliśmy podziwiać na scenie samego Jana Peszka - ekscentryka, który swoim monodramem tę ekscentryczność jeszcze bardziej potwierdził. Ów najbardziej oczekiwany monodram - "Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego" okazał się mistrzowsko wykonanym performancem, jednak pozbawionym znaczenia i, tym samym, emocji. Tekst Bogusława Schaeffera potraktowany został przez Peszka jako materiał wyjściowy, służący do rozlicznych eksperymentów z przedmiotami codziennego użytku. Śmiechu było co niemiara, każdy eksperyment okraszony został bowiem iście wybitną aktorską miną tudzież gestem, ale, mimo wszystko, pozostał po występie Jana Peszka mały niedosyt spowodowany krótkością trwania tego dość nietypowego spektaklu.

Ostatni z prezentowanych monodramów "Cavewoman. Kobieta jaskiniowa" z udziałem Hanny Śleszyńskiej, okazał się zwycięzcą w kategorii "spektakl na małej scenie", a to dlatego, iż najlepiej wpisał się w konwencję festiwalu i w stu procentach spełnił oczekiwania widzów. Sztuka ta w zabawny, ale zarazem dość banalny i schematyczny sposób próbowała nakreślić wizerunek współczesnej kobiety poszukującej mężczyzny idealnego. Towarzysząca Śleszyńskiej kukła mężczyzny miała zaś uzmysłowić męskiej części publiczności, jaki ten idealny mężczyzna powinien być (milczący, potulny, nie rzucający się w oczy, nie szukający przygód a tym bardziej innych kobiet!). W trakcie opowieści o swoich nieudolnych i kończących się ustawicznymi niepowodzeniami romansach aktorka swobodnie rozbijała sceniczną iluzję bratając się z publicznością. Sądzę, że największą zaletą tego spektaklu był ów świetny kontakt, jaki zaistniał pomiędzy aktorką a widzami.

Warto wspomnieć jeszcze o ważnym spektaklu tego sezonu - o "Samych" w reżyserii Pawła Wolaka i Katarzyny Dworak - debiutujących tą sztuką na deskach Teatru im. Modrzejewskiej z Legnicy, słynącego z eksperymentalnego podejścia do teatru. "Samych" trudno uznać za komedię, ale trudno było podczas spektaklu powstrzymać się od chichotu, widząc, jak główni bohaterowie - małżeństwo emigrujące na wieś - nie potrafią poradzić sobie z nowym otoczeniem. Zachwycił świetny poziom gry legnickiego zespołu oraz sposób wykorzystania przestrzeni, za to zasmuciła... frekwencja. Otóż był to jedyny spektakl, podczas którego widownia nie była wypełniona po brzegi. I tu rodzi się smutna konkluzja, iż publiczność łasa jest nie na dobre sztuki, a przede wszystkim na (niekoniecznie dobre) sztuki z nazwiskiem. A że w obsadzie "Samych" żadnego znanego nie było, to i frekwencji zabrakło. Mały zgrzyt w trybikach bezbłędnie działającej machiny.

Drugim zgrzytem był niedoszły występ Zbigniewa Zapasiewicza i Franciszka Pieczki w spektaklu "Słoneczni chłopcy". Apetyty widzów zostały rozbudzone, ale niestety musieliśmy obejść się smakiem. Ale, co się odwlecze, to nie uciecze! Nie martwmy się - spektakl będzie można obejrzeć już w maju podczas XX Gliwickich Spotkań Teatralnych. Zaś publiczność festiwalowa pożegnana została "Ambiwalencją" - recitalem Mariusza Lubomirskiego. Choć to chyba nie do końca był koniec Katowickiego Karnawału Komedii. On wciąż trwa, o czym świadczy lutowy repertuar Teatru Korez, w którym niedawno pojawiła się rubryka "Katowicki Karnawał Komedii na bis!", co oznacza, że na życzenie publiczności ponownie pokazany zostanie "Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego", na który już brak wolnych miejsc! To się nazywa miłość do teatru!»

 
03.02.2009  
Paweł Głowacki, 259. Krakowski Salon Poezji. "Oddalanie Rzeczy mniejszych" Wiersze i listy Emily Dickinson czytały: Bożena Adamek i Dominika Bednarczyk. Na wiolonczeli grał Jacek Kociuban., /Dziennik Polski/
...

Który to już raz na Salonie Poezji czytano wiersze Emily Dickinson? Trzeci? Piąty? W zamierzeniu ubożuchne stylistycznie (tego uczą znawcy), skąpe i nieregularne, niesylabiczne, akcentowe, o niecz[...]

Który to już raz na Salonie Poezji czytano wiersze Emily Dickinson? Trzeci? Piąty? W zamierzeniu ubożuchne stylistycznie (tego uczą znawcy), skąpe i nieregularne, niesylabiczne, akcentowe, o nieczystych rymach, rwane, wyjąkiwane, lepione z fraz uparcie przepoławianych pauzami, pełnych gwałtownych zamilknięć, rozsadzanych ciszą, a zarazem gęstych od słów przyłażących ze wszystkich stron świata i dziedzin, z geografii krain egzotycznych, z astronomii, ogrodnictwa, krawiectwa, botaniki i ulicy, bełkotu bezimiennych i hymnów protestanckich - który raz zawrotne te, kilkuwersowe pestki były gośćmi na Salonie? Siódmy?

Na zasadzie niepojętej, nie wiadomo przez kogo sterowanej kompensacji: tak rzadko, jak Dickinson, coraz intensywniej skuta psychozami, opuszczała swój pokój na pierwszym piętrze rodzinnego domu w Amherst (nawet na rodzinną ceremonię żałobną po śmierci ojca nie zeszła, przysłuchując się jej przez uchylone drzwi) - tak często poezja Dickinson "wychodzi" teraz z pustego pokoju na piętrze? Niezręczny to koncept, naiwny. Więc - co? Dlaczego, kiedy Bożena Adamek i Dominika Bednarczyk czytały jej wiersze, miało się wrażenie, pewność bez mała, że przecież były one tutaj niedawno, ba, przysiągłbyś, iż nie dalej - jak wczoraj?

Może to po prostu sprawa delikatnego czytania, co z cudzych, choćby pierwszy raz w życiu na głos podawanych i słuchanych zdań, metafor, intonacji, zawsze czyni coś na podobieństwo starej, dobrze znanej rzeczy, bliskiej rzeczy, ciepłej, zawsze na wyciągnięcie ręki? To też, oczywiście. Z jednej strony - Adamek. Tak zwane "chodzące dobro" albo lepiej - kruchość na miarę figurek szklanej menażerii. Wieczna dziewczęcość, uparte ciepło na każdy temat i uśmiech miękki, co pała nawet wtedy, gdy Adamek się nie śmieje. Jasność od stóp do głowy zawsze dobrej. Z drugiej strony - Bednarczyk. Inne smugi, zupełnie inne. Ciemne, skulone, nieuchwytne. Kobiecość dyskretna, raczej szyfr wieczny niż prosta odpowiedź i raczej milczenie niż masywny szczebiot. One. A pomiędzy nimi wiersze kobiety, która w pokoju na pierwszym piętrze, w okruchach wierszy gęstych niczym miód - zamykała, chciała zamknąć Wszystko.

"Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego -/ Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy" - wyznała w jednym z 1775 wierszy. Pojąć, że nie można mieć Wszystkiego, choć przecież od urodzenia los, zwany Bogiem, mami Wszystkim - to pojąć, że się jest skazanym na ciągłą utratę. Tę gorycz nieuchronną Dickinson przyjęła bardzo wcześnie. I bardzo wcześnie codzienny brak Rzeczy mniejszych - obróciła w iście mnisią doskonałość. Wiersz oparła o ciszę. Pokój - o pustkę. I rzekła: "Wody - uczy pragnienie". Tak dotknęła Wszystkiego, lecz od drugiej strony - od strony negacji, nieobecności, zera. Oddalała Rzeczy mniejsze. I to zdaje się sednem jej dla nas bliskości dziwacznej, bez mała codziennej. Jak ręka. Dziwacznej? Ironicznej.

 
29.01.2009  
PAWEŁ GŁOWACKI, 258. Krakowski Salon Poezji. "Napisana kawa na ławie słów" Wiersze Jana Brzękowskiego czytali: Przemysław Chojęta i Tadeusz Zięba. Na akordeonie grał Mateusz Gurgul. Śpiewał Tadeusz Zięba, /Dziennik Polski/
...

Czytam stare zdania "Nowych ust" Tadeusza Peipera. Jak bardzo stare? Ten swój odczyt o poezji Peiper wydał w 1925 we Lwowie. Czytam: "Rozgranicza się formę od treści, jak gdyby były to rzeczy nie prze[...]

Czytam stare zdania "Nowych ust" Tadeusza Peipera. Jak bardzo stare? Ten swój odczyt o poezji Peiper wydał w 1925 we Lwowie. Czytam: "Rozgranicza się formę od treści, jak gdyby były to rzeczy nie przenikające się wzajemnie". Dalej idą słowa o zamęcie, co w poczciwych umysłach przaśnych zjadaczy literatury fałszywy obraz naczynia i płynu czyni. I wreszcie - myśl finałowa. Oczywistość.

"Z obrazu tego pochodzi idea, że - jak ten sam płyn można przelać w różne naczynia - tak samo treść można "ubrać" w różne formy. Ale nie. "Ta sama" treść "w" innej formie jest inną. (...) forma jest naczyniem, którego ściany oddziaływają chemicznie na płyn w nim zawarty, zmieniając całkowicie naturę tego płynu. Inaczej: forma wsiąka w treść i staje się treścią".

Te oczywistości starych zdań "Nowych ust" mają już lat 84 - a na świecie wciąż tak samo męczący upór poczciwych umysłów przaśnych zjadaczy słowa drukowanego. Ile razy dziennie człowiek słyszy błagalną litanię: napisz pan to samo, tylko prościej, jaśniej, a zwłaszcza, na Boga!, krócej, nie 20 słów - cztery wystarczą, i żadne tam metafory, tylko po prostu "kawa na ławę"? Nie chce mi się liczyć. Tak jak nie chce mi się detalicznie ustalać ciężaru tej samej, o "kawę na ławę" błagającej, tyle że milczącej litanii, co w niedzielny poranek, gdy na Salonie Poezji Przemysław Chojęta i Tadeusz Zięba wiersze Jana Brzękowskiego czytali, nad krzesłami słuchaczy zawisła.

Zawisło błaganie o prostotę, choć przecież w strofach Brzękowskiego nie ma żadnych wydumanych "krzywizn" poetyckich. Jest w wierszach tych tylko to, a raczej są one tylko tym - spokojnym słownym ucieleśnieniem zasad, które Brzękowski i kilku innych, na czele z Peiperem, między 1922 a 1927 ustalali, tworząc grupę tzw. awangardy krakowskiej. "Proza nazywa, poezja pseudonimuje" - uczył Peiper. I dalej: w poezji "słowny ekwiwalent oddala się coraz bardziej od imienia rzeczy". Rzecz sama przestaje być ważna - ważne staje się ciało zdań. Pytanie: o czym wiersz jest? - pięknie zdycha. Błaganie o "kawę na ławę" - głupie się okazuje, bo w istocie już właśnie tak jest: oto napisana kawa na ławie słów.

Co w sądach tych jest karkołomnego? Nic. Oczywiste są, tak jak oczywiste było czytanie Chojęty i Zięby. Spokojne, nie wysilone, nie umordowane niby dziwaczną składnią, niby bombastyczną metaforyką, niby nieludzką rytmiką i niby cudacznymi rymami. Nie wykrzywiali twarzy nad wydumanymi "krzywiznami" wierszy Brzękowskiego po prostu dlatego, że tam nie ma wydumanych, ani też nie wydumanych "krzywizn". Tam, za plecami zdań, tkwi jedynie cicha prośba, by fraz nie brać za wytrychy do realności, bądź za kalki rzeczy i uczuć, bo same frazy już są rzeczami, uczuciami, są - tylko sobą. Tak, stareńką awangardę czytali naturalnie, jak naturalnie bułkę z masłem się je. I właśnie dlatego wyłuskali z niej stos wzruszeń kruchych.

 
21.01.2009  
Paweł Głowacki, 257. Krakowski Salon Poezji "Zawsze czarny papier" Wiersze Josifa Brodskiego czytał Jerzy Radziwiłowicz. Śpiewał Mirosław Czyżykiewicz., /Dziennik Polski nr 17/
...

«Kiedy w 1983 roku Josif Brodski mówił o zakazach, którymi imperium pętało rosyjskich poetów, wyznał: "Jeśli poety nie drukują, to dlatego, że nie drukują języka". Nie idee więc naprawdę dotkliwie kłu[...]

«Kiedy w 1983 roku Josif Brodski mówił o zakazach, którymi imperium pętało rosyjskich poetów, wyznał: "Jeśli poety nie drukują, to dlatego, że nie drukują języka". Nie idee więc naprawdę dotkliwie kłuły uszy imperium? Nie. Nie treść, którą da się zsumować w pisku trywialnym: "Precz z władzą radziecką!", a idiomatyka, intonacja, stylistyka - kolosalne ciało ulepione ze słów. "Najświętsza rzecz, jaką mamy - dodał - to, być może, nie nasze ikony i nawet nie nasza historia, ale nasz język". W niedzielę Jerzy Radziwiłowicz czytał wiersze Brodskiego. Jakby szedł przez ogromną gęstość.

Tłum metafor sunących z najdalszych mitologii, z historii odległej i bliskiej, ze sztuki, metafor lepkich niczym buczenie ula. Gęstość miar klasycznych - jak chce Miłosz wręcz barokowych, hieratycznych, wyniosłych, bezlitośnie zdyscyplinowanych - eklogi, poematu, elegii, miar spokojnego oddechu, powolnych gestów, zawsze podniesionej głowy. I to, co na dnie - pogodzenie z masą ciemności, bliskie, bardzo bliskie pogodzeniu, które opowiedział Beckett, ulubiony pisarz Brodskiego. Metafory, intonacyjne miary, ciemności... Prościej można to rzec. W wierszach jego - zawrotna gęstość zapisanych rzeczy. Jak czytać taki język?

Gdy Brodski miał lat dwadzieścia, Jewgienij Rejn dał mu najważniejszą lekcję strof. "Wiersz powinien być napisany tak, że jeśli położysz na nim czarodziejski obrus, który usunie przymiotniki i czasowniki, a potem podniesiesz ten obrus, papier i tak będzie jeszcze czarny, bo zostaną na nim rzeczowniki: stół, krzesło, koń, pies, tapety, sofa...". By czytać, by móc dobrze czytać tę "poezję czarodziejskiego obrusu", trzeba wiedzieć, że z gęstości zapisanych w niej rzeczy i "rzeczy", czyli z hieratycznej formy, metafor twardych jak marmurowy gruz i gęstych ciemności na dnie fraz - nie wolno uronić nawet ziarna. Aby mieć prawo mówić Brodskiego, trzeba - jak Radziwiłowicz - pojąć konieczność tej troski.

I tak czytał - tak szedł. Przez godzinę szedł ulicami widmowych miast metafor, intonacji, rzeczy. I widmowe miasta wstawały z liter. Odbite w nieruchomych wodach kanałów iście porcelanowe fasady weneckich pałaców? Szara płaskość Leningradu? Trupia gorycz imperium całego? Nieogarnione cielsko Nowego Jorku? To też - ale głównie same tylko mury. Mury, dachy, posągi, dźwięki, wersy - czyli czas, co go Miłosz zwie "duszą miast", czas utrwalony w dziełach ręki i ducha, czas pełen "pamiątek poszczególnego umysłu". Czytał rzecz po rzeczy.

Całą gęstość recytował tak, jak w "Wielkiej elegii dla Johna Donne'a" Brodski notuje imiona realności, kataloguje rzeczowniki, co zostały, gdy "John Donne już usnął". Troskliwie. Jaki to sen? A po co pytać? W końcu i tak - jak uczy Brodski - jest się ledwie epizodem w trwaniu języka. Języka - to kolejna lekcja Brodskiego i czytania Radziwiłowicza - który wybiera poetę, nigdy odwrotnie. Sen więc? Tak - rzeczownik. Krótki. Tyle że czasem już nie do ruszenia.»

 

 
19.01.2009  
Joanna Weryńska, Wywiad z wampirem - rozmowa z Krzysztofem Baumanem w Gazecie Krakowskiej, /Polska Gazeta Krakowska nr 16 /
...

- Wbrew pozorom, jest to dla mnie rola jak każda inna. Mam nadzieję, że uda mi się obalić nią pewne mity o tej postaci, które zakorzeniły się w świadomości widzów, zwłaszcza od czasu jej licznych holl[...]

- Wbrew pozorom, jest to dla mnie rola jak każda inna. Mam nadzieję, że uda mi się obalić nią pewne mity o tej postaci, które zakorzeniły się w świadomości widzów, zwłaszcza od czasu jej licznych hollywoodzkich ekranizacji. Nie gram krwiożerczej bestii - mówi KRZYSZTOF BAUMAN, odtwórca głównej roli w spektaklu "Drakuli".

 

Z Krzysztofem Baumanem, odtwórcą głównej roli w spektaklu "Drakula", którego prapremierę zobaczymy w piątek na scenie Teatru im. J. Słowackiego, rozmawia Joanna Weryńska.

 

Jak to jest zagrać wampira?

- Wbrew pozorom, jest to dla mnie rola jak każda inna. Mam nadzieję, że uda mi się obalić nią pewne mity o tej postaci, które zakorzeniły się w świadomości widzów, zwłaszcza od czasu jej licznych hollywoodzkich ekranizacji..

Z Arturem Tyszkiewiczem, reżyserem sztuki, podeszliśmy do powieści Stokera zupełnie inaczej niż większość autorów jej adaptacji. Odrzuciliśmy jej "komiksowe realizacje" ze wszystkimi efektami specjalnymi, typu lejący się bez przerwy na scenie keczup imitujący krew czy nienaturalnie długie zęby Vlada Drakuli. Tego typu fajerwerków w tym spektaklu na pewno widzowie nie znajdą. Tylko dlatego zresztą zdecydowałem się tę rolę przyjąć.

 

 

Jaką sztukę w takim razie zobaczymy na scenie Słowackiego?

- Spektakl niezwykle czysty, wręcz ascetyczny. Uważam, że praca w teatrze polega na ograniczaniu środków, a nie na ich mnożeniu. Nie zamierzamy w tym przedstawieniu podawać widzowi wszystkiego jak na tacy. Pewne rzeczy zostaną tylko zasygnalizowane.

Prowokujemy w ten sposób wyobraźnię i dajemy swobodę interpretacji.

 

 

Ale jak tu na przykład zrezygnować ze sceny, gdy Drakula wgryza się w szyję pięknej Miny? Przecież wedle większości podań hrabia krwiopijca żył właśnie dzięki temu, że wypijał krew młodych dziewic...

- Tak, tylko należy pamiętać, że to warstwa powierzchniowa tej historii. Tak naprawdę książka Stokera jest głęboką przypowieścią filozoficzną, pod warunkiem że nie zepsuje się jej efektami specjalnymi. Mój Drakula jest tragiczny, bo rozdarty wewnętrznie. Nie gram krwiożerczej bestii.

 

 

Jak to jest z nieśmiertelnością Drakuli?

- Nie jest ona aż tak przyjemna, jak mogłoby się wydawać. Nieśmiertelność, o której tak wielu z nas marzy, nie jest wcale darem. Przeciwnie, to prawdziwe przekleństwo jej posiadacza.

 

 

Wspomniał Pan, że długich zębów nie będzie, a jaki kostium będzie miał Pana Drakula?

- Klasyczny. Obejdzie się bez metalowych łańcuchów i skórzanych spodni, bo i tak "uwspółcześnionych" realizacji tej powieści dokonywano w telewizji. Podobnie będzie ze scenografią. Czysta klasyka w najlepszym wydaniu. Uważam, że panująca obecnie moda, żeby wszystko na siłę dostosowywać do naszych czasów, jest bezsensowna.

 

***

 

Dzieje Drakuli

 

Napisana w 1897 roku przez Irlandczyka Brama Stokera kultowa powieść "Drakula" jest dziś ponadczasową historią najsłynniejszego wampira w dziejach literatury światowej. Stworzona przez pisarza postać demonicznego, transylwańskiego księcia Vlada Draculi, który żywiąc się ludzką krwią, zachowuje wieczne życie, fascynuje od chwili wydania powieści. Historia Drakuli chętnie wykorzystywana jest przez reżyserów telewizyjnych.

Jedną z najsłynniejszych ekranizacji powieści był film w reżyserii Francisa Forda Coppoli z Winoną Ryder i Garym Oldmanem w rolach głównych. Teraz po raz pierwszy opowieść o Drakuli zobaczyć będzie można także na scenie teatranej. Zaadaptował ją i wyreżyserował Artur Tyszkiewicz, ceniony twórca młodego pokolenia.

Oprócz Krzysztofa Baumana (Drakuli) na scenie Słowackiego zobaczymy m.in. Annę Cieślak jako Minę Murray i Karolinę Kominek w roli Lucy. Scenografię do przedstawienia zaprojektowała Agnieszka Zawadowska, autorką kostiumów jest Bianca Torossian. Muzykę do mrocznego spektaklu skomponował Marcin Mirowski.»

 

 
14.01.2009  
Dziennik Polski nr 11, 256. Krakowski Salon Poezji. "Wyciągnięta ręka i nic" Wiersze Zygmunta Krasińskiego i Ryszarda Kapuścińskiego czytali: Kamila Kuboth, Julia Pogrebińska, Sylwester Piechura i Grzegorz Mielczarek., /Paweł Głowacki/
...

Najpierw dwa słowa blisko siebie, bardzo blisko, jak zlepione, wtulone, drugie z oddechem pierwszego na karku, słowa niczym gest: "wyciągnięta ręka". Dalej - sekundy niczego. Mały czas gęstego czeka[...]

Najpierw dwa słowa blisko siebie, bardzo blisko, jak zlepione, wtulone, drugie z oddechem pierwszego na karku, słowa niczym gest: "wyciągnięta ręka". Dalej - sekundy niczego. Mały czas gęstego czekania. Na inną wyciągniętą rękę? Co, tyle chcieć, to za dużo chcieć? Może więc na opuszczoną, nieczułą, niechby i trupią, obojętne, byleby ręka to była? Też za dużo? A czyjś oddech, nie więcej, sam oddech? Włos? Cień włosa? Cień włosa w pamięci zetlałej? Znów za dużo? Ile zatem? Ile wolno chcieć? Nic będzie w sam raz?

Najpierw więc słowo wtulone w słowo, litery jak gest, dalej sekundy gęstego czekania i słowo ostatnie, nie do przeoczenia, synonim braku. "Odnaleźć ciebie który/ - tak będzie? pytasz/ wyciągnięta ręka/ cisza". Owszem, tak będzie zawsze. Więc chcieć nic - to chcieć w sam raz. Tak się kończy wiersz Ryszarda Kapuścińskiego, wiersz bez tytułu. I zarazem tym się zaczął ostatni Salon Poezji - w foyer Teatru im. Juliusza Słowackiego powtórzony, z liryki Zygmunta Krasińskiego i autora "Hebanu" przez Grzegorza Mielczarka ongiś ułożony i ze studentami PWST wyreżyserowany egzamin. Zaczął się obrazem z trzech słów.

Wyciągnięta ręka i cisza naprzeciw. Mały portret samotności każdego? Podobizna odwiecznej obojętności świata? Figura losu? Emblemat tego, co zawsze wychodzi nam najlepiej - emblemat ciągłej utraty? Twoja ręka wyciągnięta, a naprzeciw cisza albo czyjeś szklane oko lalki, albo czyjeś oddalające się plecy, albo... Zawsze nic. Kruchy obraz z trzech słów - ilu jeszcze nostalgii, pustek, rozczarowań może być metaforą? W lirycznej opowiastce Mielczarka jest ich ćwierć setki.

25 wierszy Krasińskiego i Kapuścińskiego - a w każdym mniej lub bardziej intensywna smuga obrazu z prologu. 25 zdumiewająco bliskich sobie wierszy. I studenci: Kamila Kuboth, Julia Pogrebińska i Sylwester Piechura. Wreszcie sam Mielczarek. Oni - i w każdym wierszowane echo tamtej goryczy wyciągniętej ręki i pustki naprzeciw niej. Pustka po miłości, pustka po bólu, pustka po snach. Marzenia, czyny, nadzieje, pamięć, noce, dni, cokolwiek, byle co - a na końcu zawsze nic. Stary, dobry wynik. Dokładnie - nic. Jak za Krasińskim rzeknie Mielczarek: "I tak dalej i tak wszędzie,/ Od kolebki urodzenia,/ Aż do trumny zapomnienia,/ (...) Aż przepadnie wszystko razem,/ Wszystko zginie - a na skale/ Drzemać będą tylko fale (...)".

Tak, 25 razy opalizowała w wierszach ta przez Pogrebińską w prologu Salonu wyszeptana, na pustkę trafiająca dłoń, ale istotniejsze od 25 migotań jednego obrazu było to, że godzinna litania - w wydaniu młodych nie obróciła się w pogrzebową płaczliwość. Po prostu, czytali tak, jak by ostrożnie - na razie nie naprawdę, na razie tylko lekko, z ciepłym, wyzwalającym uśmiechem na dnie słów - pierwszy raz wypróbowywali daleki dzień, kiedy wyciągną rękę i przyjmą starą odpowiedź na pytanie: "Tak już będzie?

 
13.01.2009  
Dawid Hajok, Teatr i multimedia pod jednym dachem - o Małopolskim Ogrodzie Sztuk w Gazecie Wyborczej pisze Dawid Hajok, /Gazeta Wyborcza/
...

Po ponad czterech latach od momentu rozstrzygnięcia konkursu na koncepcję architektoniczno-urbanistyczną Małopolskiego Ogrodu Sztuki projekt w końcu doczeka się realizacji.  Już niebawem rudera przy u[...]

Po ponad czterech latach od momentu rozstrzygnięcia konkursu na koncepcję architektoniczno-urbanistyczną Małopolskiego Ogrodu Sztuki projekt w końcu doczeka się realizacji.

 

 

Już niebawem rudera przy ul. Rajskiej 12 (położona naprzeciwko wojewódzkiej biblioteki publicznej), w której mieściły się pracownie sceno-techniczne Teatru im. Juliusza Słowackiego, przestanie straszyć. Zakończyły się właśnie ostatecznie przygotowania pod budowę Małopolskiego Ogrodu Sztuki, jednej z bardziej oczekiwanych inwestycji ostatnich lat. Uregulowano w końcu kwestie związane z prawem własności terenu, uzyskano potrzebne zezwolenia, powstało tzw. studium wykonalności oraz wielotomowy projekt wykonawczo - budowlany. Inwestycja została też wpisana na listę Indykatywnego Planu Inwestycyjnego MRPO, co oznacza, że uzyskała odpowiednie środki finansowe. Chodzi zarówno o wkład własny województwa, jak i pieniądze z funduszy unijnych.

 

- Znajdujemy się na etapie przetargów na wyłonienie inwestora zastępczego i generalnego wykonawcy - informuje dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego Krzysztof Orzechowski. Dyrekcja teatru zapewnia, że pierwsza łopata pod tę inwestycję zostanie wbita już w maju, najpóźniej w czerwcu br., a zakończy się w 2011 r.

 

- Trochę to wszystko trwało. Rozpoczęcie prac opóźniły, nieuregulowane od dziesiątek lat, kwestie prawne dotyczące działek pod budowę MOS. To przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Irytujący był też fakt, że przez te ostatnie lata hala przy Rajskiej stała pusta. Zostało to jednak wymuszone fatalnym stanem technicznym budynku, który uniemożliwiał jego funkcjonowanie. Z kolei przeprowadzanie kapitalnego remontu wobec nowych zamierzeń inwestycyjnych byłoby nieuzasadnione ekonomicznie - wyjaśnia dyrektor.

 

W praktyce obiekt Małopolskiego Ogrodu Sztuki, zaprojektowany przez architektów Krzysztofa Ingardena i Jacka Evy, służył będzie dwóm instytucjom: Teatrowi im. Juliusza Słowackiego i wojewódzkiej bibliotece publicznej. W skrzydle budynku od strony ul. Szujskiego powstanie nowoczesna mediateka, w której zgromadzone będą multimedialne zasoby książek i muzyki. Z kolei część od ul. Rajskiej zagospodaruje teatr. Powstanie tam wielofunkcyjna sala widowiskowa na ok. 230 miejsc, w której można będzie organizować spektakle, koncerty, wystawy, seanse filmowe, sympozja, konferencje, aukcje sztuki, pokazy mody itp. Pomysłów jest wiele.

 

Działalność MOS-u adresowana będzie przede wszystkim do młodego widza. Głównym celem, poza aspektem kulturotwórczym, ma być wychowywanie przez sztukę (a w przypadku niepełnosprawnych - terapia przez sztukę) oraz uwrażliwianie estetyczne młodych pokoleń Polaków. Wiele inicjatyw kulturalnych teatr ma zamiar przygotowywać wspólnie z biblioteką. Pogadanki, spotkania, lekcje, warsztaty praktyczne powinny być powiązane z projekcjami, spektaklami lub koncertami.

 

W MOS-ie miejsce dla siebie znajdą ciekawe zespoły teatralne i muzyczne z Europy i ze świata. Ma to być także przestrzeń prezentacji artystycznych - offowych i pozainstytucjonalnych, obejmujących m.in. grupy niezależne, regionalne, amatorskie. W MOS-ie ma również funkcjonować scena dla obcokrajowców i uczniów krakowskich szkół językowych, grających spektakle po angielsku, niemiecku czy francusku. Administracyjnie i technicznie MOS związany będzie z Teatrem im. Juliusza Słowackiego, przy zachowaniu znacznej autonomii artystycznej i samodzielności kierownictwa tej nowej placówki.

 
12.01.2009  
Wacław Krupiński, Małopolski Ogród Sztuki - w Dzienniku Polskim pisze Wacław Krupiński, /Dziennik Polski/
...

Już niedługo przestanie straszyć znajdująca się w opłakanym stanie rudera przy ul Rajskiej 12 (położona vis a vis Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej), w której mieściły się pracownie sceno-techniczne [...]

Już niedługo przestanie straszyć znajdująca się w opłakanym stanie rudera przy ul Rajskiej 12 (położona vis a vis Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej), w której mieściły się pracownie sceno-techniczne Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Po ponad czterech latach od rozstrzygnięcia konkursu na koncepcję architektoniczno - urbanistyczną przebudowy tej nieruchomości, zakończony został ostatecznie proces przygotowania inwestycji, uregulowano wszystkie majątkowe i geodezyjne stosunki własności, uzyskano potrzebne zezwolenia, powstało tzw. studium wykonalności oraz wielotomowy projekt wykonawczo - budowlany.

Inwestycja została wpisana na listę Indykatywnego Planu Inwestycyjnego MRPO, co oznacza , że uzyskała odpowiednie środki finansowe, zarówno małopolskie (wkład własny!) jak i europejskie, by rozpocząć i zakończyć budowę w roku 2011. Potwierdziła to Uchwala Sejmiku Województwa Małopolskiego z 22 grudnia 2008 przyznająca teatrowi środki na rozpoczęcie prac budowlanych w br.

 

Obecnie znajdujemy się na etapie przetargów na wyłonienie inwestora zastępczego i generalnego wykonawcy – mówi dyr. Orzechowski – i wygląda na to że w maju, najpóźniej czerwcu wbijemy pierwszą łopatę. Trochę to wszystko trwało, bo ciągnące się od dziesiątek lat nieuregulowania prawne dotyczące tej nieruchomości przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Dodatkowo, krakowian mógł irytować fakt, że przez te ostatnie lata hala przy Rajskiej stała pusta. Zostało to wymuszone jej fatalnym stanem technicznym, który uniemożliwiał jakiekolwiek funkcjonowanie, a przeprowadzanie kapitalnego remontu, wobec nowych zamierzeń inwestycyjnych, nie było uzasadnione ekonomicznie. W tym miejscu chciałbym jak najserdeczniej podziękować tym wszystkim, którzy wspierali teatr na żmudnej drodze formalno - administracyjnej, ze szczególnym uwzględnieniem radnych i Zarządu Województwa Małopolskiego tej i poprzedniej kadencji. To ich pomoc, determinacja i konsekwencja pozwoliła nam wytrwać w wierze, że kiedyś ta budowa się rozpocznie. A przecież pamiętać trzeba, że małopolski samorząd w procesie przygotowawczym zainwestował już w inwestycję przy ul. Rajskiej ok. 2 mln złotych!

 

Małopolski Ogród Sztuki, bo tak będzie nazywał się nowy obiekt zaprojektowany przez architektów Krzysztofa Ingardena i Jacka Evy, będzie służył praktycznie dwóm instytucjom: Teatrowi im Juliusza Słowackiego i Wojewódzkiej Bibliotece Publiczne. W skrzydle od ul. Szujskiego powstanie nowoczesna mediateka, gromadząca multimedialne zasoby książek i muzyki, skrzydło od ul. Rajskiej zagospodarowane zostanie przez teatr - powstanie tam wielofunkcyjna sala widowiskowa na ok. 230 miejsc, w której będą mogły odbywać się spektakle, koncerty, wystawy, seanse filmowe, sympozja, konferencje, aukcje sztuki, pokazy mody itp.

Działania MOS-u będą przede wszystkim przeznaczone dla młodego widza: szkół licealnych, studentów, młodej inteligencji, ale również dzieci. Głównym celem, poza aspektem kulturotwórczym, będzie wychowywanie przez sztukę, (a w przypadku niepełnosprawnych – terapia przez sztukę) oraz uwrażliwianie estetyczne młodych pokoleń Polaków. Wiele inicjatyw kulturalnych teatr ma zamiar przygotowywać wspólnie z biblioteką. Pogadanki, spotkania, lekcje, warsztaty praktyczne powinny być powiązane z projekcjami, spektaklami lub koncertami.

W MOS prezentować się będą mogły ciekawe zespoły teatralne i muzyczne, europejskie i światowe, ale także urzeczywistniać projekty pozainstytucjonalne grupy niezależne, regionalne, amatorskie itp. Ciekawy jest też pomysł stworzenia sceny dla obcokrajowców i uczniów krakowskich szkół językowych grającej spektakle po angielsku, niemiecku, czy francusku…

MOS administracyjnie i technicznie związany byłby z Teatrem im. Juliusza Słowackiego, przy zachowaniu znacznej autonomii artystycznej i samodzielności kierownictwa tej nowej placówki.

 

 

 
12.01.2009  
Wacław Krupiński, Trzeba w teatrze ratować siebie - mówi TADEUSZ KWINTA, który na swe 70. urodziny zagrał Feuerbacha, w rozmowie z Wacławem Krupińskim, /Dziennik Polski/
...

Co Panu kazało wrócić do sztuki "Ja, Feuerbach" Tankreda Dorsta - jego coraz większa aktualność w odniesieniu do sytuacji w polskim teatrze, czy może ma Pan jakieś prywatne porachunki z tym tekstem?  [...]

Co Panu kazało wrócić do sztuki "Ja, Feuerbach" Tankreda Dorsta - jego coraz większa aktualność w odniesieniu do sytuacji w polskim teatrze, czy może ma Pan jakieś prywatne porachunki z tym tekstem?

 

- Ten tekst chodzi za mną od 1986 r., gdy po raz pierwszy przeczytałem go w "Dialogu". Zachwycił mnie i jako wspaniały materiał do pracy aktorskiej, rola pozwalająca rozwinąć cały wachlarz możliwości, umiejętności zawodowych, i jako sztuka dotykająca najgłębszych przemyśleń i odczuć aktora z pokaźnym już bagażem zawodowym. Kiedy jednak dowiedziałem się, że tę sztukę przygotowuje Tadeusz Łomnicki, oczywistym było dla mnie, że nieprędko po mistrzu może ktoś podjąć to wielkie teatralne wyzwanie.

 

Zobaczył Pan potem "Łoma" i co pomyślał?

 

- Że porywa mnie jego aktorstwo, lecz do spektaklu na pewno powrócę. Może za 10 lat.

 

W 1996 roku zagrał Pan Feuerbacha w Teatrze STU.

 

- Właśnie minęło te magiczne 10 lat. Po doświadczeniach szeregu monodramów, tym razem nie chciałem sam siebie reżyserować, zwróciłem się z propozycją do Krzysztofa Jasińskiego, a był to czas mej intensywnej współpracy z Teatrem STU. I tak zmierzyłem się z "Feuerbachem" po raz pierwszy.

 

A teraz namówił Pan Krzysztofa Orzechowskiego...

 

- Minęło kolejnych 12 lat; przy intensywnej pracy zawodowej i w mocno dojrzałym już wieku, przy zawrotnym tempie przemian otaczającej nas rzeczywistości - to szmat czasu. Pogłębiła się nie tylko moja świadomość i warsztat aktorski, lecz przede wszystkim aktualność tej sztuki. Szczęśliwie dla mnie Dorst zachwycił również Krzysztofa Orzechowskiego, który podjął się reżyserii.

 

Gra Pan dojrzałego aktora, który po latach postanowił wrócić do teatru, co jest gestem niemal desperackim, bo on już wie, jaką cenę się płaci za zbyt intensywną obecność na scenie, choć nie przeczuwa, że w tym teatrze już nie ma dlań miejsca.

 

- Bo liczy się oglądalność, kasowość, ważne są nowe trendy i apoteoza młodości za wszelką cenę - nieważne kwalifikacje czy talent, teraz młodość z góry naznacza piętnem sukcesu.

 

A trendy wyznaczają nowocześni reżyserzy; Feuerbach narzeka, że kazano mu po każdym wersie poważnego songu Brechta wykonywać podskok. Żeby było ciekawiej. Teraz nie takie pomysły spotykamy.

 

- Zamiast drążyć w głąb, jak kiedyś, szuka się dziwności, by przyciągnąć widzów, by zaszokować formą.

 

Pan doświadczył sytuacji, które dotykają Feuerbacha?

 

- Nigdy na taką skalę. Niemniej w pewnym teatrze, tuż po odejściu dyrektora, który mnie przyjął, proszę nie pytać o szczegóły, też znalazłem się na uboczu. Jak tłumaczył mi nowy dyrektor, przychodzą młodzi reżyserzy, to sobie dobierają młodych aktorów. Tak więc miałem przedsmak tego, co przeżywa mój bohater - chce grać i widzi, jak nikt nie chce skorzystać z jego doświadczenia, możliwości, warsztatu. Ale też jest to specyficzny przypadek - człowieka, który od zawodu odszedł dlatego, że za bardzo w niego wszedł, że przekroczył granicę szaleństwa i trafił do zakładu.

 

Bo też ten zawód demoluje psychikę. "Nasz zawód jest tak przepełniony emocją, że często prowadzi do deformacji charakteru, a nawet do poważniejszych dewiacji..." - mówił mi przed laty Pana starszy kolega, Jerzy Nowak.

 

- Ależ tak, przecież w tym zawodzie przeżywa się tyle krańcowych dramatów, tyle stanów euforii; wystarczyłoby na parę żyć. A nie da się pokazać największych uczuć technicznie, technicznie to można, mając poczucie humoru, zagrać w komedii, czy bawić na estradzie... Dramat naprawdę obciąża psychikę. I nie tylko - ktoś obliczył, że zagranie dużej roli to wysiłek porównywalny z trzema tonami wyrąbanymi przez górnika.

 

Miał Pan metodę, by nie ulec owej psychicznej demolce? Pan, jak wiem, nawet alkoholu nie używa...

 

- Nie nadużywam, nigdy mnie aż tak nie pociągał. Przede wszystkim oddzielam życie zawodowe od prywatnego. Starałem się nie przenosić problemów teatru do domu, ale i odwrotnie.

 

Rolą Feuerbacha uczcił Pan swe 70. urodziny, a zarazem kilka dekad na scenie.

 

- Niemało, zważywszy, że debiutowałem w Teatrze Młodego Widza u Marii Biliżanki jako 13-latek. I tak już w zawodowym teatrze pozostałem. Uzbierało się zatem parę setek ról w teatrze, w telewizji, w filmie, na estradzie, w kabarecie... Na szczęście zdarzyło mi się zagrać wiele ról znaczących, ważnych, ambitnych.

 

Pan i sam sobie pracę wynajdywał, sztuki pisał, reżyserował...

 

- Na szczęście moje losy i Fuerbacha nie są zbieżne. Nigdy się w życiu nie nudziłem. Spotykałem wspaniałych ludzi, co dawało mi możliwość rozwoju w różnych kierunkach. W Teatrze Ludowym byli to na początku reżyserzy Jerzy Krasowski i Krystyna Skuszanka, i Józef Szajna, i pisarz Jerzy Broszkiewicz, który do tego teatru wnosił bardzo dużo, współpracowałem też z Lidią Zamkow, z Kantorem, później z Olgą Lipińską... Zetknąłem się w mym krótkim okresie pracy w Starym Teatrze z Zygmuntem Huebnerem, który mnie tam ściągnął, i ze Swinarskim...

 

Ale nagle, w trakcie sezonu, odszedł Pan do Bagateli...

 

- Bo już nie było Huebnera, zatem poszedłem tam, gdzie mogłem się spełniać - zagrać Artura Ui, Molierowskiego Skapena czy w "Apetycie na czereśnie", a nie czekać na jakieś rólki. Dla aktora nie ma nic gorszego niż oczekiwanie - obsadzą, nie obsadzą.

 

Wielu ten czas przeczekiwało w barze, bo kiedyś nie było prywatnych telewizji, tylu seriali... Dziś, mam wrażenie, głównie starszych aktorów się pomija - nawet tych uznanych...

 

- Mechanicznie wyrzuca się ich na emeryturę, a przecież aktorzy są niczym ptaki, które umierają w locie; kiedyś umierali na scenie, bo byli potrzebni dopóty, dopóki się poruszali. Jak blisko 100-letni Solski, który wstrząsająco wcielał się w postać Starego Wiarusa... Bo liczył się jego dorobek, talent. Pan Bóg nierówno obdziela, zatem w teatrze nie może być demokracji. Dawniej mówiło się w teatrze, że jest on niczym piramida - najwięcej aktorów jest na dole, a potem każda dobra rola, każde poważne osiągniecie unosi nas na coraz wyższe poziomy tego stożka. Na szczyt dochodzą jednostki.

 

Pan w tym stożku gdzie sam siebie umieszcza?

 

- To nie ja mam oceniać, dokąd dotarłem w tej wspinaczce. Zawsze starałem się wprowadzić coś nowego w kolejnych rolach, bo wyobrażałem siebie, że gdzieś tam na widowni siedzi choć jeden człowiek, który to dostrzeże, a może i jakiś reżyser, który dzięki temu zauważy moje możliwości.

 

I dostrzegali?

 

- Wydaje mi się, że tak, sądząc po rozpiętości powierzanych mi zadań aktorskich.

 

Feuerbach też za wszelką cenę stara się pokazać swój warsztat, i to nawet nie przed reżyserem, na którego czeka, a jego asystentem.

 

- Pod koniec zrozumie, że skoro nie ma reżysera Lettaua, to musi mieć poplecznika w asystencie, zatem musi przykuć jego uwagę, udowodnić swą przydatność na scenie, na której tak gorączkowo pragnie znów się znaleźć. A zarazem pragnąc tak bardzo, uruchamia mechanizm, który doprowadził do jego klęski.

 

Ten jego popis to taki totalny casting...

 

- Raz w życiu zdecydowałem się pójść na casting, by zobaczyć, jak to jest. I już nigdy więcej! To coś tak ubliżającego, poniżającego - dla mnie nie do przyjęcia. Dawniej też były tzw. zdjęcia próbne, o wiele bardziej dla aktora przyjazne, ale także na nie nie jeździłem, uznając, że jest wystarczająco dużo dostępnego materiału, na którym można mnie zobaczyć; przecież reżyser, który chce mi powierzyć rolę, zna mnie. Feuerbach nie ma wyboru. Na wszelkie sposoby stara się pokazać fragmenciki swoich ról, swoich możliwości - jak operuje głosem, jaki ma warsztat, jak bardzo jest sprawny fizycznie - stąd jego numer z krzesłem...

 

Pan też słynie z fizycznej sprawności, to dlatego wciąż tak młodo Pan wygląda?

 

- Sam nie do końca wierzę w swą metrykę, może to nie moja... A mówiąc poważniej, od dziecka uprawiałem czynnie sport. Już jako chłopiec grałem w piłkę - szmacianką, a potem pierwszą na Pędzichowie prawdziwą trzypasówką - skórzaną, sznurowaną. Jakim cudem ojciec ją wytrząsnął? Mieliśmy dwie pełne jedenastki złożone z chłopaków z ulicy Pędzichów... Jeździłem także na łyżwach, na nartach, pływałem, chodziłem po górach, trochę zajmowałem się wspinaczką. Zawsze chciałem być sprawny, bo wydawało mi się, że w teatrze jest to potrzebne. I gdy tylko mogłem, starałem się tę sprawność pokazać.

 

W "Śnie nocy letniej" wisiał Pan na samych stopach rozpięty na siatce trzy metry nad ziemią i prowadził dialog...

 

- W jakiejś bajce grałem całą rolę na drabinkach sznurowych, z kolei w "Królu Mięsopuście", w "Starym", wcielając się w Skoczka, wymyśliłem sobie, że będą grał na puentach. Wbrew pani choreograf, która uznała, że to dla mężczyzny niemożliwe, zagrałam tak całą rolę. Bo co to znaczy - nie da się? Skoro można zagrać "Chorego z urojenia", to można zagrać i zdrowego z urojenia. W całym zawodowym życiu bodaj tylko raz korzystałem z L-4. Z ciężkim zapaleniem płuc dograłem spektakl do końca i dopiero udałem się do lekarza. Dolegliwości aktora są jego prywatną sprawą. Jak sobie postanowiłem wymienić biodro, bo mi zbyt dokuczało, nikt nie wiedział! Możliwe, że właśnie to nastawienie sprawiało, że mój "komputer pokładowy" przejął się tym, że zawodowo zawieść nie może; katar się ma za kulisami, po wejściu na scenę - znika. A gdy schodzi się ze sceny - powraca. Nie tak dawno w spektaklu "Aj waj..." kolega nie usunął za kulisami krzesła i po ciemku z impetem przywaliłem w nie goleniem. Padłem, wziąłem oddech i natychmiast wybiegłem na scenę.

 

Nawet mięsem Pan nie rzucił? Toż to gigantyczny ból!

 

- Prawdopodobnie coś tam w ustach zmełłem.

 

Wróćmy do Feuerbacha; młody asystent traktuje go cały czas nonszalancko, lekceważąco...

 

- A on mimo to musi się przed nim płaszczyć! Ileż prawdy jest w opowieści asystenta o tym, jak trafił do teatru przez przypadek - z autostopu, a teraz i reżyserem zostanie, bo czemu nie; już pięć lat jest w teatrze, już jest starym wyjadaczem. To, że nie zna Feuerbacha, że niczego nie czyta, nie ogląda, że nie interesuje go dawny teatr - to dla niego nieważne. Teatr się przecież zaczął dopiero, gdy on nastał!

 

I tak, mimowiednie, powracają nam i obraz polskiego teatru, w którym tzw. młodzi negują tradycję, i Pana intymne związki z tekstem Dorsta...

 

- Pewnie każdy aktor by je odnalazł. I dlatego w niektórych partiach mogłem potraktować mego bohatera szalenie prywatnie, podając tekst w sposób bardzo intymny - jak choćby podczas wspomnienia, jak trafił do teatru... Podobnie, gdy Feuerbach mówi o cenie, jaką zapłacił za bycie aktorem, to także myślę o swojej, choć nie tak dramatycznej. Teraz, gdy moje dzieci są dorosłe, kiedy wnuki zaczynają mnie przerastać, tym bardziej uświadamiam sobie, czym zapłaciłem za bycie aktorem. I ja, i moja rodzina, która z powodu teatru przez lata była na drugim miejscu. Najważniejszy był teatr, zatem nasz codzienny kalendarz był podporządkowany moim obowiązkom zawodowym. Dzisiaj żałuję, że zbyt mało towarzyszyłem dorastaniu dzieci. Wciąż mam w oczach sytuację z lat, gdy pracowałem w Teatrze Komedia w Warszawie; wróciłem nocą do Krakowa, wszedłem, jak zwykłem to czynić, do pokoju córki, ucałowałem ją w czoło, a ona, przebudziwszy się, zarzuciła mi ręce na szyję: "Tuśku, jak się kiedyś spotkamy, to mam ci tyle do powiedzenia". I zasnęła.

 

Ale nie popełnił Pan, jak bohater Dorsta, tragicznej pomyłki, wyobrażając sobie, że teatr nie zna granic...

 

- ...że nie ma w nim barier, które nas w życiu ograniczają, że teatr jest nieskończony, że w nim można "całą egzystencję rozwinąć do samego końca". Właśnie to całkowite zapamiętanie się, zatracanie, które sprawia, że można sobie nawet obciąć palec, wejść na nieistniejące schody, że można lewitować, to przekroczenie granicy skończyło się dla Feuerbacha tak tragicznie. Już nie wiedział, co jest obsesją, co rzeczywistością... Trzeba, przywołam Feuerbacha, zachować w teatrze dyscyplinę. I zatrzymać się ratując siebie. Bo gramy na najtrudniejszym instrumencie - na własnych emocjach, na własnej psychice.

 

Skoro zagrał Pan Feuerbacha, nie myśli Pan o "Ostatniej taśmie Krappa", tekście o zbliżonych problemach...

 

- O, jest jeszcze cała masa problemów i tematów, z którymi chciałbym się zmierzyć. Na pewno nie usiądę w kącie, czekając aż mnie ktoś odkurzy. Ale też, powtórzę, moje losy i Fuerbacha są na szczęście rozbieżne. I oby to szczęście dopisywało mi nadal.

 

 
30.12.2008  
Jolanta Ciosek, Paweł Głowacki, prof. Jacek Popiel, Nikła obecność polskiej klasyki. Kulturalne podsumowanie 2008 roku w Dzienniku Polskim przez Jolantę Ciosek, /Dziennik Polski/
...

 Pięknie, mądrze, krystalicznie czysto  Podsumowuje JOLANTA CIOSEK  1. Stanisław Wyspiański, "Sędziowie", reżyseria Jerzy Stuhr, spektakl dyplomowy studentów IV roku PWST  Czy historia Jewdochy, co to[...]

 

Pięknie, mądrze, krystalicznie czysto

 

Podsumowuje JOLANTA CIOSEK

 

1. Stanisław Wyspiański, "Sędziowie", reżyseria Jerzy Stuhr, spektakl dyplomowy studentów IV roku PWST

 

Czy historia Jewdochy, co to zamordowała swe dziecko zrodzone z nieczystego związku z Natanem, synem Samuela, może zaintrygować młodych ludzi, żyjących w świecie wciąż dokonujących się wokół zbrodni? Może, co udowodnił Jerzy Stuhr. Piękny, mądry, krystalicznie czysty spektakl z nutą metafizyki, która od czasu do czasu wywołuje dreszcz po krzyżach. Spektakl o naszych winach i odkupieniach.

 

2. Ingmar Bergman "Rozmowy poufne", reżyseria Iwona Kempa, Teatr im. Juliusza Słowackiego

 

Czy można o zdradzie, niespełnionej miłości, tęsknocie i przegranym życiu opowiadać mądrze i pięknie? Można, zwłaszcza jeśli autorem słów jest Bergman, a słowa te i pomiędzy nimi potrafi czytać reżyserka i jej aktorzy. W pięknej scenografii jak ze starej fotografii rozgrywa się pozornie banalna historia o małżeńskim trójkącie, ale jakże niebanalnie opowiedziana przez aktorów, zwłaszcza Dominikę Bednarczyk - przejmująco dramatyczną. Teatr prosty, jasny, czysty bez zbędnych fajerwerków.

 

3. "Diabły z Loudun" Krzysztofa Pendereckiego", reżyseria Laco Adamik, Opera Krakowska

 

Bardzo sprawna inscenizacja tworząca spójną całość z muzyką, pięknymi kostiumami i celną scenografią. Świetna praca reżysera, a przede wszystkim znakomita obsada: nie tylko piękne głosy, ale i dobre aktorstwo, co w operze nieczęsto się zdarza. Precyzyjne opracowanie wszystkich planów, doskonałe rozwiązania przestrzenne na stosunkowo płytkiej scenie. Dobry, nowoczesny teatr operowy - dotyczy to także nowego gmachu, co to tylu malkontentów nań narzeka.

 

4. Friedrich Dürrenmatt, "Frank V. Komedia bankierska", reżyseria Krzysztof Babicki, Teatr im. Juliusza Słowackiego

 

Jeśli świat jest bankiem, jak chciał Dürrenmatt w swej komedii bankierskiej, w którym z człowieka wysysa się ostatni grosz, a człowiek dla pieniądza zdolny jest do każdej podłości - to Babickiemu udało się bardzo zgrabnie tę tezę wyprowadzić. Stworzył spektakl klarowny o epoce Franka V. A całość zamknął w ciekawej formie świata ludzi - marionetek. Przerażająca jest gorycz świata rządzonego przez franka i owładniętego chciwością, czego doświadczamy w dobie znów panującego kryzysu.

 

5. "Głowa pełna słońca, czyli o czym marzył Ives Montand", reżyseria Tadeusz Zięba, Teatr im. Juliusza Słowackiego

 

Trzeba być tak zafascynowanym osobą artysty nazwiskiem Ives Montand jak Tadeusza Zięba, by stworzyć pełen uroku spektakl, a właściwie recital o jednym z najwspanialszych francuskich piosenkarzy, o jego piosenkach, kobietach i Paryżu. A jeśli jeszcze ma się Halinkę Jarczyk, co to na skrzypeczkach cudnie gra, to wówczas powstaje bezpretensjonalny, miły sercu teatr.

 

Rozczarowanie

 

William Szekspir, "Romeo i Julia", reżyseria Agata Duda-Gracz, Scena Teatru STU

 

Bój się Boga, pani Agato! A cóżeś to Pani wymodziła?! I nie chodzi o to, że nowoczesne, awangardowe, jaskrawe i krzykliwe. Idzie o to, że Szekspir został wdeptany w ziemię i porosła na nim kiczowata trawa.

 

Nieliczne przykłady na nieulotność sztuki

 

Podsumowuje PAWEŁ GŁOWACKI

 

1. "Kariera Artura Ui" Bertolta Brechta w reżyserii Heinera Müllera. Berliner Ensemble. Berlin.

 

Jeden z nielicznych dziś przykładów na to, że sztuka teatru nie jest sztuką ulotną. Brecht nieogarniony, nie do uchwycenia w jednej, banalnej formule publicystycznej. Brecht niewciśnięty w doraźność społeczno-polityczną. Brecht wieczny, jak Szekspir. I Martin Wuttke w kreacji tytułowej. Mogę tylko sparafrazować starą metaforę muzycznego krytyka radzieckiego, tyczącą Goulda i Bacha. Proszę państwa, Tadeusz Łomnicki - zmartwychwstał!

 

2. "Milva śpiewa Brechta". Reżyseria Cristina Pezzoli. Piccolo Teatro di Milano. Mediolan.

 

Jak wyżej. Artyzm teatru nie jest ulotny, jeśli jest dobrą pamięcią. Milva pamięta. Po śmierci Giorgio Strehlera, który na kanwie songów Brechta i Weilla ulepił z niej ongiś echo Brechta niepowtarzalnie samotnego - Milva wraca do dawnych pieśni. Raz jeszcze opowiada, co już kiedyś było opowiedziane. Niezapomniany ukłon, złożony starym cieniom.

 

3. "Rozmowy poufne" Ingmara Bergmana. Reżyseria Iwona Kempa. Teatr im. Juliusza Słowackiego. Kraków.

 

Dziwne, wręcz zdumiewające, że w epoce teatru napastliwie i tępo gazetowego, zdarzyła się ta przepyszna delikatność scenicznych niedopowiedzeń, ciszy i elegancji. Rzecz o sprawach wiecznych. Ot, bywa, że między miłością a wiernością rozwiera się czeluść nie do zasypania - i ona sprawia ból. A Bóg nie pomaga. To i jeszcze wspaniała rola Dominiki Bednarczyk.

 

4. "Orkiestra »Titanic«" Christo Bojczew. Reżyseria Andrzej Domalik. Teatr im. Juliusza Słowackiego. Kraków.

 

Na stacji bez imienia garść byle kogo czeka na pociąg skądś dokądś. Czekają, choć wiedzą, że stacji nie ma na żadnym rozkładzie. Czekają, bo co innego mogą? Zabić się. Tak. Ale to za trudne. Czekają, mamiąc się papierowymi nadziejami, co im je spity magik trzeciorzędny wyczarowuje za łyk gorzały. Smutny cyrk, pełen nieudanych klaunów. Gorzka commedia dell'arte. I zjawiskowy Grzegorz Mielczarek w roli Doko - małej istoty kruszejącej pod zwałami własnej bezradności.

 

5. "Ballady i romanse" Adama Mickiewicza. Reżyseria Simona Chalupowa. Teatr Groteska. Kraków.

 

To było do przewidzenia. Czeszka, rodaczka Haszka i Hrabala, zdjęła z naszych świętych tekstów szkolnych cały ich bombastyczny, ciemny ołów powagi. Z arcydzielnych opowiastek Mickiewicza wyłuskała cały ich humor, lekkość, a zwłaszcza iluzyj-ność. Obróciła je w blask teatrzyku cieni, gdzie miłość, śmierć i zazdrość zapraszają do tańca, nie do padania na kolana, klepania pacierzy i pokornego przyjmowania nauk moralnych starego ludu litewskiego.

 

Rozczarowanie

 

Jaki tam skandal! Los. Po prostu - Narodowy Stary Teatr pod dyrekcją Mikołaja Grabowskiego. A ściślej, kierunek myślowy i estetyczny, w którym mozolnie zmierza ta scena, gdzie przecież nie tak dawno powstawały rzeczy, które, całkiem jak "Kariera Artura Ui" Müllera, zaprzeczały doraźnej ulotności sztuki teatru. A dziś? Z dnia na dzień coraz fatalniejszy przybytek młodzieży opętanej marzeniem o scenicznej rewolucji w każdej sprawie i za wszelką cenę.

 

Popisy inscenizacyjne zamiast mistrzostwa

 

Podsumowuje prof. JACEK POPIEL, dziekan Wydziału Polonistyki UJ, były rektor PWST

 

1. Premiera "Diabłów z Loudun" na inaugurację własnej sceny Opery Krakowskiej.

 

Już samo otwarcie nowej sceny w Krakowie ma wymiar historyczny. Upływ czasu pozwoli bardziej obiektywnie ocenić walory architektoniczno-teatralne budynku przy ul. Lubicz. Nie mam jednak wątpliwości, że zarówno dla krakowskiej opery, jak i dla Teatru im. J. Słowackiego (po ponad 50 latach uwalniającego się od artystycznego współlokatora) rozpoczyna się nowy okres. Premiera "Diabłów z Loudun" nie była wielkim wydarzeniem artystycznym, ale na pewno zwiastunem nowej drogi, po której, miejmy nadzieję, będą podążać artyści krakowskiej opery. W grudniowy, premierowy wieczór najmocniej zabrzmiała muzyka operowa Krzysztofa Pendereckiego. Wydaje mi się, że opery Pendereckiego, realizowane przez znamienitych reżyserów, powinny znaleźć się w kanonie repertuarowym krakowskiej sceny. To wybitni reżyserzy w pełni wykorzystają inscenizacyjne "możliwości i ograniczenia" nowej przestrzeni scenicznej, ale i ukażą drogę doskonalenia warsztatu aktorskiego (podkreślam - aktorskiego) krakowskich artystów operowych, bez którego trudno wyobrazić sobie współczesny teatr operowy.

 

2. Ogromne wrażenie pozostawiły dwa spektakle pokazane w ramach Festiwalu "Dedykacje": Brecht 2008.

 

W pierwszej kolejności "Kariera Artura Ui" w wykonaniu Berliner Ensemble. Zobaczyć Martina Wuttkego w tytułowej roli dramatu Brechta to zobaczyć w praktyce, co teatr może zawdzięczać mistrzostwu warsztatowemu aktora, mistrzostwu, o którym zapominamy w polskim teatrze, nazbyt często przykrywając niedomogi sztuki aktorskiej popisami inscenizacyjnymi. Wielkim wydarzeniem był również występ Milvy z Picolo Teatro di Milano ("Milva śpiewa Brechta").

 

3. "Sędziowie" Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Jerzego Stuhra (Teatr PWST im. L. Solskiego).

 

Było to poruszające, głębokie i niezwykle skromne w środkach artystycznego wyrazu odczytanie tragedii Wyspiańskiego. Wielka szkoda, że tzw. przedstawienia dyplomowe wraz z odejściem studentów z uczelni muszą kończyć swój byt artystyczny. Ale to właśnie spektakle studentów najdobitniej podkreślają specyfikę sztuki teatralnej - sztuki ulotnej, istniejącej tylko w świecie "tu i teraz", po której pozostają tylko wspomnienia.

 

4. W 2008 r. w krakowskich teatrach dramatycznych nie odnalazłem spektaklu, który wprowadziłby mnie w stan zachwytu i sprawił, że w następnym roku chciałbym to przedstawienie jeszcze raz obejrzeć. Ale ponieważ w teatrze najbardziej kocham aktorów, stąd ogromną radość odczuwałem widząc na scenie Narodowego Starego Teatru w jednym spektaklu (Eugene Ionesco, "Król umiera, czyli ceremonie", w reżyserii Piotra Cieplaka) Annę Polony, Annę Dymną, Dorotę Segdę a przede wszystkim Jerzego Trelę, aktora, który jest uosobieniem uczciwości artystycznej i doskonałości warsztatowej.

 
23.12.2008  
Paweł Głowacki, Zostały za duże buty - renezja Pawła Głowackiego ze spektaklu "Ja, Feuerbach", /Dziennik Polski/
...

Paweł Głowacki: Wyznania szczerego entuzjasty teatru Kiedyś, nie tak dawno, Boże drogi - można powiedzieć, że nie dalej jak wczoraj, kiedy ludzi było jeszcze dużo i żyli blisko, wyjściowa marynarka Fe[...]

Paweł Głowacki: Wyznania szczerego entuzjasty teatru

 

Kiedyś, nie tak dawno, Boże drogi - można powiedzieć, że nie dalej jak wczoraj, kiedy ludzi było jeszcze dużo i żyli blisko, wyjściowa marynarka Feuerbacha miała klasę do pozazdroszczenia. Krój, subtelność sukna, dyskretny urok Melpomeny nienachalnej i guziki. Wszystkie trzy tam, gdzie miały być. Gdy szedł z teatru do domu albo z domu do teatru, ludzie palcami pokazywali: o, idzie Feuerbach, ten aktor wielki... Marynarka leżała jak ulał. Kiedyś, nie tak dawno, Boże drogi - przecież nie dalej jak wczoraj... tak. Nie dalej jak wczoraj był aktorem. W gazetach pisali o nim. nie dalej jak wczoraj - był. Lecz coś złego musiało zdarzyć się którejś nocy. Wstał patrzy - a tu ludzi jak na lekarstwo i każdy daleko. I nikt nie pokazuje palcem. Ścieżka z domu do teatru, z teatru do domu, jest już nie do przejścia. Marynarka utraciła klasę do pozazdroszczenia. Juz nie leży jak ulał. Nic juz nie pasuje. Za długie rękawy, za długie portki, kamizelka jak wór, buty - kajaki. wszystko naraz - za duże. On nagle - za mały. świat - daleko. I przepadł gdzieś jeden guzik. Juz go, Boże guzików, nie ma tam gdzie przykazałeś aby tkwił. co robić? iść? Wrócić? Być mimo wszystko? Ruszyć do teatru? By długość rąk odzyskać? By stopy urosły? By kołnierzyk nie był jak chomato? By wrócił guzik, a ludzie placami pokazywali jak kiedyś? Tak. Wrócić Ale kiedy? Po ilu nocach i dniach narastającej samotności ruszył? po wielu. Ale ruszył i jest. Jeszce bardziej skurczony, niż tamtej nocy, kiedy dostrzegł, że zmalał. nie więcej jak tydzień kolejny, a rękawy zaczną sięgać kolan. Nie widać zaciśniętych piątek na powrót chłopięcych. Ale jest. Przyszedł na przesłuchanie do roli. Tak się zaczyna wyreżyserowany przez Krzysztofa Orzechowskiego monodram Tankreda Dorsta "Ja, Feuerbach". No, prawie monodram. Przecież Asystent reżysera (Rafał Sadowski) tkwi na widowni, później wlezie Kobieta (Kornelia Trawkowska) szukająca psa, senni techniczni wnoszą dekoracje. Doskonale obojętni. Wszyscy dalecy jak świąt od lat. Ale on jest jak nie było od lat Feuerbach! Aktor tragiczny! Znów stoi na pustej scenie! Czeka. Jeszcze w domu wdział perukę. Stanął w niej przed lustrem, pewnie pękniętym i ze srebrem na dnie na amen wyżartym przez czas. Zobaczył marność o włosach koloru moli utytłanych naftaliną. Ale to nic. To i tak lepiej, niż gdyby mieli pokazywać palcami: o wielki tragik - a łysy jak kolano! I to już wszystko prawie Dorst, jak wielu odrobił lekcję "Godota..." Samuela Becketta. Pan Bóg Reżyser nie przychodzi. Lilipuciej marności w marynarce niczym płaszcz pozostaje czekanie i to, w czym był mistrzem, gdy był. Słowa i gesty. Pamięć o starej mocy słów, pamięć o starej potędze gestów. Przez godzinę z okładem będzie tę moc i potęgę wyłuskiwał z czasu przeszłego dokonanego. W zimnym świetle, przed obojętnym, z minuty na minutę coraz napastliwej niecierpliwym Asystentem, wobec znudzonej Kobiety i katatonii technicznych, na tle psa niewidzialnego, co w którejś z pustych garderób, kto wie, tylnią nogę podnosi raz, drugi, trzeci - Feuerbach spróbuje powtórzyć dawna świetność. Gada. Łapkami lepi z powietrza odległy blask.

Przywołuje przeszły teatr, wiernych klasyków, siebie w rolach, co miały, Boże ironii, stać się nieśmiertelne. Wracają strzępy starych demonów, wracają jak ptaki oniryczne, które widzi na rękawach babilońskiej marynarki, gdy w geście stracha na wróble unosi ramiona i robi: ćwir, ćwir... Jest! Znów jest! Ale dopiero gdy w finale Reżyser zjawi się jako jasne światło sunące z drzwi otwartych na foyer, dopiero wtedy pojmie, że te wióry słów i gestów to już za mało, by być. Z monologu klasycznego, którym miał olśnić Reżysera, zostało w gardle nie więcej niż to, co dobrze zna z nocnych spotkań z ptasimi widmami. Ćwir, ćwir,,, Kra, kra...Gul,gul... Nic.

Mogłem wysnuć te elegię, bo na jubileusz swych siedemdziesiątych urodzin Tadeusz Kwinta, grając Feuerbacha, zagrał właśnie to. Dał opowieść o niemożności odzyskania świata. Odchodzi więc. Samotność nie zmalała. Samotność urosła. Z piąstkami skrytymi w za długich rękawach marynarki bez guzika niknie za kotarami. Odchodzi w skarpetach. Cicho. Zostały po nim za duże buty

 
23.12.2008  
Magda Huzarska, Stary aktor kontra autostop - recenzja Magdy Huzarskiej ze spektaklu "Ja, Feuerbach", /Polska Gazeta Krakowska nr 299 /
...

Kiedy stary aktor Feuerbach spyta młodego asystenta reżysera, jak trafił do teatru, młodziak odpowie z rozbrajającą szczerością: przez autostop. Otóż, łapiąc onegdaj okazję na autostradzie, los sprawi[...]

Kiedy stary aktor Feuerbach spyta młodego asystenta reżysera, jak trafił do teatru, młodziak odpowie z rozbrajającą szczerością: przez autostop. Otóż, łapiąc onegdaj okazję na autostradzie, los sprawił, że zatrzymał samochód, prowadzony przez dyrektora teatru. Tak, przypadkowo poniekąd, wjechał do przybytku Melpomeny. I został. Przypadkowo!

To jedna z wielu gorzkich prawd, które padają ze Sceny Miniatura Teatru im. J. Słowackiego. Bowiem tekst Tankreda Dorsta "Ja, Feuerbach" jest między innymi traktatem o starym i młodym teatrze, o istocie uprawiania zawodu aktora i szerzej -o istocie uprawiania sztuki w ogóle. I jest też ten tekst, może przede wszystkim, przejmującą pochwałą uczciwości. Uczciwości wobec własnych zasad, przekonań i artyzmu.

Tadeusz Kwinta gra starego Feuerbacha. Po siedmiu latach przerwy przychodzi na przesłuchanie do teatru. W oczekiwaniu na reżysera, daje lekcje teatru i życia jego asystentowi (Rafał Sadowski). Od początku jest jak zjawą z jakiejś odległej epoki. Od początku jest zagubiony w tym jakimś nowym teatrze. Nieśmiało błaga o trochę światła. Wspomina dawne role i dawne czasy. Odgrywa swój teatr jednego widza niejako dla siebie. W czasach, kiedy istota nowoczesnego aktorstwa sprowadza się do "graj, że nic nie grasz", albo "bądź sobą", sztuka aktorska Tadeusza Kwinty jest wzruszająco uczciwa. Każda emocja, każdy gest ma swój jasny wymiar i czytelne znaczenie. Kwinta gra całym sobą. Ale nie ma tu nic z efekciarstwa i kokieterii.

W jego czułych dłoniach nawet pudełko zapałek staje się maleńkim, delikatnym ptaszkiem, w którego on tchnie życie. Każdy grymas twarzy rodzi się z emocji. A kiedy wreszcie dojdzie do przesłuchania i kiedy zlęknione słowa ugrzęzną w gardle, Feuerbach Kwinty cichutko odejdzie na paluszkach. Jakby przepraszając. Ale przecież zwycięski, bo to on znalazł się po właściwej stronie sztuki.

Gdzieś mniej więcej w środku przedstawienia, na scenę wchodzi młoda dziewczyna (Kornelia Trawkowska), która zgubiła psa, który ma "zagrać" w przedstawieniu. Stoi obojętnie i żuje gumę. W pewnym momencie Feuerbach nie wytrzymuje i rzuca w jej stronę: to jest teatr!

 
19.12.2008  
Waldemar Wasztyl, Nie rzucim banku skąd nasz ród - recenzja ze spektaklu "Frank V. Komedia Bankierska" w "Teatrze", /Teatr nr 12/12.2008/
...

«"Do krwi ostatniej kropli z żył bronić będziemy kasy..." - jak to wszystko współcześnie brzmi: pieniądze, chciwość, hipokryzja. W tym odkrywczym stylu ciągnie się "Frank V. Komedia bankierska" Dürren[...]

«"Do krwi ostatniej kropli z żył bronić będziemy kasy..." - jak to wszystko współcześnie brzmi: pieniądze, chciwość, hipokryzja. W tym odkrywczym stylu ciągnie się "Frank V. Komedia bankierska" Dürrenmatta w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie.

Sztuka opowiada o rodzinie Franków, właścicielach szacownego domu bankowego - innymi słowy: o prymitywnych oszustach, mordercach i dziwkach. Groteskowy kogel-mogel wartości i postaw to na pierwszy rzut oka pomysł niezwykle atrakcyjny, chwytliwy. Krwiożercze oblicze kapitału jest tematem, jak się wydaje, wprost dla III (albo IV?) Rzeczypospolitej. Spostrzeżenia wyjęte z utyskiwań starego dobrego Marksa mogą trochę trącić myszką, strzeżmy się jednak przykrych skojarzeń i zachowajmy ostrość sądu: kapitał jest zły, a czasy paskudne. "Nie grozi kara ani żaden sąd /1 nie popłaca dziś rzetelny czyn".

Dramat Dürrenmatta pojawił się w 1962 roku od razu na trzech polskich scenach. Reżyserowali go Swinarski, Jarocki i Goliński. Po tym mocnym wejściu... słuch o "Franku V" zaginął. Cóż, najwyraźniej rzeczywistość rozminęła się ze sztuką - albo też nigdy do niej specjalnie nie przystawała. Dzisiaj przypomina ten tekst Krzysztof Babicki. Czyni to niezwykle starannie, w formie pełnej wdzięku i elegancji, która niestety skutecznie pacyfikuje żar groteski. "Komedia bankierska" to ciągle opowieść z innego świata.

Pudełko sceny jest puste, wyłożone ciemnoczerwonym suknem, flankowane czarnymi kulisami. Na środku tylnej ściany znajduje się szyba. To okno gabinetu Dyrektora, z którego wyżyn przygląda się on poczynaniom swoich podwładnych. To także ekran, na którym w finale pojawi się gigantyczne oko. Źrenica zagląda ciekawie do środka, podgląda finansowy, peep-show. Scenografią rządzi zasada minimalizmu, czasem na chwilę wyłoni się z boku jakiś stolik albo sofa, z zapadni wynurzy się sejf. Ich pojawienie nie zaburza ogólnego wrażenia pustki i chłodu przestrzeni. Za sprawą Marka Brauna (scenografia) i Olafa Tryzny (reżyseria światła) powstała przestrzeń bardzo ekskluzywna, powiedziałbym wręcz, że już dawno nie widziałem tak szlachetnej wystawy. Myślimy o wielkim holu w gmachu Franka - i autorytet instytucji bankowej nie budzi naszych zastrzeżeń.

Wątpliwości pojawiają się w momencie, gdy bohaterowie rozpoczynają normalny roboczy dzień. Nowicjusz Pauli Neukomm (Grzegorz Łukawski) zostaje przyłapany z podrobionym kluczem do skarbca. Chęć ograbienia pracodawców. .. wzbudza uznanie. Pauli, z zawodu ślusarz, zostaje przyjęty do grona gangsterów, trafia do działu księgowości. Bank Franków okazuje się maszynką do wyłudzania pieniędzy, bezpardonowego naciągania klientów. Wszelkie problemy natury prawnej (kontrole i podejrzenia) załatwia się pistoletem bądź trutką na szczury.

Dom finansowy, którym kieruje Frank V (Tomasz Międzik), szczyci się długą i chwalebną tradycją. Dziś jednak interesy idą kiepsko. Kadra, niegdyś same morowe chłopaki, to cień dawnej świetności. Toczą ją jakieś rozterki moralne, nałogi, nerwice albo zwykła pobożność. Mniej odporni co i rusz wędrują do piwnicy - żeby na wieczność cieszyć się kawałkiem chłodnego grobu i nie przeszkadzać kolegom w pracy. Dyrekcja szykuje się do ostatniego przekrętu: upozoruje śmierć wszystkich pracowników i właścicieli. W ten sprytny sposób zamknie się działalność banku i utnie pretensje klientów.

I tak rozwija się ta dziwaczna fabuła, gęsto przetykana songami. "Frank V" jest bowiem komedią muzyczną, chciałoby się rzec: musicalem. Ale trudno tak określić muzykę Paula Burkharda do wierszy w przekładzie Joanny Kulmowej. Songi są mdłe, nie wpadają w ucho, nierzadko drażnią - swoją chropowatą formą, łamańcami frazy, gdzie niepotrzebnie pakuje się zbyt obfitą treść. Zespół robi, co może, żeby te muzyczne kwiatki prezentowały się szykownie. Mikroporty aktorów aż trzeszczą z wrażenia.

Kłopot nie w tym, że Burkhardowi daleko do Andrew Lloyda Webbera. Potencjał sztuki rozmywa się gdzieś między dramaturgiem, kompozytorem a reżyserem. Rozmywa - ten wyraz wydaje mi się kluczowy. Całemu przedsięwzięciu brakuje bowiem zaczepności - jakby szaleństwo absurdu zdławił monolit formy. Makabra siedzi na jednej grzędzie z farsą - siedzą tak obie nieco osowiałe, bo nikt ich porządnie nie rozhuśtał.

W grzecznym chórze Babickiego bluesa czuje dwójka aktorów: Beata Fudalej w roli Frydy Fürst i Krzysztof Jędrysek jako Richard Egli. Temu duetowi rzeczywiście udało się rozkołysać rytm scen. Igrają żywiołem groteski, na pięciolinii kontrastów komponują rozwichrzone, ale przekonujące kreacje. Dyrektor personalny, Richard Egli, to główny oszust banku i strażnik gangsterskiej moralności. Jędrysek szafuje całą gamą masek: cynicznego hochsztaplera, nieoględnego w sądach raptusa, playboya czy wreszcie małego safanduły w objęciach Frydy. Jego kochanka, z pozoru naiwna i niepozorna urzędniczka, to James Bond finansjery, człowiek do poruczeń specjalnych. Wkracza do akcji, gdy tylko zdarzy się nieszczęście: klient wypłaci pieniądze z lokaty. Panna Fiirst z premedytacją uwodzi wtedy delikwenta i wyłudza gotówkę.

Pod tym efektownym wyuzdaniem Fryda Beaty Fudalej kryje oblicze kruchej, delikatnej kobiety. Już drugą dekadę romansuje z Richardem, ale jakoś nigdy, w natłoku obowiązków, nie znajdują oni czasu na wspólne życie. Marzenia o małym domku z zielonymi okiennicami i czerwonymi belkami już się nie spełnią. Egli musi zabić kochankę, która zbyt odważnie walczyła z dyrekcją o "uczciwie" zarobione oszczędności. Poczucie obowiązku pokonuje wszelkie opory i strach. Fryda poprawia makijaż i wychodzi zrezygnowana do piwnicy. Para Fudalej - Jędrysek uwodzi widza. Na efektownym tle komicznych sytuacji tragiczne nuty brzmiąprawdziwie.Wtych momentach ujawnia się autentyczna siła i drapieżność struktury sztuki.

W świecie "Franka V" wszyscy są więźniami układu regulowanego przez prawa kapitału. Gdzieś z daleka odzywają się echa Wielkiego Mechanizmu znanego z dramatów królewskich Shakespeare'a. Nikt nie wymknie się losowi, historia musi zatoczyć koło, które miażdży stare pokolenie. Po Franku V nadchodzi epoka Franka VI. Ale zastanówmy się dobrze... Czy aby rządy grosza nie są cokolwiek przecenionym tematem? Tak naprawdę postaci animuje nie pieniądz, ale zwykłe ludzkie stosunki i stosuneczki. Jakieś marzenia, plany, układy. Może - jakby na przekór -rację ma Dyrektor banku w rozmowie z żoną (Dorota Godzić). Zarzuca Otylii małostkowość, gdy ta zapamiętała się w pozie a la Lady Makbet: "zawsze mnie spychasz duchowo na jakieś fałszywe pozycje".

"Fałszywe pozycje" Otylii Frank wyglądają mniej więcej tak, jak tytułowa trawestacja "Roty". Niby to ciekawe i sercu bliskie, ale w gruncie rzeczy nie mówi nic szczególnie oryginalnego. Ponury absurd, który mógł prowokować do refleksji, jakoś wywietrzał z "Komedii bankierskiej". W epoce korporacji rodzinny bank Franków prezentuje się cokolwiek staroświecko.

***

Waldemar Wasztyl - absolwent teatrologii krakowskiej, doktorant Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.»

 
10.12.2008  
Paweł Głowacki, 254. Krakowski Salon Poezji. "Najcieńsze szkło" Wiersze Haliny Poświatowskiej i wspomnienia o niej czytali: Anna Dymna, Dorota Segda i Tadeusz Zięba. , /Dziennik Polski nr 288/
...

Od dziecka wiedziała, że jutro umrze. Od siódmego, ósmego roku życia było tak, jakby miała przykazane: pamiętaj, każdego kolejnego dnia nie bój się pamiętać, że gdy następnym świtem, po następnym dese[...]

Od dziecka wiedziała, że jutro umrze. Od siódmego, ósmego roku życia było tak, jakby miała przykazane: pamiętaj, każdego kolejnego dnia nie bój się pamiętać, że gdy następnym świtem, po następnym deserze z lodów pistacjowych i truskawkowej galaretki, albo przed następnym snem zauważysz, że już cię nie ma - nie dziw się, nie miej pretensji, nie płacz w zaświatach. Ciesz się, bo to i tak cud nad cudami, że miałaś poprzedni świt, poprzedni deser, poprzedni sen.

Jak tu żyć? Serce Haliny Poświatowskiej było zepsute na amen, nie do naprawienia. Jak żyć, gdy się nie żyje, tylko dzień po dniu czeka, aż się nie będzie, czeka się i pyta wciąż, czy już... Już? Nie. Już? Nie. Już?... Poświatowska pisała wierszyki. Czy to ją ocaliło aż na 32 lata? W każdym razie, tak to sobie medycy umyślili. Operacje, skalpele, igły, nici, medykamenty, rehabilitacje - owszem, jak najbardziej, koniecznie tak. Ale i słowa. Jej słowa, jej liryczne obrazki, jej metafory. Żeby może odwróciła głowę od starej prawdy, że nic już nie da się zrobić.

To jednak nie było możliwe. Gdy się ma serce z najcieńszego szkła, które wszystko wokół - od oddechu poczynając, na księżycu kończąc - zmienia w niepoliczalną menażerię z bibuły najcieńszej, nie sposób odwrócić głowy. Pisała, sobie pisała: "Jestem starsza o słowo, o dwa, o trzy, o pięć... "Jestem starsza o wiersz". Tak, nie odwracała głowy.

Jak to wszystko czytać? Jak na głos wypowiedzieć kronikę 32 lat jej życia - wierszowany dziennik 11 680 dni nieudanej śmierci? Zwłaszcza - jak to czytać, gdy się zarazem podaje do słyszenia fragmenty wspomnień jej przyjaciół, rodziny i jej samej, wspomnień pełnych zdań o trzeszczącym sercu z najcieńszego szkła? Słowem - jak wyjść z uwikłania wierszy w życie, życia w wiersze, takiego życia w takie wiersze, uwikłania, które zawsze grozi czułostkowością, łzami współczucia, lepką litością, chustką na nosie?

Na ostatnim salonie, kiedy Anna Dymna, Dorota Segda i Tadeusz Zięba czytali lirykę Poświatowskiej i wspomnienia o niej, zamarzyło mi się usłyszeć to samo w wykonaniu jakiegoś... starego buca - w najlepszym tych dwóch słów znaczeniu. Nie mówię, broń Boże, iż Dymna, Segda i Zięba lekturą swą zmienili salon w seans chustek na nosach zasmarkanych z niebotycznego wzruszenia. Mówię jedynie, że od tego Poświatowskiej 32 lata trwającego tańca kruchuteńkich dni z kruchuteńkimi metaforami - należy odejmować czułość, ciepło i słodycz, odejmować, nie dodawać. Dla dobra pamięci o życiu. I dla dobra wierszy.

Jakiś więc stary, mądry buc. A jeśli nie on, to ktoś taki: pozornie lodowaty, z betonem w gardle, niby obojętny i nieskory do grzęźnięcia w zbyt łatwym współczuciu, ktoś z zupełnie innej planety wzruszeń - nie miękkich, nie ciepłych, nie pocieszających. Na przykład - Ewa Lassek. Albo Lidia Zamkow. Gdyby Zamkow żyła i rzekła: "Jestem starsza o słowo" - jakie czernie byłoby słychać?

 

 
09.12.2008  
Anna Szczygieł , Bosy Feuerbach w Teatrze Słowackiego - recenzja ze spektaklu "Ja, Feuerbach" w portalu kulturatka.pl, /Kulturatka.pl/
...

Pośród współczesnej, artystycznej krzątaniny, w cieniu rzucanym przez nadętego, sepleniącego reżysera wcinającego buraki w swoim kantorku, siedzi Feuerbach. Zabiedzony jakiś i wiekowy, marynarka na ni[...]

Pośród współczesnej, artystycznej krzątaniny, w cieniu rzucanym przez nadętego, sepleniącego reżysera wcinającego buraki w swoim kantorku, siedzi Feuerbach. Zabiedzony jakiś i wiekowy, marynarka na nim smętnie wisi, wzrok mu gdzieś ucieka. Ale siedzi, biedaczyna mimo wszystko, zerkając na drzwi i czekając na szansę, którą po latach dostał, żeby wrócić do aktorskiego rzemiosła i porwał tysiące swoimi monologami wysublimowanymi.

Tadeusz Kwinta, bo o nim tu mowa, cały jest przykurzony i jakiś niedzisiejszy. Przeterminowany można by rzec. Na scenie Miniatura, ten zapomniany, nieprzystający do standardów aktor, nie jest amantem. Nie jest kochanym przez klasę średnią bohaterem serialu, nie tańczy z gwiazdą i nie bawi na festynie, biegając ze stadem psów ku uciesze gawiedzi. Przycupnął wystraszony w samych tylko skarpetkach i zaczął recytować monologi.

Teatr w Teatrze. Teatr bardziej niż współczesny. Całkiem nowy, dostosowany do standardów świata sztuki. Takich, gdzie pies gra w przedstawienie rolę kluczową i gdzie recytując Brechta konieczne są podskoki, bo sam tekst nudny i niestrawny, a tu zabawy trzeba i rozrywki. W to miejsce i Feuerbach musiał się udać, bo marzył mu się powrót na łono sztuki – takiej, którą pokochał i poświęcił wszystko co człowiek swojej pasji i miłości poświęcić może. Czeka na szansę i nerwowo zaciska dłonie. Minuty mijają, a niepokój w jego spojrzeniu coraz większy. Coraz szybciej chodzi po scenie, coraz mocniej dłonie splata, coraz szybsze potoki słów z siebie wyrzuca. Coraz częściej oddech trzeba wstrzymywać.

Wielki smutek. Ale przede wszystkim gorycz – to sączy się zza kulis Teatru w Teatrze. Żal za niegdysiejszą sławą, łza wylana za minione sukcesy, tęsknota za nieskażonym i czystym zapachem teatru. A to tylko jeden, zwykły Aktor, któremu rzeczywistość nieco się zaburzyła, a wzrok zamglił. Tadeusz Kwinta prowadzi nas najpierw powolutku, z kurtuazją, jak w białych rękawiczkach, krok po kroku - żeby nie pomylić ścieżki, a potem coraz szybciej i gwałtowniej każe nam w szaleńczym pędzie podążać za swoimi opowieściami o meandrach życia Aktora. Milion ma wcieleń i nieludzko prawdziwy jest w każdym z nich, zmuszając do wysiłku, dławiąc prawdą straszną, którą, doprawioną szaleństwem nam prezentuje, biegając za niewidzialnymi ptakami. Przypałętał się z jakiejś bajki, gdzie przyszli reżyserzy znają na pamięć wersety z Szekspira, gdzie spektaklem jest już sama recytacja Brechta, a kunszt aktorów pozwala im grać na siedząco klasyków, a jeden ich gest czy słowo, zmieniają strukturę świata. Tak świat sceny nam modelował Tadeusz Kwinta i trzymał mocno, aż łzy popłynęły.

A tu rzeczywistość zaskrzeczała. Psina biega za sceną, młody reżyser średnio kojarzy Szekspira, a aktorem nazywa się pałętającego się po świecie, wypomadowanego fircyka. A Aktor ciągle siedzi na środku sceny. Nawet przez krótką chwilę czuje na sobie blask reflektora. Mruży oczy i widzi, jak cichaczem do lamusa odchodzi to w co wierzył i co z niego życie wyssało. Dewaluacja nastąpiła i teraz został tylko zakurzony Aktor ze swoim krzesełkiem, zasiłkiem i przydługą, wysłużoną marynarką. Sól ziemi już w solniczce czeka na rosół z makaronem, a po Aktorze buty tylko zostały. Poszedł boso biedaczysko. Sztuka kwitnie. Evviva l'arte!

 
01.12.2008  
Justyna Nowicka, Od Brechta do Dantego - o spektaklu "Rozmowy poufne" pisze Justyna Nowicka, /Kraków nr 12/12.2008/
...

Brecht i Boska Komedia - dwa arcyciekawe projekty teatralne zdominowały końcówkę roku na krakowskich scenach - pisze Justyna Nowicka w miesięczniku Kraków.«Józef K. i kobiety Dwie inscenizacje "Proces[...]

Brecht i Boska Komedia - dwa arcyciekawe projekty teatralne zdominowały końcówkę roku na krakowskich scenach - pisze Justyna Nowicka w miesięczniku Kraków.

«Józef K. i kobiety

Dwie inscenizacje "Procesu" Kafki na krakowskich scenach, obie bez satysfakcji, choć z zupełnie innych powodów. Na scenie PWST "Proces" przyrządził Wojciech Kościelniak, reżyser przerabiający wszystko bez wyjątku na musicale. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Tym razem skutek jest taki, że głównym tematem spektaklu stają się relacje Józefa K. z kobietami. Jak wiadomo liczne i urozmaicone, inspirowane bujnością i bogactwem owych kontaktów w życiu autora. Zresztą mniejsza o biografię. Jednak wynik jest taki, że z gęstej, bogatej właśnie, nieznośnej nierzadko rzeczywistości powieści na scenę przedostają się głównie wątki panien i pań oraz tematyka uwikłania w nie głównego bohatera. Nie muszę chyba dalej tłumaczyć, dlaczego takie potraktowanie tekstu wydaje mi się niesatysfakcjonujące?

Zastrzeżenia można mieć i do formy spektaklu, pomysłowej i konsekwentnej, choć ostatecznie jednak monotonnej i nieadekwatnej. Kościelniak zaproponował konwencję nawiązującą stylistycznie do międzywojennego kabaretu. Pewnie słusznie założył, że w takim kabarecie Kafka mógł bywać, i że taki kabaret, przerysowany, groteskowy, całkiem świadomie pospolity mógł inspirować jakieś wątki i tematy z kafkowego oeuvre. Ale ową stylizację potraktował zbyt serio i zbyt solennie, wypełnił scenę dziwnymi, dziwnie mówiącymi indywiduami, dla których jakimś wspólnym mianownikiem stała się budząca grozę postać Klausa Kinskiego z filmu Herzoga Nosferatu wampir, tutaj w wariancie komiksowym. Straszliwe napięcie rozbijają od czasu do czasu zabawne piosenki napisane przez Rafała Dziwisza do stylowej muzyki Tomasza Gwicińskiego oraz pełne wdzięku, czarno-białe animacje Damiana Stymy, Eliasza Stymy i Grzegorza Policińskiego. Nie jestem apostołem nowych mediów w teatrze, ale właśnie dla tych animacji, niewymyślnych, ale niezwykle inteligentnie i dowcipnie punktujących przebieg akcji warto zobaczyć to przedstawienie.

Waldemar Śmigasiewicz zrealizował "Proces" w Bagateli. Tu reżyser postawił na całkowitą redukcję teatralnej formy. Trzygodzinny seans rozgrywa się w tej samej ciemnawej, zatłoczonej starymi meblami scenografii. Józef K. przenosi się z łóżka na kanapę, z kanapy na krzesło, potem znów na łóżko. I bez końca rozważa. Problem winy i kary, odpowiedzialności i mitycznego grzechu. I tutaj znaczenie mają kobiety pojawiające się jako atrakcyjne przerywniki w tych egzystencjalnych przemyśleniach. Porażka takiej wizji "Procesu" jest nieuchronna, mimo że przedstawienie Śmigasiewicza jest momentami pięknie zagrane, a atmosfera bywa gęsta. Z pewnością spektakl z Bagateli bliższy jest duchowi tekstu Kafki niż kabaretowe popisy ze sceny PWST. Reżyser nie wyciąga jednak do widza pomocnej ręki, właściwie go lekceważy, nie stara się owego seansu udramatyzować, nie dba o wzbogacenie strony wizualnej. Monotonii przypadków Józefa K. nie zakłóca żaden pomysł sceniczny. Po kwadransie tego bardziej słuchowiska niż widowiska ze sceny zaczyna wiać potworną nudą ożywioną jedynie jakimś apetycznym negliżem. Tylko dla wytrwałych.

Poufnie o Miniaturze

Mała scena Teatru im. Słowackiego ma zdecydowanie więcej szczęścia do teksów i reżyserów niż scena w głównym gmachu. Po latach nieobecności do Krakowa powróciła tam jedna z najciekawszych współczesnych polskich reżyserek Iwona Kempa. Sięgnęła po niewystawiany dotąd w Polsce tekst Bergmana "Rozmowy poufne", pozbawiony może gęstości najgłośniejszych dramatów tego reżysera, ale bardzo dobrze skonstruowany, z nieoczywistą pointą, przejmujący.

Piszę o tym przedstawieniu ładnych kilka tygodni po premierze, nie na gorąco. To trochę zawodna, ale też szczególna perspektywa - zostaje już tylko, to co najistotniejsze. Z "Rozmów poufnych" pozostała mi w pamięci przede wszystkim rola Anny - Dominiki Bednarczyk. Dość młoda jeszcze kobieta, żona pastora, matka dwójki dzieci poszukuje w swoim życiu utraconego ładu. Uwikłana w pozamałżeński romans, szczęśliwy tylko na początku, miota się między poczuciem obowiązku wobec rodziny z jednej strony, potrzebą duchowej harmonii z drugiej, wreszcie zwykłym ludzkim egoizmem. Otoczenie, matka, przyjaciółka i zaprzyjaźniony duchowny próbują jej pomóc udzielając prostych życiowych rad. Ale u Bergmana prosta życiowa mądrość nie sprawdza się. Prawda nikogo nie wyzwala, wywołuje tylko demony. Anna pragnie żyć w spokoju z własnym sumieniem, ryzykuje wyznanie prawdy, ale przegrywa. Kempa zrobiła przedstawienie skupione i kameralne, wyraziście podzielone filmowym sposobem na kolejne klisze albo kadry, epizody. I choć aktorom udaje się w zasadzie trafić w charakterystyczny dla Bergmana zdystansowany, ale i naładowany emocjami ton, tylko Bednarczyk jest w swojej roli bezwzględnie precyzyjna - najpierw pełna nadziei, potem perfekcyjnie odmierzająca ogarniający ja smutek i świadomość przegranej. Piękna rola.

Dantejskie sceny w Łaźni Nowej

Boska Komedia to festiwal, jakiego jeszcze w Krakowie nie było. Międzynarodowy festiwal teatralny włączony do flagowego projektu urzędu miasta "6 zmysłów" debiutuje oficjalnie 5 grudnia. Jak zapowiadają organizatorzy: "zamieni Kraków w wielką scenę". Obok przeglądu spektakli polskich, walczących o tytuł najlepszego przedstawienia roku i nagrodę Prezydenta Miasta Krakowa, czeka nas również spotkanie z teatrem świata.

Dyrektorem artystycznym Boskiej Komedii jest Bartosz Szydłowski - reżyser teatralny, szef nowohuckiego teatru Łaźnia Nowa, zdecydowanie najlepszy w Krakowie teatralny menadżer, któremu regularnie udaje się sprowadzać najlepsze spektakle sezonu. Do wyboru spektakli, które znalazły się w przeglądzie współczesnego teatru polskiego, Szydłowski zaprosił blisko 30 polskich krytyków teatralnych, dziennikarzy i recenzentów. W wyniku ich głosowania na scenach największych krakowskich teatrów zagości w grudniu osiem najlepszych spektakli polskich ubiegłego sezonu. Zobaczymy więc w trakcie festiwalu m.in.: Factory 2 Krystiana Lupy, Sprawę Dantona Jana Klaty, Reportaż o końcu świata Teatru Wierszalin, Odpoczywanie Pawła Passiniego, Wesele Anny Augustynowicz czy Odprawę posłów greckich Michała Zadary, Lulu Michała Borczucha, Był sobie Polak... Moniki Strzępki. Do konkursu dopuszczone zostały dodatkowo trzy spektakle krakowskich teatrów: Galgenberg Agaty Dudy-Gracz, Othello Macieja Sobocińskiego oraz Poważny jak śmierć, zimny jak głaz Tomasza Obary.

W trakcie festiwalu Kraków gościć będzie przedstawienia z Indii, RPA, Iranu i Kolumbii. Egzotyczne, bardziej wystawne od filmów hollywoodzkich hinduskie Uwiedzenie łączy muzykę indyjską z estetyką amsterdamskiej dzielnicy czerwonych latarni; kipiący emocjami irański Kwartet - podróż na północ oraz Tajemniczy dar angażują widza w świat, z którym nie zetknął się nigdy wcześniej. Zaangażowany społecznie i politycznie spektakl z RPA Interraciał prowokuje pytania, które muszą sobie zadać Europejczycy XXI wieku, zaś kolumbijskie Tęsknię za Ałpami odkrywa przed publicznością perspektywę świata widzianego w zaskakująco bezpośredni, ale i symboliczny sposób.

Festiwalowi towarzyszyć będzie także prezentacja scen krakowskich, przedstawienia towarzyszące (Stolik grupy Karbido, Utwór sentymentalny na czterech aktorów Piotra Cieplaka, Mc co ludzkie w reżyserii L. Witta-Michałowskiego, P. Ratajczaka, P. Passiniego) oraz produkcje festiwalowe - Akcja Boska studentów reżyserii PWST, ID Marcina Libera oraz Wszystkie rodzaje śmierci Pawła Passiniego. Więcej informacji o Boskiej Komedii: www.boskakomedia.pl

Milva i inni

Bertold Brecht jest bohaterem tegorocznego Festiwalu "Dedykacje" w Krakowie. Twórca "Opery za trzy grosze" urodził się dokładnie 110 lat temu - w 1898 roku, i dziś zaliczany jest do największych dramaturgów i reformatorów teatru XX wieku. - Stworzył nie tylko genialne teksty - podkreśla szef artystyczny festiwalu Józef Opalski - ale też koncepcję teatru epickiego, który pozostaje jednym z najważniejszych modeli teatralnych. Ta technika artystyczna i stosowanie tak zwanego efektu obcości (V-effekt) wywarły ogromny wpływ nie tylko na rozwój dramatu i technik inscenizacyjnych, ale również na kino czy kulturę popularną.

Gwiazdą "Dedykacji" była włoska aktorka i pieśniarka Milva. Najpierw gwiazda San Remo, potem pilna uczennica włoskiego geniusza teatru Giorgio Strehlera, od lat uznawana jest za jedną z największych na świecie interpretatorek songów Brechta. Jednak kto widział przed laty w Starym Teatrze doskonałe przedstawienie samego Strehlera "Non sempre splende la luna", ten nie tak łatwo pogodzi się z jakimkolwiek innym wcieleniem tej wspaniałej artystki. Pokazany tym razem w Krakowie spektakl Cristiny Pezzoli, także z Piccolo Teatro z Mediolanu, choć pozbawiony może krystalicznej strehlerowskiej nieomylności zyskał uznanie widzów doceniających nieprawdopodobny temperament sceniczny Milyy.

Jako wydarzenie zapowiada się legendarna "Kariera Artura Ui" z Berliner Ensemble, teatru założonego przez samego Brechta, z głośną rolą aktora-ikony Martina Wuttke. Spektakl wyreżyserował Heiner Muller, chyba najsłynniejszy po Brechcie niemiecki dramaturg. Najbardziej znane dzieło Brechta "Opera za trzy grosze" zaprezentują w Nowohuckim Centrum Kultury artyści wrocławskiego Teatru Capitol. W programie "Dedykacji" są również przedstawienia Teatru Nowego z Krakowa oraz przegląd filmów poświęconych sztukom Brechta.

W szkole teatralnej otwarta została wystawa Swinarski -Brecht. Ekspozycja poświęcona brechtowskim inscenizacjom Konrada Swinarskiego ma charakter dokumentacyjny. Przedstawia przede wszystkim spektakle zrealizowane w polskich teatrach. Zobaczyć możemy fotografie ze spektakli, ale także szkice scenograficzne Swinarskiego do "Opery za trzy grosze", plakaty z występów Berliner Ensemble w Polsce.»

 

 

 

02-01-2009

 
01.12.2008  
Justyna Stasiowska, Wchodzimy, wychodzimy - o spektaklu "Kordian" w Dzienniku Teatralnym, /Dziennik Teatralny /
...

W wielkim korowodzie twarzy historycznych, histerycznych, zwykłych i niezwykłych tonie "Kordian". Historia stała się jarmarkiem - w morzu wejść i wyjść kolejnych postaci rozgrywają się jej ważne momen[...]

W wielkim korowodzie twarzy historycznych, histerycznych, zwykłych i niezwykłych tonie "Kordian". Historia stała się jarmarkiem - w morzu wejść i wyjść kolejnych postaci rozgrywają się jej ważne momenty. Co z tego zostaje?

Spektakl w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie jest zlepkiem scen z "Kordiana" połączonym w chaotyczny korowód zjaw, wrażeń, skojarzeń, powtarzających się motywów. W tym wirze można się zagubić podobnie jak w historii opowiadanej inaczej przez każdą osobę i sprawiającej przez to, że treść staje się groteskowa.

Widzimy wszystkie postacie prezentujące się na scenie - podeście, ołtarzu przypominającym jarmarczny teatr z prostymi i dynamicznymi scenkami. Wrażenie potęguje czarny materiał rozwieszony dookoła sceny oraz kartki tego samego koloru wywieszone na stojakach, pokryte białym drobnym pismem. Takie zamknięcie przestrzeni wywołuje klaustrofobię, sprawiając, iż duża scena Teatru im. Juliusz Słowackiego przypomina duszny teatrzyk zatopiony w chaotycznej karuzeli wydarzeń.

Wiele efektów wizualnych w tym jarmarku urozmaica ten niekończący się korowód postaci, krótkich tekstów, nastrojów. Zabawną jest scena dam, które po każdym dowcipie okazują swoją aprobatę wspólnie wyćwiczonym śmiechem. Z wszystkich ważnych wydarzeń, dramatycznych scen zostaje ten wspaniały śmiech zakrywający wszelkie momenty swoją błahością.

Rozmowy, osoby i sceny są zestawione na prostej zasadzie przeciwieństw, smutny - wesoły, sacrum - profanum. Zakonnice idą we wspólnym tańcu z prostytutkami, wariatami, lalkami wiedzione prze postać Śmierci - mężczyznę z białą twarzą, w czarnobiałym gorsecie i spódnicy. Ten Taniec Śmierci jest kolejnym intermedium powtarzanym i popychającym nas do traktowania spektaklu jako próby moralizowania i ukazywania groteskowości świata.

W tej rzeczywistości chaosu aktorzy przez kilka minut pomiędzy wejściem i wyjściem starają się wypełnić sobą scenę. Udaje się to Laurze (Anna Cieślak) tworząca postać drżącą ciągle jak struna, napinającą się i wybrzmiewając przebijającą się przez dźwięki ciągle powtarzanej melodii. Na tej karuzeli niezwykle gorzkim, groteskowym stał się Kordian (Grzegorz Mielczarek) będąc samemu sobie karuzelą emocji i nastrojów.

Rozmowa Cara (Krzysztof Zawadzki) i Wielkiego Księcia (Marcin Kuźmiński) to jeden z mocniejszych i ciekawszych elementów spektaklu. Świetnie zagrana i prowadzona jest kolejnym przystankiem w tym jarmarku osobliwości przepływających przez scenę. Twarze, które widzieliśmy w korowodzie niczym maski nabierają w rozmowie wyrazistego kształtu przypominając siłę dzieła Juliusza Słowackiego. Powoli wypowiadane niskim głosem słowa Cara malują gotycką historię o Angielce i jej śmierci i pokazując bezradność Polski.

"Kordian" z potężnej karuzeli groteskowego obrazu człowieka, kraju zmienia się w skupiony, poważny i wspaniały przekaz - "Testament mój" wygłoszony przez Halinę Gryglaszewską stawia w cieniu cały jarmark, karuzele robiąc miejsce dla nowego. Oczekując, poruszając staje się świeczką przekazywaną i jedyną jasną rzeczą w chaosie historii.

 
26.11.2008  
Justyna Stasiowska, Anna i duchy - o spektaklu "Rozmowy poufne" pisze Justyna Stasiowska w Dzienniku Teatralnym, /Dziennik Teatralny Kraków/
...

“Rozmowy poufne” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego są spektaklem tworzącym kameralny nastrój i w sposób prosty próbującym mówić o rzeczach uniwersalnych - w skupieniu ważącym każdy ruch, aby precyzyj[...]

“Rozmowy poufne” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego są spektaklem tworzącym kameralny nastrój i w sposób prosty próbującym mówić o rzeczach uniwersalnych - w skupieniu ważącym każdy ruch, aby precyzyjnie, jasno wypowiedzieć się na tle ciemności nas otaczającej.

 

Tekst Ingmara Bergmana przestawia historię Anny (Dominika Bednarczyk) – żony plebana, która zdradza męża. Ten prosty zarys wyłania się z rozmowy poufnej – rodzaju spowiedzi w religii protestanckiej, odrzucającej bezosobowy charakter wyznawania grzechów. Wujek Anny – Jakub (Tomasz Międzik) wysłuchuje jej wyznań i jako jej spowiednik doradza jej, co ma uczynić. Potem opowieść prowadzi nas przez kolejne zdarzenia z przyszłości lub przeszłości bez konsekwencji chronologicznej i w dużej rozpiętości czasowej. Widząc początki, rozwój i następstwa działań Anny, szkicujemy obraz tej “neurotycznej osobowości naszych czasów”.

 

Spektakl wyróżnia się dzięki prostocie - każdy gest, element jest przemyślany i ważny dla całości. W pokoju o pokrytych czernią ścianach ustawiony jest tylko stół, krzesła i szafka. Postacie odcinają się od scenografii jasnością swoich strojów. To delikatne zarysowanie uniwersalizuje wszystkie działania postaci.

 

Kolejnym elementem, który zadziwiająco pasuje do tej przypowieści jest statyczność postaci – działania, gesty, upływ czasu i sytuacje są opowiadane przez postać, która przez to staje się obserwatorem własnych zachowań. Anna po wyznaniu mężowi swojej zdrady relacjonuje i dziwi się swojej fizycznej reakcji na rozmowę. Jakub opisuje ostatni atak swojej choroby i umieranie. Świetnie to ukazuje stany psychosomatyczne, w którym ciało staje się czymś obcym - działającym niezależnie od woli, obserwowanym, analizowanym i przeżywanym z zewnątrz. Oddala to widza od empatii i stawia w roli badacza.

 

Postacie tworzone są równie pieczołowicie i oszczędnie, co scenografia. Dzięki wspaniałemu aktorstwu przykuwają uwagę widza. Anna i Henryk (Sławomir Maciejewski) to kłębowisko emocji, które małżeństwo trzyma na wodzy przez lata. Henryk jest ciągłą siłą napierającą, agresywną, podczas gdy Anna ukazuje wachlarz emocji. Gdy zostaje przekroczona granica partnerstwa i wierności wszystkie bariery troskliwie chronione puszczają. Tak samo jak całość przedstawienia ich postacie są zarysowaniem. Teatr jest zbiorem delikatnych ruchów i pociągnięć o wielkiej wadze.

 

Słyszymy jak powracający temat dźwiękowy rozwija się w trakcie przedstawienia wraz z sytuacją i historią. Widzimy jak wszystko jest konieczne i nieodzowne w opowieści. Wydaje się być przedłużeniem tekstu Bergmana i jego narracji. Autor skupia się na jednym elemencie – osobie Anny. Pokazuje ważniejsze dla niej doświadczenia, dopełniając obraz stale powtarzanymi motywami pozornie nieważnymi, które na końcu okazują się kluczowe.

 

Przechodzimy przez tę diagnozę, mając pozornie wszystko ukazane – traumy, przełomowe momenty, relacje z innymi ludźmi. Iwona Kempa nadaje tej różnorodności i bogactwu cechy przypowieści o kondycji człowieka, prawdzie i sytuacjach, z jakimi musi się zmierzyć.

 
24.11.2008  
Magdalena Urbańska, Intymny świat emocjonalnego szantażu - o spektaklu "Rozmowy poufne" pisze JMagdalena Urbańska w Dzienniku Teatralnym, /Dziennik Teatralny /
...

"Rozmowy poufne" to teatr intymny, głęboki, z próbą dogłębnej analizy psychologicznej. Pozostaje jednak niejednoznaczny, niedookreślony, skrywający wibrującą emocjonalność i psychologiczne rozedrganie[...]

"Rozmowy poufne" to teatr intymny, głęboki, z próbą dogłębnej analizy psychologicznej. Pozostaje jednak niejednoznaczny, niedookreślony, skrywający wibrującą emocjonalność i psychologiczne rozedrganie pod płaszczem realizacji pozornie ascetycznej i chłodnej.

Anna (świetna Dominika Bednarczk) od dwunastu lat żyje z mężem, zaś od dziesięciu w bezuczuciowej, bardziej koleżeńsko-partnerskiej relacji. Gdy poznaje Tomasza, młodszego studenta teologii, zakochuje się i postanawia spróbować prowadzić podwójne życie. Sytuacja męczy ją i przytłacza, ale paradoksalnie sprawia, że zaczyna czuć się wolna. Anna postanawia zwierzyć się swojemu spowiednikowi, wujowi Jakubowi (Tomasz Międzik), z problemu i za jego radą wyjawia wszystko mężowi. Pomimo tego, że Wojciech z początku przyjmuje to spokojnie i z niemałą dozą empatii, jest to początek psychologicznego szantażu i emocjonalnych udręk.

Wszystko tu bowiem wydaje się inne niż jest w rzeczywistości. Pozornie harmonijny świat przesiąknięty jest chaosem i niepokojem. Wchodzimy w świat bohaterki, gdy ta jest w stanie emocjonalnego wyczerpania, duchowej potrzeby zmiany. Jest szczęśliwa i zakochana, jednak czuje się osamotniona, z wewnętrznym musem rozmowy, przeobrażenia dotychczasowej sytuacji. Nikt nie jest tu moralnie jednoznaczny. Choć odczuwamy sympatię wobec bohaterki, pełne zrozumienie, trudno rozstrzygać tu kwestie etyczne. Także mąż, choć zdawało się, że zaakceptował swoje położenie, z czasem okazuje się, że jest psychicznie słaby, nieumiejący poradzić sobie z własnymi emocjami. Bywa kochający, budzący współczucie, ale i agresywny, budzący pożałowanie. Spektakl działa także na sferę intelektualną, moralną, pozostawiając widzowi ocenę czynów, kwestii prawości, uczciwości i grzechu.

Te problemy etyczne są tym bardziej istotne, gdy uświadomimy sobie jak mocno spektakl zanurzony jest w religijności. To nie tylko problem przyjęcia komunii, czego usilnie wyrzeka się Anna, ale podstaw religijnych wartości. Nie bez znaczenia jest też fakt, że większość bohaterów jest związana z kościołem. Wojciech jest pastorem, wuj Jakub jego przełożonym, przyjaciółka-Maria pojawia się w stroju zakonnicy, a Tomasz-kochanek kończy studiowanie teologii, by także móc nauczać w kościele. Nie chodzi tu bynajmniej o tanią sensacyjność (gdyż takie pierwsze skojarzenie budzi hasło "romans pastora"), lecz właśnie o ukazanie odbioru postępków poprzez głęboko zakorzeniony kodeks chrześcijański. Wciąż pojawiające się kategorie poczucia winy i grzechu determinują psychiczne poczucie bohaterów.

Fabuła, obejmująca sześć rozmów Anny, to ukazanie odmiennych psychologicznych reakcji i charakterów. Wojciech wariuje, Tomasz okaże się osobowościowo słabym człowiekiem, jedynie wyobrażeniem miłości Anny, a matka bohaterki będzie ją oskarżać, nie mogąc przełamać swojego emocjonalnego dystansu. Sytuacje pozostają otwarte, zarysowane są tyko reakcję bohaterów, ich ewolucja. Wszystko zaś odbywa w ich wnętrzu. Świetnie oddaje to scenografia- przestrzeń skromna, ascetyczna, wręcz minimalistyczna, tworząca świat intymny i personalny.

"Rozmowy poufne" to teatr poruszający wiele zagadnień. Trudność relacji interpersonalnych, miłości i przyjaźni, a także wiary została ukazana poprzez problem zdrady, głębokości jej oddziaływania. Spektakl nie jest schematyczny, jednoznaczny ani intencjonalny w swej wymowie. Anna, jedyna bohaterka jawnie i głośno odrzucająca wiarę, ma więcej siły niż pozostali, by przetrwać emocjonalną zawieruchę. Wuj Jakub, człowiek dobry i kochający, umiera w strasznych męczarniach. Przedstawienie, pomimo łagodnego światła i aury ciemności, nie jest w kwestii moralno-etycznej czarno-białe. Jest to niewątpliwa siła dramatu Ingmara Bergmana, jednak Iwona Strzępka stworzyła dla niego intymną, osobliwą przestrzeń.

 
22.11.2008  
Paweł Głowacki, 251. Krakowski Salon Poezji "Czekać - przeminął wiek złoty" Teatralne utwory Mirona Białoszewskiego czytali Ewa Bułhak i Mariusz Benoit. , /Dziennik Polski nr 273/
...

«"Od dziecka wiersze czytam - wyznała po ostatnim Salonie Poezji dama spokojna - sumienna jestem, lecz nigdy nie mogłam pojąć Białoszewskiego. Sto razy próbowałam - i nic. Do dziś. Warto było czekać!"[...]

«"Od dziecka wiersze czytam - wyznała po ostatnim Salonie Poezji dama spokojna - sumienna jestem, lecz nigdy nie mogłam pojąć Białoszewskiego. Sto razy próbowałam - i nic. Do dziś. Warto było czekać!" W epoce lekturowego lenistwa, epoce mody na popisywanie się własnym matołectwem (czytałem i wystaw sobie, Stefanie - ani dudu!) - czekania spokojnej damy nie da się przecenić.

Sto razy próbowała? Tak. I nie pyskowała na Białoszewskiego. Czuła, że feler tkwi w niej, nie w nim? Owszem, miała na tyle spokojnej pokory, by nie kreować się na czytelniczy pępek literatury. Nie przerzuciła się na Asnyka Adama. Nie. Czekała. Czekała. Aż do ostatniej niedzieli, kiedy ciemności się rozjaśniły.

Czy dla występu Ewy Bułhak i Mariusza Benoita można piękniejszą recenzję wymyślić? Czytali Mirona Białoszewskiego "Kabaret: pieśni na głos i krzesło" oraz "Imiesłów". Dołożyli garść śmieszno-gorzkich wierszy o istocie pisania - o mordędze zdań, wysiłku mówienia, słowach umykających rzeczywistości. A jako prolog i epilog - wybrzmiał nadzwyczajny "Autoportret radosny". Wystarczyło.

Tyle wystarczyło, by przetkać uszy zarosłe łojem narzecza tępych komunikatów codziennych, co je byle kura w lot rozumie. Przez czterdzieści minut lektury - jasne były zawrotne mgławice językowe Białoszewskiego, o którym Jacek Trznadel rzekł: "mim poezji polskiej"... Mim? Jakim cudem, skoro słów używał?

Gdy o Marceau Jan Kott pisał - dał tytuł: "Marceau, albo o stworzeniu świata". Po czym postawił pamiętną frazę: "Marceau nadaje ciężar powietrzu". I dalej: "Marceau stwarza schody, opiera się o niewidoczną poręcz, wchodzi". Gdyby zwyczajny pisarz stąpanie to miał opowiedzieć - słowami odmalowałby obraz z życia wzięty: poręcz chropawą, skrzypienie schodów, zmęczenie idącego. A Białoszewski?

Gdyby wchodzenie człowieka po schodach uwieczniał, chropawość poręczy byłaby - chropawością słów. Tylko słów. Skrzypienie schodów? Skrzypieniem gramatyki. Niczym więcej, niczym mniej. A zmęczenie idącego byłoby zmęczeniem rymów. To wszystko. Więc? Był mimem poezji, gdyż pisaniem stwarzał świat - w ścisłym tych liter znaczeniu. Nadawał słowom ciężar aż taki, że weryfikowanie napisanego świata światem zza okna było zbędne. Gdy Marceau właził po schodach przez siebie gestem ulepionych z powietrza - sięgałeś do pamięci o realnym wchodzeniu po realnych schodach? Nie. No właśnie.

Spokojna pani, słuchając Bułhak i Benoita - po latach czekania zrozumiała właśnie to. By iść z Białoszewskim przez językowe mgławice - nie przywołuj realności na pomoc. Wszystko tkwi tu - w słowach. W twym uchu wreszcie przetkanym. Już wiesz? Tak: na świecie istnieje światów dużo więcej niż te, które słyszysz na co dzień, gdy z kurzym polotem kapujesz łój zdań kwadratowych.

Teatr im. Juliusza Słowackiego. 251. Krakowski Salon Poezji. Teatralne utwory Mirona Białoszewskiego czytali Ewa Bułhak i Mariusz Benoit. Na akordeonie grał Andrzej Włodarz. Gospodarze Salonu Anna Dymna i Józef Opalski»

 
18.11.2008  
Magda Huzarska, Akompaniator diabłem podszyty - o spektaklu "Akompaniator" pisze Magda Huzarska w Gazecie Krakowskiej, /Polska Gazeta Krakowska/
...

«W spektaklu "Akompaniator" granym na Scenie Miniatura Teatru im. J. Słowackiego muzyka zabrzmi dwa razy. Po raz pierwszy na samym początku, kiedy to Akompaniator w dowcipnie umownej scenie będzie prz[...]

«W spektaklu "Akompaniator" granym na Scenie Miniatura Teatru im. J. Słowackiego muzyka zabrzmi dwa razy. Po raz pierwszy na samym początku, kiedy to Akompaniator w dowcipnie umownej scenie będzie przygotowywał przestrzeń gry, usuwając instalacje, które wchodzącemu widzowi mogły wydać się eksponatami z galerii sztuki współczesnej. W rytm tej samej operowej arii, w tymże prologu, znikną ze ściany trzy męskie portrety. Czyje? Musimy poczekać z wyjaśnieniem do mniej więcej połowy.

Drugi raz głos Marii Callas usłyszymy w finale. Ale tej sceny nie zdradzę. I choć między tymi dwoma muzycznymi fragmentami teatralne głośniki milczą, muzyczny świat "Akompaniatora" tworzą żywe instrumenty - aktorzy tej opowieści. Partytura, pióra Anny Burzyńskiej, nie należy do najłatwiejszych.

Oto Akompaniator (Marcin Kuźmiński), po trzydziestu latach milczącej współpracy z operową diwą imieniem Amelia (Monika Niemczyk), postanawia wreszcie przemówić. I zaczyna od razu z wysokiego C, wyznając śpiewaczce miłość.

Ta puszcza to mimo uszu, koncentrując się na castingu, który zamierza wygrać. I w tym momencie, po mniej więcej pięciu minutach trwania spektaklu, kurtyna mogłaby opaść. Ale to dopiero preludium. Banalny, melodramatyczny wręcz początek nie zapowiada tego, co nastąpi później.

A później będziemy świadkami swoistej psychodramy, dziejącej się między mężczyzną a kobietą. Ale i to nie byłoby niczym nadzwyczajnym, gdyby całość raz po raz nie wznosiła się na rozmaite piętra znaczeń i niedopowiedzeń.

Gdyby nie zostawiała tropów, które, gdy już wydaje nam się, że chwyciliśmy byka za rogi, prowadzą nas w wymyślnie utkane zaułki zaskoczeń, nieoczekiwanych puent i nagłych zwrotów akcji. Jest bowiem w "Akompaniatorze" - wyreżyserowanym przez Józefa Opalskiego - coś z muzycznej formy.

Z tą wszelako różnicą, że świat dźwięków zastępuje tu partytura emocji, mieniących się rozmaitymi barwami i temperaturami: od spokojnego piano, do nieokiełznanego furioso.

Tak gra Marcin Kuźmiński. Z zadziwiającą lekkością przeistacza się z demonicznego demiurga w bezbronnego, wobec zwierzęcej (dosłownie) kobiecości Amelii, mężczyznę. Tworzy postać wieloznaczną, którą widz sam powinien sobie dopowiedzieć. Psychopata, kabotyn, diabeł, marzyciel, kreator cudzego życia, czy po prostu zakochany nieprzytomnie facet? Wszystkiego po trochu. Emocjonalną gęstością i bogactwem ekspresji zagarnia przestrzeń spektaklu.

Monika Niemczyk pozostaje gdzieś w cieniu swego akompaniatora. Będąc z nim w duecie, gra zanadto piano i legato. Jej Amelia niewielu dobywa nut, by grać swą arię. I nawet kiedy suspens się piętrzy, a absurd gęstnieje, ona pozostaje zawsze kilka taktów za Akompaniatorem.

Świat, wykreowany przez Annę Burzyńską i Józefa Opalskiego, jest ironiczny i przewrotny. W tym świecie śmiało mogłoby się obejść bez - sprawiających wrażenie jedynie ozdobnikowych - kwestii podawanych przez aktorów spod fortepianu, czy nieco za długiego godowego tańca Amelii. Tajemnica, dowcip i groza "Akompaniatora" nic by na tym nie straciły.»

 
13.11.2008  
Paweł Głowacki, 250. Krakowski Salon Poezji. "Sekrety ścieżek" Listy i wiersze Zbigniewa Herberta czytali: Tomasz Międzik, Tomasz Augustynowicz i Krzysztof Orzechowski. , /Dziennik Polski nr 264/
...

Jaką drogą musiało iść jego zdumienie i jego zachwyt, w jak potężnych kopcach słów wyobraźnia jego musiała ryć tunele, że niedługo, a może bardzo długo po chwili, w której pierwszy raz zobaczył Wiel[...]

Jaką drogą musiało iść jego zdumienie i jego zachwyt, w jak potężnych kopcach słów wyobraźnia jego musiała ryć tunele, że niedługo, a może bardzo długo po chwili, w której pierwszy raz zobaczył Wielki Kanion Kolorado - w pamięci swej wreszcie dołożył doń obraz godny realności - zwielokrotniony obraz gotyckiej katedry- i napisał, że Wielki Kanion "jest jak sto tysięcy katedr zwróconych głową w dół"? Pomiędzy zobaczonym a napisanym - jakie prowadziły ścieżki? Wedle jakich reguł u Zbigniewa Herberta słowa skakały między realnością a metaforą?

Chwalić Boga - niedocieczone to sekrety. I nie tylko, gdy o Herberta idzie. One są niedocieczone w ogóle. Wszystko, co nam pozostaje, to zdumienie, spokojne zdumienie. Właśnie tym był ostatni Salon Poezji. Z jednej strony fragmenty listów Herberta do najbliższej rodziny, wybrane z świeżo przez Wydawnictwo Gaudium przygotowanego tomu korespondencji Herberta. Z drugiej - garść wierszy jego. W listach - monotonna szarość zdań najprostszych, przedszkolnych wręcz, zdań o mozole włóczenia się po świecie, banał płaskich komunikatów o różnych drzazgach wiecznie uwierającej codzienności, marność iście kapralskich doniesień o planach ciężkich do zrealizowania, napomknięć o byle czym, dygresji o wszystkim, o całym tym mętnym piachu dni. W wierszach - nieogarniony, powolny taniec obrazów nie do zapomnienia. Pomiędzy - niedocieczony sekret przejść wiodących od pierwszego do drugiego.

Tomasz Międzik, Tomasz Augustynowicz i Krzysztof Orzechowski - tak to odczytywali. Jakby chcieli dać odczuć przepaść. Orzechowski - był głosem listów. Międzik i Augustynowicz - byli brzmieniami tańca metafor. I nie szło o to, że fragment listu okazywał się suchą notatką czegoś konkretnego - wrażenia, zachwytu, smutku, obojętności, widoku, myśli wreszcie - co dopiero później obracało się w metaforę, w wiersz, odczytywany tuż po fragmencie listu. Nie. Taka lekcja poglądowa o łażeniu między życiem a twórczością - to by nieznośnie naiwny banał był. Co zatem się stało? Co Międzik, Augustynowicz i Orzechowski dali? Asumpt do naszego zdumienia.

Tu, w epistolografii, "kwadratowe" notki o biedowaniu w Paryżu, o planach podróży do Londynu, o kolosalnym "burdelu" Neapolu - a za chwilę cytowana wyżej "Modlitwa Pana Cogito - podróżnika" i ten jej rytm jak szmer pluszowej szaty kogoś, kto idzie bardzo wolno... "Panie/ dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny (...) - że nocą w Tarquinii leżałem na placu przy studni i spiż/ rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie// a mały osioł na wyspie Korkyra śpiewał mi ze swoich/ niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu (...) - proszę Cię żebyś wynagrodził siwego staruszka który nie/ proszony przyniósł mi owoce ze swego ogrodu na spalonej/ słońcem ojczystej wyspie syna Laertesa// a także Miss Helen z mglistej wysepki Mull na Hybrydach/ za to że przyjęła mnie po grecku i prosiła żeby w nocy/ zostawić w oknie wychodzącym na Holly Iona/ zapaloną lampę aby światła ziemi pozdrawiały się".

Jak pieprz suche komunikaty o ojcu w szpitalu - a obok to: "Rozmyślania o ojcu", słowa, których nie da się czytać spokojnie. "Myślałem że usiądę po jego prawicy/ i rozdzielać będziemy światło od ciemności/ i sądzić naszych żywych/ - stało się inaczej// (...) w nieważnym miejscu jest cień pod kamieniem// on sam rośnie we mnie jemy nasze klęski/ wybuchamy śmiechem/ gdy mówią jak mało trzeba/ żeby się pojednać". Co jeszcze?

W listach o podróżach włoskich właściwie tylko "toporny" katalog przystanków - Neapol, Rzym, Siena, Florencja, Wenecja - i równie "topornie" nakreślony cień nostalgii. A po małej chwili ciszy - bolesny okruch "Pan Cogito myśli o powrocie do rodzinnego miasta". "Gdybym tam wrócił/ pewnie bym nie zastał/ ani jednego cienia z domu mego (...)// wszystko co ocalało/ to płyta kamienna/ z kredowym kołem/ stoję w środku/ na jednej nodze/ na moment przed skokiem// (...) kredowe koło rudzieje/ tak jak stara krew/ wokół rosną kopczyki/ popiołu/ do ramion/ do ust". Tyle. Nic więcej.

Tak więc - czytali listy i wiersze, a po naszej stronie narastało zdumienie na widok przepaści, na brzmienie sekretu przepaści, co się między realnością a metaforą - światem a światem napisanym - otwierała. Skąd Herbert wziął te do ust rosnące kopczyki popiołu albo miejsce, gdzie jest cień pod kamieniem? Po jakich drogach przyszedł doń obraz stu tysięcy katedr zwróconych głową w dół? A cała reszta?... Zdumienie. I żadnej nadziei na odpowiedź.

 

Teatr im. Juliusza Słowackiego. 250. Krakowski Salon Poezji. Listy i wiersze Zbigniewa Herberta czytali: Tomasz Międzik, Tomasz Augustynowicz i Krzysztof Orzechowski. Grali: Grzegorz Piętak na kontrabasie i Bohdan Lizoń na gitarze. Gospodarze Salonu: Anna Dymna, Anna Burzyńska i Józef Opalski.

 

 
11.11.2008  
Joanna Targoń, Fragmenty dyskursu operowego - o spektaklu "Akompaniator" pisze Joanna Targoń w Gazecie Wyborczej, /Gazeta Wyborcza/
...

Błyskotliwy i inteligentny tekst, znakomicie zagrany - czego chcieć więcej? Ano można chcieć więcej: lepszej scenografii i redukcji reżyserskich pomysłów. Anna Burzyńska napisała sztukę dobrze skrojon[...]

Błyskotliwy i inteligentny tekst, znakomicie zagrany - czego chcieć więcej? Ano można chcieć więcej: lepszej scenografii i redukcji reżyserskich pomysłów.

 

Anna Burzyńska napisała sztukę dobrze skrojoną, starannie i zgrabnie uszytą, co wcale nie jest ani łatwe, ani często spotykane. Bohaterami są: Amelia, gwiazda opery, i jej stały od 30 lat akompaniator. Ani gwiazda, ani akompaniator nie są więc pierwszej młodości. Śpiewaczka już czuje symptomy zmierzchu kariery, przygotowuje się do castingu do "Opowieści Hoffmana" i wie, że wcale nie musi go wygrać. A akompaniator? To jedynie milczący i niedostrzegany idealny dodatek do fortepianu. Do czasu. Czyli do początku spektaklu. Do próby, podczas której milczący przez 30 lat akompaniator wyznaje śpiewaczce miłość.

 

To nagłe i niespodziewane wyznanie wywołuje lawinę - śpiewaczka i akompaniator przechodzą w przyspieszonym tempie różne etapy cierpień miłosnych, tak pięknie i wnikliwie opisanych przez Rolanda Barthesa we "Fragmentach dyskursu miłosnego". Kto jest ich ciekaw, niech zajrzy do programu, gdzie autorka - znawczyni współczesnej filozofii i teorii literatury - zamieściła niewielki, ale zgrabnie dopasowany do spektaklu wybór. Jakie to etapy, nie zdradzę, bo nie chcę nikomu odbierać przyjemności - w każdym razie rozwój wzajemnych stosunków bohaterów przeprowadzony jest logicznie i precyzyjnie, acz z niespodziewanymi zwrotami.

 

Tej elegancko na wzór haute couture (Barthes) skrojonej sztuce charakteru dodali aktorzy - to dzięki nim obcujemy z żywymi ludźmi o powikłanej psychice, a nie z przykładami zachowań w trudnych sytuacjach uczuciowych. Monika Niemczyk i Marcin Kuźmiński grają wrażliwie i wyraziście, nie boją się śmieszności i ryzyka, pozostawiając i sobie, i widzowi margines niedopowiedzenia. Czy akompaniator jest psychopatą, fantastą, nieśmiałym wrażliwcem, mitomanem, ofiarą czy katem? A Amelia? Zapatrzoną w siebie gwiazdą, wulgarną babą, pogubioną kobietą, ofiarą czy katem? Nie ma prostych odpowiedzi, bo ani autorka, ani aktorzy ich nie udzielają. Przeciwnie, starają się - i słusznie - zacierać ślady.

 

W tym zacieraniu śladów nie pomaga im, niestety, scenograf. Scena jest prawie pusta - szare ściany i podłoga, pośrodku fioletowy fortepian. Pomijając toporność wykonania (ściany się marszczą, fortepian jest klocowaty i niezgrabny), scenografia stara się odrealnić to, co rozgrywa się na scenie. Ale po co? Przecież i bez tego byśmy pojęli, że zagłębiamy się w dusze bohaterów, ich fantazje i pragnienia. Niepotrzebne są do tego również dość mizerne kolorowe światła, a to rozbłyskujące różem przy podłodze, a to buchające czerwienią z otwartego fortepianu. W tych momentach spektakl z intrygującego zdarzenia międzyludzkiego, trochę komediowego, trochę poważnego, zamienia się w tani horror, straszący bez skutku i w niewiadomym celu.

 

Reżyser też dołożył swoje - zwłaszcza mrocznym finałem z Amelią w operowej białej kreacji, dramatycznym sopranem Marii Callas i krwią spływającą po ścianie. Może to miała być gra z kiczem - porywającym operowym kiczem pożenionym z mitem kobiety modliszki niszczącej mężczyznę. Może, ale gry nie było - został sam kicz, nieporadny i biedny. Lepiej by było dla spektaklu, gdyby zakończył się niedopowiedzeniem. Zwłaszcza że była taka możliwość scenę wcześniej.

 

Teatr im. Słowackiego, Anna Burzyńska "Akompaniator", reżyseria i opracowanie muzyczne - Józef Opalski, scenografia - Adam Łucki, reżyseria światła - Piotr Pawlik, ruch sceniczny - Kamila Jankowska, Witold Jurewicz, premiera 7 listopada 2008

Joanna Targoń

 

 

 
10.11.2008  
Paweł Głowacki, Niezliczony popiół - o spektaklu "Akompaniator" pisze Paweł Głowacki w Dzienniku Polskim, /Dziennik Polski nr 263/
...

«Gdy Anna Burzyńska wreszcie poprowadzi na Uniwersytecie Jagiellońskim długo konstruowane seminarium o Jorge Luisie Borgesie - niechybnie mówić będzie o "Pamiętliwym Funesie". Tego nie da się ominąć. [...]

«Gdy Anna Burzyńska wreszcie poprowadzi na Uniwersytecie Jagiellońskim długo konstruowane seminarium o Jorge Luisie Borgesie - niechybnie mówić będzie o "Pamiętliwym Funesie". Tego nie da się ominąć. Nie da się przemilczeć opowieści o biednym Ireneo Funesie, któremu Bóg odmówił łaski zapominania, skazał na koszmar pamięci bez dna, która rozsadzała głowę. Nie da się nie cytować tych zdań.

"Powiedział mi: Ja sam mam więcej wspomnień, niż mieli wszyscy ludzie jak świat światem. A także: W moich snach widzę rzeczy dużo lepiej niż wy na jawieŤ, A także, przed samym świtem: Moja pamięć, panie Borges, jest jak ogromny śmietnik. Okrąg narysowany na tablicy, trójkąt prostokątny, romb są kształtami, które możemy postrzec bez reszty; Ireneo w podobny sposób postrzegał rozwianą grzywę konia, stada owiec na zboczu góry, zmienne płomienie ogniska, niezliczony popiół, wiele twarzy nieboszczyka podczas długiego czuwania. Nie wiem, ile gwiazd widział na niebie". I dalej: "Opowiada nam Swift, że król Liliputów rozpoznawał ruch wskazówki minutowej; Funes rozpoznawał bez ustanku spokojne postępy starzenia się, rozkładu, zmęczenia. Postrzegał narastanie śmierci, wilgoci". I jeszcze: "Wydawał mi się podobny do posągu z brązu, starszy niż Egipt, dawniejszy niż proroctwa i piramidy. Pomyślałem, że każde moje słowo (i każdy mój gest) będzie trwało w jego bezlitosnej pamięci; onieśmielił mnie lęk pomnażania niepotrzebnych gestów".

Tak, jeśli zacznie mówić o Borgesie, nie ominie tych zawrotnych zdań. Na razie milczy. Na razie napisała swojego Ireneo Funesa. Bohater "Akompaniatora" Burzyńskiej nie ma imienia, nie ma nazwiska. Jest "psem" swojej Amelii - kolosalnej diwy operowej. "Pies" nut, "pies" falującej przepony, "pies" strzelistych koloratur, "pies" górnego C. Dla potrzeb mej opowiastki niech się wabi właśnie Ireneo. Ireneo Drugi. Nie wiem, ile gwiazd widzi na niebie, gdy nie może spać, marząc o doskonałym brzuchu Amelii. Wiem, że widzi każdy jej włos, każdy punkt skóry, każdą nić każdej sukni, każdą rysę na wargach. Zawsze widzi wszystko, nawet gdy Amelia jest daleko. Śmiało mógłby rzec: "W moich snach widzę rzeczy dużo lepiej niż wy na jawie". Bez wahania mógłby dodać: "Moja pamięć, panie Borges, jest jak ogromny śmietnik". Ireneo Drugi od zawsze kocha ten "śmietnik". Całe życie wystukiwania nut dla Amelii było całym życiem skrywanej miłości. Aż wreszcie przyszła chwila, by wyznać wszystko. "Akompaniator" Burzyńskiej jest tą chwilą. Przedstawienie Józefa Opalskiego to godzina konfesji mego Ireneo Drugiego. Kocham panią od zawsze... Z grubsza tak się to przedstawienie zaczyna.

Ireneo wyzna Amelii całą swą pamięć bez dna, która jest pamięcią o wszystkim, co dotyczy Amelii. Jej recitale, jej gesty, jej arie, jej romanse, jej milczenia, jej uśmiechy, jej zapachy, jej łzy, jej obojętność, jej wszystko, wszystko, co jej. Cały ten "niezliczony popiół", który od zawsze rozsadza głowę, wygłasza Ireneo - mówi, bo wybiła godzina jasnych słów. Ba, "niezliczony popiół" ma w głowie pamiętliwej i ma go w skrywanej w fortepianie księdze monstrualnej, przypominającej niekończące się rękopisy Marcelego Prousta. Opowie więc Amelii całą swą pamięć i opowie wieczory z Amelią, choć przecież bez Amelii... Zwariował?

Mówi jak kocha. Mówi jak zazdrości. Mówi o bieliźnie, którą wciąż dla Amelii kupuje i składa w szufladach przeznaczonych tylko dla Amelii. Ale to mało. Mówi, jak przygotowuje kolacje dla Amelii, która nigdy nie przychodzi - i jak gawędzą tak sobie nad pokarmami i kieliszkami czerwonego wina. A później? Cóż, idą spać - Ireneo i kawałek powietrza w kształcie Amelii. Tak, słuchając jego pamięci - Amelia słucha, musi wysłuchać jego szaleństwa...

Piszę, co piszę, w zgodzie ze smakiem opowieści Burzyńskiej i Opalskiego jestem, ale też wiem, że piszę jakby tylko z jednej strony medalu. Piszę, patrząc na całość tylko przez Marcina Kuźmińskiego, przez tę zachwycającą, w trzech, czterech chwilach dojmującą rolę tytułową. Mogłem opowiedzieć, co opowiedziałem, bo ten Kuźmińskiego Ireneo Drugi właśnie taki jest - nieuchwytny, wciąż tonący w swych już nie naszych labiryntach, "podobny do posągu z brązu, starszy niż Egipt, dawniejszy niż proroctwa i piramidy". Przecież grając szaleństwo miłości, z którego nie ma odwrotu, Kuźmiński zagrał szaleństwo odwieczne. Ból w tym, że to tylko pół całości. Ból, zgrzyt - to letniość Moniki Niemczyk jako Amelii.

Letnie gesty i spojrzenia, dawno wystygłe zdumienie wobec słownych labiryntów odklejonego kochanka, papierowa wściekłość i lęk byle jaki. Niemczyk jest trochę jak Urszulka Kochanowskiego. Pełno jej, a jakoby nikogo nie ma. Miała być kolosalna diwa operowa, królowa La Scall i innych Metropolitanów - a skończyło się na, powiedzmy sobie, operetkowej szansonistce. Taka Amelia to dużo, niestety - całe pół opowieści. W końcu nikogo poza nią i Ireneo nie ma na scenie o pustych ścianach koloru myszy. Z letnią Amelią "Akompaniator", co mógł być przypowieścią o sprawach odwiecznych, przechyla się czasem w stronę romansu z obojętnym trupem w finale.»

 

 
06.11.2008  
Łukasz Drewniak, Edukacja Anny - o spektaklu "Rozmowy poufne" w Przekroju pisze Łukasz Drewniak, /Przekrój nr 45/06.11.08/
...

Gorzki Bergman w świetnym spektaklu Iwony Kempy. Światowa sceniczna prapremiera scenariusza Bergmana to teatr intymny. Wsłuchany w aktora, skupiony na psychologicznych detalach. Bohaterka spektaklu Iw[...]

Gorzki Bergman w świetnym spektaklu Iwony Kempy.

Światowa sceniczna prapremiera scenariusza Bergmana to teatr intymny. Wsłuchany w aktora, skupiony na psychologicznych detalach. Bohaterka spektaklu Iwony Kempy, Anna (wielka rola Dominiki Bednarczyk!), ma 36 lat, dwoje dzieci i męża, teraz bardziej już przyjaciela niż kochanka. Pewnego dnia przychodzi do swojego wuja pastora i wyznaje mu, że związała się z innym, młodszym mężczyzną. Co teraz? Ma powiedzieć mężowi prawdę? Dalej żyć w ukryciu? Pastor namawia ją do wyznania: prawda was ocali. Nawet najstraszniejsza, najbardziej bolesna jest zawsze czymś dobrym, przepędza zło. Pełna wątpliwości, zdumiewając samą siebie, Anna decyduje się wyznać wszystko mężowi. A potem nic już nie jest, jak było.

Kempa wchodzi ze swoimi reżyserskimi emocjami w Bergmanowskie medytacje o miłości, wierności i małżeństwie. Na pozór oprawia tę historię w skromną, ściszoną narrację. Ale gdzieś pod powierzchnią, pod skórą aktorów huczy od namiętności, nagromadzonych przez lata urazów i lęków. Reżyserka nigdy jeszcze nie była w swoim teatrze tak blisko głównej postaci. Pokazuje zdeterminowaną kobietę na tle ludzi słabych, niepewnych swoich racji. Dominika Bednarczyk pięknie i bezwzględnie walczy o swój bolesny, kobiecy egoizm. Stawia miłość ponad rodzinę, dzieci, moralność, sumienie. I wie, że robi dobrze. Wie, że kiedyś trzeba zrobić ten krok, spróbować stworzyć coś, co jest poza codziennym banałem. Jeśli tego nie zrobi, będzie przeklinała własne tchórzostwo do końca życia.

Ale u Bergmana nie ma prostych recept, przewidywalnych reakcji. Kochanek okazuje się tylko erzacem mężczyzny z jej marzeń. Wyznanie prawdy niszczy przyjaźń małżonków, doprowadza męża do psychicznego załamania. Wielką scenę ma Sławomir Maciejewski w roli Henryka, tego zdradzonego. Najpierw ujmująco dobry, pełen wybaczenia, współczucia i zaskakującego pożądania wobec Anny, z chwili na chwilę rozpędza w sobie wściekłą zazdrość i agresję wobec bliskich. Bergman odwraca wektory: w świecie Anny prawda ma tylko niszczącą moc. Jedynie oszustwo, precyzyjnie dawkowana fikcja mogłyby pomóc w klajstrowaniu poranionych dusz. A przecież ani Bergman, ani Kempa nie afirmują zakłamania. Krakowski spektakl skazuje się raczej na przeklęte paradoksy prawdziwego życia: kłamstwo ocala, prawda zabija, zdrada jest zbawieniem, szaleństwo nagrodą, namiętność wygrywa z przyjaźnią. Podmienione wartości nie burzą porządku świata, pokazują raczej jego rewers. Dom zbudowany na bagnie niedomówień dalej pozostaje domem. Niewypowiedzenie prawdy także jest dobrem. I bodaj na takie tylko pocieszenie czeka stary, umierający pastor Jakub w finale spektaklu. Tomasz Międzik nie gra biblijnego patriarchy przeniesionego na skandynawską parafię, ma w sobie dobrotliwą mądrość wiejskiego filozofa. Anna przychodzi do niego i kłamie, że wszystko w jej życiu potoczyło się tak, jak powinno. Mąż wybaczył, ona zerwała z kochankiem. Wszyscy są szczęśliwi. Można zasnąć spokojnie w Panu.

 
05.11.2008  
(WAK) [Wacław Krupiński], Akompaniator nagle przemówił - zapowiedz premiery spektaklu "Akompaniator" w Dzienniku Polskim, /Dziennik Polski nr 259/
...

Do tej pory, a współpracowali ze sobą 30 lat, ona uważała go za najlepszego akompaniatora, bo... się nie odzywał. Teraz przemówił, oświadczając: "Kocham panią!". "Czy pan musi mi to robić właśnie dzis[...]

Do tej pory, a współpracowali ze sobą 30 lat, ona uważała go za najlepszego akompaniatora, bo... się nie odzywał. Teraz przemówił, oświadczając: "Kocham panią!". "Czy pan musi mi to robić właśnie dzisiaj!" - zareagowała.

«Taki mniej więcej jest punkt wyjścia sztuki "Akompaniator" Anny Burzyńskiej [na zdjęciu], który to tekst w reżyserii Józefa Opalskiego zostanie premierowo pokazany w najbliższy piątek na scenie Miniatura Teatru im. J. Słowackiego.

- W ramach popierania rodzimej twórczości dramatopisarskiej jesteśmy samowystarczalni - żartował wczoraj dyrektor tego teatru Krzysztof Orzechowski. Bo też Anna Burzyńska, kierownik literacki tego teatru, to znana i uznana już autorka bardzo wielu sztuk, której "Tango Piazzolla" grane jest z wielkim powodzeniem właśnie na dużej scenie "Słowackiego". Reżyserował je, przypomnijmy, także Józef Opalski.

Tym razem spektakl to kameralny, dwuosobowy. Grany gościnnie przez powracającą po latach nieobecności w kraju na sceny Krakowa Monikę Niemczyk oraz Marcina Kuźmińskiego.

- Sztuka to smutno-śmieszna - zapowiada autorka, przyznając wraz z reżyserem, że może nawet staroświecka, acz nowocześnie wystawiona. O czym? O naturze ludzkiej - mówili jej twórcy, nie chcąc zdradzać szczegółów, bo spektakl ma w sobie i coś z psychologicznego thrillera.

Koić napięcie będzie wybrana przez reżysera muzyka operowa, bo wszak bohaterką jest operowa diva, która staje do ostatniej w życiu walki o wielką rolę. I w takiej chwili on, akompaniator, nagle przemówił...

 

 

Po piątkowej premierze spektakl będzie zagrany w sobotę i niedzielę.»

 

 
04.11.2008  
Dziennik Polski nr 258 , 249. Krakowski Salon Poezji. "Buciki na zmianę" Zaduszki poetyckie., /Paweł Głowacki/
...

Ostatni raz widziałem go, gdy się kłaniał. Dwa lata temu, dwa, może trzy, przywiózł do Krakowa wyreżyserowanego przez siebie w warszawskim teatrze Ateneum "Króla Edypa" Sofoklesa. I wtedy późny wieczó[...]

Ostatni raz widziałem go, gdy się kłaniał. Dwa lata temu, dwa, może trzy, przywiózł do Krakowa wyreżyserowanego przez siebie w warszawskim teatrze Ateneum "Króla Edypa" Sofoklesa. I wtedy późny wieczór na Scenie im. Stanisława Wyspiańskiego krakowskiej PWST, jasne światła po ostatniej kurtynie, Fronczewski, Trela, Jan Kociniak, Gosztyła, Budzisz-Krzyżanowska, wszyscy oni tam, chwilę po opowieści - a po naszej stronie brawa jak pękające głazy. Do czasu, do czasu. Gdy Fronczewski wyprowadził go delikatnie z kulis, gdy on zatrzymał się w jasnym świetle i został sam - stało się cicho. Przez kilka ogromnych sekund - milczenie wszędzie. Kłaniał się... Tak?

Nie. Już nie było sił. Ukłonił się powiekami. Tyle mógł. To był już ten czas, gdy nie miał mocy na łamanie się w pasie, a szaty codzienne, co jeszcze wczoraj pasowały jak ulał, już stawały się za duże, coraz większe. Mój Boże, dłonie zgubione w za długich rękawach swetra. Kołnierzyk koszuli, mój Boże, niczym monstrualne chomąto. Spodnie, mój Boże, chyba po starszym bracie. I buty, co nigdy nie sprawiały kłopotów, teraz, mój Boże, są jak studnie - co krok spadają z pięt, ciężkie, zimne, obce. Taki, skurczony w szatach, które powoli go opuszczały, stał w jasnym świetle i kłaniał się powiekami. Pomyślałem: patrzę na Berengera I, Króla, bohatera fatalistycznego moralitetu Eugene'a Ionesco "Król umiera, czyli ceremonie". Pomyślałem: słyszę, jak królowa Małgorzata, która, niczym cierpki Charon, w finale przeprowadza Berengera I na drugą stronę, mówi doń litościwie i bezlitośnie zarazem: "Nie będą ci już potrzebne buciki na zmianę".

Właśnie jemu - Gustawowi Holoubkowi - pamięci o nim, pamięci głównie o nim poświęcony był ostatni Salon Poezji, Zaduszkowy Salon nocny z piątku na sobotę. Nic się w salonowym tym rytuale nie zmienia od lat. Aktorzy, których nazwiska nie są wtedy istotne, w kolejności bez znaczenia czytają teksty dobrane wedle własnych smaków. Każdy czyta dla swoich zmarłych. I każdy zapala świeczkę. Tak trwa noc. Odkąd istnieją Salony Poezji - takie są godziny z 31 października na 1 listopada. I tak było teraz. Poza jednym. Bodaj pierwszy raz wszyscy - aktorzy, słuchacze, grajkowie - usiedli nie w foyer, lecz na scenie. Każdy widział pustą widownię. Każdy miał przed sobą jaskinię pustych foteli i lóż. Więc - znów Ionesco?

Tak - on i jego "Krzesła". Sztuka, o której mówił, że sednem jej są opuszczone krzesła. "To znaczy nieobecność osób, nieobecność Cesarza, nieobecność Boga, nieobecność materii, nierealność świata (...) tematem sztuki jest nic (...) nic staje się słyszalne". Z piątku na sobotę tkwiłem daleko, ale nad opuszczonymi fotelami i lożami usłyszałem to NIC. Głos, co go już nie ma, głos Holoubka - zmęczony chrobot stronic pergaminowych, obracanych ostrożnie - głos, który w "Królu Edypie" był kruszejącym szeptem Chóru, opowiadającego ludziom ciemny ich los. Wtedy... Dziś... Zapętliły się czasy. Duchy między epokami łażą swobodnie. I nawet fakt, że coś jest na razie tylko przyszłością - nie jest dla duchów przeszkodą. Idą, idą, idą.

Niebawem, w Narodowym Starym Teatrze premiera... "Król umiera, czyli ceremonie". Dymna, szefowa Salonów Poezji, jest w obsadzie. Jaką postać zagra? Małgorzatę? Oby. Gdy w finale zacznie przy pomocy samych słów przeprowadzać Króla na drugą stronę, gdy litościwie i bezlitośnie powie: "Nie będą ci już potrzebne buciki na zmianą" - przez ile głów na widowni przejdzie cień Króla Holoubka?

Nie, nie będzie rozpaczy. Właśnie na tym polega wielkość Ionesco. Jan Kott powiada, że Ionesco bał się śmierci, bał się cholernie, nawet gdy dla ukojenia jadł ciastka z kremem albo ruchem magika wyciągał spod klepki parkietu flaszkę gorzały i w sekrecie przed żoną w pięć sekund łykał jedną, dwie stugramowe porcje. Tak, bał się jak każdy, ale jak nikt umiał w pisaniu swym nadać umieraniu miarę zawsze bezradnej iluzji - nędzę dell'arte, żałość jarmarków, gorycz dekoracji z papier-mache. W teatrze nie można pójść dalej.

Małgorzata będzie więc mówić. Jak mogłeś to wlec przez całe życie!... Co tam trzymasz? Trzyma w dłoni całe swoje królestwo... Puść to, rozkurcz palce... Puść równiny, puść góry... Nie lękaj się wilka... Jego kły są z kartonu... Nie bierz szklanki wody. Nie masz pragnienia... Nie będą ci już potrzebne buciki na zmianę... A gdy wypowie cały monolog przejścia - cicho się stanie. Zakończy się ceremonia opuszczania Króla przez Teatr. Powtórzy się, co było naprawdę. Król Holoubek kilka lat kłaniał się tylko powiekami. Aż wreszcie przyszła sekunda, kiedy i na to nie starczyło już sił.

 
30.10.2008  
Paweł Głowacki, 248. Krakowski Salon Poezji. "Bywalcy z rozciętymi uszami" Wiersze Anny Achmatowej czytały: Anna Dymna, Bożena Adamek, Natalia Strzelecka., /Dziennik Polski nr 255 /
...

«"Ależ musiała być z niej kolosalna...!". Jakim słowem Anna Dymna zakończyła zachwyt? Nie pamiętam. Dochodziła dwunasta. Co o bohaterce Salonu Poezji Anna Burzyńska we wpr